Kultura

Czym się (kulturalnie) znieczulaliśmy w 2020 roku

Fot. Molie Sivaram/Unsplash. Edycja KP.

2020 to rok, w którym tak samo jak wcześniej czytałyśmy książki, oglądaliśmy seriale, grałyśmy w gry, chodziliśmy na wystawy, słuchałyśmy muzyki, oglądaliśmy spektakle. Tak samo – ale inaczej. Przedstawiamy kulturalne podsumowanie pandemicznego roku przygotowane przez członków i członkinie zespołu Krytyki Politycznej.

To nie jest wybór tego, co „najlepsze”, „najważniejsze”, czego „nie wolno przegapić”. To całkiem subiektywny wybór tego, co w tym dziwnym roku zostawiło w nas jakiś ślad i czym chcemy podzielić się z naszymi czytelniczkami i czytelnikami.

Kama Buchalska, specjalistka ds. pozyskiwania funduszy w KP:

Mečiar, reż. Tereza Nvotová, Czechy/Słowacja 2017

O historii Słowacji Polki i Polacy wiedzą znacznie mniej niż o historii Czech, tymczasem opowieść o tym, jak Vladimir Mečiar dochodził do władzy, może być dla nas w obecnych czasach szczególnie interesująca. Superman, cwany polityk, ktoś ważniejszy od papieża? Rządził Słowacją – z przerwami – od 1993 do 1998 roku, najczęściej jako premier. Praktyczne rozmontowanie demokracji, korupcja, ograniczanie wolności prasy – to sztandarowe elementy tego stylu władzy. Wstrząsnęła wami informacja o zabójstwie dziennikarza śledczego Jána Kuciaka? To niestety nic nowego: od lat 90. wiadomo o związkach przedstawicieli najwyższego szczebla władzy z mafią, do dziś nie rozstrzygnięto m.in., kto zlecił zabójstwo Roberta Remiáša.

Mečiar przeprowadza nas przez lata od aksamitnej rewolucji do 2016 roku dość gładko i skrótowo: przydaje się włączenie Wikipedii do seansu, ale warto: w końcu ile razy w historii Europy Środkowej obserwujemy, by na transparentach cytowano językoznawców?

*

Kinga Dunin, publicystka Krytyki Politycznej:

DAU. Natasza, reż. Ilya Khrzhanovskiy, Jekaterina Oertel, Niemcy / Rosja / Ukraina / Wielka Brytania 2020

Na tegorocznym Berlinale Srebrny Niedźwiedź za osiągnięcia artystyczne dla Jürgena Jürgesa za zdjęcia. Na hasło: DAU odzew brzmi: kontrowersyjny. Może też być: monstrualny. I nie dotyczy to tego filmu, tylko całego projektu, który zajął twórcom kilka lat. I porównywany bywa ze słynnym eksperymentem Zimbarda, Big Brotherem albo nazywany sowieckim Truman Show. A może to LARP?

Przez dwa lata kilkaset osób, niekoniecznie profesjonalnych aktorów, żyło w szaraszce zbudowanej w Charkowie (szaraszka to za czasów stalinowskich taki instytut naukowy i jednocześnie więzienie). Wiedzieli, kim są, ale scenariusz tworzyli właściwe sami. Naukowcy, obsługa, strażnicy i KGB-iści. Przez pół roku nie filmowano ich, aby stworzyła się społeczność. Potem powstało kilkaset godzin nagrań, a z nich zmontowano kilkanaście filmów, seriale. Żadnych dubli, wszystko dzieje się „naprawdę”. Co to znaczy naprawdę???

Jednym z tych filmów jest Natasza. Scenariusz jest prosty: Natasza pracuje w kantynie, idzie do łóżka z francuskim naukowcem, przesłuchuje ją oficer KGB i zmusza do współpracy. Naturalistyczne sceny seksu i mniej naturalistyczne przemocy, ale film robi wrażenie.

Wpisując w Google hasło „DAU”, można zatonąć w morzu rozmaitych materiałów, również polskich. Myślę, że w podjęciu decyzji, czy chcecie to zobaczyć, pomocny może być tekst Magdy Mosiewicz w najnowszym „Dialogu”.

Berlinale 2020: Wszyscy jesteśmy częścią problemu

*

Paulina Januszewska, dziennikarka Krytyki Politycznej:

Mogę cię zniszczyć, HBO 2020

Oglądanie seriali w pandemii straciło dawny smak, bo od nasilonego przez lockdown przeżuwania z niewinnego i cukierkowego eskapizmu zmieniło się w nieznośny nawyk znieczulania się na rzeczywistość. Odstawiłam, bo ile można, i przerzuciłam się na godne polecenia smuty Nicka Cave’a, samotnie grającego swoje przeboje w Alexandra Palace.

