Film

Królowa, celebrytka i Żelazna Dama

The Crown Netflix

W czwartym sezonie „The Crown” widzimy, jak po monarchię idą dwie nowe siły: Thatcherowski turbokapitalizm i towarzysząca mu nowa, celebrycka kultura całodobowego telewizyjnego spektaklu.

W poprzednich sezonach The Crown widzieliśmy paradę powojennych brytyjskich premierów, co tydzień zasiadających na audiencji u królowej Elżbiety II: od Winstona Churchilla w późnej jesieni życia, niezdolnego ustąpić z godnością i coraz gorzej rozumiejącego powojenną rzeczywistość; po Harolda Wilsona, podającego się do dymisji po zdiagnozowaniu choroby Alzheimera, w środku kryzysowych lat 70. W czwartym sezonie serialu jest tylko jeden szef, a właściwie szefowa rządu – Margaret Thatcher. Wszystkie odcinki mieszczą się w przedziale między majem 1979 roku, gdy torysi pod wodzą Thatcher po raz pierwszy wygrywają wybory, a końcówką 1990 roku, gdy własna partia buntuje się przeciw pierwszej brytyjskiej premierce i odsuwa ją od władzy, mimo trzech wygranych przez nią wyborów z rzędu.

Równie ważna jak Thatcher w nowej odsłonie The Crown jest inna kobieta: księżna Walii Diana. Historia jej małżeństwa z księciem Karolem stanowi główny wątek sezonu. Diana wnosi w rodzinę królewską zupełnie nową, celebrycką logikę – rewolucjonizującą świat Windsorów nie mniej niż thatcheryzm Anglię.


Thatcheryzm widziany z pałacu

W początkowych odcinkach żadna z dwóch „rewolucjonistek” nie wydaje się zagrożeniem dla stabilności brytyjskiego domu panującego. Pierwsze spotkanie Żelaznej Damy z rodziną królewską kończy się upokorzeniem. Wizyta Thatcher i jej męża Denisa w królewskim majątku Balmoral w Szkocji to katastrofa. Brytyjska szefowa rządu popełnia gafę za gafą, jest sztywna, nie potrafi się rozluźnić i dobrze bawić, na polowanie ubiera się jak na konferencję prasową przed Downing Street.

Jakkolwiek jednak ocenialibyśmy Thatcher polityczkę, trudno cieszyć się z jej upokorzenia przez Windsorów. Patrząc na to, jak protekcjonalnie, lekceważąco, a czasem wprost nieuprzejmie i wrogo rodzina królewska traktuje premierkę, za którą stoi demokratyczny mandat, nie sposób nie sympatyzować z Thatcher. W końcu szefowa rządu – niezależnie od tego, jaki jest jej program polityczny – ma naprawdę ważniejsze rzeczy do roboty niż odnajdywanie się w dziwacznych grach salonowych rodziny królewskiej. Takich momentów w serialu jest więcej, niejednokrotnie wbrew sobie kibicujemy Thatcher: gdy przywołuje do porządku traktujących ją z góry patrycjuszowskich torysów, gdy wygrywa wojnę przeciw faszystowskiej dyktaturze w Argentynie, gdy planuje swoje polityczne gry.

Monarchia jako serial

Twórcom The Crown udało się coś, co mogłoby się wydawać niemożliwe: stworzyli empatyczny portret Thatcher, chyba najbardziej znienawidzonej polityczki w politycznej historii Wielkiej Brytanii – i to z wielu całkiem dobrych powodów. Wielka w tym zasługa wybitnej roli Gillian Anderson, która tworzy o wiele ciekawszą kreację niż Meryl Streep w filmie Żelazna Dama (2011). Wszystko o tej postaci mówi to, jak ustawia głos, jak nawet w prywatnych sytuacjach stara się nadawać mu władczy, poważny, pełen godności ton, a przy tym w chwilach stresu krztusi się, kaszle, zaczyna mówić zbyt cicho i zbyt wysoko.

Fot. materiały promocyjne Netflix
Gillian Anderson jako Margaret Thatcher. Fot. netflix.com

Jednocześnie nowy sezon The Crown nie jest apologią ani thatcheryzmu, ani samej Thatcher. Widzimy także małostkowość polityczki, jej często głupi i ośli upór, niezdolność do ustępstw, zupełny brak solidarności z innymi kobietami, przechodzący czasami w uwewnętrznioną mizoginię. Nie tylko polityczną. W scenach z wewnątrz Downing Street widzimy, jak polityczka faworyzuje swojego syna, wyrastającego na zadowolonego z siebie, uprzywilejowanego idiotę, lekceważąco zaś traktuje córkę.

Na thatcheryzm patrzymy ze specyficznego punktu widzenia: królewskich pałaców, do których docierają tylko echa przemian odmieniających oblicze Wielkiej Brytanii lat 80. W serialu nie widzimy przynajmniej dwóch kluczowych dla rządów Thatcher wydarzeń: złamanego strajku górników z 1984 roku oraz gospodarczego cudu drugiej połowy lat 80. Ten pierwszy zakończył erę potęgi brytyjskich związków zawodowych i na dobrą sprawę usunął zorganizowany świat pracy jako kluczowego aktora brytyjskiego życia społecznego, politycznego i gospodarczego. Ten drugi zalegitymizował społecznie thatcheryzm, stworzył względnie szeroką grupę jego beneficjentów (często wywodzących się z klas ludowych), utrwalił przekonanie, że dla rynku i prorynkowej polityki nie ma alternatywy – a jednocześnie pchnął brytyjską gospodarkę ku finansjalizacji i rosnącym nierównościom.

Kino kontra Thatcher

Jednak nawet z pałaców serialowej Elżbiety widać pewne rzeczy. Na przykład społeczne koszty pierwszego rządu Thatcher (1979–1983), gdy Wielka Brytania notuje największe bezrobocie od czasów wielkiego kryzysu lat 30. W jednym z najlepszych odcinków sezonu do Pałacu Buckingham włamuje się Michael Fagan. Zostawiła go żona i zabrała ze sobą dzieci. Mężczyzna został sam w zagrzybionym mieszkaniu na ponurym brutalistycznym osiedlu. Co dwa tygodnie stawia się karnie w pośredniaku, gdzie po odstaniu w ciągnącej się w nieskończoność kolejce dowiaduje się, że nie ma dla niego pracy. Utrzymuje się dzięki fuchom na czarno. Zdesperowany idzie poskarżyć się do posła ze swojego okręgu – na próżno, popierający w pełni politykę rządu torys zbywa go kilkoma uprzejmymi komunałami. W końcu Fagan decyduje, że tylko królowa będzie w stanie przekazać premierce, że tak się nie da, że polityka rządu prowadzi kraj ku przepaści. Królowa na widok intruza zachowuje się spokojnie i z godnością. Wyraża kurtuazyjne współczucie dla jego doli. Więcej jednak nie jest w stanie zrobić.

W ostatniej scenie odcinka Elżbieta II patrzy z niesmakiem i niepokojem na Thatcher odbierającą defiladę po wygranej wojnie o Falklandy. Dostrzega, że liderka torysów reprezentuje zupełnie nowy standard konserwatywnej przywódczyni, całkiem inny niż ten, który oferuje monarchia: arywistyczny, rewolucyjny, zdolny rozbijać uznawane za nieefektywne instytucje, nawet gdy uświęca je tradycja. Serial doskonale pokazuje, jak mimo swojego toryzmu Thatcher traktuje takie instytucje jak monarchia z dużą dozą niecierpliwości i protekcjonalizmu. Jej polityka rozbija oswojony, zbudowany wokół państwa opiekuńczego kształt brytyjskiego społeczeństwa, w którym monarchii jakoś udało się odnaleźć. Thatcherowska rewolucja pędzi przez Wielką Brytanię jak rozpędzona lokomotywa, monarchia nie ma dostępu do hamulca bezpieczeństwa. Gdy raz w serialu Elżbieta próbuje rzucić wyzwanie polityce Thatcher – zmusić ją do poparcia sankcji wobec reżimu apartheidu w RPA – kończy się to skandalem, groźbą konstytucyjnego kryzysu i błyskawiczną rejteradą królowej.

