Felieton

To „Sukcesja”, a nie „Parasite” jest trafionym w punkt kinem lewicowym

Sukcesja. Fot. materiały promocyjne

„Sukcesja” to serial o korporacyjnym, kapitalistycznym kłamstwie. W tym kłamstwie polskim zbudowanym na założeniu, że racjonalny homo economicus podejmuje absolutnie najlepsze decyzje.


Przy wielu zasłużonych hołdach dla reżysera Bonga Joon-ho za obsypany nagrodami Parasite warto sobie uświadomić, że ten film mimo wszystko nie jest filmem lewicowym. Owszem, opiera się na typowym konflikcie klasowym i owszem, pokazuje nierówności – sięga przy tym po metaforę momentami doprowadzoną niemal do granic. Ale reżyser i współscenarzysta zarazem idzie jednak na pewne skróty.

Zmierzch amerykańskiego snu i hollywoodzkich wyjadaczy, czyli nie takie przewidywalne Oscary 2020

Po pierwsze, rodzina tytułowych „pasożytów” pozbawiona jest kapitału ekonomicznego, ale posiada za to nieformalny, acz całkiem faktyczny, kapitał kulturowy. A to wiele ułatwia, także widzowi, któremu zawsze łatwiej utożsamiać się z biedakiem, o ile ten będzie bystry, sprytny i potrafiący się odnaleźć w każdej sytuacji. Nad biedakiem, który nie tylko jest pozbawiony kapitału ekonomicznego, ale jednocześnie wyznaje idiotyczne poglądy lub jest po prostu niewykształcony i głupi, widz nie będzie się już tak bardzo litował. W tym sensie Bong stworzył postać swoistego „fajnobiedaka”, który własnymi „sprytnymi” rękoma i jeszcze sprytniejszym umysłem może wygrać na loterii życia.

Tak śmierdzą ludzie jeżdżący metrem

Po drugie, akcenty genderowe bynajmniej nie zostały rozłożone symetrycznie. Parasite to film o relacjach biednego ojca z biednym synem. Kobiety (poza „panią domu” Yeon-kyo) są w całej opowieści pozostawione zupełnie na drugim planie. Jaskrawym tego przykładem jest fakt, że śmierć córki niemal zupełnie nie obchodzi ojca – bardziej martwi się on synem.

Wreszcie, po trzecie, bogata rodzina, u której cała czwórka podejmuje pracę, wbrew pozorom przedstawiona jest bardzo sympatycznie. Nie widzimy w jej zachowaniu wyraźnych, mimowolnych, ale jednak wpisanych w strukturę kapitalizmu, klasowych mechanizmów wyzysku. Bogacze pogardzają biednymi i… to właściwie wszystko. Największą przewiną filmowej bogatej rodziny jest, wspomniana powyżej, zaledwie naiwna głupkowatość, w tym, co za przypadek, głupkowatość głównie kobiety. Słowem, to jest bogaty dom, pokazany jako pewien raj i wzorzec, do którego powinno się dążyć własną pracą, co, być może ironicznie (a może jednak nie), słyszymy w finale w słowach wypowiadanych przez ojca (czy też przypisanych ojcu przez syna).

Zupełnie inną opowieścią jest serial Sukcesja, który żadnej lewicowości bynajmniej nie udaje, ale dla progresywnego myślenia robi o wiele, wiele więcej niż Parasite. Aby to zrozumieć, najlepiej cofnąć się w czasie i przypomnieć sobie słynną Dynastię. Dopiero na tle tamtego serialu widać, jak bardzo zmieniło się pokazywanie bogactwa i milionerów, jak długą drogę przemysł filmowy przeszedł od „zazdrosnego podziwu” dla Blake’a Carringtona, którego tankowce z ropą zalewały nie tylko amerykańskie wybrzeża, do „bezwzględnego sukinsyna” Logana Roya z Sukcesji, którego murdochowe media zalewają nie tylko amerykańskie poczucie prawdy. Ba, zestawiając Parasite, gdzie sterylna praca pana prezesa jest pokazana w sposób niemal przezroczysty, z Sukcesją, gdzie praca i całe życie rodzinki pokazane jest jako jedna wielka Veblenowska klasa próżniacza, widzimy, jak lewicowe treści można wprost przerzucać do rozrywki bez oglądania się na to, co liberałowie powiedzą. Bo przy dobrym opakowaniu liberałowie to kupią, tak jak, notabene, lewicowcy kupili fajnobiedacki przekaz w Parasite.

Można oczywiście patrzeć na Sukcesję przez pryzmat znakomitej gry aktorskiej (Brian Cox, Kieran Culkin, Sarah Snook czy Matthew Macfadyen), można przez pryzmat znakomitych dialogów przypominających te z najlepszych części House of Cards albo przez pryzmat toksycznej rodziny napędzanej chciwością czy też demoralizującej władzy, która, powtarzając za Kissingerem, jest największym afrodyzjakiem. Ba, można postrzegać Sukcesję nawet przez pryzmat pewnego podobieństwa filmowych chwytów do Parasite (pamiętne boar on the floor w sezonie drugim Sukcesji ma wiele z klimatu filmu Bonga). Ale można też spojrzeć na Sukcesję jako na serial o korporacyjnym, kapitalistycznym kłamstwie. W tym także, co może zaskakiwać, kłamstwie polskim.

Madame prezydent

Kłamstwo to, czy może raczej ułuda, wynika z klasycznej ekonomii, z jej założeń dotyczących racjonalnego homo economicus, który kieruje się tylko czystym zyskiem i podejmuje absolutnie najlepsze dla siebie samego decyzje. Owa ułuda w kapitalizmie korporacyjnym często sprowadza się do tzw. teorii agencji, w myśl której właściciel spółki (mocodawca) zatrudnia menadżera do zarządzania (agenta) i żeby scalić ich czasami rozbieżne interesy, tworzy się masę różnych mechanizmów korporacyjnych (odraczanie wynagrodzeń, opcje na akcje, niezależne komitety nominacji, niezależni dyrektorzy), które mają zapewnić, że zmotywowany menadżer będzie działał w najlepszym interesie spółki, a w konsekwencji właściciela.

W trzewiach Behemota [Majmurek o „Sukcesji”]

Sukcesja pokazuje, jak to wszystko nie działa, ponieważ występuje tzw. akcjonariusz dominujący, który spółką może zarządzać niczym prywatnym folwarkiem. Często bowiem zapominamy, że istnieją dwa modele korporacyjne. Owszem, istnieje model korporacji z rozproszonym akcjonariatem, gdzie CEO niczym udzielny książę może robić wszystko, łącznie z załatwieniem sobie wynagrodzenia 300 razy większego od wynagrodzenia przeciętnego pracownika, a jak coś zepsuje, to i tak dostanie milionową odprawę. Problem w tym, że to nie jest model powszechny w Polsce. W Polsce modelem powszechnym jest model dominującego akcjonariusza, a więc taki, z jakim mamy do czynienia właśnie w Sukcesji, gdzie wynagrodzenie prezesa pilnowane jest przez radę nadzorczą właściciela, który rzadko się zgadza, by było większe niż dwudziestokrotność. Paradoksalnie Sukcesja więcej może powiedzieć nam o polskim kapitalizmie niż amerykańskim, bo większość spółek akcyjnych (zwłaszcza niegiełdowych), poza gigantami skarbu państwa, zarządzanych jest właśnie przez rodziny takich Loganów Royów.

Majmurek o „House of Cards”: Prezydent z krainy Oz

Sukcesja pokazuje nam więc, jak bardzo naiwna jest wiara, że kluczowe decyzje biznesowe zapadają po dokładnej analizie za i przeciw, i jak bardzo uzależnione są od emocji, sympatii, stadnego myślenia decydentów. Sukcesja pokazuje nam, jak bardzo naiwna jest wiara, że do tych wszystkich komitetów rad nadzorczych delegowani są niezależni fachowcy z niezależnym osądem, a nie figuranci właściciela. Sukcesja pokazuje, jak bardzo cały proces przekazywania władzy młodszemu pokoleniu naznaczony jest toksycznymi relacjami i jak niewiele ma to wspólnego z racjonalnym osądem ekonomicznym, bo jak zdobyć się na racjonalizm, gdy masz dzielić bogactwo między swoją rodzinę. Sukcesja pokazuje nam siłę behawioryzmu, networkingu i śmieje się nam w twarz, gdy wierzymy, że w takiej rodzinie da się ograniczyć insider trading.

Wreszcie, Sukcesja pokazuje, że prywatne wcale nie bywa zarządzane lepiej niż publiczne i że w rodzinne przedsiębiorstwa, będące solą kapitalizmu, od początku wpisana jest pewna dysfunkcjonalność. Wychowany w zamierzchłych czasach właściciel zwykle chce przekazać władztwo nad spółką dzieciom, które dzięki jego pieniądzom bynajmniej nie zostały wychowane na jego podobieństwo, więc często kończy się dramatem, za który płacą oczywiście pracownicy. Na koniec to my jesteśmy jak bohaterowie sceny grupowego zwolnienia przez Kendalla Roya, który dosłownie na zbity pysk wyrzucił wszystkich pracowników przejętej spółki, bo po prostu kazał mu to zrobić… tata.


Bio

Galopujący Major

| Komentator Krytyki Politycznej
Bloger, komentator życia politycznego, współpracownik Krytyki Politycznej. Autor książki „Pancerna brzoza. Słownik prawicowej polszczyzny”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.