Film

„Rojst ʼ97”: Bagno o wielu dnach

W pierwszym odcinku policjanci i patolodzy badają bagno – scenę zbrodni. W większości jest dość płytkie, ale są zdradliwe miejsca, gdzie można utonąć. Podobnie jest z tym sezonem serialu. Miejscami to naprawdę przyzwoita telewizja, a czasem przeciętna, czy wręcz kiepska.

W pierwszym sezonie Rojstu udało się to, co cały czas rzadko udaje się w polskich serialach: stworzenie spójnego estetycznie, sprawnie posługującego się gatunkową konwencją telewizyjnego widowiska. Pierwszy Rojst zabierał nas do lat 80., do niewielkiego miasteczka, gdzieś na zachodzie Polski, na terenach najpewniej kiedyś należących do Niemiec. Jego rzeczywistość odkrywaliśmy razem z młodym, ambitnym dziennikarzem Piotrem Zarzyckim, który – odrzucając koneksje zapewniane mu przez wysoko postawionego w partii ojca – zaczyna karierę w lokalnym dzienniku na prowincji. Zarzycki prowadzi dziennikarskie śledztwo w sprawie podwójnego morderstwa na prostytutce i lokalnym działaczu partyjnym, które przeplata się ze sprawą wspólnego samobójstwa dwójki nastolatków. Śledztwo odsłania lokalne układy władzy i toczącej je korupcji – miasteczko okazuje się jak tytułowe bagno i to o niejednym dnie.

„A miał coś na sumieniu? Był z Białorusi”

Drugi sezon, który niedawno miał premierę na Netflixie, rozgrywa się kilkanaście lat później, w 1997 roku – w trakcie wielkiej powodzi, która spustoszyła południowo-zachodnią Polskę. Piotr Zarzycki wraca do miasteczka – tym razem po to, by objąć stanowisko redaktora naczelnego wykupionej przez Niemców lokalnej gazety. Wierzy, że jeśli postawi upadające pismo na nogi, otworzy mu to drogę na szczyty dziennikarskiej kariery w stolicy. Tymczasem w miasteczku pęka wał przeciwpowodziowy, a koło wału zostaje znalezione ciało kilkunastoletniego chłopca.

Klątwa małych miasteczek

Jak serialowi udaje się powrót w drugim sezonie? Przyznam szczerze, że po pierwszym odcinku nie wyglądało to dobrze. Wyraźnie brakowało tempa i sprawnej narracji. Miałem wrażenie, że reżyser, zamiast opowiadać historię, snuć narrację i powoli odsłaniać świat przedstawiony, pokazuje mi palcem kolejne zdarzenia, jak w telenoweli. Nie czuć też było tego, co stanowiło największą siłę pierwszego sezonu: stylu i gęstej, przytłaczającej atmosfery.

Pierwsza seria Rojstu przekonująco oddawała posępną atmosferę lat 80. na prowincji. Stary system gnije, ale nie może upaść. Wszyscy wydają się pogrążeni w poczuciu beznadziei, władza może i nie wierzy już w samą siebie i swoją ideologię, ale ciągle potrafi dusić życie miasteczka, a w razie czego łamać życiorysy. Każdy, kto może, myśli o ucieczce, najlepiej na Zachód. Sny o nim reprezentuje lokalny hotel, miejsce przecinania się dróg lokalnych, oficjalnych elit i półświatka. Otaczające miasteczko lasy i bagna skrywają przy tym jakąś mroczną tajemnicę, zbrodnię z przeszłości, której lokalna społeczność ciągle nie potrafi nazwać. Serial oddaje te klimaty przez zimną paletę barw, przygaszone kadry, stroje, architekturę i gadżety z epoki.

Lata 90. zostały odtworzone na ekranie mniej starannie, nie mamy poczucia natychmiastowego i totalnego zanurzenia się w przeszłości. Po rozczarowaniu, które przyniósł pierwszy odcinek, kolejne jednak odrabiają straty. Nie tylko jest coraz lepiej z budowaniem intrygi i nastroju, ale także obraz małego miasteczka w roku powodzi odsłania coraz więcej.

Okazuje się, że mimo kilkunastu lat i zmiany ustroju w miasteczku zmieniło się bardzo niewiele. Powstaje co prawda nowa wyższa klasa średnia, zamieszkująca deweloperskie osiedle białych domków jednorodzinnych, ale poza tym struktury władzy i poziom jej skorumpowania pozostają niemal te same. Dawny lokalny komunistyczny dygnitarz zmienił się w lokalnego bogacza. W swoim nowobogackim dworku na honorowym miejscu w salonie trzyma – obok wypchanego niedźwiedzia przywiezionego przez szwagra ze Stadionu Dziesięciolecia – swoje zdjęcia z Kwaśniewskim i Kuroniem z jednej strony, a z Wałęsą i papieżem z drugiej.

Prasa jest co prawda wolna – nikt nie cenzuruje tego, co pisze lokalna gazeta, musi się ona jednak liczyć z rachunkiem ekonomicznym, a ten wymaga dobrych układów z miejscowymi elitami – zwłaszcza z będącym głównym reklamodawcą dawnym sekretarzem. Władza wszelkich typów pozostaje odwrócona plecami do obywatela, dba głównie o własne interesy. Policja jest niedofinansowana, dyżurny oficer gapi się znudzony w telewizor, gdzie leci Słoneczny patrol, komendant chce mieć przede wszystkim spokój, a w pracy popija wódkę – wszystko wskazuje na to, że ciepłą i dość ohydną.

Tylko hotel pozostaje, jak był za Jaruzelskiego, tanią namiastką luksusu i wielkiego świata, miejscem, gdzie spotyka się półświatek i cokolwiek podejrzana lokalna elita. Niezależnie od ustroju nad miasteczkiem ciąży ta sama klątwa bezruchu, beznadziei, oblepiającego wszystko i wszystkich taniego zepsucia.

Mrozek: Konwicki do odkrycia

W drugim sezonie zaglądamy też do przeszłości, o której w latach 80. nikt nie chciał pamiętać. Akcja z roku 1997 przeplatana jest przez retrospekcje z końca wojny. Widzimy, jak Polacy, wcześniej skoszarowani w miasteczku na robotach przymusowych, przejmują je, gdy Niemcy uciekają na zachód. Biorą w posiadanie poniemieckie mienie, zasiedlają należące do Niemców domy i mieszkania. Nie są jednak do końca u siebie, prawdziwą władzą jest Armia Czerwona i reprezentujący ją obcesowy, zwalisty major. Niemcy, którzy nie zdążyli uciec, zostają stłoczeni w obozie internowania założonym w otaczających miejscowość lasach, dzieją się tam straszne rzeczy.

Nie do końca się udało

Zarzycki i inni bohaterowie z pierwszego sezonu usuwają się w narracji z roku 1997 trochę na drugi plan. Na pierwszym znajduje się zaś sierżant Anna Jass (Magdalena Różczka) – policjantka z Warszawy wysłana na miesiąc „w teren”. Jass nudzi się, a wieczorami upija w miejscowym hotelu. Wtedy pojawia się sprawa pękniętych wałów i tajemniczej śmierci chłopca. Jak się jednak szybko okazuje, nikt specjalnie nie jest zainteresowany ustaleniem prawdy. Nawet wspierający ją początkowo policyjny partner – wiecznie ubrany w rybacką kamizelkę, jąkający się sierżant Adam Mika (świetny Łukasz Simlat) – zamyka śledztwo wygodną dla wszystkich konkluzją, w którą sam nie do końca wierzy, za co dostaje pochwałę od komendanta i nagrodę pieniężną, która przyda się na wymianę starej pralki.

Jass zupełnie nie przypomina policjantek z polskich seriali. Po pierwsze – jak dość szybko odkrywamy – jest osobą homoseksualną, co stanowi ważny wątek fabuły. Chyba po raz pierwszy w polskiej gatunkowej produkcji, która nie skupia się jako taka na sytuacji osób LGBT, mamy bardzo dobrze napisaną nieheteronormatywną bohaterkę. Ciekawą nie tylko z powodu jej orientacji. Jass łączy w pracy sztukę dedukcji z astrologią, pracowicie wylicza skomplikowane horoskopy spotkanych osób. Każdy odcinek odsłania kolejne warstwy tajemnicy tej postaci.

Szczerek: Próbujemy zmusić świat, by nas pokochał

Jednocześnie mam wrażenie, że wątek Jass i Miki nie do końca splata się z wątkiem Zarzyckiego. Serial oparty został na scenariuszu Mord Pawła Maślony i tragicznie zmarłego Marcina Wrony i ma się czasami wrażenie, że całkiem inna historia dość mechanicznie została przeniesiona w świat przedstawiony w pierwszym sezonie Rojstu – szwy powinny być bardziej subtelne, tu są miejscami aż nadto widoczne.

W pierwszym odcinku policjanci i patolodzy badają bagno – scenę zbrodni. W większości jest dość płytkie, woda sięga najwyżej do ud. Są jednak zdradliwe miejsca, gdzie z łatwością można utonąć. Podobnie jest z drugim sezonem serialu. Duża część to naprawdę przyzwoita telewizja: dobrze napisana i opowiedziana, ze świetnym aktorstwem i rzadko obecnymi w polskich produkcjach treściami. W niektórych momentach sięgamy trochę głębiej: w najlepszych fragmentach Rojstu ʼ97 udaje się pokazać ciągłość małomiasteczkowej beznadziei, trwanie okrutnej historii – nawet jeśli jej pamięć pozostaje wyparta – w teraźniejszości. Nie brakuje jednak fragmentów, gdzie błądzimy po płyciznach bardzo przeciętnej, a czasami wręcz kiepskiej telewizji. W pierwszej serii twórcom udało się dostarczyć wszystkiego, czego jako widz bym sobie życzył. W drugiej nie do końca. Szkoda, choć dla tych dobrych momentów i tak obejrzeć warto.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij