Czytaj dalej

Kowalczyk: Role i władza podzielone są przeważnie po staremu

brakujaca-polowa-dziejow-okladka

Chciałabym, żeby już dziewczynki rozumiały, że niezależność, zwłaszcza ekonomiczna, ale też psychologiczna, jest niezbędnym warunkiem ich wolności osobistej. Z Anną Kowalczyk, autorką książki „Brakująca połowa dziejów. Krótka historia kobiet na ziemiach polskich”, rozmawia Olga Wróbel.

Olga Wróbel: Kiedy się zorientowałaś, że w narracjach historycznych czegoś – a raczej kogoś – brakuje? Byłaś zorientowana feministycznie, przystępując do pracy nad książką?

Anna Kowalczyk: Tak, ale moja droga do feminizmu wiodła opłotkami przez… blogowanie, i to w dodatku parentingowe. Przepracowałam dwanaście lat jako dziennikarka, ponad połowę tego okresu w redakcji polityczno-gospodarczej, i tam po raz pierwszy na poważnie przyglądałam się kwestiom nierówności na rynku pracy, w polityce, w biznesie. To był czas wielkiej dyskusji o kwotach i parytetach w parlamencie i zarządach, a też ja sama, pracując na co dzień w zdominowanej przez mężczyzn redakcji, relacjonującej głównie tematy z męskich światów sejmu czy giełdy, musiałabym być ślepa, głucha albo strasznie zakłamana, żeby nie przyznać, że płeć ma znaczenie dla tego, jak się potoczy twoje życie, a zwłaszcza życie zawodowe.

Potem zostałam matką i na urlopie macierzyńskim zaczęłam pisać matkowego bloga, ale ponieważ miałam określony dziennikarski background, mniej bawiło mnie opowiadanie o tym, czego dzisiaj dokonało moje dziecko, a bardziej „co macierzyństwo robi kobietom”.

Blogowanie wyszło spontanicznie, czy spodziewałaś się, że kiedy urodzisz dziecko, będziesz miała okazję do analitycznego rzutu okiem na proces macierzyństwa?

Oczywiście się nie spodziewałam. Zaczęłam pisać bloga, bo brakowało mi pracy – wylądowałam na zwolnieniu jeszcze w trakcie ciąży, pierwszą poroniłam, druga była zagrożona. Zanim urodziłam dziecko, wszyscy mnie życzliwie ostrzegali, że moje życie się skończy i już nie będę miała na nic czasu, ale mój synek był słodki – zdrowy i bezproblemowy, mój mąż obecny i zaangażowany, więc okazało się, że mam całkiem sporo czasu na myślenie i pisanie. Poza tym pierwsze, wyczekiwane dziecko przeważnie jest ekscytujące, zmienia ci się perspektywa i masz wielką potrzebę opowiadania o tym. Przynajmniej ja miałam.

Boska Matka: Czy warto mieć dzieci?

Zaczęłam od dzielenia się doniesieniami z frontu macierzyństwa – bo chwilowo na innych frontach mnie nie było – i niosłam dziarsko dobrą nowinę: hej, moje życie się nie skończyło! Jednak zawsze mi to uciekało w stronę jakiegoś szerszego społecznego kontekstu, począwszy od presji typu „czapeczka”, ekomarchewka czy „fit-seksi-mama”, poprzez rzecz, która mnie obchodziła osobiście, czyli karmienie piersią – dlaczego to taki gigantyczny problem obyczajowy, zdrowotny, psychologiczny. Jak to się stało, że kobiety przestały karmić piersią powszechnie albo karmią króciutko, czemu to zawdzięczamy, jakie są kulisy tego przedziwnego zjawiska, w ramach którego wmówiono kobietom, że to, co robiły od zawsze, jest albo obciachowe, albo nienowoczesne, albo kontrowersyjne.

Dostrzegłam w tematach związanych z macierzyństwem duży potencjał dla społeczno-politycznej refleksji, która obroni się w lekkiej, publicystycznej formie. Na przykład kwestia urlopów macierzyńskich: czy to rzeczywiście jest najlepsze i jedyne z rozwiązanie, które wspiera macierzyństwo, jakie są konsekwencje tego, że urlop rodzicielski jest tylko z nazwy rodzicielski, bo ojcowie biorą go sporadycznie.

Manifest ojca na urlopie rodzicielskim

czytaj także

Zainteresowałam się etyką troski i koncepcjami inżynierii społecznej, które próbują przeorganizować kwestię pracy domowej i opiekuńczej w sposób bardziej zrównoważony i uszczęśliwiający większą liczbę ludzi. Obserwowałam przy tym mojego męża i wielu znajomych mężczyzn, którzy świetnie odnajdowali się w tych wszystkich rolach, i coraz lepiej rozumiałam, że podział ról, który ich tego pozbawia, jest nie tylko kulą u nogi kobietom, ale też bardzo realną stratą dla samych mężczyzn i dzieci. To, że robi się ojcom wyrzuty z tego powodu, że chcą wykorzystać te marne 14 dni pełnopłatnego urlopu po narodzinach dziecka, więc większość nadal tego nie robi, to jest przecież farsa.

No właśnie, rozmawiamy o 14 dniach!

Więc o jakiej realnej próbie podzielenia się opieką mówimy? To jest u nas nadal wielka awangarda, nawet w najbardziej progresywnie nastawionych rodzinach.

Idźcie na urlop, panowie!

Wiem, bo mojego męża najpierw pochwalono w pracy za to, że zdecydował się wykorzystać część urlopu rodzicielskiego, a kiedy wrócił z urlopu, nie przedłużono z nim umowy.

Nie jemu jedynemu, niestety. Niby na płaszczyźnie deklaracji doceniamy, pochwalamy i cmokamy z uznaniem, ale co do zasady nadal się traktuje takiego ojca jak bumelanta, który się próbuje wykpić od „prawdziwej pracy”. Bo zajmowanie się dzieckiem to przecież nie jest żadna praca, a nawet jeśli, to już na pewno nie dla mężczyzny.

A mówimy przecież tylko o tej kurczącej się stale grupie rodziców, którzy mają prawo do płatnego urlopu, dla wielu rodzin to w ogóle nie jest dylemat, bo oboje rodzice pracują na śmieciówkach.

Macierzyństwo i rodzicielstwo okazało się dla mnie kopalnią ciekawych tematów, poruszanych jednak dotąd zwykle w sposób, który mnie nudził – albo suche analizy demograficzne, prawne i ekonomiczne, albo rytualne narzekanie na kolki i niespanie po nocach. A mnie najwygodniej było gdzieś pomiędzy.

Wolność matek

Nie przymierzyłaś się do napisania drugiego Macierzyństwa non-fiction – zamiast tego mamy Brakującą połowę dziejów, historię kobiet.

Macierzyństwo non-fiction niezbyt mi się podobało. Trend „macierzyństwa bez lukru” jest moim zdaniem równie szkodliwy jak cukierkowe macierzyństwo z Instagrama. Nie jest zwykle ani aż tak źle, ani aż tak słodko. Zresztą u każdego to wygląda inaczej, każdy tę opowieść musi sobie sam i sama napisać. Uniwersalne opowieści o czymkolwiek, i o macierzyństwie, i o kobiecości, zwykle są dęte. Chodziło mi za to po głowie napisanie jakiegoś Macierzyństwa po polsku, reportażu historycznego o ewolucji macierzyństwa, opieki okołoporodowej, koncepcji wychowawczych w Polsce.

Porzuciłaś ten plan?

Druga część Brakującej połowy… będzie w dużej mierze o tym: o kobiecym ciele, seksualności, także o sporcie i modzie, o tym, co znajduje się na styku prywatnego i publicznego. Z tematów okołomacierzyńskich się też trochę wyrasta, tak jak z biegiem czasu z robienia dziecku zdjęć na każdym kroku. Ale to była moja droga do feminizmu. To Agnieszka Graff uświadomiła mi, że jestem feministką i piszę feministycznego bloga. Robiłam z nią wywiad po tym, jak wydała swoją Matkę feministkę. Powiedziała mi coś w stylu: piszesz najlepszego feministycznego bloga w Polsce. Zaniemówiłam. Ja?? Feministycznego bloga?

Poczułaś się doceniona czy urażona?

Doceniona. Ale też dopiero wtedy naprawdę poczułam się feministką. Dziś jestem przekonana, że nie ma sensownej refleksji na temat sytuacji kobiet, jeżeli abstrahuje się od kwestii macierzyństwa, a więc też, szerzej, od praw reprodukcyjnych, prawa do rzetelnej edukacji seksualnej, dostępnej antykoncepcji czy legalnej aborcji. Kwestia: być czy nie być matką wpływa na kobiety stale i na wielu poziomach – nawet jeśli jeszcze nie masz dzieci albo już je odchowałaś. Nawet jeśli w ogóle nie planujesz ich mieć.

Matka feministka chce całego tortu

czytaj także

Przejdźmy do Brakującej połowy dziejów. Jak ją konstruowałaś? Wyobrażałam sobie z automatu, że to będzie narracja chronologiczna, ale ty robisz coś bardziej sensownego, czyli dzielisz historię kobiet na bloki tematyczne.

Nie ma sensownej refleksji na temat sytuacji kobiet, jeżeli abstrahuje się od kwestii macierzyństwa, a więc też, szerzej, od praw reprodukcyjnych, prawa do rzetelnej edukacji seksualnej, dostępnej antykoncepcji czy legalnej aborcji.

Wydawało mi się, że jeżeli będę próbowała pisać chronologicznie, epoka po epoce, to zrobi się z tego wielka sałata. Musiałabym przyjąć optykę „od jednego wielkiego wydarzenia do drugiego” albo jakąś inną, też pewnie związaną ze sferami polityki i wojny, które i tak przecież dominują w historiografii. Wzorowałam się po części na bezcennej antologii historii kobiet w Polsce, czyli słynnej dziewięciotomowej serii Kobieta i… pod redakcją profesor Anny Żarnowskiej i prof. Andrzeja Szwarca.

Układ chronologiczny nie sprzyja zresztą dostrzeżeniu związków między przeszłością a współczesnością, a zależało mi na tym, żeby wrażenie, który zostaje z człowiekiem po lekturze Brakującej połowy…, było takie, że to nie jest tylko zamierzchła przeszłość, która już dawno za nami. Bo nierówności i ich daleko idące konsekwencje, z którymi sobie do tej pory nie radzimy, mają swoje głębokie korzenie, a historia emancypacji kobiet jest skomplikowana i właśnie nielinearna. Nawet stuletnia historia praw obywatelskich kobiet w Polsce to przecież ledwie chwila w perspektywie wielowiekowej tradycji, kulturowych wzorów sięgających antyku i wcześniej. Niby nam się zdaje, że od dawna jesteśmy ponad to i nikt z odrobiną oleju w głowie nie powie już głośno, że kobiety są innym gatunkiem człowieka, a jednak ciągle zakładamy, że one jednak przede wszystkim chcą być żonami i matkami oraz że zawsze są mniej skore do przemocy, że „naturalnym” modus operandi kobiet jest współpraca, a nie rywalizacja…

Że gdyby było więcej kobiet w polityce, to od razu na świecie zrobiłoby się milej…

Esencjalizm jest przekleństwem kobiet. Mężczyzn zresztą też. Ale bardzo trudno się z nim dyskutuje, bo pewne urządzenia społeczne mają tak długi ogon, że naprawdę wyobrażamy je sobie jako naturalny porządek rzeczy. Bardzo chciałam dotrzeć do końca tego ogona, pociągnąć za niego i pokazać, że właśnie wcale nie zawsze tak było. Abstrahując nawet od hipotezy pierwotnego matriarchatu – nawet najstarsze znane społeczności na ziemiach polskich wcale nie musiały być jednoznacznie patriarchalne, wskazują na to liczne poszlaki i sporo o tym piszę w książce.

Czy Piastowie kochali dzieci?

A wracając do twojego pytania o układ książki – jestem znużona wizją historii, w której mnie prowadzą od bitwy do pokoju, od króla do następcy tronu, od jednej patrylinearnej dynastii do kolejnej. I wciąż tylko śladami elit, warstw uprzywilejowanych. Zawsze brakowało mi w tym wszystkim kontekstu – społecznego, prawnego, obyczajowego. Tak serwowana historia nie pomaga wyobrazić sobie, jak się ludziom dawniej żyło, co nimi powodowało. Skąd mamy wiedzieć, że ich wizja rodziny, szczęścia czy tego, na ile w ogóle mają wpływ na swoje życie, była po prostu totalnie inna niż nasza? Myślimy więc o naszych przodkach i przodkiniach, jakby byli tacy sami jak my, tylko 500 lat wcześniej, a przecież to byli zupełnie inni ludzie, mający inne wartości i punkty odniesienia. To też jest duży problem z pisaniem o kobietach i ich prawach: to, co my uważamy za ostoję naszej wolności i cel pełnego życia, to nie był horyzont naszych przodkiń – na przykład pomysł, że szczęście można znaleźć poza małżeństwem czy macierzyństwem.

W ogóle koncepcja indywidualnego szczęścia.

Myślimy o naszych przodkach i przodkiniach, jakby byli tacy sami jak my, tylko 500 lat wcześniej, a przecież to byli zupełnie inni ludzie, mający inne wartości i punkty odniesienia.

Właśnie. Pomysł, że to ty decydujesz o swoim życiu, możesz coś wybrać i sama wiesz najlepiej, co jest dla ciebie dobre – to przeważnie nie był sposób myślenia dostępny nawet kobietom z warstw wyższych, ani w średniowieczu, ani przez kolejne setki lat.

Czy podczas pracy miałaś trudne momenty, w których myślałaś, że jednak to się nie uda, że wzięłaś na swoje barki zbyt wiele?

Co chwilę. Bardzo szybko się zorientowałam, że to, co chcę napisać jednoosobowo, i to w tak krótkim czasie, jest na dobrą sprawę niewykonalne. Ale ponieważ zawsze byłam grzeczną i miłą dziewczyną, która najbardziej na świecie boi się, że kogoś rozczaruje, to sama myśl, że mogę zawieść te wszystkie osoby, które w Brakującą połowę… uwierzyły i zaangażowały się w jej powstanie, była nie do zniesienia, dlatego brnęłam w to dalej. Czułam też, że taka książka naprawdę powinna powstać, bo sporo osób na nią czeka. Ja sama czekałam tak długo, że aż postanowiłam ją sama napisać.

Dziennikarstwo nauczyło mnie kondensowania treści, latami tworzyłam takie pigułki wiedzy na różne skomplikowane tematy, o których ważni, mądrzy ludzie mówili mi: tego się nie da powiedzieć prosto. A ja wiedziałam, że się da. Oczywiście, w kilku zdaniach nie sposób zawrzeć wszystkich niuansów, ale dla szerszego grona odbiorców to właśnie one są często pierwszym krokiem do tego, żeby się tematem w ogóle zainteresować, żeby odkryć, że to jest temat. Dyżurna wymówka, że nie ma kobiet w historii, bo nie ma źródeł, bo nie było kobiet wśród kronikarzy, rzadziej pisały pamiętniki, większość była niepiśmienna – też już nie przejdzie. Są badacze i badaczki, którzy pokazują, że można pisać świetne rzeczy o kobietach, analizując chociażby prasę, księgi sądowe, ikonografię.

Trudno było wygospodarować czas i przestrzeń na pisanie?

Byłoby trudniej, gdyby mi wszyscy tak nie kibicowali – począwszy od mojej rodziny, która nie pozwalała mi umrzeć z głodu i stresu, przez wspólnika i współpracowników, którzy ogarniali naszą firmę, po badaczki i badaczy, którzy tak chętnie dzielili się swoją bezcenną wiedzą. Mam biurko przy łóżku w sypialni, w której się zamykałam na całe dnie. Moje dziecko pukało i mówiło: „Mamo, przyszedłem się poprzytulać”. Przychodził, przytulał się i wychodził, bo po tych wszystkich miesiącach wiedział, że nie mogę sobie na więcej pozwolić, a poza tym jego tata i babcie tak mu organizowali czas, że nawet chyba nie zdążył za mocno zatęsknić. Siedziałam też bardzo dużo w bibliotekach, większość materiałów dostępna była tylko w Narodowej albo BUW-ie: niskonakładowe, pokonferencyjne publikacje, rzeczy dosyć stare, nie do kupienia. Mam też wspaniałą osiedlową bibliotekę na Targówku, która ma przytulną czytelnię naukową i najlepsze na świecie panie bibliotekarki.

14 godzin harówy to pestka [rozmowa z Joanną Kuciel-Frydryszak]

Jak rozłożyłaś sobie pracę? Najpierw czytałaś źródła, a potem pisałaś, czy te czynności trwały równolegle?

Nie czytałam źródeł w rozumieniu historyków. Na prowadzenie własnych badań dla okresu obejmującego ponad tysiąc lat historii Polski, nie mówiąc już o całej prehistorii, o której też piszę sporo, nie wystarczyłoby mi ani życia, ani warsztatu. Czytałam więc opracowania, których badaczki i badacze historii kobiet dostarczają aż nadto. Na początku starałam się przeczytać wszystko, co napisano na dany temat, i dopiero siadać do pisania. Potem już się spieszyłam, więc pisałam i czytałam równolegle.

Po drodze robiłam wywiady z historyczkami, archeologami i innymi akademikami, co mi bardzo pomagało porządkować informacje, omijać pozycje mało wartościowe, unikać ślepych uliczek. Gdybym tylko czytała i pisała wedle swego uznania, ta książka byłoby na pewno o wiele głupsza i gorsza. Na szczęście świetne badaczki i badacze poświęcali mi czas, czytali i poprawiali kolejne rozdziały, odpowiadali na pytania, wygładzali fałdy. Redaktorka naukowa książki, doktor Dobrochna Kałwa z Uniwersytetu Warszawskiego, czuwała stale i nie raz łapała mnie na generalizacjach, na przykładaniu nieadekwatnych miar do niewłaściwych epok, na tym, że projektuję współczesne kategorie.

Jakiś przykład?

Musiałam uważać, żeby nie pisać zbyt ogólnie: „kobiety mogły/były/robiły”, nie opatrując tego informacją, o jakich kobietach mowa – z jakiej warstwy, grupy etnicznej czy religijnej, w którym to było momencie. Weźmy procesy czarownic. Oskarżonymi były specyficzne kobiety: nie kobiety w ogóle, tylko kobiety z ludu, i to też tylko niektóre. Szlachciankę było bardzo trudno uwięzić i poddać procedurze dowodowej, bo obejmował ją przywilej neminem captivabimus nisi iure victum [łac. nikogo nie uwięzimy, chyba że prawnie zostanie zasądzony, zasada nietykalności osobistej osiadłej szlachty – przyp. red.]. Pisząc o czarownicach, trafiłam więc do profesora Tomasza Wiślicza z Polskiej Akademii Nauk, który zajmował się tym bardzo wnikliwie i zwrócił mi uwagę na istnienie licznych klisz i mitów. Na stosach nie płonęły seksowne laski, jak w komiksach i filmach, tylko przeważnie kobiety starsze, samotne, trzymające się na uboczu i w związku z tym podejrzane.

Drugą pułapką było mówienie o kobietach jako o grupie społecznej, którą one nigdy przecież nie były i do dzisiaj nie są. Perspektywa kobieca jest sztucznie wypreparowana z szerszego kontekstu, w którym poza płcią grają i oddziałują na siebie jednocześnie rozmaite zmienne. Dokonuję tego zabiegu z premedytacją, bo wierzę, że najpierw trzeba tę perspektywę wydobyć i dowartościować, żeby móc ją potem uznać za równoważną i uwzględnić we właściwej proporcji. Ale oczywiście mam świadomość, że w głównonurtowej narracji historycznej także perspektywa większości mężczyzn nie jest reprezentowana.

Walka o chleb a walka o duszę

czytaj także

Walka o chleb a walka o duszę

Alicja Urbanik-Kopeć

Masz ulubioną postać albo odkrycie, coś, czego nie wiedziałaś wcześniej, ale pojawiło się podczas pracy nad Brakującą połową?

Takie odkrycia przyniosła mi wizyta w Zakopanem. To był moment bardzo intensywnej pracy nad książką, wyjazd na weekend do Zakopanego wydawał mi się fanaberią i stratą czasu, ale nie umiałam sobie odmówić. Pomyślałam więc, że skoro już tam jestem, to poszukam śladów kobiet na miejscu. Góralek i nie tylko. To było niezwykłe doświadczenie. Robiłam krok i gdziekolwiek nie spojrzałam – odkrywałam wspaniałe, prawdziwie zasłużone i zupełnie mi nieznane postaci.

Na cmentarzu na Pęksowym Brzyzku poznałam nieznaną mi wcześniej Zofię Radwańską-Paryską, jedną z pierwszych taterniczek i ratowniczek górskich, współautorkę monumentalnej Wielkiej encyklopedii tatrzańskiej. Po chwili Helenę Rojównę, przedwojenną reżyserkę teatralną i autorkę popularnych dramatów. Obejrzałam wreszcie więcej prac Stryjeńskiej. Poznałam historię tamtejszej szkoły koronczarek, ufundowanej przez Helenę Modrzejewską. W Willi Olsza eksponuje się przepiękne prace uczennic tej szkoły, prawdziwe dzieła sztuki. Jeśli podpisane, to jedynie męskim nazwiskiem projektanta wzoru. W dwa dni odkryłam więc masę arcyciekawych postaci i historii, a na wielki finał trafiłam do domu pani Stanisławy Galicy-Górkiewicz, wielkiej znawczyni góralszczyzny, ale też najzdolniejszej uczennicy pierwszej góralskiej prymistki Bronisławy „Dziadońki” Koniecznej. Pani Stanisława, sama wybitna ludowa skrzypaczka, opowiadała mi, jak jej mistrzyni musiała pokonywać rozliczne bariery, żeby pozwolono jej grać na skrzypcach.

Więcej dziewuch, mniej księżniczek

To ciekawe, że pewne rzeczy są przezroczyste. Gra na skrzypcach nie wydaje się szczególnie genderowa.

Ale na Podhalu jeszcze w początkach XX wieku było to wielkie tabu, bo granie na skrzypcach w góralskiej kapeli oznaczało regularne bywanie na weselach i po karczmach, czyli w miejscach zdecydowanie niestosownych dla młodych kobiet. Jednak talent i upór Dziadońki dostrzegł hrabia Zamoyski, który kupił jej koncertowe skrzypce i pobłogosławił z pozycji władzy, inaczej nie byłoby o czym mówić.

Zakopane było więc spotkaniem twarzą w twarz ze światem kobiet robiących wielkie rzeczy dla kultury, nauki, rzemiosła artystycznego, o których pamięta się najwyżej lokalnie, a i to nie zawsze. Tam też poczułam jeszcze mocniej, że jeżeli tylko się nadstawi ucha, to takie historie są wszędzie.

Prawa wyborcze nie były prezentem dla kobiet

Książkę ilustruje Marta Frej, jej zasługą jest też przyciągająca wzrok okładka. Czyim pomysłem była ta współpraca?

Moim. Przyszłam do mojego wydawcy i powiedziałam, że nie wyobrażam sobie nikogo innego. Nie miałam planu B. Jeszcze wtedy nie znałam Marty osobiście, tylko jej prace, i wiedziałam, że obserwuje moje profile w mediach społecznościowych, więc może mnie kojarzyć. Zadzwoniłam do niej, zgodziła się natychmiast, mówiąc, że ona też całe życie czekała na taką książkę i chętnie ją zilustruje. Świetnie nam się pracowało, rozumiałyśmy się w pół słowa. Postaci i cytaty wybierałam ja, Marta opracowała to graficznie i kompozycyjnie.

Miałyśmy chyba tylko jedno spięcie. Marta narysowała Helenę Modrzejewską, która była już trochę stara i nie aż tak zjawiskowo piękna, jak ją zwykle opisywano. Zastanawiałam się, czy nie będzie dysonansu pomiędzy tym wizerunkiem a większością relacji z epoki, które przywołuję. A Marta była uczulona na to, żeby bohaterki ilustracji były różne, nie tylko piękne i młode. I oczywiście miała rację.

Jakie są według ciebie zadania dla współczesnych kobiet – żeby za sto lat nie trzeba nas było szukać między kartami historii?

Bardzo bym chciała, żeby to, o czym piszę, stało się częścią powszechnej świadomości. Uważam, że to naprawdę podstawowy zasób wiedzy, z którym powinniśmy wychodzić ze szkoły. Dostaję zresztą masę takich sygnałów – od uczennic, studentów, nauczycieli i nauczycielek, rodziców. „Dlaczego nam o tym wszystkim dotąd nie powiedziano?” „To powinna być lektura obowiązkowa”. „Już rozumiem, dlaczego zawsze się nudziłam na historii – bo nie mówili mi o niczym, z czym mogłabym się jakkolwiek zidentyfikować”.

Naprawdę duchy kobiet nic ciekawego nie mają nam do powiedzenia?

Przyglądanie się historii kobiet jest też bodźcem, żeby zainteresować się historią inną niż ta polityczno-militarna i historia elit, do których jesteśmy przyzwyczajeni – historią społeczną, prywatną, ludową.

Chciałabym też, żeby nie trzeba było tyle tupetu i przekory, żeby nazywać się feministką, i żeby wiedza o naszych przodkiniach, które były tu przed nami i torowały nam drogę, wzmocniła w nas poczucie solidarności z kobietami, którym ciągle jest trudniej, a także z innymi osobami, które cierpią z powodu dyskryminacji, złego prawa czy krzywdzących stereotypów. I żeby więcej kobiet dostrzegało, że choć mamy teoretycznie równe możliwości, to nadal w praktyce daleko nam jeszcze do równości szans. Długi ogon się ciągnie, przekonania dotyczące kobiet i ich natury są wciąż wpływowe, role i władza podzielone przeważnie po staremu.

Chciałabym też, żeby już dziewczynki rozumiały, że niezależność, zwłaszcza ekonomiczna, ale też psychologiczna, jest warunkiem sine qua non ich wolności osobistej. Sielska wizja szczęśliwego małżeństwa, w którym nie trzeba się martwić o siebie, bo wystarczy znaleźć dobrego, najlepiej bogatego męża, a potem już tylko zadbać, żeby mu się nie przestać podobać, to pułapka, złota klatka. Co z tego, że stara jak świat. Ciągle działa. Już Żmichowska przed nią ostrzegała.

Warszawa jest coś winna pani Stefie [rozmowa z Magdaleną Kicińską]

**
Anna Kowalczyk – dziennikarka, autorka społecznego bloga kobiecego Boska Matka. Felietonistka wysokieobcasy.pl. Współautorka książki Macierzyństwo bez Photoshopa. Autorka książki Brakująca połowa dziejów. Krótka historia kobiet na ziemiach polskich, która ukazała się w 2018 roku nakładem wydawnictwa W.A.B.

Bio

Olga Wróbel

| Kulturoznawczyni, autorka komiksów
Kulturoznawczyni, autorka komiksów, pracownica muzeum. Prowadzi (wraz z Wojciechem Szotem) bloga książkowego Kurzojady.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.