Film

„She-Ra i księżniczki mocy”: o reprezentacji bólu i nadziei

She-Ra serial recenzja

„She-Ra i księżniczki mocy” to wspaniały dramat psychologiczny dla dzieci. I jeśli po pięciu sezonach mam do serialu jakieś pretensje, to takie, że nie było go, kiedy sama miałam te osiem, dziesięć, dwanaście lat.


Istnieje jakieś sto i więcej powodów, dla których She-Ra i księżniczki mocy, rozpisana na pięć sezonów animowana baśń ze stajni Netflixa, nie powinna była się udać. I kolejne sto jeden, dla których moje rozmarudzone, zblazowane dorosłe oko nie powinno być She-Rą zainteresowane.

Oto punkt wyjścia, prosto z generatora komercyjnej nadprodukcji, parodia netflixowej inwazji: remake spin-offa, w dodatku remake spin-offa He-Mana, w nurcie nostalgii za latami 80., który dawno już przestał być nurtem, a stał się właściwie osobnym gatunkiem, szczególnie na serwerach pod wielkim czerwonym szyldem. Nie myśleliście chyba, że algorytmom Lisa Kapitalisa wystarczy kultowa piguła śmiechu i radości „HEYYEYAAEYAAAEYAEYAA”.

Tak więc pojawiła się ona, She-Ra, imię w cywilu: Adora, trzydzieści lat temu z hakiem siostra bliźniaczka księcia Adama, dziś międzygwiezdna sierota wychowana przez armię, „Hordę”, której celem jest przeobrażenie magicznej planety Etherii na swoje militarne podobieństwo. Jak to bywa w tego typu opowieściach, Adora, niczym król Artur, trafia na zaczarowany miecz; odkrywa, że wychowano ją w kłamstwie; ucieka z armii, zostawiając za sobą ukochaną przyjaciółkę, i dołącza do rebelii władających mocami żywiołów księżniczek. Na gruncie polskim tęsknota za Sailorkami (czyli Czarodziejką z Księżyca) w telewizji jest pewnie większa niż za He-Manem, więc i je do tej zupy dorzućmy – animacja, chociaż kanciasta, nosi znamiona inspiracji anime.

W samym pomyśle na zmartwychwstałą She-Rę jest więc coś właściwie nieludzkiego: to nagi algorytm. Akurat tyle, abym ironicznie zmrużyła swoje dorosłe oczy – zaprawione w doszukiwaniu się cudów w dziecięcych rupieciach sprzed pół wieku, nieufne wobec afirmatywnej, jak wieść niosła, współczesnej kreskówki ze słusznym przekazem społecznym. Bardzo dobrze, że takie bajki powstają, ale nic tu po mnie, myślałam.

Nikt nas nie uczył, że kobieta może i powinna czuć się bezpieczna

Tymczasem „Szirka” postawiła moje oczekiwania i przeczucia, a tak naprawdę uprzedzenia, na głowie. Nie, nie jest to najładniejsza animacja na świecie, fantastyczny świat też zbudowany został z najprostszych i rozpoznawalnych cegiełek, ale są to szczegóły zupełnie drugorzędne. „Szirka” to wspaniały dramat psychologiczny dla dzieci. Niech to wybrzmi: She-Ra i księżniczki mocy jest gęstą psychodramą, której konwencja nie wyklucza widza dziecięcego, ale traktuje go poważnie, jako partnera w opowieści o emocjach, nierzadko trudnych, bolesnych i zawikłanych. I jeśli po pięciu sezonach mam do „Szirki” jakieś pretensje, to takie, że nie było jej, kiedy sama miałam te osiem, dziesięć, dwanaście lat.


Galeria postaci po obu stronach barykady, tej magicznej i tej militarnej, stanowi przegląd wszelkiej maści dziwaczek, outsiderek i ekscentryczek. (Postaci chłopięco-męskie stanowią w tej barwnej zbieraninie zdecydowaną, choć wdzięczną mniejszość, pozwolę więc sobie na dominację form żeńskich zgodnie z duchem opowieści). Główny chwyt scenariuszowy polega na tym, by szkielet archetypicznej gawędy o walce Dobra ze Złem opleść gęsto siatką zupełnie realistycznych emocjonalnych zmagań. Przychodzi mi do głowy bzdurna klisza publicystyczna używana przez lata przez recenzentów uprzedzonych do fantastyki jako gatunku: że „elementy fantastyczne” są „jedynie sztafażem”. Najwyraźniej z recenzenckimi kocopołami jest jak z zepsutym zegarkiem, który i tak dwa razy pokaże prawidłowo godzinę: She-Rę można wyobrazić sobie w formie odartej z fantastycznych elementów, w konwencji brudnego realizmu z katastrofą klimatyczną za oknem.

Główne bohaterki (i jeden bohater, chłopiec w koszulce w serca) to banda poturbowanych przez życie dzieciaków w świecie, w którym dorośli niemal zupełnie zawiedli – spektrum problemów rozciąga się od walki z odklejonymi od pragnień dziecka oczekiwaniami rodziców, poprzez zagłuszanie żałoby nadopiekuńczością, po skrajne emocjonalne zaniedbanie czy właściwie nieustanne gnojenie. Prawie wszystkie postaci są tu w punkcie wyjścia samotne i wyalienowane, bez sensownych wzorców nawiązywania relacji – tych muszą nauczyć się same i między sobą.

Dziewczynki i młode kobiety ciągle obrywają najmocniej

Rozpisana świadomie na pięć sezonów historia emocjonalnego okrucieństwa jest więc tym, co zaskoczyło mnie najbardziej – krytyczny i fandomowy dyskurs wokół She-Ry, który docierał do mnie poprzez publicystyczne nagłówki i posty entuzjastycznych kolegów i koleżanek, akcentował raczej wymiar afirmatywny i radosny, widoczność kobiet i reprezentację mniejszości (jak również bon moty lewicującego pegazojednorożca). Ale to dopiero pierwsza płaszczyzna ryzyka, jakie Noelle Stephenson, rocznik 1991 (!), autorka komiksów i debiutująca showrunnerka, podjęła, robiąc dla młodszego widza serial o dzieciakach o różnym pochodzeniu etnicznym i nienormatywnej ekspresji płciowej, queerowych dzieciakach i dziewczynie w spektrum autyzmu, walczących o przyjaźń i bliskość w środku kotła wojny Dobra ze Złem. (Spuśćmy zasłonę wymownego milczenia nad skandalicznym odchudzeniem jednej z bohaterek w imię „dorastania”. Zasłona w dół! Teraz milczenie. I po sprawie).

„Szirka” idzie o wiele dalej i dlatego jeszcze raz podkreślę, że jest to serial przeznaczony przede wszystkim/także dla młodszej widowni (od siódmego roku życia wedle klasyfikacji Netflixa), a nie nomen omen starych koni, dla których powstał BoJack. Dyskurs reprezentacji w „Szirce” poszerza się o ból i przemoc, w tym autoagresję i coś, co – gdyby zdrapać fantastyczny sztafaż – okazałoby się dobrze znaną przemocą rówieśniczą. W najlepszym razie zaniedbane, a w najgorszym krzywdzone przez dorosłych nastolatki absorbują przemoc i odreagowują, krzywdząc siebie samych i swoich przyjaciół.

Pył się rodzi, moc truchleje

Taką postacią jest Catra – nemesis She-Ry/Adory, niegdyś jej najlepsza przyjaciółka, przybrana siostra i zarazem pierwsza miłość, dziewczyna-kotka o burzy potarganych włosów, z pazurami i w stylowo podartych dżinsach. Catra jest kimś w rodzaju nastoletniej queerowej punkówy uwięzionej w szkole kadetów, patrzy na świat krytycznie i bardziej trzeźwo niż naiwna, faworyzowana przez dowódców Adora. Paradoksalnie lub nie, to ona zostaje po „złej” stronie; porzucona przez przyjaciółkę, która uciekła do kolorowej rebelii, cynicznie pnie się po szczeblach militarnej kariery, gdzie kluczem do awansu okazują się kolejne zdrady i odwracanie się od ludzi, którzy byli jej życzliwi.

W samotnym miejscu [o serialu „Dare Me”]

Catra jest kłębkiem autoagresji, którą od pewnego momentu można czytać w kluczu autodestrukcyjno-samobójczym, i tu polityka reprezentacji w serialu uderza najboleśniej, a także, w moim odczuciu, najodważniej. Cierpienie Catry, mrok, który w sobie nosi, samotność i autoagresja są zbyt dobrze znane rzeszom dzieci i nastolatków, które zazwyczaj nie mają co liczyć na reprezentację swojego bólu w opowieściach do nich skierowanych.

