Czytaj dalej

Nowa Huta została zbudowana na kobietach

Mieszkanki Nowej Huty. Rok 1965. Fot. Bagnowka/Youtube.com

Pisałam reportaże o wielkich postaciach z historii Nowej Huty, a potem zauważyłam, że o tych wszystkich facetach rozmawiam z kobietami. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że kobiety opowiadają cudze historie i należy zrobić coś, żeby wreszcie opowiedziały własne – opowiada Katarzyna Kobylarczyk, autorka książki „Kobiety Nowej Huty. Cegły, perły i petardy”.

Aleksandra Wojtaszek: Zacznijmy od nowohuckiej prehistorii. Nowa Huta, wbrew temu, jak było to przedstawiane w oficjalnej propagandzie, wcale nie powstała w szczerym polu. Dlaczego usiłowano wymazać pamięć o mieszkających tu wcześniej ludziach?

Katarzyna Kobylarczyk: Niemal dokładnie w stulecie uwłaszczenia chłopów władza ludowa wywłaszczyła tutejsze wsie pod budowę przemysłu. Ewentualne profity dla mieszkańców odsunięte zostały w czasie i po prostu zażądano oddania urodzajnej ziemi za grosze. Tymczasem pomimo panującego tam rozwarstwienia tereny te znacząco odbiegały od wyobrażenia o „galicyjskiej biedzie”. Trzeba było jakoś uzasadnić fakt wyrządzenia chłopom krzywdy, stąd propagandowy nacisk na głoszenie, że niczego prócz wyzyskiwaczy i ucisku tu wcześniej nie było, a prosty lud z radością powitał budowę Nowej Huty.

Fotograf Adam Gryczyński twierdzi, że istniały tutaj silne tradycje narodowe i religijne, dlatego system chciał celowo zniszczyć tutejszą ludność. Trudno mi jednak uwierzyć, że tych 15 tysięcy chłopów mogło być zaporą dla komunizmu.

Kiedy się patrzy na zdjęcia tych terenów przed powstaniem Nowej Huty, widać, że to był cały mikrokosmos. Tutejsze wsie przypominały nieco Bronowice, które kojarzymy przecież z bogatą kulturą. Stanisław Wyspiański wspomina zresztą w Weselu o działaczu ludowym Franciszku Ptaku, który pochodził właśnie stąd, z Bieńczyc. Chłopi mieli tu sporą świadomość polityczną – w Mogile było proporcjonalnie najwięcej działaczy ludowych, chociażby przedwojennego PSL-u. Tymczasem późniejsza propaganda lubiła ich przedstawiać jako prostych i prymitywnych ludzi.

Leszczyński: Każdy kontakt chłopa z dworem i elitą opierał się na tym, że chłop musiał coś oddać

Z drugiej strony wśród robotników, którzy przybyli do Huty, sporą część stanowili chłopi.

Wielu ludzi zwabiono tutaj nie tylko obietnicą uzyskania pracy, ale i wykształcenia – można było zostać wykwalifikowanym pracownikiem wielkiego przemysłu. Dziadek opowiadał mi, że bardzo wielu chłopców marzyło, aby zostać szoferem. Olbrzymi exodus do Huty odbywał się zwłaszcza z najbiedniejszych rejonów wiejskich, gdzie gospodarki dzielono pomiędzy licznych członków rodziny. W opowieściach moich bohaterek powtarza się motyw, że gospodarstwo miał odziedziczyć najstarszy syn, a pozostałe dzieci musiały szukać sobie zajęcia. Huta spadła im jak z nieba.

Wydaje się, że szczególnie dla kobiet była to szansa na choćby częściową emancypację i awans społeczny. Marta Madejska w Alei włókniarek także przywołuje kobiety twierdzące, że praca w przemyśle była znacznie lżejsza niż w polu.

Tak, moja książka dobrze koresponduje z innymi poświęconymi podobnym problemom. W Anna szuka raju Doroty Karaś i Marka Sterlingowa Anna Walentynowicz po przyjeździe ze wsi, gdzie była służącą, jest zachwycona faktem, że pracuje tylko osiem godzin, a potem ma wolny czas. Pod koniec pisania książki czytałam także Służące do wszystkiego Joanny Kuciel-Frydryszak. Wiele moich bohaterek przyjechało do Huty, bo nie chciały iść na służbę.

Moja babcia, która pochodzi z Luboczy, jednej z wsi wywłaszczonych pod budowę kombinatu, nigdy nie miała żalu do Nowej Huty. Uważała, że dzięki niej doświadczyła awansu społecznego – nie musiała pracować w polu, mogła iść do szkoły i później pracować jako ekspedientka. Praca w handlu, tzw. czysta praca – to było spełnienie marzeń. Do Huty trafiały też bardzo młode dziewczyny, które uciekały z domów. To musiało od nich wymagać niezwykłej odwagi, ale też desperacji.

W warunkach pospolitych, ze służącą moich rodziców

czytaj także

W pokoleniu budowniczych Nowej Huty w latach 50. panował entuzjazm dla tego projektu: nie tylko pragnienie odbudowania kraju, ale i poczucie sensowności pracy – miasto rosło na ich w oczach.

Wiele lat temu pisałam portret Tadeusza Ptaszyckiego, generalnego projektanta Nowej Huty, urbanisty. Był przedwojennym architektem, walczył w obronie Warszawy, trafił do niewoli. Rozmawiałam z jego córką i pytałam, jak to się stało, że człowiek o poglądach raczej antykomunistycznych, który nigdy nie zapisał się do partii, rzucił się na wielką budowę socjalizmu. Ona opowiadała, że on i jego towarzysze już w stalagu myśleli o tym, co będą robić po wojnie, pragnęli odbudować kraj, podnieść go z gruzów, bez względu na okoliczności. Nowa Huta, nieco przewrotnie, stała się miejscem, gdzie ludzie o różnej przeszłości, choćby byli żołnierze AK, mogli znaleźć swoje miejsce, rozpłynąć się w masie przybyszów.

Skąd się brała ówczesna czarna legenda Huty przedstawianej jako niebezpieczne i zdemoralizowane miejsce?

W każdej legendzie jest okruch prawdy. W pierwszych latach istnienia Huty zjechały tu dziesiątki tysięcy ludzi, zwykle bardzo młodych, wyrwanych ze swojego środowiska. Przeważającą część stanowili młodzi, samotni i do tego świetnie zarabiający mężczyźni. W efekcie skala pijaństwa była ogromna, do tego dochodziły częste burdy. Potem jednak mężczyźni zaczęli się statkować, pojawiały się dzieci i ich sytuacja się zmieniała.

7 postkomunistycznych osiedli, na których chciałabyś mieszkać

Mężczyźni się upijali i wszczynali burdy, a winą obarczano kobiety, które miały rzekomo – co przytaczasz w książce – topić noworodki w wapnie. Mam wrażenie, że to kolejny przykład strachu przed kobietami, które same sobą zarządzają.

Mówiono, że liczne kobiety, które przyjechały tu pracować, szybko przekwalifikowały się na prostytutki. Te doniesienia nie mają potwierdzenia w źródłach. Wojciech Paduchowski przedarł się przez raporty milicyjne z lat 50. – nie istnieją dokumenty, które potwierdzałyby masowe zabijanie niemowląt, prostytucję czy epidemie chorób wenerycznych.

Wiadomo za to, że Huta była miastem młodych ludzi, dlatego Lasek Mogilski pełen był par, które nie miały się gdzie podziać ze swoimi aktami miłości fizycznej.

Choć na plakatach i w kronikach filmowych występują kobiety murarki i kobiety na traktorach, przytaczasz deklaracje robotników, którzy wcale nie chcieli, aby ich żony pracowały.

W badaniach Renaty Siemieńskiej, autorki książki Nowe życie w nowym mieście poświęconej Nowej Hucie, mężczyźni często deklarują, że to wstyd, jeśli mężczyzna nie jest w stanie utrzymać rodziny. Kobiety też niekoniecznie chciały pracować zawodowo, wolały się „zaszanować”. Widać, że to społeczeństwo nie było gotowe na pełną emancypację, zwłaszcza jeśli miała wyglądać tak, że kobieta będzie machać łopatą przez osiem godzin.

A potem wracać z pracy i wypełniać wszystkie obowiązki domowe.

Tak, poza tym mimo szumnej propagandy państwo nie zapewniało wielu możliwości. Płace kobiet były niższe, brakowało żłobków. Istniały co prawda ustawy, którymi gwarantowano kobietom zwolnienie na czas karmienia dziecka piersią, ale w praktyce nie było możliwe, aby w dwie godziny dotrzeć z budowy kombinatu do miejsca, gdzie przebywa dziecko, nakarmić je i wrócić.

Ten rys patriarchalny jeszcze silniej widoczny jest w historiach o nowohuckiej Solidarności – kobiety odgrywają w niej zazwyczaj rolę służebną. Mężczyźni protestują i ukrywają się, natomiast kobiety muszą poradzić sobie same z całą rzeczywistością wokół i jeszcze donoszą kanapki na kombinat, a potem pozostają w cieniu, bo to było za mało heroiczne.

Dziennikarzom często zarzuca się, że zbyt rzadko wspominają o roli kobiet w Solidarności. Jednak kiedy do strajków rzucili się mężczyźni, nawet najbardziej zaangażowane kobiety rzadko decydowały się zostawić dzieci. Te kanapki to często był jedyny dostępny im sposób uczestnictwa w protestach. W nowohuckiej historii Solidarności mimo to zapisało się mnóstwo kobiet. Często stoją w cieniu, jednak nieraz same się w nim ustawiają.

Kobiety są strażniczkami pamięci, ale umniejszają swoją rolę?

Chętniej opowiadają o innych. Sama nie jestem bez grzechu – pisałam reportaże o wielkich postaciach z historii Nowej Huty, a potem zauważyłam, że o tych wszystkich facetach rozmawiam z kobietami. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że kobiety opowiadają cudze historie i należy zrobić coś, żeby wreszcie opowiedziały własne.

Nie udało mi się niestety porozmawiać ze Stanisławą Ożańską, żoną pierwowzoru Mateusza Birkuta z Człowieka z marmuru. Krążyły pogłoski, że była murarką, na co dowód znalazłam przez przypadek – kobieta pojawiła się w niewyemitowanym fragmencie kroniki filmowej. Pisano wiele o Ożańskim, ale nie ma opowieści o tym, jak ona sobie radziła, kiedy została sama z dwójką dzieci. Jednak to jego życiorys jest romantyczny – oto człowiek zniszczony przez system.

W mojej książce jest też rozdział poświęcony gastronomii: kobietom, które były kelnerkami, bufetowymi, pracowały na stołówkach. Ktoś mógłby uznać, że to nieważne, a przecież w warunkach niedoboru musiały wyżywić cały kombinat. Gdy zaczynałam pracę, książka miała roboczy tytuł O kobietach, które zbudowały, wykarmiły i zbawiły Nową Hutę. Huta została zbudowana na kobietach, inaczej ten eksperyment by się nie udał.

Tomasik: Wajda jak Polska

Podczas strajków w latach 80. kluczowe były postulaty ekonomiczne, tymczasem transformacja ustrojowa dla wielu okazała się rozczarowująca, a w latach 90. Hutę dotknął potężny kryzys.

Huta bardzo oberwała na transformacji ekonomicznej. W latach 90. główny pracodawca, Kombinat Metalurgiczny Huty im. Lenina, zaczął podupadać. Jednego dnia zwolniono 5 tysięcy pracowników, nie dając im możliwości przekwalifikowania. Wówczas pojawiło się też ogromne rozwarstwienie społeczne. Wielu hutników wierzyło, że fach w ręku zapewni im przyszłość, ale tak się nie stało.

Lubimy podkreślać, że Solidarność walczyła o wolność czy niezależność, ale wielu ludzi dołączyło do niej ze względu na puste półki. Nie walczyli o to, żeby Wałęsa został prezydentem, ale by móc kupić coś dzieciom na obiad. Może to dla wielu brzmi zbyt mało romantycznie, jednak kwestie finansowe są wyznacznikiem godności. Jedna z bohaterek opowiadała mi o tym, jak przyjechała do niej rodzina ze wsi, a ona nie miała ich czym nakarmić. To było dla niej potwornie upokarzające, mocne doświadczenie.

Opisujesz jedną z uczestniczek strajków, która zastanawia się, czy nie trzeba było wówczas rzucać kamieniami w drugą stronę.

Strajkujący wierzyli, że walczą o wolność i godność. Polska miała wreszcie stać się drugim Zachodem, krainą bogactwa i pełnych sklepów. Tymczasem niegdysiejsi strajkujący często mają poczucie, że na ich strachu, odwadze i oporze utuczyli się nieliczni, że zyskali głównie politycy. Dlatego zaczynają się zastanawiać, czy wcześniej nie było lepiej. Był zakład pracy, kolonie dla dzieci, dodatki…

Legendy o „zdradzie elit” i te o „złotym wieku” służą politykom. Ludzkie doświadczenie się w nich nie mieści

We wstępie książki piszesz, że kobiety nie chcą już rozmawiać o Nowej Hucie – uważają, że jest zbyt późno. Dlaczego?

To starsze, schorowane kobiety, które niekoniecznie chcą wracać do dawnych historii i przeżyć. Mieszkają na czwartym piętrze bez windy, już prawie nie wychodzą, nie chcą nikogo zapraszać, choć kibicują pomysłowi pisania książki o nowohuckich kobietach. Ponadto ludzie z Nowej Huty są zmęczeni odkłamywaniem stereotypu, że Huta jest niebezpieczna, biedna i brzydka. Gdy spojrzeć na policyjne statystyki, to dziś najbezpieczniejsza dzielnica Krakowa.

Mam wrażenie, że Huta robi się wręcz modna, coraz więcej ludzi chce tu mieszkać. Czy nie zagraża jej gentryfikacja?

Huta to bardzo duża dzielnica. Były pomysły, aby uczynić ją modną, ale nie jest ją tak łatwo podporządkować i ograć jak na przykład Kazimierz. Dlatego gentryfikacja Hucie raczej nie grozi, ale widoczna jest zmiana pokoleniowa – starsi ludzie odchodzą, ich mieszkania zajmują młodzi, często tacy, którzy z Hutą wcześniej nie mieli nic wspólnego. Oni chcą tu żyć, a nie tylko spać, i aktywnie wpływają na życie dzielnicy. Kiedyś na piwo z koleżanką z osiedla obok musiałam się umawiać w centrum, teraz ludzie walczą, aby to zmienić, dzięki czemu powstaje mnóstwo fajnych lokalnych miejsc.

Kraków: miasto przeturyzmowane

czytaj także

W ubiegłym roku wygaszono ostatni wielki piec w Nowej Hucie. Co pozostało z jej specyficznego charakteru, teraz, kiedy nie ma tu już wielkiego przemysłu?

Nowa Huta miała i ma niesamowite szczęście do ludzi. Obecnie przeżywa renesans aktywizmu, powstają tu rozmaite stowarzyszenia, zarówno młode pokolenie, jak i seniorzy są bardzo aktywni społecznie. Wielu z nich działa na rzecz samej Huty – broni jej dziedzictwa urbanistycznego czy środowiska. Kiedy trzeba na przykład zablokować budowę apartamentowca w środku osiedla, mieszkańcy sami potrafią się skrzyknąć i zadziałać. To jest najbardziej charakterystyczny rys nowej Huty – ten oddolny, społecznikowski charakter.

**

Katarzyna Kobylarczyk – reporterka, autorka książek Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty, Baśnie z bloku cudów. Reportaże nowohuckie oraz Strup. Hiszpania rozdrapuje rany. Dla Małopolskiego Instytutu Kultury napisała pięć zbiorów reportaży historycznych poświęconych kulturze i historii regionu. Publikowała m.in. w „Dzienniku Polskim”, „Gazecie Wyborczej” i „Tygodniku Powszechnym”. Jej najnowsza książka Kobiety Nowej Huty. Cegły, perły i petardy ukazała się nakładem wydawnictwa Mando.

Aleksandra Wojtaszek – dziennikarka i tłumaczka, bałkanistka. Zajmuje się przede wszystkim tematyką społeczeństw i kultury państw byłej Jugosławii. Absolwentka kroatystyki, studiowała w Krakowie, Zagrzebiu i Belgradzie, obroniła doktorat o współczesnej literaturze Chorwacji i Serbii. Współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”, publikowała m.in. w „Herito”, „Ha!arcie”, „małej kulturze współczesnej” i „New Eastern Europe”.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij