Film

„Mrs. America”: na patriarchalnej planszy

Mrs. America recenzja

Czyje prawa najłatwiej poświęcić na rzecz utrzymania sojuszu? Lesbijek. Komu wycofać poparcie, licząc na późniejsze wpływy w Białym Domu? Czarnej kobiecie. Jaki temat uznać za zbyt kontrowersyjny i odłożyć go na wieczne później? Prawo do aborcji. Zuzanna Piechowicz i Anna Piekutowska o serialu „Mrs. America”.


Na poboczu drogi, w rozgrzanym od upału samochodzie, siedzą dwie działaczki konserwatywnej organizacji STOP ERA z mapą w dłoni. Są wyczerpane po długiej podróży, kłócą się o drogę, napięcie rośnie. Obie podskakują na siedzeniach, kiedy z hałasem wymija je grupa roześmianych biegaczek z banerami. To sztafeta entuzjastek dodania do amerykańskiej konstytucji poprawki, która zrównuje prawa i obowiązki kobiet i mężczyzn. Zwolenniczki i przeciwniczki ERA – Equal Rights Amendment – zmierzają w tym samym kierunku, do Houston, na największą w historii krajową konferencję kobiet. Jest rok 1977.

To scena z serialu Mrs. America, który choć na chwilę pozwala przenieść się do świata polityki, w centrum którego stoją kobiety, a mężczyźni to tylko tło. Opowiada o konflikcie dwóch kobiecych środowisk. Feministyczne walczyło o ratyfikację ERA w poszczególnych stanach. Wśród działaczek były takie postaci, jak Gloria Steinem, Bella Abzug czy Betty Friedan. Po drugiej stronie barykady, działając na rzecz zatrzymania poprawki, grupa konserwatywnych republikanek. Na jej czele – Phyllis Schlafly – senny koszmar feministek: piekielnie inteligentna gospodyni domowa, która z równą pasją zapewniała o swoim przywiązaniu do męża i rodziny, co dyskutowała o arsenale jądrowym ZSRR.


Wydawałoby się, że sytuacja kobiet w Stanach Zjednoczonych lat 70. żywcem przypominała przytoczoną wyżej scenę z Mrs. America. Amerykańskie katolickie i białe konserwatystki zjechały na pobocze i pozwoliły się wyprzedzić ruchowi feministycznemu: przez Nowy Jork w ogólnokrajowym marszu równości przeszło ponad 50 tysięcy osób. Po raz pierwszy czarna kobieta – Shirley Chisholm – wystartowała w wyścigu o nominację Demokratów w wyborach prezydenckich. Zapadł wyrok w przełomowej sprawie Roe vs.Wade dotyczącej aborcji, a kolejne stany włączały w swoje prawodawstwo kryminalizację gwałtu małżeńskiego. Na konferencji w Houston uczestniczki przyjęły Deklarację amerykańskich kobiet – dokument jak na tamte czasy progresywny i rewolucyjny, z zapisami na temat praw reprodukcyjnych oraz równości osób nieheteroseksualnych. Złote lata drugiej fali feminizmu.

Graff: Coś tu nie gra

W latach 70. na dobre też rozpoczęła się batalia o wpisanie do konstytucji ERA. Właściwie chodziło o kilkadziesiąt, zresztą dość ogólnikowych słów. Poprawka miała zagwarantować równość wobec prawa wszystkich obywateli amerykańskich, niezależnie od płci. Tyle było w jej treści. Zwolennicy i zwolenniczki ERA (wśród których byli zarówno Demokraci, jak i Republikanie) podkreślali, że poprawka zakazuje dyskryminacji kobiet i mężczyzn m.in. w pracy, przy podziale majątku czy podczas rozwodów. Natomiast konserwatystki ze STOP ERA widziały w poprawce zagrożenie dla tradycyjnego modelu rodziny i odbieranie kobietom ich przywilejów (Stop Taking Our Privileges, stąd nazwa organizacji). Schlafly, jej założycielka, wielokrotnie w publicznych wystąpieniach twierdziła, że wprowadzenie do konstytucji zapisu o równości doprowadzi do tego, że kobiety będą zmuszone brać udział w powszechnym poborze wojskowym, korzystać z koedukacyjnych łazienek, a mężowie po rozwodzie nie będą płacić alimentów.