She-Ra ciekawie problematyzuje też „brak osobowości” Adory, jej brak wyrazistości na tle charyzmatycznych przyjaciół, wręcz archetypiczną nudną szlachetność, na którą często cierpią w przygodowej fantastyce figury Wybrańców w stylu Luke’a Skywalkera czy Harry’ego Pottera. Początkowo uważałam, że showrunnerka i jej zespół scenopisarski po prostu nie odrobili „lekcji Ferrante”, czyli tego, jak z postaci „tej zwyczajnej”, „tej przeciętnej” przyjaciółki uczynić postać fascynującą – ale okazało się, że byłam w błędzie.

Genialna przyjaciółka, pojedynczo

Oczywiście, że na tle Catry i Glimmer – zbuntowanych, bardzo inteligentnych, obdarzonych wyobraźnią i poczuciem humoru – Adora wydaje się właściwie przezroczysta i pokorna, odważna i wytrwała, ale pozbawiona własnego zdania. W końcu w wojsku była ulubienicą przywódczyni – to znaczy okazywano jej strzępy uwagi i chwalono, gdy dobrze wykonywała rozkazy. Nic dziwnego, że trudno jej wyrazić, czy w ogóle posiada jakieś własne marzenia i własne pragnienia, poza imperatywem, by służyć potrzebom innych ludzi i Sprawie. Emocjonalna oś serialu – konflikt pomiędzy Adorą i Catrą i pytanie, czy kiedykolwiek się one pogodzą – jest w gruncie rzeczy marzeniem o (dostępności) terapii.

To połączenie bólu i nadziei stanowi sedno „Szirki” – podział na Dobro i Zło nakreślony jest konsekwentnie, Złem jest dewastacja środowiska i żarłoczny kosmiczny kapitał, ale większość postaci nie jest ani jednoznacznie szlachetna, ani jednoznacznie podła. To znaczy jednoznacznie negatywny szwarccharakter (cały w bieli) pojawia się dopiero w ostatnim sezonie i śmiało można by go dopisać do listy „Sinobrodych technologii” i cyfrowych baronów, o których pisała jakiś czas temu Klaudia Rachubińska w kontekście filmu Niewidzialny człowiek (taka to netflixowa, dialektyczna pętelka).

Reszta postaci porusza się po szarej strefie pomiędzy – nawet kandydatka na drugie miejsce w podłości, przemocowa opiekunka i była dowódczyni Catry i Adory, postać wybitnie inteligentna i chorobliwie ambitna, spędza większość serialu, służąc swoimi umiejętnościami siłom Dobra. Ale większość bohaterów i tak stanowią młodzi ludzie, którzy mają tyle dobrych intencji, co lęków, i pecha, że przyszło im dorastać w epoce ekologicznej katastrofy, militaryzacji i kosmicznej inwazji.

I nie wiem, czy bohaterką, która najpełniej wyraża etyczną propozycję serialu, nie jest przypadkiem Entrapta – naukowczyni, inżynierka, geniuszka, właścicielka fantastycznych, ożywionych fioletowych włosów, które służą jej za parę dodatkowych kończyn, dziewczyna w spektrum. Neurotypowe Dobre Dzieciaki kolorowej rebelii dają plamę i Entrapta ląduje na jakiś czas po drugiej stronie linii frontu, w twierdzy Zła, stając się jedną z najbardziej niejednoznacznych i zaskakujących postaci serialu. W kontrze do stereotypów i pomimo najróżniejszych komunikacyjnych zawirowań okazuje się wybitnie empatyczna i nastawiona na kontakt – dostrzega żywą i czującą istotę w kupie żelastwa, nawiązuje przyjaźń ze złym mrukiem z laboratorium. Ewoluuje i dojrzewa – ale nie za cenę swojej osobności i nienormatywnego spojrzenia. Popełnia straszliwe błędy – ale też znajduje inspirację i nadzieję tam, gdzie inni widzą sytuację bez wyjścia.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Klara Cykorz

| Kulturoznawczyni, krytyczka filmowa
Kulturoznawczyni, krytyczka filmowa. Laureatka Konkursu im. Krzysztofa Mętraka (2018). Na łamach „Dwutygodnika” prowadzi autorski cykl „Gadanie” poświęcony serialom telewizyjnym.