Ale potem pojawiła się Michaela Coel. Ta sama, którą parę lat temu zachwycano się z powodu znakomitego Chewing Gum. Gdy trafiłam na jej kolejne serialowe dzieło, moje wewnętrzne dziecko otworzyło nową paczkę słodkich gum do żucia. Seans I May Destroy You (nie)przypadkowo zbiegł się u mnie z lekturą Gwałtu polskiego i masochistycznym śledzeniem obrzydliwych dyskusji na Twitterze na temat konceptu zgody w seksie. Dostałam w serii ładne obrazki, dobrą muzykę w tle i dużo prawdy o prekariackim świecie milenialsów.

Przede wszystkim jednak obejrzałam coś, co nie pozwoliło mi uciec w inny, lepszy świat, lecz boleśnie dawało znać o tym istniejącym, odbierającym podmiotowość kobietom i ofiarom przemocy seksualnej. Chciałabym, żeby takim głosem, jakim Michaela mówi ustami serialowej Arabelli o przeżywaniu traumy, kobiecości i byciu czarną mieszkanką Europy, odczytywano więcej świadectw na małym ekranie. I cieszę się, że soki tej opowieści po tygodniach od pierwszego gryza nie tracą na intensywności.

W szarej strefie przemocy seksualnej [o serialu „Mogę cię zniszczyć”]

*

Jaś Kapela, felietonista Krytyki Politycznej, redaktor w Wydawnictwie KP:

Marta Kozłowska, B.Bomb, Instytut Literatury i Fundacja Lethe/Animi2 2020

W życiu każdego redaktora prowadzącego przychodzą takie trudne chwile, że musi napisać autorowi czy autorce, że dziękujemy bardzo za propozycję, ale nie jesteśmy zainteresowani publikacją. Nie jest to miłe, ale najgorsze są te chwile, gdy nie jest to prawda. Czasem przychodzą do nas książki, które chętnie byśmy wydali, ale niestety budżet nam się nie zgadza. Odkąd PiS doszedł do władzy, chyba żadna instytucja rządowa nie dała ani grosza na działania statutowe KP. Czasem wiążą się z tym zabawne historie. Na przykład, gdy z przykrością odrzuconą przez nas książkę wydaje pisowski Instytut Literatury. Jeśli nie jesteście literatkami, to pewnie możecie nie kojarzyć tej instytucji, bo jest śmiechu warta i do tej pory nie wydała chyba nic poza jawną grafomanią. Ale nawet ślepej kurze trafi się czasem ziarno.

B-Bomb książkaZapewne w ten sposób Instytut Literatury nagrodził i wydał świetną książkę. B.Bomb Marty Kozłowskiej to jedna z najdziwniejszych i ciekawszych polskich powieści, jakie ostatnio czytałem. Ta ambitna, surrealistyczna i groteskowa opowieść o wojnie w Iraku budzi nie tylko uśmiech, ale i grozę. Druga powieść autorki Stopy od nogi powinna zostać dostrzeżona. Niestety pewnie mało kto przeczyta książkę wydaną przez pisowców w ich instytucie, ale polecam. Warto być w tym elitarnym gronie. I zamyślić się nad faktem, że my w KP przynajmniej zrobilibyśmy ładniejszą okładkę.

7 książek, które mogliście przegapić

*

Ola Knychalska, członkini zespołu Jasnej 10, warszawskiej Świetlicy KP:

Maggie Nelson, Argonauci, przeł. Kaja Gucio, Czarne 2020

argonauci recenzjaArgonauci reprezentują dziwny, wymykający się klasyfikacji gatunek – to rodzaj emocjonalnego eseju teoretycznego, w którym Maggie Nelson opisuje swoje doświadczanie i rozumienie queerowości jako praktyki i wiedzy mogącej nawigować przez życie i tworzyć światy. Ciało i radykalne doświadczenia cielesne stają się podstawą tej praktyki. Jednak w przeciwieństwie do wielu definicji queerowości Nelson otwiera ją także na takie doświadczenia jak macierzyństwo, karmienie piersią, ciąża. (Autorka podkreśla, że żaden zbiór praktyk czy relacji nie ma monopolu na tzw. radykalność ani tzw. normatywność). Przez pryzmat osobistej historii relacji z niebinarnym artystą Harrym Dodge’em Nelson podejmuje polemikę z radykalną myślą queerową oraz kwestionuje opozycję tego, co normatywne (np. macierzyństwo), wobec tego, co queerowe/transgresyjne/radykalne.