Thatcher w ostatnim odcinku pada ofiarą swojej własnej partii. Królowa odczuwa wyraźną ulgę, może zapewnić polityczkę o swoim szacunku i wręczyć jeden z najwyższych orderów. A jednocześnie to dopiero odejście Żelaznej Damy utrwala jej rewolucję, każdy kolejny brytyjski premier – zwłaszcza Major i Blair – mniej lub bardziej będą politycznymi synami Thatcher. Konserwatyzm starej daty, odwołujący się do idei służby, ciągłości, protekcjonalnej troski o lud, światopogląd, w jakim wyrosła Elżbieta II, odchodzi w przeszłość.

Księżniczka celebrytka i smutny książę

W tych samych dniach co Thatcher do Balmoral przybywa inna gościni: lady Diana Spencer. Inaczej niż liderką torysów, Windsorowie są nią zachwyceni. Jeszcze przed końcem wizyty decydują: to idealna kandydatka na żonę dla księcia Karola, po wszystkich jego krótkotrwałych romansach, rozstaniach i powrotach do Camilli Parker-Bowles. Tak zaczyna się w serialu skazane na klęskę najsłynniejsze brytyjskie małżeństwo lat 80. Każde z małżonków wstępuje w związek ze złych powodów. Diana uwiedziona fantazją o romantycznym księciu z bajki, Karol z poczucia obowiązku, ulegając naciskom rodziny.

Związek szybko zmienia się w piekło, małżonkowie głównie się kłócą, oddalają od siebie, ostatecznie spędzają ze sobą czas tylko wożeni razem na oficjalne uroczystości. Josh O’Connor w roli Karola tworzy najlepszą rolę w serialu w sezonie obok Anderson. Jego książę Walii jest jednocześnie roszczeniowy, zepsuty przez przywilej, niezdolny przeciwstawić się matce, a przy tym wewnętrznie zraniony, nieśmiały, na swój sposób wzruszająco melancholijny w swojej wierności wobec kobiety, z którą rodzina nie pozwala mu się związać. Niemal do końca możemy z nim sympatyzować, dopiero w dwóch ostatnich odcinkach w pełni ujawnia się skala jego egoizmu i zdolności do całkowitego braku wrażliwości na uczucia innych, w tym własnej żony.

Patoarystokracja

Diana od początku wydaje nam się kimś, kto wszedł w paszczę lwa brytyjskiej monarchii i zostanie przez nią pożarty. Tuż po zaręczynach młoda kobieta zostaje zamknięta w Pałacu Kensington, jej narzeczony wyjechał w oficjalną podróż i w zasadzie się nie odzywa. Diana jeździ na wrotkach po opuszczonych komnatach, słucha Duran Duran w walkmanie. Jest całkowicie znudzona i osamotniona, stres prowadzi do zaburzeń odżywiania.

A jednak młoda kobieta jest tyleż ofiarą rodziny królewskiej, co zagrożeniem dla jej oswojonej formy. Bez żadnych politycznych planów i ambicji Diana rewolucjonizuje to, jak działa monarchia. Jest pierwszą księżną, która bardziej niż następczynią tronu jest celebrytką, gwiazdą mediów znaną z tego, że jest znaną. Zaskakująca i kłopocząca rodzinę królewską popularność Diany, jej zdolność do nawiązywania kontaktu ze „zwykłymi ludźmi”, wizerunek „normalnej dziewczyny, z którą każdy może się identyfikować”, zmienia brytyjski dom panujący w bohaterów opery mydlanej na żywo, pierwszego reality show, koronowanych Kardashianów.

The Crown 4 Diana
Emma Corrin jako księżna Diana. Fot. netflix.com

Z jednej strony odmładza to i odnawia skostniałą instytucję. Zwłaszcza w bardziej niż Wielka Brytania kulturowo demokratycznych społeczeństwach: wizyty Diany w Australii i Stanach okazują się triumfem. Z drugiej, do reszty banalizuje monarchię, odziera ją z tajemnicy i majestatu. W pierwszym sezonie serialu pomysł księcia Filipa, by transmitować koronację Elżbiety, w telewizji wywołuje potężny opór konserwatywnego dworu. W czwartym sezonie widzimy, jak Diana zmienia monarchię w kolejny celebrycki, medialny spektakl, który bez poczucia straty można przełączyć pilotem na inny. Na razie – do końca sezonu – media są zakochane w młodej księżnej Walii. Wkrótce jednak – co być może zobaczymy w następnym sezonie – dokonają bolesnej, publicznej wiwisekcji jej rozpadającego się małżeństwa z Karolem i do samego końca będą z nagonką polować na informacje o jej życiu prywatnym.

Czy warto?

W drugim sezonie po wygłoszeniu przez Elżbietę mowy, która zostaje uznana za całkowicie oderwaną od rzeczywistości, monarchia wpada w głęboki kryzys wizerunkowy. By mu zapobiec, Pałac Buckingham ogłasza szereg reform: otwiera się na przykład na spotkania królowej ze „zwykłymi ludźmi”. Gdy Elżbieta i jej matka stoją, czekając na wizytę pierwszych takich gości, królowa matka mówi gorzko: „kiedyś przyszli do nas baronowie, potem parlament, a teraz to”. Wojny baronów z XIII wieku, wojna domowa z XVII, masowa demokracja – wszystko to osłabiło monarchiczną władzę, ograniczyło ją i zmusiło do przedefiniowania swojej roli w brytyjskim systemie politycznym i życiu społecznym. Poza krótkim interludium Rzeczpospolitej Angielskiej i Protektoratu Cromwella (1649–1660) monarchia w formie, jaka wyłoniła się po podboju normańskim w XI wieku, jednak trwała.

W czwartym sezonie The Crown widzimy, jak po monarchię „idą” dwie nowe siły: Thatcherowski turbokapitalizm i towarzysząca mu nowa, celebrycka kultura całodobowego telewizyjnego spektaklu. Po raz pierwszy w serialu pojawiają się tak mocno postawione pytania o sens i cenę trwania monarchicznej instytucji wobec tych nowych sił. Widzimy cenę, jaką za przebywanie w cieniu tronu płacą bliskie Elżbiecie osoby, głównie jej dzieci. W jednym z odcinków królowa spotyka się z czwórką swoich potomków i z przerażaniem odkrywa, że przynajmniej połowę wychowała na pozbawionych empatii, sadystycznych, tyleż okrutnych, co głupich potworków. Każda bliska królowej osoba w ten czy inny sposób jest przytłoczona i złamana przez tron – a jednocześnie tkwi w tym wszystkim zbyt głęboko, by móc tak po prostu odejść. Trudno też wskazać, czemu te poświęcenia miałyby służyć: do czego ceniące przede wszystkim bezwzględną walkę o pieniądz i pozycję, pozbawione sentymentów do jakichkolwiek tradycji społeczeństwo stworzone przez Thatcher tak naprawdę potrzebuje monarchii.

„Rok za rokiem” – przerażająca przyszłość, która czai się za rogiem

Być może w kolejnych sezonach ten pesymistyczny obraz monarchii z końcówki czwartego sezonu się zmieni. Gwiazda Diany zgasła równie szybko, jak kiedyś rozbłysła. Thatcher i jej rządy do dziś budzą gwałtowne polityczne kontrowersje. Za Blairem ciągnie się wojna w Iraku, rządy Browna obciąża wielki kryzys 2008 roku, Cameron ma na koncie brexit i lata katastrofalnej polityki austerity. Elżbieta II tymczasem trwa, pozostaje stałym, niezmiennym punktem na coraz bardziej chaotycznej mapie politycznej Zjednoczonego Królestwa.

The Crown będzie więc miało szczęśliwe zakończenie? Wszystko zależy od następnego monarchy: czy zdoła na nowo zdefiniować instytucję na miarę XXI wieku – czy Elżbieta II nie okaże się też ostatnią.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".
Zamknij