W Mrs. America śledzimy losy poprawki przez 8 lat – od przegłosowania jej przez Senat (1972), przez akceptację kolejnych stanów. Aż do 1980 roku, kiedy pomimo starań nadal brakuje trzech głosów na tak, aby wpisać ERA do konstytucji. W tym samym roku wybory prezydenckie wygrywa Ronald Reagan, znany ze swojej pogardy dla praw kobiet. Dekady później, w 2020 roku, pomimo uzyskania minimalnej liczby 38 stanów, poprawka nadal nie figuruje w amerykańskiej konstytucji.

Równolegle do walki o ERA w Mrs. America toczy się historia kilku kobiet stojących po obu stronach barykady. Każdy odcinek, nazwany imieniem jednej z nich: Gloria, Betty, Phyllis, Alice itp., przybliża osobisty kontekst, motywacje i cele, które kierują działaczkami. Są wśród nich prawniczki, dziennikarki, polityczki i katolickie gospodynie domowe. I są to fantastycznie napisane postacie! Pełnokrwiste, pełne paradoksów. Jedna zastanawia się, ile seksistowskich uwag może znieść z zaciśniętymi zębami, żeby utrzymać finansowanie feministycznego pisma (upokorzona publicznie Steinem rzuca do koleżanek: „On trzyma kasę”). Inna głosi pochwałę patriarchatu na wiecach politycznych, podczas gdy sama bez żalu zostawia męża i dzieci w domu. Na wspomnianej konferencji w Houston ktoś wytknął to na plakatach. Napis głosił: „Phyllis Schlafly pracuje, jest aktywistką, jeździ po kraju. Phyllis Schlafly jest feministką”.

Zaprzeczają stereotypom, wpisują się w nie, a czasem świadomie z nimi grają. Widzowie i widzki serialu, choć od początku zachęcani do stania po stronie feministek i poprawki, momentami kibicują Phyllis i empatyzują z nią i jej współpracowniczkami. W końcu one też zdecydowały się bronić swojej wizji świata.

W samotnym miejscu [o serialu „Dare Me”]

Opowieść jest fabularyzowana – prawdziwe osoby przeplatają się z postaciami stworzonymi na potrzeby serialu, a wydarzenia historyczne, obecne również w formie archiwalnych ujęć, są dopełniane przez te wymyślone przez scenarzystki i scenarzystów. Aktorki zaangażowane w Mrs. America dają popis umiejętności. W rolę Phyllis Schlafly wcieliła się Cate Blanchett – dwukrotna laureatka Oscara; za drugoplanową rolę w Aviatorze i główną w Blue Jasmine. Jej kreacja konserwatywnej królowej, kobiety ambitnej i wybitnie inteligentnej, to majstersztyk. Schlafly w jej wykonaniu ciekawi, drażni i wzbudza podziw.

Uzo Aduba wcieliła się w rolę pierwszej czarnej kandydatki na prezydenta USA. Aktorka została obsypana nagrodami za rolę Suzanne „Crazy Eyes” Warren w serialu Orange is the new black. Ale to nie wszystko, wspaniałe kreacje tego serialu to też m.in. Margo Martindale jako Bella Abzug i Tracey Ullman jako autorka Mistyki kobiecości Betty Friedan czy Sarah Paulson jako fikcyjna postać Alice Macray, która w jednej ze scen mówi: „W dorosłym życiu rozmawiałam z czterema mężczyznami: mężem, synem, ojcem i księdzem”.

Ania Shirley kontra Emily Dickinson

czytaj także

Mrs. America to też serial miły dla oka, a kostiumy są ważnym dopełnieniem całej historii. A to za sprawą Biny Daigeler, która współpracowała m.in. z Pedro Almodovarem, odpowiadając za stroje do filmów Wszystko o mojej matce czy Volver. Każda bohaterka serialu ma własny styl, ale pasujący do klimatu środowiska, którego jest częścią. Stroje w serialu Mrs. America są jak różnorodne mundury. Po jednym spojrzeniu wiemy, do której armii należy dana bohaterka.

Mrs. America recenzja
Tracey Ullman jako Betty Friedan / mat. promocyjne

Po co dzisiaj opowiadać historię sprzed pół wieku, w dodatku ustawiając w centrum niezbyt spektakularną walkę o dopisanie dwóch zdań do amerykańskiej konstytucji? Autorka serialu Dahvi Waller (Mad Men, Gotowe na wszystko) mówiła, że w opowieści o walce o ratyfikację ERA interesowało ją przede wszystkim to, w jaki sposób po dekadzie największych sukcesów kobiecych ruchów w historii nastąpiły mroczne czasy Reagana, skąd się wziął backlash, konserwatywna cofka, która na dziesięciolecia zablokowała wpisanie równości płci do amerykańskiej konstytucji. Kiedy powstawał pomysł Mrs. America, Waller nie mogła wiedzieć, że historia, którą opowie w serialu, tak zrymuje się z wizją Ameryki według Donalda Trumpa.

Beyoncé nie dla wszystkich jest autorytetem [rozmowa z Karoliną Krasuską]

W wywiadzie dla „Vanity Fair” Waller mówiła: „Jeszcze w 2015 roku, kiedy narodził się pomysł serialu, wyobrażałam go sobie jako spojrzenie na lata 70. i ruch feministyczny (…). Odcinek pilotażowy pisałam w trakcie kampanii i już po wyborach prezydenckich w 2016 roku i pamiętam, jak pomyślałam, że to już nie może być tylko serial o ERA, ale coś o wiele szerszego. Można w nim zobaczyć korzenie wojen kulturowych, które toczą się dziś w USA, i kształtowanie się linii, według których przebiegają współczesne podziały”. W trakcie produkcji rzeczywistość coraz bardziej doganiała serial – jeszcze na długo przed jego premierą nowy prezydent USA zdążył wstrzymać finansowanie dla organizacji proaborcyjnych, zlikwidował jawność różnic w płacy kobiet i mężczyzn oraz darmową antykoncepcję w ramach ubezpieczenia.

Serial Mrs. America należy do tej samej grupy co Opowieść podręcznej, Sprawa idealna czy Spisek przeciwko Ameryce. Ma zagrzewać do walki z populistami, ostrzegać przed postępującym backlashem, a czasami też i pokrzepiać liberalne serca. „We shall overcome” – śpiewają kobiety na wspomnianej już konferencji w Houston. One przetrwały, to może i my przetrwamy – seksistę Trumpa, ograniczanie prawa do aborcji, ksenofobię, rasizm i homofobię.

Jednak Mrs. America nie musi nas straszyć dystopijnym Gileadem jak Opowieść podręcznej ani pocieszać, że w narodzie tli się duch oporu, jak robi to Sprawa idealna, a i tak nie pozwala przestać myśleć o miejscu, w którym znajduje się współczesna Ameryka. I nie są to myśli zbyt wesołe. Odzwierciedla je ujęcie, które miga na ekranie pod koniec ostatniego odcinka, a na nim transparent z napisem: „I can’t believe I’m still protesting that shit”. Od lat walka toczy się niemal o to samo, zmieniają się scenografie i liderzy, a lista postulatów do wypisania na sztandarach stale się powiększa, zamiast kurczyć.

Kiedy na chwilę wyabstrahujemy Mrs. America z istoty pokazanego w serialu sporu, feministycznego przekazu, zostanie po prostu doskonały serial o polityce. O jej paradoksach, trudnych wyborach i bezwzględnych regułach. O tym, że nie da się zachować czystości ideologicznej, a polityczne podziały mogą czasem przebiegać w zaskakujący sposób.

Mrs. America recenzja
Rose Byrne jako Gloria Steinem / mat. promocyjne

Każda osoba, która działała kiedyś na rzecz jakiejkolwiek sprawy – nieważne, czy w partii, organizacji pozarządowej, czy ruchu społecznym – odnajdzie w Mrs. America sportretowane mechanizmy, które takimi grupami rządzą. Niedoskonałości systemów podejmowania decyzji, dynamikę sporów w grupie, kruchość sojuszy oraz pokusę zdobywania coraz większych wpływów. W serialu wybity jest też na pierwszy plan wątek międzypokoleniowego konfliktu. Rozdźwięku pomiędzy zasłużoną „matką feminizmu” Friedan a medialną i modną Steinem.

Każda osoba, która działała kiedyś na rzecz jakiejkolwiek sprawy – nieważne, czy w partii, organizacji pozarządowej, czy ruchu społecznym – odnajdzie w Mrs. America sportretowane mechanizmy, które takimi grupami rządzą.

Twórcy serialu często każą swoim bohaterkom dokonywać koszmarnie trudnych wyborów, chodzić na najbardziej zgniłe kompromisy. Czyje prawa najłatwiej poświęcić na rzecz utrzymania sojuszu? Lesbijek. Komu wycofać poparcie, licząc na późniejsze wpływy w Białym Domu? Czarnej kobiecie. Jaki temat uznać za zbyt kontrowersyjny i odłożyć go na wieczne później? Prawo do aborcji. Bella Abzug mówi do Friedan: „Czy nie brakuje ci czasem twojego radykalizmu?”. I zastanawia się, czy aby idąc na te kompromisy, nie poszły za daleko. To dotyczy nie tylko liberalnych aktywistek. „Wspaniały hotel, nawet obsługa jest biała” – mówi liderka STOP ERA w Teksasie. Co na to Phyllis Schlafly? Czuje dyskomfort, lecz tylko uśmiecha się kurtuazyjnie. Kilka scen później otwarcie rasistowska, ale wpływowa działaczka dostaje od niej nominację na ważne stanowisko.

Mrs. America to również serial o władzy. Władzy rozumianej jako potrzeba przejęcia narracji, zdominowania opowieści o świecie, i władzy nad emocjami. To widać w każdym publicznym wystąpieniu Phyllis, w jej starannie przygotowanych przemówieniach, bez jednego zbędnego słowa i fałszywego ruchu. Do znudzenia powtarza te same argumenty, nie przejmując się tym, czy są prawdziwe, czy nie. Liczy się skuteczność.

„The Morning Show”, czyli koniec snu

Ale bohaterki Mrs. America chcą też władzy rozumianej jako rządzenie. „Czemu my mamy stać na ulicach, kiedy oni siedzą w klimatyzowanych salach? Mam dość stania na dworze, chcę pracować w środku, z kawą i wykładzinami” – mówi jedna z uczestniczek feministycznego protestu. I właśnie to zdanie na koniec staje się smutnym podsumowaniem serialu. Kobiety biją się o prawa na ulicy. Organizują marsze, pikiety, piszą listy i rozdają chleb i dżem swoim senatorom. Robią politykę na każdy możliwy sposób, bo przecież u tych najważniejszych sterów stoją ciągle sami mężczyźni i to do nich należy ostatnie słowo. I jakoś ciągle nie chcą się nim podzielić z kobietami.

Choć wierzymy w pokrzepiającą moc Mrs. America jako serialu o emancypacji i feministycznej herstorii, nie da się go skończyć bez poczucia niedosytu. Pokazuje on mianowicie, że przesunięcie każdego pionka do przodu w grze o równość wcale nie musi przybliżać do zwycięstwa, kiedy walka cały czas toczy się na patriarchalnej planszy.

„Rok za rokiem” – przerażająca przyszłość, która czai się za rogiem

**
Zuzanna Piechowicz – sekretarz redakcji Radia TOK FM i prowadząca audycje Idealna niedziela, Szkoda czasu na złe seriale i Dobra praca. Trenerka umiejętności miękkich, absolwentka Kursu Trenerskiego Grupy TROP. Prowadzi warsztaty m.in. z empatii, komunikacji, kreatywności, edukacji medialnej i cyfrowej. Jej teksty można przeczytać m.in. w „Newsweek Psychologia” czy „Magazynie Slow”.

Anna Piekutowska – dziennikarka i wydawczyni w Radiu TOK FM, socjolożka. Publikowała m.in. w „Kulturze Liberalnej”, Oko.press i „Polityce”. Członkini kapituły Funduszu im. Iwony Winiarskiej-Feleszko, który przyznaje stypendia młodym zdolnym ludziom z niezamożnych rodzin. Członkini Radiowego Klubu Książki „Poczytalni”.

Autorki wspólnie prowadzą podcast Szkoda czasu na złe seriale.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać