Film

Całkiem zwyczajny rok (seriale 2021)

Reservation Dogs

Wszelkie podsumowania i top dziesiątki są zawsze selekcją subiektywnego, osobistego wycinka. Mam nadzieję, że czytelniczki i czytelnicy znajdą w moim małym przeglądzie coś dla siebie.

Noworoczne postanowienia są przereklamowane: miałam w tym roku wystawić nos poza swoją anglojęzyczną norkę i eksplorować nowe gatunki, w efekcie zakopałam się, ale głębiej, oglądając seriale stare, brytyjskie i polskie, zdrapując z siebie, warstwa po warstwie, presję bycia na bieżąco.

Po zeszłorocznym lockdownowym szoku, kiedy serial telewizyjny stał się z dnia na dzień głównym narracyjnym zwierciadłem/główną narracyjną odskocznią wśród wszystkich sztuk („the last form of entertainment standing”, jak pisała Doreen St. Félix), koło zaczęło się na nowo toczyć, produkcje ruszyły, nowe sezony seriali przestały mieć posmak dziwności zawieszonej pomiędzy światem starym a nowym.

Oglądałam więc, jak zwykle, dużo kryminałów, tu, po zeszłorocznych protestach w różnych zakątkach globu, rzeczywiście coś się działo, w każdym razie na płaszczyźnie krytycznej, za przykład niech posłużą teksty o Mare z Easttown albo moim ukochanym Evil, a także dużo dobra z archiwum KP, do znalezienia dalej, między akapitami. Mam nadzieję, że w przyszłym roku dotrze wreszcie do nas czwarty sezon Niezapomnianego (Unforgotten), gdzie prawdę czasami lepiej zostawić w spokoju, i krwista Ragdoll, pulpowy procedural uszyty z porażek.

„Mare z Easttown”: krzywda dzieci pozostaje przezroczysta

Kryminał był też ważny na polskim podwórku, patrz: głośne, drugie sezony Rojsta i Kruka oraz nowy serial Klangor. Mnie z tego wszystkiego najbardziej podobali się Nieobecni, produkowani mniej prestiżowo, dla platformy Player, bez ambicji brudnego, społecznego obrazka, ale też bez budzenia frustracji, za to ze świetnie skonstruowaną zagadką i przyjemnością cliffhangera.

Śmierć Bronisława Cieślaka wywołała falę wspomnień i powrotów do 07 zgłoś się. Brudna sprawa i 24 godziny śledztwa (1978) pozostają bezkonkurencyjne w kategorii smutku, Morderca działa nocą (1984) w kategorii napięcia, i szczerze mówiąc, mnie jako kobiecie po latach współczesnych prób polskiego noiru oglądanie porucznika Borewicza przynosi taką ulgę, że nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. (Nie bez powodu Anna Dobrowolska w swojej książce poświęciła serialowi cały podrozdział).

„Żonaty? To do uśpienia!” Serial o Borewiczu nie był tak staroświecki, jak go pamiętamy

Nie brałam udziału w narodowym przeżywaniu Osieckiej; nie widziałam ani jednego odcinka I Think You Should Leave… with Tim Robinson; słyszałam, że telewizyjny Marvel daje ludziom radość i podkrada chwyty Doktora Who z czasów, gdy Doktor Who robił w telewizyjnej awangardzie. Ale to nie był rok awangardowy, wręcz przeciwnie: nie wybuchła żadna formalna bomba, jakby wszyscy cieszyli się, że można po prostu kontynuować to, co wypracowane, wydrapane pazurami przed pandemią.

Wszelkie podsumowania i top dziesiątki są zawsze selekcją subiektywnego, osobistego wycinka. Mam nadzieję, że czytelniczki i czytelnicy znajdą w moim małym przeglądzie coś dla siebie.

Dziwny rok (seriale 2020)

Najlepszy serial kontynuowany: Feel Good (sezon drugi), Netflix

Drugi sezon kameralnej komedii Mae Martin i Joe Hampsona miał dużo szczęścia. Raz, że media wreszcie się zainteresowały, wyciągnęły mikrofony, krytycy złapali za kajeciki. Dwa, że kontynuacja znakomitego sezonu pierwszego w ogóle powstała – recenzując ją w pierwszym lockdownie dla „Czasu kultury”, obawiałam się, że to jednorazowy strzał, a tak małe i ambitne produkcje pójdą od razu pod topór. I trochę tak się stało: drugi sezon będzie zarazem ostatnim, twórcy przysięgają, że to wystarczy, ja myślę, że robią dobrą minę do złej gry. Ale nieważne, cieszmy się tym, co mamy.

Feel Good to, na przekór tytułowi, traumatyczna komedia romantyczna do góry nogami: nogi są cienkie jak u owada i nie przestają podrygiwać, należą do Mae Martin, podobnie jak mocno na użytek fikcji przetworzone perypetie miłosne, używkowe i te związane z ciemną stroną sceny stand-upu. (Serial jest inspirowany autobiograficznie, ale nie jeden do jednego, w tym samym nurcie co Mogę cię zniszczyć Michaeli Coel).

Drugi sezon serialu wydaje się w szczególny sposób dzieckiem pandemii. Pierwszy był o zakochiwaniu się pary ludzi (którzy może wcale nie powinni być ze sobą), uzależnieniu i rozpoznawaniu swoich toksycznych wzorców przywiązania. Drugi nosi w sobie doświadczenia lockdownu i vibe „ludzie diagnozują się w pandemii”, zwraca ku przeszłości i w głąb rozwibrowanego, nieustannie podrygującego ciała. W jednym z odcinków lekarka wysuwa przypuszczenie, że Mae cierpi na zespół stresu pourazowego. „Czy nie możemy po prostu powiedzieć, że mieszkają we mnie ptaki?”, odpowiada Mae.

Feel Good ma idealne wyczucie komediowego rytmu, ale najbardziej jest zainteresowane splotem ciała i języka: metafory, która ma zarówno moc zakrywania, jak i odkrywania, eksplorowania, znoszenia konwencji i dojrzewania. Nie znam drugiego serialu, który mówiłby o płci w sposób równie czuły, poetycki i dowcipny (w takim sensie, w jakim poezja i żart poszerzają ludzkie rozumienie siebie): słowo „niebinarność” pada tu tylko raz, z ust George, jest raczej drogowskazem/ułatwieniem niż punktem dojścia. Mae jest „anemicznym strachem na wróble”, „kukurydzą na patyku”, „kimś w rodzaju Adama Drivera i Ryana Goslinga”; George, cis dziewczyna – „fasolką” i „groźną Mary Poppins”.

Nie jest to serial idealny, bo takie nie istnieją: mam mały problem z wątkiem rodziców Mae i ich stosunkiem do uzależnionego dziecka, wydaje mi się też, że pierwszy sezon równiej rozkładał uwagę pomiędzy Mae i George. Ale w takim razie największą słabością serialu byłby jego przyśpieszony koniec.

*
Najlepszy serial zamknięty w jednym sezonie (historyczny, szarpany realizmem magicznym): Kolej podziemna, Prime

Barry Jenkins jest facetem czułym na światło, dotyk i medium; tak jak Moonlight był filmem wielkiego ekranu, tak Kolej podziemna, ekranizacja książki Colsona Whiteheada (której nie czytałam), jest pełnokrwistą opowieścią w odcinkach. Dlatego nie do końca żartuję sobie, kiedy mówię, że jednoczesna premiera całego serialu była sabotażem ze strony platformy streamingowej Amazon Prime; serial miał rewelacyjne recenzje, ale ograniczono mu przestrzeń na zostanie serialem przeżywanym wspólnotowo.

Pomimo postępujących zmian w praktykach oglądania seriali i różnych konfuzji z tym związanych rok 2021 był rokiem emisji cotygodniowych; najbardziej dyskutowane seriale roku leciały w trybie tradycyjnym (WandaVision, Mare z Easttown, Ted Lasso, Sukcesja). Jednym, wybitnym wyjątkiem okazał się koreański Squid Game, który paradoksalnie łączy z Koleją podziemną głęboko afektywne wykorzystanie odcinkowej formy do opowieści o wyzysku, ucieczce / próbie ucieczki i traumie.

Biedne dzieci kapitalizmu patrzą na seriale

W Kolei…, archetypicznej narracji o dziewczynie, której udaje się zbiec z plantacji bawełny w Georgii, każdy odcinek to kolejny etap wędrówki – mozolnej, nielinearnej, zataczającej przerażające pętle, szarpanej realizmem magicznym, z właściwie symboliczną postacią łowcy. Podobnym chwytem do tego ostatniego posłużył się także Raoul Peck w Wytępić całe to bydło; ale u Jenkinsa dudni też tętno telewizyjnego klasyka sprzed pięciu dekad, kafkowskiego Więźnia.

Jednak to też opowieść o powolnym zlepianiu swojej podmiotowości poza tożsamością uciekinierki – Thuso Mbedu gra Corę w sposób wycofany, przyczajony, jakby ukrywając się także przed spojrzeniem widza, napastliwym i wszystkowiedzącym spojrzeniem z przyszłości. A jeśli są tu fragmenty podszyte publicystyką, to dlatego, że publicystyka bywa życiem i sporem o rzeczy najważniejsze.

*
Najlepszy serial zamknięty w jednym sezonie (katolicki, fantastyczny):
Nocna msza, Netflix

To już trzeci serial żałobny Mike’a Flanagana, po Nawiedzonym domu na wzgórzu i Nawiedzonym dworze w Bly. (Na przyszły rok zapowiedziano wariację na temat Zagłady Domu Usherów Edgara Allana Poe). Seriale te pojawiają się na Netfliksie jako premiery halloweenowe, ale wspaniale odnajdują się w kontekście Wszystkich Świętych i Zaduszek: jako opowieści grozy gęste od smutku, wyprawy w przeszłość i do krainy zmarłych, właściwie kontemplacyjne, o konfrontacji/godzeniu się ze śmiercią.

Akcja Nocnej mszy rozgrywa się w niewielkiej parafii na małej wysepce, w miasteczku dotkniętym upadkiem lokalnego rybołówstwa i brakiem perspektyw; jest to historia pewnej apokalipsy. W swoim (skądinąd bardzo przejmującym) eseju poświęconym serialowi krytyk Phillip Maciak napisał, że jedna z najstraszniejszych rzeczy, jaka się może przytrafić w horrorze, to fanatycy religijni, którzy mają rację – i dlatego Nocna msza, serial, w którym grupa głęboko religijnie osób myli się straszliwie, fundamentalnie i tragicznie, nie jest konwencjonalnie „straszna”. Cóż: ja bałam się, nomen omen, piekielnie, na tej opowieści o błędnym rozpoznaniu gatunku, o przestrzelonej interpretacji nadnaturalnych znaków i Pisma, która prowadzi całą społeczność do zguby.

Polska to już krindżowa komedia. Po co nam takie „The Office”?

*
Najlepszy nowy serial:
Reservation Dogs (sezon pierwszy), premiera na FX on Hulu

Autorski serial reżysera Sterlina Harjo i jego wieloletniego kumpla Taiki Waititiego wyrósł z poczucia braku i znużenia depresyjną dominantą w narracjach o rdzennych społecznościach. Końcowy (a może właśnie początkowy, czy raczej otwierający – serial dostał już zamówienie na drugi sezon) efekt to jednak coś więcej niż małomiasteczkowa, rdzenna wariacja na temat komedii niezręczności, tej fuzji sitcomu i kina niezależnego, która przez ostatnią dekadę zupełnie zmieniła oczekiwania wobec amerykańskiej telewizji.

Harjo i jego ekipa (złożona w całości ze scenarzystów i reżyserów rdzennego pochodzenia) grają w swojej własnej lidze: jest tu dziwny, postrzępiony, pozbawiony oczywistych puent humor, krajobraz nader rzadko obecny w prestiżowych serialach, Ameryka raczej biedna, zaniedbana i porośnięta soczyście zielonymi chaszczami (akcja dzieje się w rezerwacie w rodzinnym stanie Harjo, Oklahomie). Archetypiczna rama opowieści o ucieczce z małej miejscowości i wyrwaniu się na wielki świat (wielkim światem jest tutaj Kalifornia) okazuje się jednak historią nie alienacji, ale zakorzenienia. Szorstki realizm podszyty jest nadnaturalnym, niezręczny humor traumą (nastoletnią paczkę głównych bohaterów poznajemy w rocznicę samobójczej śmierci ich przyjaciela), ale serialowi udaje się uciec od poczucia prowincjonalnej klaustrofobii.

Serial ma specyficzny, trudny do przyszpilenia chronotop – wyrazisty sznyt zdjęć, montaż na jednym oddechu mieszający teraźniejszość i przeszłość. W prawie każdym odcinku matrycą akcji jest jakaś dziwna, mała przygoda, którą młodzi bohaterowie przeżywają z kolejnymi, czasem dość ekscentrycznymi dorosłymi (matką, ojcem, dawno niewidzianym wujem/kuzynem, szeryfem, nauczycielem). Te luźno powiązane ze sobą historyjki mają w sobie zawsze coś z podróży w czasie – są o tym, czy przeszłość okaże się deterministycznym kamieniem u szyi, czy częścią rzeczywistości, z którą można prowadzić dialog. I na ogół wychodzi na to drugie.

*
Najlepsze uniwersum:
Sprawa idealna (sezon piąty), premiera na Paramount+, w Polsce HBO

Po siedmiu sezonach Żony idealnej sezon piąty Sprawy idealnej wyznacza dwunasty rok telewizyjnego istnienia i perypetii Diane Lockhart, granej przez Christine Baranski prawniczki i miłośniczki widowiskowych marynarek, białej liberałki piąty rok w czarnej kancelarii Reddick, Boseman & Lockhart. W epoce zamierania i marginalizacji proceduralnej formy świat stworzony przez małżeństwo Michelle i Roberta Kingów żyje, rozrasta się, oddycha teraźniejszością, fascynacją nowymi technologiami i otwiera się na coraz więcej głosów, znajdując w tradycyjnie odcinkowym myśleniu o serialu telewizyjnym najwłaściwszą formę reakcji na pęd newsowej bieżączki.

Kingowie są satyrykami, może wręcz felietonistami, ale zarazem wytrawnymi portrecistami: zespół aktorski, prowadzony przez Baranski i dostojną Audrę McDonald w roli Liz Reddick, współpartnerki w kancelarii, gości kolejne wybitne epizody, tym razem m.in. Mandy’ego Patinkina w roli samozwańczego sędziego. Perypetie chicagowskich elit w tym sezonie obejmują także: uwodzicielski czar prywatyzacji prawa, covidowe powikłania, korupcję w szpitalach, histerię wokół „cancel culture”, kłopotliwą aplikację do biurowych plotek, reality TV, późnonocne pogadanki z duchem Ruth Bader Ginsburg i kolejne piętra perwersyjnej hipokryzji elit, kiedy okazuje się, że republikański mąż Diane może ma, a może nie, co nieco wspólnego ze szturmem na Kapitol.

*
Najlepszy serial o nastolatkach:
In my skin (sezon drugi), premiera w BBC

Och, przydałaby się polska emisja tego małego walijskiego serialiku; jest w nim szorstkość lokalnego kontekstu (angielszczyzna podchodząca walijskim), ale to właśnie czyni go bliskim, jeśli nie uniwersalnym: jeśli Sex Education (skądinąd też kręcone w Walii) dzieje się w zhomogenizowanej krainie marzeń, wszędzie, ale nigdzie, Cardiff w In my skin wydaje się znajome, bo doskonale wiesz, co robiłabyś na tych ulicach/ławkach/boiskach/parkingach, gdybyś znowu miała te naście lat.

Scenarzystka Kayleigh Llewellyn oparła historię na fragmentach swoich własnych wspomnień: główna bohaterka Bethan opiekuje się matką, która zmaga się z dwubiegunówką, w kontekście biedy klejonej zasiłkami i przemocowego męża; w szkole Bethan kreuje się na pewną siebie dziewczynę z „dobrej rodziny”, ukrywa problemy z mamą nawet przed najbliższymi przyjaciółmi. Dużo tu rześkich, szerokich kadrów, zachmurzonego nieba, picia alkoholu za pustym boiskiem; może stąd bierze się ta swojska prowincjonalność. Nie ma tu naddatku fantazji najważniejszych chyba dziś seriali o nastolatkach (Sex Education, w tym roku w trzecim, bardzo dobrym sezonie, jako reprezentant nurtu netflixowego, Euforia jako trauma w brokacie). Czasem dzieją się rzeczy drastyczne, wręcz potworne – ale bez kapryśnej estetyzacji.

Llewellyn i jej fantastyczny zespół aktorski z Gabrielle Creevy na czele chwyta rozpiętość tematów i tonów, chwile dobre i koszmarne, pierwsze złamane serce, dramaty przyjaciół, rozterki dotyczące przyszłości, głupoty upokarzające jak okres na wuefie i w końcu moment, w którym wiadomo już, że bohaterka dorasta: nie będzie już walczyć o wszystkich.

*
Najlepszy serial oparty na faktach:
Ogrodnicy, HBO

W tym czteroodcinkowym brytyjskim serialu przewija się motyw korespondencji z wielką gwiazdą kina francuskiego, która to korespondencja okazuje się zakamuflowanymi listami miłosnymi – tak jak i sam serial okazuje się przedziwnym listem miłosnym. Scenarzysta, pan Ed Sinclair, napisał Ogrodników dla swojej żony. I tu dwa kluczowe szczegóły: po pierwsze, żoną jest Olivia Colman we własnej osobie, a po drugie, Ogrodnicy są opartą na faktach historią małżeństwa, Susan i Christophera Edwardsów, którzy zamordowali rodziców kobiety, zakopali ciała na podwórku, spędzili kilkanaście lat, z sukcesem ukrywając zbrodnię, po czym oddali się w ręce policji, zostali skazani i odsiadują obecnie wyrok, wciąż utrzymując, że ich czyn był usprawiedliwiony. (Colman gra Susan, mężem Christopherem jest wspaniały i nieznośny David Thewlis).

Ale Ogrodnicy są nie tyle rekonstrukcją zbrodni, ile pewnej fantazji morderców o nich samych – wstrząsającym portretem związku dwojga ludzi przeżartych traumą rodzinnej współzależności. Sinclair i reżyser Will Sharpe (twórca serialu Flowers, jednej z najbardziej ekscentrycznych pozycji w filmografii Colman, kobiety, która grała przecież w Peep Show, u Lanthimosa i Waller-Bridge) szyją opowieść z filmowych cytatów, romantycznych filmów francuskich i klasycznych westernów, rozbierają i przebudowują dekoracje, zmieniają rodzaje taśmy, rekonstruują prawdziwe przesłuchania. To true crime, który jest jednocześnie komedią i traumatyczną historią miłości – nierzadka dla gatunku zagwozdka o głos ofiar, tutaj w roli czarnych charakterów, ma tu jeszcze wyższą stawkę, bez (niestety?, na szczęście?) jednoznacznego rozwiązania.

*
Najlepszy serial obejrzany zamiast Sukcesji:
Jak zostać Bogiem na Florydzie, premiera w Showtime, w Polsce Netflix

Nie obejrzałam jeszcze tegorocznego sezonu popularnego sitcomu pod tytułem Sukcesja. Trudno czerpać przyjemność z patrzenia z góry na znajomą gromadkę przemocowych gnid i bałwanów, kiedy wzdychanie krytyków staje się tak głośne. Za każdym razem, kiedy jakiś krytyk używa wobec tego serialu przymiotnika „szekspirowski”, cierpienie paskudnych bohaterów staje się coraz bardziej wzniosłe, a oglądanie Sukcesji coraz bardziej kwestią habitusu; tym samym zmniejsza się (w każdym razie moja) frajda oglądania.

Nie pamiętam, aby o jakimś serialu „New Yorker” pisał tyle i z takim nabożeństwem; w tym roku redakcja przeszła samą siebie, publikując recenzje, relację finału i trzy sylwetki twórców. Największe wzmożenie zapanowało bodaj dwa tygodnie przed finałem, po publikacji liczącego ponad 40 tysięcy znaków tekstu Michaela Schulmana o wcielającym się w postać Kendalla Roya Jeremym Strongu. Są tam ciekawe rzeczy o ambicji i metodach zamkniętego w sobie ekscentryka, szczególnie wypowiedzi współpracujących z nim aktorów; ale też nic, co nie mogłoby ukazać się w o połowę krótszej formie w jakimś mniej nobliwym periodyku. Dziesięć tysięcy znaków przed końcem redaktor Schulman leci z Nowego Jorku do Toskanii, gdzie zakończyły się zdjęcia do Sukcesji, po czym razem ze swoim bohaterem wsiada do samolotu do Kopenhagi. Bardzo duży ślad węglowy w poszukiwaniu puenty, która wcale nie musiała przyjść podczas transatlantyckiej wyprawy na duńską plażę w małym miasteczku, bo przecież mogła na Zoomie.

To „Sukcesja”, a nie „Parasite” jest trafionym w punkt kinem lewicowym

Czekając, aż wzmożenie wokół tego mizantropijnego cyrku trochę odparuje, sięgnęłam po inną epicką komedię o lisie kapitalisie, serial wprawdzie sprzed dwóch lat, lecz dopiero od niedawna dostępny na polskim Netfliksie: Jak zostać Bogiem na Florydzie. Wyprodukował go Showtime, stacja wielu przełomowych pomysłów, ale słabego, na tle na przykład HBO, PR-u; zaplanowany drugi sezon Jak zostać Bogiem… poszedł pod topór wkrótce po wybuchu pandemii. A szkoda: to wybitnie przegapiony serial, najntisowa makabreska o piramidzie finansowej i wielkim przekręcie, jakim jest amerykański sen o przedsiębiorczości (i mit samozatrudnienia).

Kirsten Dunst tworzy tu doskonale partnerski (jak przystało na wybitną aktorkę) duet ze zjawiskowo cudacznym, młodym kanadyjskim aktorem Théodore’em Pellerinem; ona jest młodą wdową zatrudnioną na zapyziałym basenie, z rocznym dzieciakiem w nosidełku i kredytem, a on wkręconym w ideologię przedsiębiorczości i self-made mana paniczem.

Tak jak Sukcesja, Jak zostać Bogiem na Florydzie opowiada o potworności wpływu wielkiego kapitału na relacje międzyludzkie; tyle że robi to z perspektywy zwyczajnej kobiety, której facet zasnął z wyczerpania za kółkiem, wjechał do bagna i został zjedzony przez aligatora.

Zdarza się i tak.

I tak po prostu − jak nie ma Samanthy, w wielkim mieście nie ma seksu

Czytaj inne podsumowania 2021 roku:

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Klara Cykorz
Klara Cykorz
Kulturoznawczyni, krytyczka filmowa
Kulturoznawczyni, krytyczka filmowa. Laureatka Konkursu im. Krzysztofa Mętraka (2018). Na łamach „Dwutygodnika” prowadzi autorski cykl „Gadanie” poświęcony serialom telewizyjnym.
Zamknij