Kraj

Kościół swoje, wierni swoje. Co katoliczki myślą o aborcji?

jan paweł II pomnik

Przyzwyczailiśmy się do tego, że Kościół katolicki całe zło i fakt istnienia aborcji zrzuca na feministki, a środowiska pro-choice za dyskryminację kobiet obwiniają katolicyzm. Ta polaryzacja traci jednak znaczenie w sferze życia prywatnego. W gruncie rzeczy wszyscy kombinują, jak połączyć etykę czy moralność z wyzwaniami współczesnego świata. Gdyby było inaczej, w Polsce – kraju katolickim – nie rodziłoby się tak mało dzieci – mówią badaczki reprodukcji w Polsce, Agnieszka Kościańska i Agata Ignaciuk.

Paulina Januszewska: Stanowisko Kościoła w kwestii aborcji jest jasne i od lat niezmienne. Mimo to w tłumie protestujących przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego – wcześniej i teraz – nie zabrakło katoliczek i katolików. Czy to dowód na emancypację wiernych, upadek autorytetu duchownych, a może złe rozumienie religijności?

Agnieszka Kościańska: Na wszystko po trochu. Dyskusję na ten temat należałoby jednak zacząć od odrzucenia paru błędnych, ale dobrze zadomowionych w publicznym dyskursie uproszczeń. Poglądy religijne nie wyznaczają sztywnego i prostego podziału na zwolenników i przeciwników aborcji. Nie istnieje też coś takiego jak monolityczny katolicyzm, choć w kręgach feministycznych czy lewicowo-liberalnych przywykliśmy do mówienia o Kościele jako jednolitej całości. Tymczasem religioznawcy od lat zwracają uwagę na to, że w jego obrębie funkcjonuje obok siebie wiele zróżnicowanych nurtów.

Czyli dane mówiące o tym, że ponad 90 proc. Polek i Polaków to katolicy, niewiele tak naprawdę znaczą?

A.K.: Wysoką liczbę wiernych podaje także Kościół, ale wskazuje ona jedynie na to, ile osób zostało ochrzczonych w obrządku rzymskokatolickim. Ci ludzie nie muszą żyć w zgodzie z zasadami wiary. Już w 2012 roku CBOS wskazywał, że spośród 93 proc. zdeklarowanych katolików i katoliczek światopogląd zgodny z doktryną Kościoła wyznaje tylko 8 proc. Pytanie o faktyczną skalę religijności od dawna zadają badacze, np. Tadeusz Doktór i Irena Borowik, którzy już 20 lat temu udowodnili, że w Polsce panuje głęboki synkretyzm religijny. Okazuje się, że nawet osoby aktywnie zaangażowane w praktyki religijne wierzą w bardzo różne rzeczy, niekoniecznie zgodne z oficjalnym stanowiskiem Watykanu i Episkopatu w kwestiach nawet tak podstawowych, jak interpretacja Biblii.

Dziś w wyniku postępującej laicyzacji te statystyki będą wyglądać jeszcze inaczej. Z kolei Zbigniew Izdebski, który analizował sposoby planowania rodziny, wykazał, że jedynie niecałe 15 proc. Polek i Polaków stosuje metody planowania rodziny i kontroli urodzeń akceptowane przez Kościół. Stopień konserwatyzmu i liberalizmu wśród katolików cechuje się więc ogromną rozpiętością zgodnie z dewizą: ksiądz i papież swoje, lud swoje.

Ktoś, kto bardzo nie lubi Polski, bez wątpienia pije teraz zdrowie ordoiurisów i Kai Godek

Czy na to wskazują również wstępne wnioski z prowadzonych właśnie badań Katolicyzacja reprodukcji, reprodukcja katolicyzmu. Aktywizm i intymność w Polsce od 1930 r. do dziś?

A.K.: Trudno mi z pełną stanowczością zabrać głos, bo nasze badania są wciąż w toku i opierają się na wywiadach, a więc nie dostarczają danych ilościowych. Zaczęłyśmy je w zeszłym roku, kiedy wybuchła pandemia, co utrudnia nam pracę. Już teraz na podstawie zgromadzonego materiału zauważamy jednak, że stosunek przepytywanych przez nas katoliczek i katolików do aborcji jest dużo bardziej liberalny niż oficjalne stanowisko Kościoła. Rozmawiamy z osobami wierzącymi i praktykującymi, które religię uznają za ważną kwestię w życiu. To – co ważne – często osoby spoza tzw. warszawskiej bańki. Wśród nich można wyróżnić dwie zasadnicze strategie postrzegania aborcji.

Jakie?

A.K.: W pierwszej, którą roboczo nazywam liberalną, panuje pełna zgoda co do tego, że wprawdzie aborcja jest grzechem, ale decyzja w tej kwestii należy do kobiety i jej sumienia. Państwu nic do tego. Jeśli jednak ono lub Kościół chcą ograniczyć liczbę aborcji, to muszą stworzyć narzędzia, które zachęcą kobiety do rodzenia dzieci i będą wspierać je w rodzicielstwie.

Jakie to narzędzia?

A.K.: Sprawne mechanizmy adopcyjne, wprowadzenie rzetelnej edukacji seksualnej do szkół, realna pomoc dla osób z niepełnosprawnościami i ich rodzin, dostęp do innych metod kontroli urodzeń (notabene: stosunek do antykoncepcji innej niż kalendarzyk małżeński i metoda termiczno-objawowa jest tu raczej liberalny). Słowem: ograniczajmy liczbę aborcji, ale nie poprzez środki represyjne. Pomagajmy, a nie zakazujmy. Delegalizacja aborcji nie pozostawia bowiem miejsca na osobiste decyzje i nie rozwiązuje realnych problemów kobiet, nie tworzy dla nich potrzebnej sieci wsparcia. To po prostu zamykanie oczu i udawanie, że połowa społeczeństwa nie istnieje.

A druga strategia?

A.K.: To podejście konserwatywne, które przerwanie ciąży również zalicza do grzechów ciężkich, ale nie zawsze przychyla się do całkowitego zakazu wykonywania zabiegów. Jednocześnie tak myślące osoby po „jestem zdecydowanie przeciwna aborcji” stawiają pewne „ale”. „Ale ja nie byłam nigdy w takiej sytuacji”, „ale ja mam ten komfort, że mogę urodzić tyle dzieci, ile chcę”, „ale ja mam wspierającego męża/duży dom/pieniądze”. Te warunki sprawiają, że nasze respondentki, które deklarują się jako bardzo konserwatywne i stosują wyłącznie naturalne metody planowania rodziny, nie uzurpują sobie prawa do osądzania innych. Nie mają w sobie więc ślepego potępienia, które znamy z jednowymiarowego przekazu politycznego. Taki właśnie cel postawiłam sobie w tych badaniach: poznać niuanse perspektywy katolickiej od tzw. kuchni, przełamując czarno-białą narrację, do której jesteśmy przyzwyczajeni.

Brzydkie słowo na „g”

Agata Ignaciuk: To, co udało się zaobserwować Agnieszce, stoi w kontrze do dyskursu publicznego, w którym obserwujemy spór podzielony pomiędzy dwa podmioty. Na tak spolaryzowanym obrazie z jednej strony widać Kościół katolicki, który całe zło i fakt istnienia aborcji zrzuca na feministki, a z drugiej – środowiska pro-choice, winą za dyskryminację kobiet i ograniczanie ich praw reprodukcyjnych obarczające w dużej mierze katolicyzm. Ta polaryzacja jednak traci znaczenie w sferze codzienności i życia prywatnego. W gruncie rzeczy wszyscy kombinują, jak połączyć etykę czy moralność z wyzwaniami współczesnego świata. Gdyby było inaczej, w Polsce – kraju katolickim – nie rodziłoby się tak mało dzieci.

Dodałabym do tego jeszcze, że tak samo jak wiara wiele odcieni ma również feminizm.

To znaczy?

A.I.: W tej grupie też funkcjonują nie zawsze zgodne ze sobą nurty i poglądy. Na przykład pod wieloma względami feminizm socjalny stoi w kontrze do liberalnego. Pamiętamy też, że nie wszystkie feministki entuzjastycznie przyjęły opublikowane na łamach „Wysokich Obcasów” hasło Aborcyjnego Dream Teamu „aborcja jest OK”. Natomiast to, co stawia na wspólnym froncie wszystkie osoby biorące udział w protestach przeciwko zakazowi aborcji, to fakt, że wyrok TK potencjalnie krzywdzi wszystkie kobiety i osoby, które mogą być w ciąży, a także ich rodziny i bliskich. Wiele katoliczek uważa za niedopuszczalne wprowadzanie państwowych zakazów podyktowanych względami religijnymi do sfery prywatnych decyzji reprodukcyjnych.

A.K.: Jeżeli w ogóle chcemy zrozumieć, co się dzieje na ulicach, to musimy raz na zawsze porzucić wielkie kategorie, jak feminizm i katolicyzm. To nie zawsze są dwie okopane po dwóch przeciwnych stronach twierdze, ale często ci sami ludzie, te same kobiety.

Poglądy na aborcję to jedno, doświadczenie jej – drugie. W 2013 roku ukazały się głośne badania CBOS, z których wynika, że kobiety o konserwatywnych poglądach, które przerywaniu ciąży sprzeciwiają się z pobudek religijnych, decydowały się na zabieg częściej niż te popierające liberalne czy lewicowe postulaty. Czy te wnioski cokolwiek nam dziś mówią?

A.K.: Jednoznaczne stwierdzenie, że zwolenniczki prawicy częściej niż osoby inaczej zorientowane światopoglądowo i politycznie przerywają ciążę, jest obarczone dużym ryzykiem. Ale nie do podważenia jest fakt, że liczba aborcji spada wraz ze wzrostem świadomości dotyczącej innych metod kontroli urodzeń. Tym, co różni konserwatystki od progresywistek, jest dostęp do wiedzy o seksualności i podejście do niej. Powszechne w środowiskach konserwatywnych tabuizacja seksu oraz demonizacja antykoncepcji i edukacji seksualnej sprzyjają zachodzeniu w niechcianą ciążę, a w konsekwencji – paradoksalnie zmuszają kobiety do aborcji, której można było zapobiec. Przy czym tylko uprzywilejowane osoby będzie na nią stać i będą mogły przerwać ciążę w bezpiecznych warunkach.

Młodzież nie jest dziś „rozseksualizowana” bardziej niż sto lat temu [rozmowa z Agnieszką Kościańską]

A.I.: Trzeba też pamiętać, że badanie CBOS-u było pod wieloma względami niedoskonałe, bo opierało się na szacunkowych wartościach, deklaracjach respondentek i statystykach historycznych, a także mieszało dwa porządki prawne i czasowe: okres legalnej i dostępnej aborcji do początku lat 90. i późniejszy okres coraz intensywniejszych formalnych i nieformalnych restrykcji. Nie mówimy tutaj zatem o aborcjach przeprowadzonych wyłącznie w III RP ani tych, które wykonano z powodu deformacji płodu, czyli przesłanki, która pojawiła się w polskim ustawodawstwie w latach 90., a teraz z niego zniknęła decyzją TK Julii Przyłębskiej. Tak naprawdę ani wczoraj, ani dziś nie mamy dostępu do twardych danych o skali aborcji, choć organizacje feministyczne robią, co mogą, by jak najlepiej monitorować sytuację kobiet.

Ale chyba statystyki z PRL-u nie kłamią?

A.I.: Rejestr zabiegów prowadziły szpitale publiczne. Liczba raportowanych przez nie aborcji to średnio 100–120 tys. rocznie. Nie zapominajmy jednak, że w tamtym czasie działał również sektor prywatny, gdzie tych zabiegów wykonywano znacznie więcej i nie były one tak drogie jak te, które przeprowadza się obecnie w podziemiu. Te dane jednak nie były tak szczegółowo raportowane, zaś szacunki mówią o skali od 300 do 500 tys. aborcji w ciągu roku łącznie w sektorze publicznym i prywatnym. Znacznie ciekawsze od samych liczb jest to, jak się one zmieniają.

To znaczy?

A.I.: Tuż po legalizacji liczba rejestrowanych aborcji błyskawicznie rośnie, ale od drugiej połowy lat 70. spada. Dodajmy do tego kontekst religijny. Teoretycznie, gdy weźmiemy pod uwagę całość okresu od 1956 do 1993 roku i odsetek osób ochrzczonych, może się wydawać, że wiara nie ma żadnego, a na pewno znaczącego wpływu na decyzje o przerwaniu ciąży.

A.K.: Ale gdy spojrzymy na poszczególne dekady i dane socjologów o religijności, zobaczymy, że w latach 50. zaledwie połowa populacji deklaruje się jako osoby wierzące, a zabiegów wykonuje się całkiem sporo. Z kolei od drugiej połowy lat 70. wzrasta zaangażowanie Polek i Polaków w praktyki religijne i już w kolejnym dziesięcioleciu w publicznych placówkach pacjentek przerywających ciążę jest mniej, bo poniżej 100 tys.

Czym to jest podyktowane?

A.K.: Wyborem Karola Wojtyły na papieża oraz zaangażowaniem antykomunistycznym, pozwalającym autorytetowi Kościoła wyrosnąć na potęgę, a także wzmocnić swój głos piętnujący aborcję.

To właśnie wtedy do powszechnej debaty włączono moralno-katolickie aspekty aborcji? Czy wcześniej myślano o niej w ten sposób?

A.K.: Jeden z mężczyzn, z którym przeprowadzałam wywiad w ramach naszych badań, mówił, że nigdy nie myślał o aborcji inaczej niż o zabiegu medycznym. Dopiero pod koniec lat 80. usłyszał o jej moralnym, etycznym i religijnym kontekście. Gdzie? Oczywiście w kościele.

A.I.: Ja za to realizowałam wywiady w ramach projektu na temat kultur planowania rodziny w PRL-u i udało mi się porozmawiać z wieloma wierzącymi i praktykującymi katoliczkami urodzonymi przed wojną i po niej. Wywiady te dotyczyły historii reprodukcyjnych, w tym doświadczenia aborcji. Okazało się, że zwłaszcza starsze kobiety w ogóle nie łączyły przerywania ciąży z moralnością. Aborcja należała do opcji, które się po prostu miało. Było dla nich czymś oczywistym, że mogły decydować o swojej reprodukcji, liczbie dzieci, rozmiarze rodziny, funkcjonując jednocześnie w obrębie kultury katolickiej.

Środowiska anti-choice próbują nas przekonywać, że kobiety po latach żałują aborcji. Czy tak było w przypadku osób, z którymi pani rozmawiała?

A.I.: Nie. Przekonanie o żalu, który jest nieodzownie związany z zabiegiem, to argument straszak. Jeśli moje rozmówczynie skarżyły się na jakiekolwiek rozterki, to dotyczyły one innych kategorii niż moralne. Na przykład jedna z respondentek, inżynierka urodzona na początku lat 50., ubolewała, że wszystkie jej dzieci wyemigrowały, w związku z czym została w kraju sama z mężem. I to potencjalne dziecko było fantazją, która mogłaby rozwiązać brak obecnej bliskości z rodziną. Przekonanie o tym, że aborcja – jak mówił Kościół – jest morderstwem, na poziomie dyskursu publicznego i życia codziennego do lat 80. było raczej rzadkością.

Ale to nie znaczy, że Kościół wcześniej nie interesował się aborcją.

A.K.: Owszem. Na różne sposoby podważano słuszność legalności aborcji, ale wizja proponowana przez stronę katolicką docierała do osób najbardziej zaangażowanych w życie religijne albo była przekuwana na język świecki, którym posługiwano się w dyskursach medycznych i seksuologicznych. Podkreślano w nich, że aborcja jest najgorszą z opcji, że lepiej ciąży zapobiegać, co można przeczytać chociażby u Michaliny Wisłockiej, choć ta katoliczką nie była, oraz u Zbigniewa Lwa-Starowicza – w tamtym czasie związanego z doktryną Kościoła bliżej niż dziś. Natomiast drugim argumentem podnoszonym przeciwko aborcji było to, że jest ryzykiem zdrowotnym.

Co dokładnie ma pani na myśli?

A.K.: Jeśli pomyślimy o zabiegu w kontekście PRL-owskiego, zaniedbanego i słabo funkcjonującego szpitala, do którego szło się na wycięcie wyrostka, a wychodziło z gronkowcem czy zapalaniem płuc, to rzeczywiście aborcja była ryzykowna dla zdrowia jako interwencja chirurgiczna. Przypomnę tylko, że wtedy aborcji farmakologicznych nie przeprowadzano. Ten dyskurs niechęci – poniekąd uzasadniony, ale nadużywany – można było zaobserwować po stronie całego środowiska lekarskiego. Ale z drugiej strony było też tak, że część lekarzy po prostu kierowała się wartościami religijnymi i w ten sposób dokonywała medykalizacji przekazu katolickiego. Najlepszym przykładem jest tu Wanda Półtawska, lekarka i przyjaciółka papieża, która poświęciła wiele prac i artykułów niezdrowości aborcji. To najprawdopodobniej ona przekonała Wojtyłę do obrania w Watykanie i Polsce bardzo ostrego kursu antyaborcyjnego.

A.I.: O komplikacjach zdrowotnych sporo mówiło się także w środowiskach związanych z planowaniem rodziny, jak Towarzystwo Świadomego Macierzyństwa. Jedną z takich negatywnych konsekwencji miała być bezpłodność, do której rzekomo prowadziło „nadużywanie” aborcji. I przed nim właśnie głośno i często przestrzegano.

Przerwałam. Ciążę i ciszę

czytaj także

Skoro aborcja w szpitalu publicznym była groźna dla kobiety, to czy środowiska lekarskie podejmowały jakieś próby poprawy tej sytuacji?

A.I.: Niestety nie dotarłam do zbyt wielu takich źródeł. W piśmie specjalistycznym „Ginekologia Polska” debata o przerywaniu ciąży była żywa, ale o bezpieczniejszych zabiegach nie dyskutowano prawie wcale. Zastanawiające jest także, dlaczego w tamtym czasie w Polsce przeprowadzano głównie skrobanki, czyli zabieg łyżeczkowania macicy, podczas gdy w Jugosławii czy wschodnich Niemczech już od lat 70. stosowano mniej inwazyjną metodę próżniową.

Czy faktycznie aborcja musiała być ryzykowna? Dlaczego środowisko medyczne nie było zainteresowane innymi technikami aborcyjnymi? Dlaczego nie rozmawiano o kwestii znieczulenia przy przerywaniu ciąży? Te pytania pozostają otwarte. Możemy domniemywać, że w patriarchalnym społeczeństwie były to tematy marginalne albo lekarze stosowali jakąś formę autocenzury. Może blokował ich katolicki dyskurs antyaborcyjny, w gronie medyków oddziałujący znacznie silniej niż na regulowaną przez antykościelne władze opinię publiczną.

A.K.: Na to nakłada się jeszcze stosunek do dostępności antykoncepcji. Tutaj rzeczywistość też nie maluje się w różowych barwach. W środowiskach zajmujących się tematem planowania rodziny czy seksuologicznych mówiło się, że aborcja jest niedobra i powinno się jej zapobiegać, ale mało kto wyjaśniał, jak to robić. Wśród najpopularniejszych tytułów dogłębne informacje są tylko w Sztuce kochania Wisłockiej. W cotygodniowej rubryce Lwa-Starowicza w „ITD” nie znajdziemy żadnych szczegółów. Raczej przeczytamy, że tabletki są niezdrowe, a prezerwatywy mogą powodować uczulenie. Pozytywnie są opisywane jedynie naturalne metody planowania rodziny, więc widać, że Lew-Starowicz niespecjalnie krył się ze swoimi katolickimi korzeniami, które – co dostrzegł dopiero po latach – niespecjalnie służą seksualności.

Już żadnej z nas nie zawstydzicie! Reportaż z polskich ulic

Czyli całą odpowiedzialność spychano po prostu na kobiety. Czy dlatego – również dziś – one mówią o aborcji głosem pragmatycznym, a Kościół i państwo, zarządzane głównie przez mężczyzn, odwołują się do kwestii moralnych?

A.I.: Z perspektywy historii społecznej w PRL-u można się spierać o to, czy aborcja była sprawą wyłącznie kobiet, czy jednak również mężczyzn, zwłaszcza w dyskursach eksperckich. Zaraz po legalizacji i powołaniu Towarzystwa Świadomego Macierzyństwa popularyzowano przekonanie, że stosowanie antykoncepcji leży przede wszystkim po stronie kobiet. Dlaczego? Chociaż niektórzy lekarze, np. ginekolożka Jadwiga Beaupré czy katolicki ginekolog Włodzimierz Fijałkowski, postulowali, że planowanie rodziny to zadanie dla obu płci, dominującą reprezentacją męskości w dyskursie eksperckim wokół antykoncepcji był wtedy nieodpowiedzialny, często przemocowy mężczyzna, który „wymusza współżycie”, stając się sprawcą niepożądanej ciąży.

Według poradników poświęconych antykoncepcji wydawanych od końca lat 50. do końca PRL przez TŚM kobiety, stosując antykoncepcję, najlepiej metodę niewyczuwalną dla partnera, jak błona pochwowa, kapturek naszyjkowy czy, od końca lat 60., spirala, miały chronić siebie przed niepożądaną ciążą oraz „szkodliwą” aborcją. Do tego dochodził argument – pojawiający się od początku XX wieku także w publikacjach agitujących na rzecz planowania rodziny na Zachodzie – że to kobiety powinny mieć wiedzę i dostęp do antykoncepcji, ponieważ w patriarchalnym społeczeństwie to one niosą ciężar wychowywania dzieci, organizowania im edukacji, życia, to w ich ciałach rozwija się zarodek i płód.

Jednak w większości krajów Europy Środkowo-Wschodniej, znacznie wcześniej niż na Zachodzie, kobieta, która nie miała dostępu do antykoncepcji, nie chciała jej stosować lub ta zawiodła, miała do dyspozycji przerwanie ciąży. Z tego względu stosunek do tamtego okresu nie jest oczywisty, bo łatwo popaść w pewien rodzaj idealizacji. W końcu ciąża była sprawą kobiety, a w Polsce prawo dawało jej pełen dostęp do zabiegu. A z drugiej – w dyskursie publicznym i medycznym aborcja była aktywnie stygmatyzowana, przedstawiana jako „szkodliwy zabieg” i łączona, bez twardych danych na ten temat, z niepłodnością.

„Sztuka kochania” aktualna? Może i tak, ale to nie jest dobra wiadomość

A.K.: Spychanie odpowiedzialności na kobietę ma w Polsce długą tradycję. W zasadzie od XIX wieku sprawy związane z rodziną: jej zdrowie i planowanie, a także seksualność w małżeństwie są obowiązkową domeną kobiet. Widać to bardzo mocno np. w literaturze poradnikowej. Jednocześnie planowaniem rodziny interesuje się państwo, które ogranicza jej metody. To, że sprawa aborcji wywołuje tak wielkie protesty, jest paradoksalnie skutkiem owej niekonsekwencji i zostawiania kobiet z ciążą – chcianą czy nie – samym sobie. Oczywiście zdarzają się mężczyźni, dla których zaangażowanie w proces planowania rodziny jest istotne. Według nich jedynie przestrzeń decyzji o aborcji powinna być zarezerwowana dla kobiet, a o resztę należy dbać wspólnie.

Wśród katolików, z którymi pani rozmawia w ramach swoich badań, też pojawiają się takie głosy?

A.K.: Tak. Od nich słyszymy również, że Kościół czy państwo nie powinny ingerować w kwestie posiadania dzieci. Dlatego podział w stosunku do aborcji nie idzie po prostej linii kobiety – mężczyźni, ale po linii polityka – prawdziwe życie. Oczywiście one mogą się na siebie nakładać, bo w patriarchalnym społeczeństwie i Kościele rządzą mężczyźni – tu nie ma pola do dyskusji, chyba że weźmiemy pod uwagę Wandę Półtawską, która kręci papieżem jako przysłowiowa szyja. Aborcja w ustach polityka, który przemawia z mównicy sejmowej, brzmi więc inaczej niż wtedy, gdy udaje się z żoną do prywatnej kliniki. Dlaczego więc jest tak topornie upolityczniona i cynicznie rozgrywana? Jeśli spojrzymy historycznie czy antropologicznie na to, jak funkcjonuje nowoczesne państwo, to zrozumiemy, że jednym z jego głównych zadań jest kontrola populacji. Aborcja jest po prostu jednym z narzędzi, za pomocą których można to robić.

A gdzie w historii plasuje się kwestia „godności płodu”?

A.I.: Tam, gdzie wchodzi nowoczesna technologia, która pozwala płód zobaczyć. Debata o jego zdrowiu i dalej – ochronie – pojawia się wraz z rozwojem i dostępnością badań prenatalnych, które w Polsce zaczynają się upowszechniać pod koniec lat 70. Jednak w dyskursie medycznym nie są traktowane jak coś, co ma prowadzić do aborcji, lecz jej uniknąć, np. w rodzinie, w której jest już jedno chore dziecko i kobieta będąca w kolejnej ciąży ma uzasadnione obawy o swoją przyszłość.

A.K.: USG odgrywa zasadniczą rolę w dyskursie antyaborcyjnym, bo dzięki temu zaczęto mówić o podmiotowości płodu. Pod tym względem film Niemy krzyk to wielki przełom w krucjacie Kościoła i ruchu anti-choice przeciwko prawom reprodukcyjnym. Wiele zmienia się w momencie, gdy w debacie publicznej pojawia się sformułowanie „dziecko poczęte”, i to również otwiera drogę do zakwestionowania zasadności dostępu do aborcji i ustanowienia „kompromisu” w Polsce w 1993 roku. Agnieszka Graff kilka lat później słusznie pisała, że w kwestii aborcji przegraliśmy wojnę przede wszystkim o język. Ale mnie się wydaje, że o coś więcej.

Co dokładnie?

A.K.: Straciliśmy naukę na rzecz tzw. obrońców życia i Kościoła. To znaczy, że dyskurs aborcyjny przełożył perspektywę medyczną na racje moralne i religijne. Nowe technologie w gabinetach i szpitalach paradoksalnie zasiliły arsenał argumentów tych, którzy traktują przerwanie ciąży jak morderstwo. Nastąpił niebywały przewrót. Podczas gdy w PRL Wanda Półtawska swoją wiarę przekuwała na język medyczny, dziś Kaja Godek korzysta z dobrodziejstw medycyny do ugruntowania swoich postulatów. Na tym korzysta Kościół jednocześnie walczący z wieloma aspektami postępu nauki, zaczynając od antykoncepcji, a kończąc na in vitro.

Od poczęcia aż po zgon, czyli pycha władzy

Nie jesteśmy od wymyślania strategii dla Kościoła i najlepiej byłoby, żeby na Strajku Kobiet nie mógł on nic ugrać, ale czy jest w stanie jakoś powstrzymać przyspieszoną przez protesty laicyzację Polek i Polaków? Jakie widzą panie tu scenariusze? 

A.K.: Z perspektywy religioznawczej należałoby się zastanowić, czy skuteczność religii w ujęciu moralno-duchowym określa fakt, że Kościół jest w stanie wymóc na rządzących wprowadzenie zasad religii jako porządku prawnego, czy może raczej sukcesem jest to, że ludzie nie z przymusu, lecz ze względu na własne świadome decyzje żyją zgodnie z dogmatami wiary. Jeżeli kobiety nie będą sobie robić aborcji, dlatego że mogą trafić do więzienia, to nie oznacza, że będą lepszymi katoliczkami. Będą nimi wtedy, gdy uznają, że z perspektywy katolickiej to jest coś złego. Wydaje mi się, że zrozumienia tych różnic w polskim Kościele nie ma.

Dlaczego?

A.K.: To spuścizna pontyfikatu Jana Pawła II, który obrał niesłychanie fundamentalistyczną ścieżkę, jeśli chodzi o stosunek nie tylko do aborcji, ale wszelkich metod planowania rodziny poza naturalnymi, i do seksualności w ogóle. Owa restrykcyjność jest nie do pojęcia również z perspektywy gotowości wielu wybitnych katolickich teologów do dialogu, ich umiejętności szerokiego patrzenia i zdolności łączenia wymagań współczesnego świata z tymi, które stawia wiara. Od tych autorytetów słyszymy także cały czas o roli sumienia, które jest przecież przestrzenią decyzyjności i duchowej sprawczości w katolicyzmie. Pontyfikat Jana Pawła II to odejście od myślenia przez pryzmat sumienia ku bezrefleksyjnym zakazom.

A.I.: Kościół stoi przed kluczowym dylematem. Musi zdecydować, czy dalej chce mieć władzę polityczną, czy jednak rząd dusz, który w tej chwili być może traci. Tych dwóch rzeczy chyba nie da się połączyć. Pytanie, czy wobec tego jest gotów na autokrytyczną pogłębioną refleksję. W najlepszym scenariuszu należałoby się spodziewać, że duchowni jednak zajmą się ewangelizacją i uważną rozmową z wiernymi na temat tego, co to znaczy być katolikiem. Ale patrząc na to, co Kościół ma do stracenia, pewnie wybierze rolę strażnika prawa do spółki z państwem.

Przykłady z zagranicy pokazują dobitnie, czym kończy się przekuwanie grzechów na przestępstwa. W Hiszpanii upolitycznienie Kościoła i promowanie wartości sprzężonych z tymi, które wyznaczały ramy dyktatury Franco, nie przetrwały i musiały ustąpić demokratyzacji społeczeństwa, której nieodzownym elementem stała się laicyzacja. W Irlandii lata budowania rygorystycznego prawa na etyce katolickiej też musiały się skończyć, a Kościół ostatecznie ugiął się pod falą progresywizmu. Dlatego patrząc na protesty w Polsce, które pokazują, jak wiele lekcji odrobiliśmy z demokracji i obywatelskiego aktywizmu, chciałabym wierzyć, że mimo przegranej walki z trybunałem czeka nas podobny scenariusz.

Nadzieja odchodzi ostatnia. Jak Argentynki wywalczyły prawo do aborcji

**
Dr hab. Agnieszka Kościańska – profesorka w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego i Leverhulme Visiting Professor w Oxford School of Global and Area Studies. Jest autorką książek Płeć, przyjemność i przemoc (2014), Potęga ciszy (2009) oraz Zobaczyć łosia. Historia polskiej edukacji seksualnej od pierwszej lekcji do internetu (2017) i redaktorką prac poświęconych zagadnieniom płci, seksualności, religii i wykluczenia, m.in. Kobiety i religie (2006), Antropologia seksualności (2012). Kieruje projektem badawczym Katolicyzacja reprodukcji, reprodukcja katolicyzmu. Aktywizm i intymność w Polsce od 1930 r. do dziś finansowanym przez Narodowe Centrum Nauki.

Dr Agata Ignaciuk – adiunktka w Katedrze Historii Nauki na Uniwersytecie w Granadzie (Hiszpania). Specjalizuje się w historii zdrowia reprodukcyjnego i praw reprodukcyjnych. W latach 2017–2019 kierowała na Uniwersytecie Warszawskim finansowanym przez Narodowe Centrum Nauki projektem badawczym Kultury planowania rodziny w Polsce, 1945–1989. Obecnie jest członkinią zespołu projektu badawczego Katolicyzacja reprodukcji, reprodukcja katolicyzmu. Aktywizm i intymność w Polsce od 1930 r. do dziś, również finansowanego przez NCN. Niektóre jej publikacje można znaleźć tutaj.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Januszewska
Paulina Januszewska
Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.
Zamknij