Film

„Klangor”: brzydka banalność zbrodni

Arkadiusz Jakubik Klangor

Jak to często w produkcjach z tego gatunku, jesteśmy w małym mieście – tu Świnoujściu – gdzie wszyscy wszystkich znają, każdy o każdym wie coś potencjalnie kompromitującego, ręka rękę myję, a pod fasadą prowincjonalnej poczciwości rozciągają się sieci ciemnych interesów i interesików.

Rewolucja serialowa była przede wszystkim rewolucją scenarzystów i showrunnerów – to ich postrzegamy jako autorów serialowych sukcesów, często zapominając o reżyserach. Niesłusznie. Jak wiele serialowi może pomóc solidne reżyserskie rzemiosło, pokazuje nowa polska produkcja, kryminał Klangor, od piątku w całości dostępny na platformie VOD Canal+.

Scenariusz Kacpra Wysockiego jest bardzo przyzwoity, ale dopiero to, jak reżyserowi Łukaszowi Kośmickiemu udało się go pokazać na ekranie, robi z Klangoru naprawdę udany serial. Wszystko, co najciekawsze, rozgrywa się tu w filmowym opowiadaniu, budowaniu gęstego nastroju, znakomitej grze aktorskiej, chłodnym obrazie.

Jak to często w produkcjach z tego gatunku, jesteśmy w małym mieście – tu: Świnoujściu – gdzie wszyscy wszystkich znają, każdy o każdym wie coś potencjalnie kompromitującego, ręka rękę myję, a pod fasadą prowincjonalnej poczciwości rozciągają się sieci ciemnych interesów i interesików.

Polskie wybrzeże wygląda na ekranie brzydko i banalnie w letnim i wiosennym świetle (i niestety nie tylko na ekranie), twórcy serialu podjęli świetną decyzję, by kręcić poza sezonem, gdy jest zimno, szaro, wietrznie, wilgotno, pochmurnie i ciemno. Zimowe światło, wiatr, chmury nadają krajobrazom Pomorza Zachodniego szlachetnej surowości. Rewelacyjne zdjęcia Witolda Płóciennika wydobywają całą ponurą, ołowianą, przytłaczającą melancholię tego krajobrazu, korespondującą z nastrojem opowiadanej w serialu historii.

Akcja zawiązuje się, gdy z wody wyłowione zostaje ciało młodego chłopaka. Dziewczyna, która była z nim tego wieczoru, Gabrysia Wejman, zaginęła. Jej rodzice – przebywający akurat za niemiecką granicą, gdzie matka Gabi pracuje jako pielęgniarka – dostają feralnego wieczoru SMS-a od córki, w którym przyznaje się ona do zamordowania chłopaka i, jak się wydaje, zapowiada swoje samobójstwo.

Ojciec dziewczyny, Rafał Wejman, nie chce uwierzyć, że jego córka się zabiła. Zaczyna prowadzić prywatne śledztwo. Na co dzień pracuje jako psycholog więzienny w Świnoujściu. Codziennie ogląda zło, mierzy się z zatwardziałą recydywą, jednostkami jawnie zaburzonymi. Zna życie, ma kontakty w policji i w świecie przestępczym. Mimo to w swoim poszukiwaniu prawdy głównie się miota, popełnia kolejne błędy, błądzi jak po omacku, wikła się w wątpliwe sytuacje.

Wielką siłą Klangoru jest to, że jego twórcy nigdzie się nie spieszą. Intryga rozwija się powoli, nasza ciekawość i cierpliwość wielokrotnie zostają wystawione na próbę. Oglądamy każdy element sprawy z wielu punktów widzenia, wracamy raz jeszcze do wydarzeń, które, jak nam się zdawało, dawno już zostały wyjaśnione. Narracja wielokrotnie myli tropy, podsuwa fałszywe rozwiązania, wskazówki, które okazują się prowadzić donikąd. A jednocześnie, gdy widzimy już całość układanki, wszystko ma w niej sens, elementy pasują do siebie, przypominamy sobie wskazówki od początku sugerujące, co się tak naprawdę stało.

Podróż w poszukiwaniu prawdy o Gabi i towarzyszącym jej Arielu jest jednocześnie podróżą w mrok. Morderstwo chłopaka i zaginięcie dziewczyny odsłaniają całą moralną szpetotę miasteczka na polsko-niemieckiej granicy. Na jaw wychodzą mroczne sprawy, rodzinne sekrety, konflikty i zdrady. Więzienni strażnicy sprzedają osadzonym dopalacze, za fasadami domów szacownych rodzin kryje się przemoc, na końcu nikt nie okazuje się tym, kim się wydawał.

W płytkim lesie

Klangor nie jest z pewnością kryminałem, który miałby społeczne czy polityczne ambicje. Choć trochę ciekawych rzeczy w nim widać: rodziny podzielone przez wymuszoną przez ekonomiczne warunki migrację, ciągłą biedę i brak perspektyw prowincjonalnej Polski, miasteczko żyjące z bliskości roztapiającej się w piecu unijnej integracji granicy, to, jak Polacy i Niemcy mieszkają, pracują i na różne sposoby układają sobie życie po obu jej stronach.

Tym jednak, co twórców najbardziej interesuje – obok przedstawienia kryminalnej zagadki – jest problem moralny. Klangor jest bowiem, obok wszystkich swoich gatunkowych ambicji, moralitetem. Opowieścią o złu. Przybiera ono w serialu różne oblicza. W jednym z odcinków Wejman, szukając córki, trafia do ludzkiego piekła, przestrzeni jakby wyjętej z koszmaru pierwszego sezonu True Detective. Nie jest to jednak dominujący sposób przedstawiania zła w serialu. Jest w nim ono przede wszystkim głupie, banalne, chaotyczne, przypadkowe. Zbrodnia nie rodzi się z wielkiej bezwzględności, demoralizacji, chciwości czy namiętności, ale w dużej mierze z nieszczęśliwego przypadku, strachu, drobnych grzeszków i sekretów, które skumulowane, nabrzmiewają i czasami – nie ma żadnego racjonalnego kryterium, kiedy dokładnie – prowadzą do tragedii.

Pod tym względem Klangor bardziej niż True detective przypomina Fargo – zarówno film braci Coen, jak i nawiązujący do jego klimatów serial. W każdym sezonie tej produkcji, podobnie jak w filmie z 1996 roku, zbrodnia jest tyleż tragedią, co szekspirowską „opowieścią idioty”. Fargo głosiło przy tym pochwałę dobrotliwej prostoduszności, pokazywało, jak jest ona w stanie zatriumfować nad złem, niezależnie od tego, jakie pretensje rościłoby sobie ono do geniuszu, sprytu, siły.

W Klangorze nie znajdujemy niczego takiego. Widzimy postaci wikłające się w sytuację coraz głębszej etycznej ambiwalencji. Łącznie z działającym w zrozumiałym uniesieniu Wejmanem, próbującym dowiedzieć się, co tak naprawdę stało się z córką. Mężczyzna szybko przekonuje się, jaką cenę będzie musiał zapłacić, na jakie pójść kompromisy za choćby cień nadziei na to, że zaginionej córce jeszcze można jakkolwiek pomóc.

Film, którego nie da się przeżyć bezkarnie

Razem z retrospekcjami cały serial toczy się na przestrzeni tygodnia i kilku dni. Bohaterowie przechodzą w tym okresie głęboką przemianę, dojrzewają, starzeją się, jakby upłynęło znacznie więcej czasu. Proces ten udaje się przekonująco pokazać na ekranie dzięki świetnie prowadzonym aktorom. Obsada gromadzi zarówno opatrzonych aktorów, wręcz nadobecnych w kinie i telewizji, oraz młodszych wykonawców, ciągle raczej niekojarzonych przez masową publiczność. Trudno przyczepić się do choć jednego wyboru obsadowego: i debiutanci, i weterani wypadają rewelacyjnie. Zwłaszcza Arkadiusz Jakubik w roli Rafała Wejmana oraz Wojciech Mecwaldowski i Piotr Witkowski jako dwóch braci strażników z więzienia, z których jeden jest ojczymem Ariela.

Klangor nie jest może serialem nowatorskim, otwierającym nowe horyzonty medium, czy mówiącym o Polsce coś, czego nie wiedzieliśmy. Ale to bardzo solidna produkcja, budząca uznanie warstwą wizualną, gęstą atmosferą, zagadką, umiejętnością rysowania skomplikowanych relacji między bohaterami i ambiwalencji ich uwikłań. Jak na polską produkcję, w której udane seriale cały czas częściej nie wychodzą, niż wychodzą, to naprawdę sporo.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".
Zamknij