Jej przewodniczkami po meandrach queerowych teorii są Sedgwick, Lorde, Butler, Koestenbaum, które autorka czule nazwa „intelektualnymi matkami”. Są też negatywni bohaterowie rozważań Nelson: z jednej strony to biali mężczyźni tworzący fundamenty współczesnej maskulinistycznej zachodniej filozofii: Žižek, Badiou, Rancière, z drugiej queerowy teoretyk Lee Edelman ze swoją radykalną teorią „negatywnej seksualności”.

Agronauci to ważny współczesny tekst queerowo-feministyczny, w którym autorka podkreśla potencjał polityczny i subwersywny tkwiący w naszych ciałach i w intensywności codziennych doznań, jednocześnie podkreślając ich kruchość, relacyjność i współzależność. Opisuje możliwości bycia radykalnym i szczęśliwym jednocześnie, wyślizgiwania się normom społecznym i binarności, w jakiej zostaliśmy zamknięci, czerpania radości z migotliwej natury naszych płci.

Z Księżyca czy z Netflixa?

*

Maciej Kryński, specjalista ds. mediów społecznościowych w KP:

David Bordwell, O historii stylu filmowego, Narodowe Centrum Kultury Filmowej 2020

O historii stylu filmowegoBordwell po polsku to święto. Niestety, to dopiero druga książka tego znakomitego filmoznawcy, jaka ukazuje się na naszym rynku. Tym większe brawa należą się tłumaczowi, Miłoszowi Stelmachowi, oraz wydawcy, łódzkiemu NCKF. Z pozoru wybitnie akademicka, jej tematem jest bowiem historiografia filmowego stylu (czyli tego, co recenzenci streszczają zwykle w sformułowaniach typu „wspaniałe zdjęcia” albo „świetny montaż”, cokolwiek miałoby to znaczyć), książka ta poświęcona jest fundamentalnej kwestii: w jaki sposób myślimy o kinie jako formie sztuki i jakie tradycje intelektualne miały na to wpływ.

Bordwell nie tylko rekonstruuje poszczególne koncepcje, ale również wskazuje ich błędy i ograniczenia. Precyzja jego myśli i naukowe (tj. empiryczne) podejście do badań nad kinem są niczym powiew świeżego powietrza zwłaszcza w lewicowych kręgach, wciąż nadmiernie przywiązanych do mętnej mieszanki marksizmu, psychoanalizy i strukturalizmu, którą Bordwell zjadliwie określa Wielką Teorią (reprezentowaną chociażby przez… Sławoja Žižka). Z nią jednak filmoznawca z Uniwersytetu Wisconsin rozprawia się bardziej szczegółowo w innych książkach, które – mam nadzieję – w końcu również trafią do Polski.

*

Dawid Krawczyk, dziennikarz, redaktor działu Narkopolityka:

Spisek przeciwko Ameryce, HBO 2020

Spisek przeciwko Ameryce wjechał na platformę streamingową HBO GO w marcu. W Polsce COVID-19 dopiero co rozwijał skrzydła, a trwająca od kilku dobrych tygodni kampania wyborcza wręcz przeciwnie – zwijała się kompletnie. W tych warunkach ekranizacja prozy Philipa Rotha nie była przyjemną ucieczką, jaką dają często seriale oglądane odcinek po odcinku. Z tygodnia na tydzień świat wykreowany przez scenarzystów Davida Simona i Eda Burnsa (duet odpowiedzialny za legendarny serial The Wire) coraz głębiej zapadał się w bagnie antysemityzmu spod znaku America First.

Oglądamy ten świat z perspektywy żydowskiej rodziny Levinów – napędzanej przez średnioklasowe aspiracje i naiwną wiarę w ideały liberalnej demokracji. Zgodnie z literackim pierwowzorem akcja toczy się na początku lat 40., prezydentem zostaje Charles Lindbergh, pilot i amerykański bohater narodowy, który nie ukrywa swoich sympatii dla polityki Adolfa Hitlera. Dzięki socjologicznej wrażliwości Simona i Burnsa, mistrzowskiej prozie Rotha i produkcji na poziomie najlepszych seriali HBO dostajemy wnikliwy portret rodziny w czasach pełzającego autorytaryzmu oraz przegląd strategii adaptacji do świata, do którego zaadaptować się po prostu nie da. Szkoda tylko, że to, co oglądamy na ekranie, aż nazbyt dobrze rymuje się ze światem poza nim.

*

Kastor Kużelewski, specjalista ds. mediów społecznościowych w KP:

Kulturowe podsumowanie roku stanowiło dla mnie wyzwanie. Na co wskazać? Film? Obejrzałem w tym roku trzy. Film dla dzieci (Scooby-Doo!), anime (Ghost in the shell) i furry-musical (Koty). Książkę? Proszę was, studiuję filozofię. Czytam same smęty sprzed dwustu lat. Grę? Moje ulubione gry polegają na manipulowaniu cyferkami i tabelkami, a gram w nie od wielu lat. To może… fanpejdż na Facebooku? Tak, to zdecydowanie najlepszy pomysł.

Mój wybór pada więc na niszowy szitpostowy pej Instytut czeczenistyki uw. W sektorze szitpostowych pejów ironiczne manipulowanie studenckim humorkiem jest zjawiskiem powszechnym, natomiast rzadko ten humor funkcjonuje w duchu wartości lewicowych i humanistycznych. Nie jest tajemnicą, że większość mem-kultury internetowej tworzona jest przez chłopców, i na tym polu prowadzona przez dwie studentki strona również się wyróżnia i walczy z obecnym w internecie stereotypem o nieśmieszności kobiet. Jeśli lubicie fanpejdż Uczelnia wyższa piwposting ale też nie, ale jesteście humanistami, to koniecznie zajrzyjcie na Instytut czeczenistyki uw!

*

Magda Majewska, redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl:

Sport to zdrowie, Czereśnie, 2020

W tym zestawieniu jestem agentką kultury dla dzieci i przybywam, żeby wszystkim, którzy(-re) ich jeszcze nie znają, przedstawić Czereśnie. W 2020 roku ukazała się ich trzecie płyta – do Ale wrzawa i Pestek dołączył album Sport to zdrowie.

Głos wokalisty wydaje się znajomy? Muzyka z czymś się kojarzy? Ma prawo tak być, bo Czereśnie tworzą muzycy dorosłym słuchaczom(-kom) znani ze znakomitej Hańby! Hańba! jest niewątpliwie zespołem zaangażowanym, o zaangażowanych tekstach, choć zupełnie innego rodzaju, można mówić też w przypadku Czereśni: w ich repertuarze są piosenki o przyrodzie, segregowaniu śmieci, betonozie czy zmianach klimatycznych. Nie mogę się przy tym oprzeć wrażeniu, że jest w tym wszystkim też delikatna kpina z wiecznego dorosłego pragnienia, by kultura dla dzieci zawierała „przesłanie”, miała „warstwę edukacyjną”. Nie zmienia to faktu, że to treści ważne i potrzebne, których uważne wysłuchanie przydałoby się też dorosłym (choć w piosence o porach roku ewidentnie brakuje wzmianki o spalaniu węgla). Jest też w tych tekstach miejsce na dowcip i zabawę.

Ale przede wszystkim w warstwie muzycznej jest to zaproszenie do nieskrępowanej ekspresji – przy tych dźwiękach naprawdę trudno ustać w miejscu. W pandemii tańczenie do Czereśni zapewniało nam nierzadko podstawową dawkę ruchu. Spróbujcie! Jak zwykle w przypadku dobrej kultury dla dzieci pretekst w postaci dziecka nie jest niezbędny.

Hańba: Nacjonalizm czy neofaszyzm nagle nie zniknie

*

Andrzej Mikołajewski, członek zarządu Stowarzyszenia im. Stanisława Brzozowskiego:

Heroes of the Storm, Blizzard Entertainment 2015

Może to pandemia, może rozwinięty układ nagrody, na pewno w mijającym roku najbardziej zachwyciła i wciągnęła mnie gra. Nie fetowana Death Stranding, nie Hades czy The Last of Us II, ale wydana przez Blizzarda kilka lat temu Heroes of the Storm. Na fascynację wpłynęło nieznane mi wcześniej, a typowe dla gier typu MOBA (massive online battle arena) połączenie zespołowej gry strategicznej z samodzielnie rozwijanymi w trakcie krótkich rozgrywek postaciami, których opanowanie wymaga dokładnie tyle zręczności, by zachęcać do dalszych prób i dawać ciągłą frajdę z rozgrywki. Tę zwielokrotnia dobór postaci – gramy bohaterami wielkich tytułów kalifornijskiego studia, przemierzając alejki map: Diablo, Feniksem, Kerrigan, Muradinem, Hanzo i kilkudziesięcioma innymi.

Różnice w stosunku do innych, bardziej popularnych tytułów tego typu, czyli League of Legends i Dota2, są wyraźne: przede wszystkim HotS to typowa gra Blizzarda, obliczona na gracza masowego, a sporadycznego, jak piszący te słowa. Widoczne to jest w relatywnie prostej drabince rozwoju postaci, krótkich – trwających średnio 20 minut – rozgrywkach, w zespołowym zdobywaniu doświadczenia (co chyba najbardziej frustruje wyrosłych na indywidualnych popisach graczy z alternatywnych uniwersów – w HotS wygrywa i przegrywa się zespołowo, nie sposób samodzielnie pociągnąć sesji do końca), z pobieżnej lektury wątków na Reddicie także historii rozwoju samej gry, która po kilkunastu aktualizacjach odepchnęła od siebie większość graczy nastawionych na rywalizację. Cóż, co dla jednych jest wadą, dla lubiących wspólnotowość może być źródłem dodatkowej satysfakcji. Całość oparta na silniku Starcrafta 2 jest efektowna, przyjemna dla oka i… nieskończona – bo to gra, której nie można ukończyć, wpada się tu jak ork do Mordoru, bez wyjścia, można tylko zniszczyć pierścień, to znaczy wykasować aplikację z komputera…

„Cyberpunk 2077”: Rewolucja nie działa

czytaj także

*

Jola Nabiałek, członkini zespołu Jasnej 10, warszawskiej Świetlicy KP:

She-Ra i księżniczki mocy, DreamWorks Animation 2018–2020

Jeśli jeszcze nie oglądałyście(-liście) tej cudownej animacji, to szczerze zazdroszczę. Czeka was pięć sezonów czegoś nie tylko queerowego i słusznego, nie tylko trzymającego w napięciu, ale przede wszystkim – terapeutycznego. To serial o tym, że nawet jeśli jesteś TĄ ZŁĄ, to w każdej chwili może ci to zostać wybaczone; że to twoje niepodważalne prawo, żeby być dziwaczką; że warto być przyzwoitym(-tą).

Najgorsze w tym dziele jest to, że nie powstanie szósty sezon. Twórczyni serialu Noelle Stevenson twierdzi, że moc She-Ry już z nami jest i pozostanie. Jeśli tak, to w nowym roku obudzimy się w świecie, w którym standardy wyznacza nieheteronormatywna superbohaterka zamiast maczystowskiego superbohatera Hi-Mena. Wobec tego jeżeli znajdę choć jeden dowód na to, że tak nie jest, będę się domagała kontynuacji historii Adory, Catry, Glimmer, Bowa i reszty.

„She-Ra i księżniczki mocy”: o reprezentacji bólu i nadziei

Katarzyna Przyborska, redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl

Wiek półcienia, wystawa w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie

Cóż, takie wspomnienie, jaki rok. Obrazem z tego roku, który zostanie ze mną na dłużej, na pewno będzie film Ryby Jonathasa de Andrade. Można go było zobaczyć w MSN na wystawie Wiek półcienia. Ryba była duża, wyraźnie było widać jej łuski i oczy, wciąż żywe, szukające możliwości ucieczki. Usta łapiące gwałtownie powietrze, poruszające się skrzela, które musiały już się sklejać. Tymczasem człowiek trzymał ją spokojnie, pewnie i z niezaprzeczalną delikatnością. Ale jakby całkiem ślepy na to, co wyrażała całą sobą. Gładził ją i przemawiał do niej. Co jej szeptał? „Spokojnie, wszystko zaraz się skończy”? Czy „o, jaka ładna rybka, tak cię kocham”?

Co jest potrzebne do czułości, która mogłaby według Olgi Tokarczuk pomóc temu światu? Czy wystarczy lubić i tulić oraz lubić siebie tulącą i lubiącą? Czy jednak czułość wymaga wyjścia poza siebie, współczucia i dostrzeżenia potrzeb istoty, która jest obdarzana tkliwością? Bez zrozumienia tego, co mówią do nas te rybie rozpaczliwe wargi, tkliwość zmienia się w perwersyjne okrucieństwo.

Co światu po nas, wzruszonych własną dobrocią? Obraz człowieka tulącego i głaszczącego rybę przypominał mi się oczywiście w okolicach gwiazdki, kiedy mijałam ryby stłoczone w wannach, płacące cierpieniem za naszą sielankową świąteczną atmosferę. I kiedy widzę kolejne ogłoszenia o szczurkach laboratoryjnych oddających swoje życia dla chwały ludzkiego umysłu. Ale też przypomina mi się, kiedy patrzę na duszącą, pełną smogu mgłę i kiedy myślę o katastrofie klimatycznej. Czy jak już będziemy się dusić, ktoś przyjdzie nas przytulić?

Niektórych apokalipsa już dotknęła, inni wciąż na nią czekają

*

Kaja Puto, publicystka Krytyki Politycznej:

Powrót do Reims, reż. Katarzyna Kalwat, Teatr Łaźnia Nowa, Nowy Teatr w Warszawie 2020

W 2020 roku bardzo trudno było mi komentować społeczną rzeczywistość – ograniczenie kontaktów z ludźmi i podróży wywołało poczucie izolacji. Ale czy nie jest tak, że publicyści, naukowcy, artyści, politycy itd. od zarania dziejów cierpią na besserwisserstwo, zamiast lepszego świata budują własne ego i zasklepiają się w teoretycznych rozważaniach – a pandemia tylko to uwidoczniła?

Przygotowany na podstawie książki Didiera Eribona Powrót do Reims spektakl Katarzyny Kalwat jest właśnie o tym: o elitach ograniczonych swoimi dyskursami, które roszczą sobie prawa do reprezentacji „ludu”. To przypadłość, która zdarza się po każdej stronie politycznej debaty, ale ostrze krytyki spektaklu wymierzone jest w polską liberalną lewicę. Tych, którzy w dupie byli i gówno widzieli, którzy nie widzą swojego uprzywilejowania, którzy poprawność przedkładają nad społeczną empatię. I chętnie wypowiedzą się na każdy temat na fejsie. Niech rzuci kamieniem ten, kto nigdy takich grzechów nie popełnia.

Powrót do Reims miał swoją premierę w ramach festiwalu Boska Komedia, online – przez co świetnie nadaje się do oglądania z kanapy. To nie rejestracja spektaklu, kamery i montaż obrazu są jego równoprawną częścią. Katarzyna Kalwat nie jojczy, że pandemia zabiła teatr, pracuje z tym, co ma. Kto tęskni za teatrem, ale jakoś nie może się przekonać do oglądania pokazów online, niech włączy sobie Powrót do Reims. Spektakl pokazywany będzie w styczniu na VOD warszawskiego Nowego Teatru.

Eribon: Jesteśmy pariasami, dziedziczymy wykluczenie

*

Elżbieta Rutkowska, kierowniczka Świetlicy KP w Trójmieście:

Bogaty w doświadczenia rok 2020 jest dla mnie również rokiem obfitującym w nowatorskie rozwiązania dotyczące kontaktu z szeroko rozumianą kulturą. Oprócz koncertów, wystaw i spektakli online od marca w moim życiu znacznie bardziej zaistniały audiobooki. Niby nic odkrywczego, bo przecież dostęp do tej formy zapisu książki mamy od lat. Jednak interpretacje lektora(-ki) dały mi nową perspektywę, świeże spojrzenie na lekturę i przynosiły o wiele więcej przyjemności w świecie „bez bliskiego kontaktu”. Po lekturze i późniejszym przesłuchaniu Ostrej wymiany ognia Zyty Rudzkiej w interpretacji Krystyny Tkacz zachęcona sięgnęłam do audiobooka Tkanek miękkich. Z tym samym zachwytem wysłuchałam najnowszego tryptyku kryminalnego Jakuba Szamałka.

Książki, do których wróciłam, ale które też poznałam w 2020 w formie audio, mogłabym wymieniać jeszcze długo. Jednak oprócz treści w tej formie kontaktu z książką jest też czar bycia z lekturą w nowych przestrzeniach, bo ile czasu można słuchać szumu morza na spacerach? Tak, plaże w Gdańsku mamy otwarte i chętnych do brodzenia w piasku nie brakuje, a osób w słuchawkach też niemało. Marzenie, że wiele z mijanych przeze mnie osób słucha audiobooka, jest nieustające, co, mam nadzieję, znajdzie odzwierciedlenie w raportach dotyczących czytelnictwa za rok 2020.

Rudzka: Pokazuję siłę mężczyzn, która jest słaba

*

Michał Sutowski, publicysta Krytyki Politycznej:

The Crown, sezon 4, Netflix 2020

Czwarty sezon The Crown sprawił rzecz niebywałą: poczułem sympatię do Margaret Thatcher. Bo też w kolejnych starciach z upiorną rodziną Windsorów wybór był tylko jeden: #teamMaggie. Jak wówczas, gdy brytyjska premierka (Gillian Anderson, postarzona fryzurą „na hełmofon” i tembrem głosu o dwie dekady) siedzi na trybunie sportowej pośród arystokratów, oglądając jakieś kretyńskie zawody w przerzucaniu bali na odległość, i mówi do siebie: „co ja tu robię, całe mile od Westminsteru, całe mile od rzeczywistości?!”. Albo gdy chciałaby wreszcie w weekend w spokoju popracować, ale utrzymywane z podatkowej krwawicy Brytyjczyków nieroby zapraszają ją do przezabawnej gry towarzyskiej, która służy oczywiście ustaleniu, kto jest swój, a kto burak i wsiok. I gdy każe kolegom szkolnym tychże nierobów spadać, czyli wymienia praktycznie cały gabinet, bo dziady patrzą na nią z góry. A już taki książę Filip, jego synowie Karol i Andrzej, a ponad wszystko królowa matka – mimo raczej konserwatywnej estetyki serialu czynią go dziełem werbunkowym do pracy przy obsłudze gilotyny.

Trochę tylko szkoda, że świetnie ukazana psychologiczna prawda o najbardziej lodowatej rodzinie świata wyprzedza przekaz polityczny netflixowego dzieła. Bo jednak zamiast „na szafot z nimi!” rewolucyjny diabełek sączy nam tylko do ucha: „dajesz, Maggie, obetnij im budżet!”.

Królowa, celebrytka i Żelazna Dama

*

Jakub Szafrański, fotograf i fotoedytor strony KrytykaPolityczna.pl:

Clara Bouveresse, Women Photographers, Thames & Hudson Ltd 2020

Przyjęło się, że historię światowej fotografii pisze się, nie tyle kreśląc rozwój nurtów, ile budując dominujący panteon twórców. Wśród kilkunastu obecnych w nim kobiet wymienia się te, które wsławiły się awanturniczą brawurą równą męskiej lub otworzyły niedostrzegane przez mężczyzn przestrzenie związane z seksualnością. Fotografów mężczyzn przywołuje się z większą swobodą, oddając im nieproporcjonalnie dużą przestrzeń. Jest więc wśród nich wielu naśladowców i następców drugiego i trzeciego rzędu, z archiwami odróżnialnymi tylko w niuansach. Narzuca to głęboko mylny obraz dziedziny i krzywdzi nie tylko twórczynie, ale i ją samą, ograniczając adept(k)om źródła inspiracji i owocny rozwój.

Wydana w 2020 roku Women Photographers autorstwa Clary Bouveresse pozwala zbalansować płciowy podział dorobku w dziejach fotografii. Zbiór powinien rezonować w kraju, którego najwybitniejszą przedstawicielką w dziedzinie utrwalania obrazu jest kobieta w osobie Zofii Rydet. Po niej długo, długo nic.

Women Photographers
Fot. Jakub Szafrański

*

Krzysztof Tomasik, redaktor inicjujący w Wydawnictwie KP:

Mrs. America, FX 2020

Spośród wielu ubiegłorocznych mainstreamowych seriali jedną z ciekawszych propozycji jest Mrs. America, opowiadająca o amerykańskich walkach o emancypację kobiet w latach 70. Dobrze napisany, zrealizowany i zagrany serial był dość powszechnie chwalony, choć posiada według mnie grzech założycielski polegający na dominacji nad całością postaci konserwatystki Phyllis Schlafly. W sytuacji, gdy feministek jest wiele, są skonfliktowane, a grające je, nawet dobre aktorki są mało znane szerokiej publiczności, umieszczenie w centrum prawicowej działaczki, w dodatku ocieplonej i obronionej, wydaje się pomysłem wysoce wątpliwym.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że Schlafly gra wzbudzająca automatyczną sympatię Cate Blanchett, wielka gwiazda (dwa Oscary), a zarazem współproducentka serialu. Nic dziwnego, że nie zależało jej, by mieć na ekranie godną siebie rywalkę. Sytuację można było uratować wzmocnieniem postaci Glorii Steinem i powierzeniem tej roli (zamiast Rose Byrny) aktorce dorównującej dorobkiem i popularnością Blanchett, choćby Nicole Kidman albo Charlize Theron.

Tak się nie stało, co nie zmienia faktu, że serial z pewnością wart jest zobaczenia. Choćby dla nagrodzonej Emmy Uzo Aduby grającej Shirley Chisholm, pierwszą czarną kobietę, która w 1972 roku starała się o nominację prezydencką z ramienia demokratów. W 2019 roku, także bez powodzenia, o tę samą nominację starała się Kamala Harris, która w czasie swojej kampanii wyborczej nawiązywała do Chrisholm.

„Mrs. America”: na patriarchalnej planszy

czytaj także

„Mrs. America”: na patriarchalnej planszy

Anna Piekutowska, Zuzanna Piechowicz

*

Agnieszka Wiśniewska, redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl

Nirvana

Rok siedzenia w domu i oglądania YouTube’a. Nie da się chodzić na koncerty, więc w sieci oglądam stare występy czy wywiady. Dużo Nirvany i Foo Fighters. Amatorskie rejestracje koncertów, np. dwie godziny ze Szwecji z roku 2015, kiedy Dave Grohl spadł ze sceny, złamał nogę, ale dokończył koncert. Albo nagrane przez fanów wideo, na którym tysiąc osób gra i śpiewa Learn to fly, żeby w ten sposób zaprosić Foo Fighters do zagrania dla nich koncertu.

Nie wiem, czy słuchałam tego, żeby sprawdzić, jak bardzo moi idole z lat młodości są dziś inni niż ja. Do Nirvany wróciłam po przegranej walce z nową książką Nosowskiej – nie doczytałam jej do końca, w połowie byłam tak przerażona jej beznadziejnością i banałem, że poległam. Może dobrze, że panowie z Nirvany nie piszą książek.

Oni pisali na swojej płycie: „Jeśli ktoś z was nienawidzi homoseksualistów, osób o innym kolorze skóry, kobiet, wyświadczcie nam przysługę – odwalcie się, nie przychodźcie na nasze koncerty i nie kupujcie naszych płyt”. Kazik pisał: „Kto kupuje pirackie płyty, ten kutas i niech spierdala”. Każdy ma inne powody, żeby życzyć komuś: wypierdalaj. Ja chyba bardziej szanuje powody Nirvany. Ten rok mi przypomniał, że sorry, ale genialne rzeczy grali.

*

Piotr Wójcik, publicysta Krytyki Politycznej:

As God Intended, Apollo Brown & Che Noir 2020

Dosyć surowa i zanurzona w końcówce lat 90. kooperacja czołowego producenta niezależnego hip-hopu z młodą raperką z Buffalo. Nie ma na tej płycie żadnych fajerwerków – to po prostu rzemieślnicza robota najwyższej jakości. Apollo stworzył ciężkie, wolne bity, które okrasił samplami retro, pełnymi smyczków i dęciaków. Che Noir, zamiast wydziwiać i szaleć z auto-tune’em, jak mają to w zwyczaju różni „nowocześni” raperzy, klasycznym stylem opowiedziała o kilku historiach ze swojego życia. I tak powinien brzmieć hip-hop – tu już naprawdę niczego więcej nie potrzeba.

*

Wojtek Zrałek-Kossakowski, kurator Jasnej 10, warszawskiej Świetlicy KP:

Teatr: środowisko i solidarność w pandemii

Jako osoba wywodząca się ze „świata teatru”, mam w tym roku ogromny problem z wybieraniem „najlepszego” i/lub „najważniejszego” spektaklu. Nie sądzę też, żeby w tych nienormalnych okolicznościach było to fair w stosunku do twórców, twórczyń, instytucji i całego środowiska, które z dnia na dzień zostało zmuszone do funkcjonowania w rzeczywistości będącej zaprzeczeniem istoty teatru – w rzeczywistości, w której żywy i bezpośredni kontakt stał się niemożliwy. A jednak się udało. Wspólnym wysiłkiem całego środowiska. Właśnie to chciałbym postawić na pierwszym miejscu: bezcenną środowiskową solidarność, niebywałą i ciekawą artystycznie zdolność odnalezienia się w nowym paradygmacie, wspaniałą umiejętność błyskawicznego wypracowania nowych – nie tylko onlajnowych – form bycia teatru i w teatrze.

Teatr w czasie epidemii: między nadprodukcją, troską a wynagrodzeniem

Wiem, że pandemia mocno poobijała też inne dziedziny kultury i pewnie tylko z powodu swojej plemiennej przynależności „łatwiej” mi tu pisać o teatrze. Jednak w tym roku „łatwiej” też przychodziło mi kontaktowanie się z innymi niż teatr sztukami – i były to kontakty ważne, ogromnie w pandemicznych okolicznościach pomocne. W roku ZOZO dziękuję więc za film Nędznicy (reż. Ladj Ly), grę The Last of Us II, książkę Red Vienna Sourcebook, płytę Possesed Laurel Halo, wracający do formy serialowej Star Trek i podcasty Radiolab. Dziękuję też zespołowi, organizacjom i artyst(k)om tworzącym naszą Jasną 10. Nie ma co się krygować: nam też udało się zrobić w kulturze całkiem sporo dobra.

Czytaj inne podsumowania 2020 roku:

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij