Kraj

Osiem gwiazdek na straży empatii

Fot. Jakub Szafrański

Kiedy starsze pokolenie dyskutuje o poprawności i językoznawczych meandrach, a także nieobecności w Polsce tradycji niewolnictwa (co miałoby usprawiedliwić mniejszą wrażliwość na rasistowski stereotyp językowy), młode staje po prostu z transparentem „Stop calling me Murzyn”.

Jak podsumować językowo rok, którego mottem było nawet nie słowo, ale same gwiazdki, które do dwóch słów odsyłają? W tych emblematycznych ośmiu znakach, ze wszech stron fotografowanych na śniegu, piasku i bransoletce Roberta Makłowicza, widać było pewną bezsilność języka jako narzędzia opisu otaczającej rzeczywistości, która aż za bardzo nas w tym roku przerosła. Język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie/ Myśl z duszy leci bystro, nim się w słowach złamie – zauważał już Mickiewiczowski Konrad, zastanawiając się w celi nad własną bezradnością wobec zła, ale też nad możliwościami wyrażenia jej w języku. Do tego gwiazdki zostawiają również pewną przestrzeń niedopowiedzenia, w którą każdy może wkleić swoje treści.

Julki kontra kuce i piwniczaki. Ale generalnie to ***** ***

Z drugiej strony to właśnie słowa przestały sobie na transparentach po prostu widnieć, a zaczęły krzyczeć. Już 7 sierpnia na Krakowskim Przedmieściu w odpowiedzi na aresztowanie nie tylko Margot, ale kolejne zatrzymania mniej lub bardziej przypadkowych uczestniczek, tłum zaczął bezpardonowo wykrzykiwać przekleństwa. Chociaż sytuacja była przepełniona bezsilnością, czuło się już, że to moment, w którym wezbrany ukrop w wielkim garze zaczyna kipieć, a tłumek, chociaż niewielki, nie boi się wyrazić tego za pomocą gniewnych słów. Już wtedy było wiadomo, że ton tych emocji będzie nadawało młode pokolenie.

Trzy miesiące później ten wielki gar ze słowami wykipiał w całości. Już nie tłumek na Krakowskim Przedmieściu, ale tłumy w niezaplanowanej, skupionej oddolnie, anarchistycznej magmie. Słowa były niesione przede wszystkim na kartonach – te nasze milenialskie płótna i boomerskie deski to przeżytek. Kartony są lekkie, szybkie w transporcie i zero waste. W sam raz do haseł „wypierdalać”, „trzeba było nas nie wkurwiać” – coś jakby ten stary rysunek Marka Raczkowskiego z wielkim sztandarem „kurwa mać” stał się rzeczywistością i przestał śmieszyć. Wulgaryzmy wylewały się nie tylko z kartonów, ale były krzyczane, śpiewane i tańczone co sił w jeszcze nietkniętych covidem płucach, jakby były to ostatnie słowa, które jeszcze nam zostały.

Alexa, play „Strajk Kobiet”

czytaj także

Ale jak mogło być inaczej, kiedy trudno nawet opisać emocje, które wzbudziło zaostrzenie prawa aborcyjnego, i tak już najbardziej restrykcyjnego wśród krajów Europy? Przeprowadzone w środku pandemii i w atmosferze strachu przed nią? Słowa przestały wystarczać, a ponieważ protesty były oddolne i nieustrukturyzowane, nikt nie przejmował się gładkością „politycznej narracji”. Po prostu krzyczeliśmy. Akademicka dyskusja na temat „jak rozmawiać i przekonywać” zamieniła się w pytanie: w jaki sposób będziesz przeklinać, kiedy przyjdą po ciebie? Żadne telewizyjne debaty, nawet w tych bardziej przychylnych protestom mediach, nie były w stanie oddać temperatury tych haseł. Nie tylko dlatego, że na wizji nie wypada.

Jak zawsze, gdy toczy się walka o coś wielkiego, jedną z metod jej tłumienia jest przesunięcie dyskusji na kwestię formy. Ktoś będzie bronić emocjonalnie słabszych – zostanie oskarżony o nieposzanowanie reguł ortografii. Ministrem zostanie człowiek kwestionujący prawa człowieka – aresztowana zostaje aktywistka za namalowanie gniewnego napisu na murze, a spór rozegra się na temat wandalizmu. Żyjemy przecież w kraju, w którym niespecjalnie lubimy żywych, skomplikowanych ludzi, którzy są chorzy lub zdrowi, pulsuje im krew w żyłach, dokonują wyborów, kochają, płaczą, przeklinają, marzną, mają swoje potrzeby. Bardziej od nich kocha się u nas elewacje budynków, pomniki, uczucia figur, sny o potędze, urojone wartości. W związku z tym łatwo się skrzywić i dyscyplinować za brzydkie słowa; trudniej bronić prawdziwych ciał, tych stojących obok tu i teraz.

Ile jeszcze dzieci i nastolatków musi zginąć, by rząd przejrzał na oczy?

Czy młode kobiety naprawdę muszą tak przeklinać? – pytali z troską mądrzy panowie w telewizyjnych garniturach. Kto wychował wulgarną i agresywną młodzież? – głosił nagłówek telewizji wPolsce.pl. W jej programie redaktor Aleksandra Jakubowska (ta od torebki) wraz z kurator Barbarą Nowak oglądają fragment słynnego filmiku z dziewczynami ze Szczecinka, które krzyczą księdzu w twarz nie tylko, że ma „wypierdalać”, ale też, że Bóg jest kobietą, i pytają go, czy ma macicę. Bo przekleństwa nie były tylko wyrazem bezsilności, nie były tylko programem politycznym (jak nazwała to Danuta Kuroń) – były również aktem performatywnym. To znaczy: dzięki nim zmieniła się rzeczywistość, bo obudziliśmy się w świecie, w którym może wciąż nam być duszno, ale przynajmniej można krzyknąć na księdza, można nie bać się złowrogiego polityka.

Kiedy każemy komuś wypierdalać, opadają maski. Także dlatego, że gorszenie się w reakcji na wulgaryzmy jest grą jałową, czysto gombrowiczowską. Jeśli w odpowiedzi na brzydkie słowo niesione na kartonie potrafimy się jedynie nabzdyczyć, przywoływać reguły świętej przyzwoitości, cmoknąć i zrobić wyższościową minę – bardzo trudno jest zachować wiarygodność. Im bardziej jesteśmy poważni, tym więcej tracimy powagi i bardzo trudno jest zamaskować anachroniczność samego sporu o elegancką formę i przyzwoitą normę. Dlatego wydaje się, że władza tę potyczkę zaczęła już przegrywać i w końcu przegra.

Ale jeśli mówimy, że to głównie młode pokolenie narzuciło w tym roku ekspansywny, naznaczony wulgaryzmami język protestów, to jest to tylko jedna strona prawdy. Bo owszem, słyszeliśmy mocne okrzyki, ale jednocześnie to przecież także w tym roku toczyły się intensywne dyskusje o tym, jak określać słowami coraz bardziej złożoną rzeczywistość, aby być bardziej uważnym na ludzkie potrzeby i różnorodność. I również ten wymiar języka zdają się lepiej rozumieć młodzi.

To przecież właśnie „wulgarne nastolatki” w badaniach są postrzegane jako pokolenie wyczulone na zranienie, zwłaszcza jeśli odwołamy się do osób przywoływanych przez Jean Twenge, autorkę książki iGen. W ten sposób autorka określa tzw. generację Z, uznając, że dojrzewanie w cieniu powszechnych smartfonów jest dużo bardziej jaskrawym wyróżnikiem pokoleniowym niż schyłek alfabetu. Badaczka powołuje się na amerykańskie badania i tamtejszy kontekst, ale z książki wynika, że pokolenie smartfonów ma pewne wspólne dla różnych narodowości cechy: większą potrzebę bezpieczeństwa, przywiązanie do rodziców i przede wszystkim wdrukowane w swoich „i-genach” potrzebę wolności i indywidualności. A za tym wszystkim idzie akceptacja i szacunek wobec niemal wszystkich możliwych wyborów życiowych i uznawanie wszelkich praw mniejszości za oczywiste.

Dlatego właśnie, kiedy starsze pokolenie dyskutuje o poprawności i językoznawczych meandrach, a także nieobecności w Polsce tradycji niewolnictwa (co miałoby usprawiedliwić mniejszą wrażliwość na rasistowski stereotyp językowy), młode staje po prostu z transparentem Stop calling me Murzyn. Kiedy Piotr Jedliński, prezes radia Nowy Świat, zwrócił się do Margot imieniem, którego już nie używa, a starzy faceci zasłuchani w barwy swych głosów z wyżyn monologowali o wolności słowa, dla młodszych sprawa była oczywista: określanie kogokolwiek w sposób, którego sobie nie życzy, jest nie do przyjęcia i na pewno nie sytuuje mówcy w pozycji sojusznika tej osoby. W końcu prośba/żądanie stop calling me, „nie nazywaj mnie…” jest wyrażona wprost, podobnie jak każda inna dotycząca np. zdrobniałej formy naszego imienia. To wszystko sprawia, że skomplikowany dla starszych pokoleń świat językowych niuansów tak naprawdę można uprościć: język ma przestać ranić. A jednocześnie stawać się coraz bardziej pojemny – stąd przy protestach aborcyjnych zwrócono uwagę na prawa osób z macicami, wskazując, że walczymy przecież także o prawa osób transpłciowych i niebinarnych.

Nie wszyscy Polacy są biali, czyli o czym nie śniło się Norwidowi

czytaj także

Te dwie strony językowego medalu tylko na pierwszy rzut oka wydają się przeciwstawne: właśnie empatyczność języka i jednocześnie próba wyjścia poza język to efekt tego skomplikowanego roku. Nie mam złudzeń, że zapraszani do TVN goście będą prawidłowo używali wszystkich empatycznych określeń, a wszyscy redaktorzy starych mediów będą wstydzić się swych niegdysiejszych wykluczających słów. Samo przenikanie do mainstreamu określeń, które lepiej i dokładniej, z większą ostrożnością opisują skomplikowany świat, już się jednak rozpoczęło. I chociaż telewizja wciąż nie nadąża za ulicą, niezależnie od tego, czy cenzuruje lub zżyma się na przekleństwa, czy też dalej tkwi w języku pełnym uprzedzeń – nadzieja w tym, że to właśnie młode pokolenie będzie nadawało ton przyszłej dyskusji. I nie będzie bało się ani nazwać rzeczy po imieniu, ani stanąć na straży języka troski i akceptacji.

Czytaj inne podsumowania 2020 roku:

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Justyna Drath
Justyna Drath
Nauczycielka, działaczka społeczna
Absolwentka polonistyki i filmoznawstwa na UJ. Nauczycielka, działaczka społeczna, członkini ZNP i uczestniczka Kongresu Ruchów Miejskich. Była członkinią partii Razem. Broniła Krakowa przed likwidacją szkół i Młodzieżowych Domów Kultury. Współtworzyła kampanię referendalną komitetu Kraków Przeciw Igrzyskom. Organizowała działania na rzecz demokracji lokalnej, kierowała klubem Krytyki Politycznej, pomagała w organizacji Manify.
Zamknij