Czytaj dalej, Historia

Czy PRL wyzwolił kobiety?

O przemilczanym dziedzictwie powojennej emancypacji kobiet Anna Kowalczyk rozmawia ze współautorkami książki „Kobiety w Polsce 1945–1989. Nowoczesność, równouprawnienie, komunizm” – drą hab. Barbarą Klich-Kluczewską i drą Katarzyną Stańczak-Wiślicz.

Anna Kowalczyk: Po transformacji zwykłyśmy słyszeć, że powojenną emancypację kobiet w Polsce należy brać w cudzysłów, bo była odgórnie zadekretowana, przymusowa i fasadowa. Była?

Barbara Klich-Kluczewska: To jest pytanie o to, czym jest emancypacja i czy musi być inicjatywą oddolną, zawsze wychodzącą od obywateli. Jeżeli przyjmiemy, że tak, to faktycznie takiej emancypacji nie było, bo nie mogło jej być w PRL-u, który ograniczał inicjatywy oddolne, swobodną dyskusję publiczną i tworzenie organizacji. Ale z drugiej strony, jeżeli pomyślimy o rozmaitych innych emancypacjach, zwłaszcza dziewiętnastowiecznej emancypacji chłopów, to okazuje się, że one także miały najczęściej charakter odgórny. Czy to stanowi o ich zasadniczej gorszości? Czy gorsze jest uwłaszczenie chłopów, dlatego że ogłosił je car?

Bat dla chłopa, męczeństwo za ojczyznę dla pana

Poza tym warto pamiętać, że w wypadku kobiet ważne zjawiska emancypacyjne mają szerszy charakter społeczny. Nie wynikały wprost z działań na rzecz kobiet, ale były po prostu skutkiem transformacji w skali masowej. I to jest przede wszystkim kwestia awansu edukacyjnego i emancypacji młodzieży. Natomiast z pewnością emancypacja kobiet w PRL-u nie była fasadowa. Taka opinia jest oparta przede wszystkim na konstatacji o (nie)obecności kobiet na scenie politycznej. A i tutaj wiele zależy od okresu, o którym mówimy.

Katarzyna Stańczak-Wiślicz: U nas za takim przekonaniem stoją też lata 90. i początki nowego polskiego ruchu feministycznego. Tuż po transformacji nastąpiło odrzucenie hurtem osiągnięć PRL-u. To dziedzictwo lat 80., które sprawiło, że antykomunizm stał się powszechną emocją zbiorową. Kiedy po transformacji powstawały nowe organizacje kobiece, nie miały innego wyjścia, jak tylko odciąć się od komunizmu. Feminizm zbyt dobrze się nie kojarzył, a dodatkowo połączenie go z komunistycznym ruchem kobiecym skazałoby go na totalną porażkę, na brak zaufania społecznego. Zaistniała więc konieczność odcięcia się od tego dziedzictwa. Dopiero na początku nowego stulecia pojawiły się głosy, że należy odzyskać tradycję Ligi Kobiet oraz tradycje peerelowskiej emancypacji i równouprawnienia.

Kowalczyk: Role i władza podzielone są przeważnie po staremu

Jakie konkretne osiągnięcia możemy zapisać na korzyść tej tradycji?

K.S.-W.: Przede wszystkim awans edukacyjny, który jest bardzo istotny dla emancypacji i równouprawnienia. W roku 1960 w skali całego kraju około 40 proc. dziewcząt nie kontynuowało edukacji po szkole podstawowej. Ukończenie podstawówki to była absolutna granica ich perspektyw edukacyjnych. Natomiast w latach 80. tylko 15 proc. młodzieży, w sumie chłopców i dziewcząt, nie kontynuowało edukacji. Odnotowywano tutaj lekką przewagę dziewcząt, ale i tak liczby pokazują skalę tego postępu. Olbrzymią.

Nie widać jej aż tak bardzo na poziomie szkolnictwa wyższego, bo do końca PRL-u studia były udziałem niewielkiego odsetka społeczeństwa, ale ten awans edukacyjny na poziomie szkół ponadpodstawowych jest ewidentny. W pierwszych latach powojennych było rzeczą zupełnie normalną, że w rodzinach robotniczych dziewczyna trzynasto-, czternastoletnia skończy edukację na siedmiu klasach szkoły podstawowej. Zostanie w domu u boku matki, żeby się nauczyć prowadzenia gospodarstwa domowego. Jeśli jest ze wsi, to pójdzie na służbę do bogatych gospodarzy, też po to, żeby się nauczyć prowadzenia domu. Bo jeśli rodzice inwestowali w edukację ponadpodstawową, to w pierwszej kolejności chłopców.

Rokiś i kraina brudnych naczyń

Tymczasem od lat 40. zaczyna się propaganda kształcenia dziewcząt. „Przyjaciółka”, później „Moda i Życie Praktyczne”, a od drugiej połowy lat 50. też nowo powstające czasopisma młodzieżowe powtarzają: dziewczęta powinny się kształcić, powinny zdobywać wykształcenie zawodowe.

I ta propaganda już nigdy nie ustaje. Z czasem inaczej rozkłada akcenty, następują zwroty pronatalistyczne, gdy próbuje się zagonić kobiety z powrotem do tradycyjnych ról, ale już nigdy wartość wykształcenia kobiet nie zostaje zakwestionowana.

K.S.-W.: Masz całkowitą rację. Ideałem dla dziewczyny lat 70. jest to, że ma zdobyć wykształcenie i pracować, a jednocześnie być żoną, matką i gospodynią prowadzącą nowocześnie gospodarstwo domowe. I najlepiej jeszcze, żeby żyła w partnerskim związku, w którym mąż pomaga w prowadzeniu domu i wychowaniu dzieci. Wymagania, żeby była żoną i matką, się nie zmieniły. Ale miała też edukować się i pracować.

Dziewczyny szły na matematykę, marząc o karierze księgowej. A odkrywały „maszyny cyfrowe”

Pójście kobiet do pracy zarobkowej na masową skalę też nie jest wcale zgodnie uważane za pozytywne osiągnięcie epoki PRL-u.

B.K.-K.: To jest obszar, który budzi bodaj największe kontrowersje nie tylko wśród historyków czy publicystów, ale także polityków, którzy chętnie formułują uproszczone tezy na temat transformacji społecznej w powojennej Polsce. Jedni powiedzą, że kobiety, zwłaszcza mężatki, poszły masowo do pracy i powinniśmy to czytać jako sukces tej epoki. Inni twierdzą, że kobiety zostały zmuszone, żeby pracować.

Fakty są takie, że w latach 50. pracowało 18 proc. mężatek, a pod koniec lat 80. – mniej więcej 70 proc. Mamy tu więc do czynienia z kolosalną zmianą, która będzie też oddziaływać na funkcjonowanie rodziny. Jako historyczka staram się możliwie uważnie przysłuchiwać ówczesnemu dyskursowi społecznemu, a przede wszystkim opiniom kobiet. Te zaś pokazują pragnienie awansu poprzez pracę w wolnych zawodach, wśród urzędniczek czy nauczycielek.

W przypadku robotnic badania socjologiczne potwierdzały w latach 60. i 70. chęć rezygnacji z pracy zawodowej, gdy mąż zarabiałby wystarczająco dużo, by utrzymać rodzinę. Miało to m.in. związek z tym, że kobiety zarabiały dużo mniej, nawet 60 proc. płacy mężczyzny. Dzisiaj to ewidentny znak nierówności.

Trzeba jednak pamiętać, że praca zarobkowa dawała ogromne poczucie niezależności. Śledziłam to na poziomie mikro, badając kwestię rozwodów w PRL-u. Okazuje się, że jedynie praca zawodowa umożliwiała kobiecie podjęcie decyzji o rozwodzie. To ona dawała niezależność, pozycję w rodzinie i siłę, żeby odejść. Mówię tutaj przede wszystkim o pracy po 1956 roku, ponieważ ocena stalinizmu jest bardziej skomplikowana. Wciąż pozostaje oczywiście otwartym pytanie, czy praca na wsi nie mogła dawać kobiecie większej samodzielności i lepszej pozycji w rodzinie.

Ale w pamiętnikach czy relacjach z epoki odpowiedź na to pytanie jest raczej jednoznaczna. Dziewczyny i kobiety, które migrowały ze wsi do pracy w mieście, bardzo często mówiły, że wreszcie mogą odpocząć, bo ta praca przy taśmie jednak kiedyś się kończy, a praca w gospodarstwie nie kończyła się nigdy. I że po raz pierwszy mają własne pieniądze i to jest dla nich wolność.

B.K.-K.: Tak, wtedy to nie budziło wątpliwości, ale trzeba też pamiętać, że dyskurs PRL-owski jest bardzo antywiejski.

K.S.-W.: Wręcz oparty na opozycji miasto–wieś. Miasto jest nowoczesne, wieś jest zacofana, a na wsi najbardziej zacofane są kobiety. To jest głęboko osadzone w dyskursie jeszcze przedwojennego komunizmu radzieckiego – nowoczesność to jest miasto, wieś to tradycja i zacofanie.

Wróćmy do emancypacji w rodzinie. Co tu się wydarzyło?

B.K.-K.: Nastąpił szereg zmian prawnych, które miały ogromny wpływ na funkcjonowanie rodziny po wojnie. W większości opracowań mówi się o tym, że zmiany na przełomie 1945 i 1946 roku, które wprowadziły rozwód, świeckie małżeństwo, pełną równość, jeśli chodzi o relacje matka–ojciec wobec dzieci w wypadku śmierci czy rozwodu, a także równouprawnienie dzieci ze związków nieformalnych, to był komunistyczny wymysł, który rozbijał strukturę „prawdziwej polskiej rodziny”.

Chociaż większość tych zmian postulowano i szeroko dyskutowano już w dwudziestoleciu międzywojennym.

B.K.-K.: W 1929 roku w związku z protestem Kościoła katolickiego odrzucono postępowe ustawodawstwo sformułowane przez ówczesną Komisję Kodyfikacyjną. Oznaczało to utrzymanie ślubów wyznaniowych jako obowiązujących i odrzucenie rozwodów cywilnych. Te rewolucyjne w istocie zmiany zostaną wprowadzone dopiero po drugiej wojnie światowej. Oficjalnie odwoływano się w tym wypadku zresztą głównie do wzorców radzieckich.

Mamy więc z jednej strony korzystne dla kobiet zmiany prawne, z drugiej to, że kobiety pracują i nawet jeżeli nie robią wielkich karier w zakładach pracy, to zyskują niezależność w rodzinie. A po trzecie, mają prawo do decydowania o dzieciach. Jeszcze niedawno nie było to oczywistością, a w latach 70. nikt już nie pamiętał, że mogło to być problemem. To wszystko razem moim zdaniem świadczy o silnych tendencjach emancypacyjnych.

Kościół swoje, wierni swoje. Co katoliczki myślą o aborcji?

A feminizm w czasach komunizmu? Był w Polsce czy go nie było?

K.S.-W.: Na ten temat toczą się wielkie spory, i to nie tylko w Polsce, ale w ogóle w krajach byłego bloku wschodniego. Powstało sporo ciekawych prac na temat feminizmu jugosłowiańskiego czy węgierskiego i zawsze pojawia się pytanie, czy powinniśmy przenosić pojęcia i kategorie, które służą do opisania drugiej fali feminizmu zachodniego, do opisu tego, co się działo w krajach bloku wschodniego, w tym w Polsce. Bo to nie zawsze się udaje.

Badamy w tej chwili prace socjolożek, które w latach 60. i na początku 70. zajmowały się tzw. kwestią kobiecą. I one z jednej strony poruszały wtedy te same zagadnienia, które były w agendzie zachodniego feminizmu: konceptualizowały takie pojęcia, jak szklany sufit, podwójne obciążenie, ruchome schody dla mężczyzn. A nawet kategorię płci kulturowej gender, bo i to jest pojęcie, które, choć inaczej nazywane, pojawia się w piśmiennictwie lat 60. Magdalena Sokołowska czy Helena Strzemińska pisały też, że praca domowa kobiet powinna być traktowana w kategoriach pracy zawodowej. Tylko to wszystko nie było nazywane feminizmem i nasze socjolożki pewnie same by siebie nie określiły jako feministki.

Oficjalnie, stosunek do feminizmu był ambiwalentny. Był on odrzucany jako produkt zachodni, ale co ciekawe, nie w imię tradycjonalizmu, tylko w imię nowoczesności. Argumentacja była taka: my nie potrzebujemy feminizmu, ponieważ polskie kobiety osiągnęły równość. Mamy zagwarantowaną równość wobec prawa w konstytucji PRL, zmieniono prawo rodzinne i małżeńskie, mamy nowe prawo pracy, więc nasze kobiety nie potrzebują feminizmu. To, o co walczą nasze siostry na Zachodzie, my już mamy.

To w dyskursie oficjalnym. Ale gdy się popatrzy, co na przykład pisały działaczki Ligi Kobiet i co robiły dla kobiet w terenie…

K.S.-W.: …to one zajmowały się dokładnie taką działalnością, którą byśmy mogły w tej chwili określić jako protofeministyczną. Tyle tylko, że im do głowy nie przyszło, żeby się tak nazwać, ponieważ właśnie w dyskursie publicznym feminizm był niepotrzebną rzeczą z Zachodu. Oczywiście był też odrzucany przez tradycyjną część społeczeństwa i przez Kościół, ale musimy też pamiętać, że PRL to nie była tylko partia, która narzucała wszystko. Społeczeństwo było wtedy bardzo zróżnicowane. Kościół był bardzo poważnym aktorem politycznym i wpływał na to, jak wychowywano dzieci, jak wyglądała polska rodzina.

Jednocześnie znaczna część polskich komunistów wywodziła się z rodzin katolickich i oni też nie byli wszyscy tacy bardzo postępowi. Kwestia kobieca spotykała się czasem z oporem, na przykład trudno było przeprowadzić liberalizację ustawy dotyczącej aborcji. To nie był tylko wsteczny Kościół versus postępowa ekipa rządząca.

Wszystko, co chciałaś wiedzieć o aborcji, ale dziadersi woleli, żebyś nie pytała

Legalizacja aborcji w 1956 roku też jest zresztą zwieńczeniem postulatów i sporów przedwojennych. Czy można więc postawić tezę, że sprzymierzeńcy i sprzymierzeńczynie kwestii kobiecej w okresie PRL-u byli kontynuator(k)ami przedwojennego ruchu kobiecego? Bo mamy poczucie „zerwanej genealogii” polskiego feminizmu – jak to celnie nazwała Magdalena Grabowska. Dzisiejsze polskie feministki, jeśli czują się spadkobierczyniami jakiejś emancypacyjnej tradycji kobiecej, to na pewno nie powojennej.

B.K.-K.: Moim zdaniem dostrzeżenie tej ciągłości jest arcyważne nie tylko dla tożsamości dzisiejszych feministek, ale też dla zrozumienia pewnych procesów. Bo z jednej strony mieliśmy ciągłość nazwisk – wracały przedwojenne książki, autorzy, obierano Boya-Żeleńskiego na patrona różnych inicjatyw, chociaż wszyscy się oficjalnie odcinali od tradycji dwudziestolecia.

Jeśli chodzi o ruch kobiecy, to oczywiście organizacyjnie i osobowo istniała dotkliwa luka, bo przedwojenne środowiska zostały w dużej mierze zniszczone. Jednak była ciągłość myśli. Wiele badaczek może dziś wskazać działaczki Ligi Kobiet, twórczynie komisji historycznych, które pisały notatki i wygłaszały referaty na temat działaczek kobiecych dziewiętnastowiecznych czy też z dwudziestolecia. Istniała potrzeba kontynuacji.

Wielkie pojęcia, w tym także feminizm, nie ułatwiają nam dostrzeżenia takich ciągłości. Z jednej strony, bez wątpienia feminizm wpisuje dzieje polskich kobiet w PRL w długie trwanie, w dzieje Europy. Z drugiej – myślimy o nim tylko jako właśnie o woluntarystycznej, oddolnej walce z patriarchatem i dlatego tak trudno nam go dostrzec w skomplikowanych dziejach powojennej Europy Środkowo-Wschodniej. Myślę, że musimy być otwarci na to, że feminizm, niosąc ze sobą przesłanie równouprawnienia i emancypacji kobiet, nie musi być zawsze takim wolnościowym, wyrosłym w świecie kapitalizmu pojęciem, tylko może ze sobą nieść różne treści.

K.S.-W.: Tę ciągłość jeszcze bardzo widać w kołach gospodyń wiejskich. Jeżeli się spojrzy na instrukcje dla kół z roku 1938 i 1958, to jest to praktycznie to samo. Podobnie też wygląda ich zakres działalności: organizują podobne kursy na podobne tematy. Ale też bardzo mocno podkreślają to, że są kontynuatorkami działalności przedwojennej swoich matek i babek.

Dla mnie tę „zerwaną genealogię” widać też bardzo w dzisiejszej debacie na temat legalizacji aborcji. Z jakiegoś powodu kompletnie nie nawiązujemy w niej do doświadczenia naszych matek i babek, dla których przez większość PRL-u legalna, a w dodatku bezpłatna aborcja była codziennością, było to doświadczenie setek tysięcy kobiet każdego roku. Skąd ta wtórna tabuizacja tak ważnego kawałka kobiecej historii?

B.K.-K.: Nie można mówić za dobrze o komunizmie i dlatego nie można mówić dobrze o aborcji jako elemencie tego systemu. Dziś to może być też strach, bo aborcja jest już karalna.

Ale trzeba też pamiętać, że powszechność aborcji w PRL-u wcale nie szła w parze z jej oficjalną czy jednostkową akceptacją. Przerywanie ciąży było uważane za coś, co powinno zostać wyeliminowane z przestrzeni społecznej. Pisano o tym w poradnikach, tak mówili też seksuolodzy. Lekarze, co prawda, masowo aborcje wykonywali, ale generalnie byli uczeni, że to jest niebezpieczne dla zdrowia.

W ogóle nie funkcjonowało też w tej debacie pojęcie prawa do decydowaniu o własnym ciele, które jest kluczowe dla feminizmu drugiej fali na Zachodzie. Oczywiście w latach 70., na początku lat 80., kiedy były wyraźne próby ograniczenia prawa do aborcji, pojawiały się argumenty, że to ograniczenie praw kobiet, ale hasła: „mam prawo, bo to moje ciało” nie było.

K.S.-W.: Aborcja cały czas była traktowana jako mniejsze zło. I przyzwolenie na złagodzenie ustawy nie wynikało z przyznania kobietom prawa do decydowania o sobie, tylko z przerażenia skalą pokątnych, nielegalnych aborcji i śmiertelności z nimi związanej. Czołowi ginekolodzy, na przykład Wiktor Grzywo-Dąbrowski, pisali, że pokątna aborcja przynosi olbrzymie straty dla całego narodu i społeczeństwa, ponieważ kobiety zwyczajnie po niej umierają.

Ja bym lokowała genezę tego przemilczenia nie tylko w okresie po 1989. Już w latach 80. zaczyna się przemilczać kwestię aborcji i to jest związane z rewolucją moralną Solidarności. To wtedy w Polsce pojawiają się pierwsze „ruchy ochrony życia”, do dyskursu publicznego wchodzi pojęcie „dziecka poczętego”. To już w początku lat 80. aborcja nabiera pejoratywnego znaczenia, zaczyna być rozpatrywana jako zło moralne. I to się wiąże z ówczesnym wzmożeniem religijnym, które niekoniecznie świadczyło o renesansie duchowości, tylko po prostu było emocją zbiorową. A w niej doświadczenie aborcji się nie mieściło, dlatego zostało wyparte.

Szybowicz: Kobieca solidarność i aborcja

A rewolucja seksualna – wiadomo, że nie taka jak na Zachodzie – ale nasza własna, socjalistyczna, była?

B.K.-K.: To o tyle trudne pytanie, że wciąż brakuje nam tu wielu badań. Przełomem były prace Agnieszki Kościańskiej o specjalistycznych dyskursach seksuologów. Mamy też badania Anny Dobrowolskiej na temat pracy seksualnej w PRL, ale wciąż nie za bardzo możemy stwierdzić, jak dalece dyskurs szedł w parze z praktykami życia codziennego. Do tej pory trudno nam zrozumieć, jak naprawdę było z tą postępowością i jak ona przeplatała się z różnymi trendami tradycyjnymi.

Agnieszka Kościańska pokazała, jak na poziomie dyskursu eksperckiego zmieniał się stosunek choćby do homoseksualizmu czy gwałtu. Ja przychylam się ku temu, żeby to wiązać z transformacją społeczną, którą ten dyskurs ekspercki jakoś odzwierciedla. Ale bardzo trudno nam wprost dowieść, że akceptacja pewnych zjawisk była szerzej rozpowszechniona w społeczeństwie.

Czy nastąpiła na przykład symptomatyczna dla rewolucji seksualnej zmiana wyobrażeń związku małżeńskiego jako jedynych dopuszczalnych ram praktykowania seksualności? Nie znam źródeł ani opracowań, które by tego wprost dowodziły. Jeżeli przyjmiemy, że znakami rozpoznawczymi rewolucji jest znajomość środków zapobiegania ciąży czy stosowanie pigułki – także nie znajdziemy potwierdzenia dla takiej tezy.

Mistrzowie seksu [rozmowa z Agnieszką Kościańską]

Inną kwestią jest to, co w ogóle rozumiemy przez pojęcie rewolucji seksualnej i co powinno być uważane za jej konieczny element. Rewolucja końca lat 60., ta, którą znamy z Zachodu, jest także mocno związana z rozwojem konsumpcji i kultury popularnej, w tym – z dostępem do pornografii. Z drugiej strony, z nurtami podkreślającymi prawo kobiet do własnej cielesności oraz prawa do wiedzy, a więc do edukacji seksualnej.

Jeśli przyjmiemy, że najważniejszy dla rewolucji seksualnej jest właśnie rozwój konsumpcji związanej z seksualnością, wzrost akceptacji dla pracy seksualnej, poprawa statusu osób trudniących się tą pracą, to rzeczywiście coś takiego się w PRL-u dzieje, szczególnie w ostatniej dekadzie. Ale z kolei poziom edukacji seksualnej pozostawał jednak niski i w wielu wypadkach nijak się miał do seksuologicznej wiedzy eksperckiej.

Historia seksualności może nam wiele powiedzieć o społeczeństwie

Była jeszcze cała warstwa paniki moralnej wokół kobiecej seksualności, związanej znów chyba przede wszystkim z wyjściem dziewczyn do szkoły i kobiet do pracy, czyli poza sferę dotychczasowej kontroli. Adam Ważyk w odwilżowym Poemacie dla dorosłych pisał o hotelach robotniczych „trzeszczących od tarła”.

K.S.-W.: Rzeczywiście panika moralna dotyczy zwłaszcza seksualności młodych kobiet i dziewczyn. I tutaj jest gigantyczny rozdźwięk – na poziomie edukacji seksualnej i tego, co się de facto dzieje z młodymi dziewczynami. Moim zdaniem zaszła raczej ewolucja niż rewolucja.

Nie łączyłabym też rewolucji konsumpcyjnej z rewolucją seksualną. Jeżeli prześledzimy dyskurs popularny, to, co pisano w „Filipince”, najpopularniejszym piśmie kierowanym do młodych kobiet, to zobaczymy przekaz szalenie konserwatywny. Redaktorki „Filipinki” były wierne podwójnym standardom moralności seksualnej. Pisały, że porządna, poważna dziewczyna musi się „dobrze prowadzić”, dobrze uczyć, a jeżeli coś pójdzie nie tak, na przykład zajdzie w ciążę, to jest wyłącznie jej wina.

Te biedne dziewczyny znajdowały się więc ciągle w sieci sprzecznych oczekiwań – z jednej strony pojawia się kultura młodzieżowa i one chcą być nowoczesne. Upowszechnia się zwyczaj „chodzenia ze sobą”, następuje rozluźnienie obyczajowe, chłopcy w imię nowoczesności domagają się „dowodu miłości”. A z drugiej strony cały czas im się wbija do głowy, że jeżeli przerwą naukę, bo będą w ciąży, to jest to ich wina, bo powinny były się dobrze prowadzić.

I to nie tylko Kościół im tak mówi. To samo mówi im „Filipinka”, to samo mówią rodzice. Ja wręcz przychylam się do koncepcji francuskiego historyka młodości Régisa Revenina, który mówi, że rewolucja seksualna lat 60. wcale nie była korzystna dla dziewczyn i młodych kobiet. Bo one właśnie w imię zachowania atrakcyjności towarzyskiej, po to, aby mieć chłopaka, musiały się zgodzić na zachowania, jakich od nich oczekiwano, na przykład na przedślubny seks. Ale jeżeli coś poszło nie tak, to brzemię odpowiedzialności spadało wyłącznie na nie.

Dla dziewczyn po wojnie w ogóle zmieniło się chyba najwięcej. Począwszy od tego, że zostały „wynalezione”, a dokładniej wyodrębnione jako grupa, której dotychczas w historii nie znano.

K.S.-W.: To jest efekt ogólnych zmian, które zachodziły po obu stronach żelaznej kurtyny. Zwłaszcza emancypacji młodzieży wiążącej się z wielkim awansem edukacyjnym. Wydłużenie okresu edukacji powoduje, że wydłuża się okres młodości. Dziewczyny mają trochę więcej wolnego czasu, zaczynają inaczej go spędzać, na przykład w grupie rówieśniczej. W wieku lat osiemnastu nie są już młodymi kobietami gotowymi do małżeństwa, tylko właśnie dziewczynami, wyodrębniają się jako grupa.

To jest uderzające, jak bardzo staje się to widoczne od połowy lat 50. Wcześniej młodość dosyć długo była opisywana jako doświadczenie męskie. To chłopcy dorastają i są młodzieńcami, natomiast dziewczynki z dzieciństwa bardzo gładko przeskakują w kobiecość. I znajdują się stale pod kontrolą rodziny. W okresie międzywojennym, jeżeli pisało się o młodych dziewczętach jako o wyodrębnionej grupie, to dotyczyło to tylko środowisk inteligenckich.

W okresie odwilży widać zmianę. Pojawia się „Filipinka” – czasopismo kierowane specjalnie do dziewczyn. Wcześniej były tylko pisma przeznaczone dla kobiet. Na przełomie lat 40. i 50. pojawiały się w nich, co prawda, artykuły kierowane do bardzo młodych kobiet czy dziewcząt, ale nie było jeszcze potrzeby stworzenia oddzielnego czasopisma. To się dzieje dopiero w drugiej połowie lat 50. Dlatego, że wtedy edukacja się upowszechnia, następuje umiarkowane otwarcie na wpływy zachodniej kultury młodzieżowej.

Pojawia się powieść dla dziewcząt jako odmiana powieści młodzieżowej, podejmująca tematy związane z dojrzewaniem. Równolegle pojawiają się ekranizacje tych powieści. Tabliczka marzenia, Jezioro osobliwości czy Beata to są filmy popularne, które pokazują problemy dorastania dziewcząt i przede wszystkim młode dziewczyny jako wyodrębnioną grupę społeczną.

O czym marzy (nowoczesna) dziewczyna

Mówiąc o „narodzinach dziewczyny”, postawiłabym wręcz kontrowersyjną tezę, że czasami to właśnie przymus sprzyjał emancypacji dziewcząt. Jeżeli w okresie stalinizmu były one zobligowane do uczestniczenia na przykład w trzydniówkach organizowanych przez Służbę Polsce albo musiały wziąć udział w obowiązkowych ćwiczeniach, to rodzice nie mogli im nie pozwolić tam pójść. To, że mogły wyjść na dodatkowe zajęcia, że mogły spędzać czas nie tylko z matką, nie tylko w domu, to była naprawdę olbrzymia zmiana. Wydłużenie edukacji, uczestnictwo w dodatkowych zajęciach, kontakty w grupie rówieśniczej sprzyjały emancypacji dziewczyn w rodzinie, sprawiały, że stawały się one pełnoprawnymi uczestniczkami kultury młodzieżowej.

**
Kobiety w Polsce okładkadr hab. Barbara Klich-Kluczewska – adiunktka w Zakładzie Antropologii Historycznej Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Specjalizuje się w historii społecznej i kulturowej Europy Środkowo-Wschodniej XX wieku, przede wszystkim w historii rodziny, historii płci, seksualności i biopolityki.

dr Katarzyna Stańczak-Wiślicz – adiunktka w Instytucie Badań Literackich, członkini zespołu Archiwum Kobiet. Absolwentka Szkoły Nauk Społecznych przy IFiS PAN, studiowała historię na Uniwersytecie Warszawskim. Główne kierunki zainteresowań naukowych: historia społeczna okresu PRL ze szczególnym uwzględnieniem historii kobiet, analiza dyskursów popularnych w XX wieku, literatura i kultura popularna w PRL.

Książka Kobiety w Polsce 1945–1989. Nowoczesność, równouprawnienie, komunizm autorstwa Małgorzaty Fidelis, Barbary Klich-Kluczewskiej, Piotra Perkowskiego i Katarzyny Stańczak-Wiślicz ukazała się w styczniu 2021 roku nakładem Wydawnictwa Universitas.

Czytaj więcej o kobietach w PRL-u:

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Anna Kowalczyk
Anna Kowalczyk
Dziennikarka i aktywistka
Dziennikarka i felietonistka „Wysokich Obcasów”, feministka, aktywistka. Autorka „Brakującej połowy dziejów” (Wyd. WAB, 2018), pierwszej popularnonaukowej syntezy historii kobiet na ziemiach polskich od paleolitu do współczesności. Opiekunka merytoryczna akcji „Gdzie są nasze patronki?”. Współwłaścicielka Agencji Kreatywnej FLAMINK. Członkini Polskiego Związku Działkowców
Zamknij