Czytaj dalej, Film

„Aż do Żoliborza mamy wszystkie sklepy poobrażane”

Po poświęconej odtwórcom ról męskich pierwszej książce tym razem Rafał Dajbor rzuca światło na aktorki występujące w filmach Stanisława Barei. „Ten człowiek w życiu słowa prawdy nie powiedział” czy „Tu jest kiosk Ruchu, ja tu mięso mam!” to kwestie, które przeszły do komediowej klasyki. Mimo że dziś są równie chętnie przytaczane przez publicystów, co twórców memów, niewiele osób kojarzy, kto wypowiedział je na ekranie. Publikujemy fragment książki „Mój mąż jest z zawodu dyrektorem, czyli Jak u Barei 2”.

Wanda Stanisławska-Lothe urodziła się 22 czerwca 1910 roku w Wilnie (tak podaje większość źródeł, choć Słownik biograficzny teatru polskiego, powołując się na jej akt ślubu, twierdzi, iż urodziła się 22 czerwca 1908 w Warszawie). Zapisała się w dziejach polskiej komedii filmowej przede wszystkim rolą Mamoniowej w Rejsie Marka Piwowskiego. Jest jednak w jej dorobku także rola epizodyczna w Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz, nie mniej chyba znana miłośnikom polskiego kina niż występ u Piwowskiego.

Stanisławska-Lothe wciela się w filmie Barei w żonę klienta sklepu spożywczego (Jerzy Duszyński). Parę starszych państwa, którzy przychodzą na zakupy, widzimy po raz pierwszy, gdy stoją w kolejce po koszyki, przez którą przepycha się dyrektorowa Krzakoska (Ewa Wiśniewska). Oczywiście klienci gromko protestują, jednak po chwili protesty ucichają, gdy kobieta nie idzie na zakupy, ale znika w gabinecie kierownika sklepu (Janusz Gajos).

Za to z zamieszania korzysta następny klient (Wojciech Zagórski) i wciska się w inną kolejkę – tę do kasy, co już za chwilę wywoła prawdziwą awanturę z innym klientem (Stanisław Masłowski), a wkrótce potem bójkę pomiędzy panami. Bójkę, którą rozsądzi dopiero kierownik oraz jego „przyboczny”, niejaki „pan Sławek”, który umieści wykonane ad hoc aparatem typu polaroid zdjęcia obu klientów na tablicy z napisem „Tych klientów nie obsługujemy”.

Gdy klienci grani przez Zagórskiego i Masłowskiego szamoczą się, niosąca śledzie pracownica sklepu upuszcza je na podłogę, ale już po chwili zrzuca winę za ubrudzoną posadzkę na klientów, informując kierownika-Gajosa: „O, panie kierowniku, co tam zrobili. I tutaj też”. Już wkrótce widzimy, jak inna pracownica sklepu, jak się za chwilę okaże – pani Wiesia, pracowicie czyści na kolanach pobrudzoną śledziami podłogę.

W tym czasie przy ladzie z mięsem i drobiem stoją już klienci grani przez Jerzego Duszyńskiego i Wandę Stanisławską-Lothe. „Pani Wiesiu, może mi pani podać jednego kurczaka?” – woła ekspedientka z działu mięsnego. „Zara” – odpowiada pani Wiesia i już po chwili podaje drób – łapiąc kurczaka przez szmatę, którą czyściła podłogę.

Ostolski: Utracona cześć Edwarda Gierka

W następnym ujęciu przenosimy się do gabinetu kierownika sklepu. Ten podaje właśnie dyrektorowej Krzakoskiej kontakt do Turka, który ma kożuch na sprzedaż. „Przepraszam najmocniej, pani jest tu kierowniczką? Kurczaka podaje sprzątaczka brudną ścierką!” – oburza się klient-Duszyński. „Ja tu jestem kierownikiem!” – głosem nieznoszącym sprzeciwu oznajmia Janusz Gajos.

Ale w tym momencie wybucha istna lawina pretensji ze strony uważających się za pokrzywdzone w całej sprawie pracownic sklepu. „Przede wszystkim pan mi po chamsku wyrwał tego kurczaka” – wywodzi jedna. „Jako corpus delicti” – odpowiada klient-Duszyński. „Ścierkę, ścierkę mi wyrwał! Moje narzędzie pracy!” – krzyczy z oburzeniem pani Wiesia. „Panie kierowniku, ukraść chciał mi tego kurczaka”, „No pewnie, bo po co by wyrywał, to złodziej”, „I pijak, bo każdy pijak to złodziej!”. „No, niech pan sam rozsądzi, czy to jest w porządku?” – pyta klient.

W tym momencie do pyskówki włącza się grana przez Stanisławską-Lothe żona ze słowami „Uspokój się, Kaziu” (do tej pory kobieta milczała, choć z całej jej postawy i miny możemy jasno wywnioskować, że nie czuje się, co zrozumiałe, komfortowo w tej sytuacji).

„Brudna ścierka, proszę pana!” – nie ustępuje Jerzy Duszyński. „Od tego jest ścierka, żeby była brudna” – twierdzi jednak Janusz Gajos. „Proszę pana, podstawowe zasady higieny…” – próbuje wyjaśniać klient. Ale kierownik ripostuje: „Proszę pana, podstawowe zasady higieny są takie, że jak się wchodzi, to się puka. A pan wchodzi bez pukania. Z brudną ścierką”. „Nie będę tu więcej kupował!” – rzuca twardo klient.

I w tym momencie do akcji wkracza małżonka: „Kaziu, poczekaj chwilę. Panie kierowniku! Panie kierowniku, on się na wszystkie sklepy obraża. Mieszkamy na Służewcu, to aż do Żoliborza mamy wszystkie sklepy poobrażane. Pański sklep jest ostatni. To teraz chyba już na Bielany będziemy…”. „Do Bydgoszczy będę jeździł, a tutaj nie będę kupował! Proszę, niech mnie pan umieści na tej swojej gablocie!” – rzuca ze złością niedoszły nabywca kurczaka, mając oczywiście na myśli tablicę ze zdjęciami nieobsługiwanych klientów (w czasie jego tyrady Wanda Stanisławska-Lothe próbuje jeszcze raz interweniować słowami „Uspokój się”).

„Przepraszam, ale to my decydujemy, kto będzie wisiał na tej naszej gablocie” – odpowiada kierownik. „ Taaak?” – pyta klient. „Tak!” – odszczekuje kierownik. „A teraz?” – z tymi słowy Duszyński rzuca kurczaka i szmatę wprost na biurko kierownika. Reakcja jest oczywiście natychmiastowa: „Panie Sławku, panie Sławku!”. I już po chwili klient sam pozuje do zdjęć, raz en face, a raz z profilu, jak w komisariacie policji.

„Kaziu, jesteś nielogiczny. Żądasz od nich rzeczy, o których oni w ogóle nie mają pojęcia” – te słowa wypowiada Wanda Stanisławska-Lothe już przed sklepem. „Niech mnie oni, moja kochana, w dupę pocałują, o tym mają pojęcie!” – odpowiada Duszyński, a już po chwili małżonków wzywa gwizdkiem milicjant (Jerzy Moes), który właśnie w okolicy sklepu wypisuje mandaty za publiczne używanie brzydkich słów, a także za „mówienie czegoś o naszym handlu” (jak łatwo się domyślić – także brzydkimi słowami).

Scena ta wydaje się śmieszna, wręcz gagowa, ale obejrzana wnikliwiej i przemyślana przestaje aż tak bawić… W gruncie rzeczy przecież dwoje starszych ludzi (w domyśle – pamiętających jeszcze czasy przedwojenne) zostaje upokorzonych z powodu sytuacji panującej w państwowym handlu. Towar podawany jest przez szmatę, którą chwilę temu wycierano śmierdzącą śledziami podłogę, skarga klienta zostaje zakrzyczana przez prostackie wrzaski pracowników sklepu, zaś na koniec zdenerwowany klient musi się jeszcze tłumaczyć przed milicjantem z użycia słowa „dupa”.

Wczorajsze ślady naszych stóp

Wymowne jest również to, że w rolach klientów obsadzono Wandę Stanisławską-Lothe i Jerzego Duszyńskiego. Oboje zaczynali swoje kariery aktorskie jeszcze przed wojną, zaś Duszyński był w latach 40. czołowym gwiazdorem polskiego kina, którego karierę filmową w jakimś stopniu złamało wprowadzenie w 1949 roku socrealizmu jako kierunku obowiązującego we wszystkich gatunkach sztuki. Owszem, Duszyński wciąż pojawiał się na ekranie, jednak coraz częściej na drugim i trzecim planie. Socrealizm, który wykreował zupełnie inny typ bohatera (reprezentowany przez kreacje takich aktorów jak Roman Kłosowski czy Józef Nowak), po prostu nie był w stanie podtrzymać kariery aktora o aparycji Duszyńskiego. Z kolei w teatrze Duszyński okazał się aktorem nie aż tak wybitnym, by móc stanąć w pierwszym szeregu gwiazd polskiej sceny.

Nieco lepiej powiodło się Wandzie Stanisławskiej-Lothe – w przeciwieństwie do amanta Duszyńskiego była ona aktorką stricte charakterystyczną, o pociągłej, jak gdyby „wiedźmowatej” twarzy, którą jednak w jednej chwili potrafił rozświetlić bardzo kobiecy, ciepły i serdeczny uśmiech, by już po chwili z łatwością zamienić się w grymas złości, zjadliwości, pazerności… (…)

Siedem lat przed Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz Wanda Stanisławska-Lothe wzięła udział w równie dziś kultowym jak komedie Barei filmie Marka Piwowskiego Rejs. Zdjęcia rozpoczęły się w czerwcu 1969 roku. Reżyser zatrudnił do filmu zarówno aktorów zawodowych, jak i tak zwanych naturszczyków. Spośród nich największą karierę zrobił potem Jan Himilsbach, który dzięki Rejsowi do listy wykonywanych przez siebie zawodów – obok kamieniarstwa i pisarstwa – mógł dopisać aktorstwo filmowe.

Jak jest zima, to musi być zimno

czytaj także

Ale, jak w rozmowie z Jackiem Szczerbą w „Gazecie Wyborczej” twierdził autor zdjęć do Rejsu, Marek Nowicki: „Zawodowi aktorzy nie wpasowali się w tę konwencję, kolejno wypadali”. Szczerba wylicza, że widoczny na ekranie w zaledwie kilku ujęciach Wojciech Pokora miał podpisaną umowę na czterdzieści dni zdjęciowych, a obecna na ekranie niewiele dłużej Zofia Czerwińska – na trzydzieści. Nieco więcej ostało się z roli grającego kapitana statku Ryszarda Pietruskiego.

Wanda Stanisławska-Lothe z Eugeniuszem Gajewskim na planie Rejsu, Ekran 1969

Marek Nowicki zaś kontynuuje swoją opowieść: „Tylko Wanda Stanisławska-Lothe jako Mamoniowa idealnie się wpasowała. Była z niej niezła wariatka. Powiedziała, że wystąpi, ale pod tym warunkiem – że na statek wstawi się pianino. I pianino wstawiono. Wódkę nosiła w czajniku. Co jakiś czas pociągała z dzióbka”.

Zofia Czerwińska w wywiadzie udzielonym w 2007 roku także Jackowi Szczerbie dla „Wysokich Obcasów” wspominała: „Pamiętam, jak pierwszego dnia Wanda Stanisławska leżała na pokładzie na leżaczku. Obok niej Maklak. Wtedy wszedł szczytowo pijany Himilsbach. Ukląkł przed nimi, coś zabełkotał. Potem wstał, wyjął interes i zaczął siusiać za burtę. Na to Wanda powiedziała: »Zdaje się, że będziemy mieli dosyć rozluźnione normy moralne«. I mieliśmy […].

Ten film to coś innego niż to, co było w scenariuszu Głowackiego, i innego niż to, co się działo podczas kręcenia. Nie mieliśmy pojęcia, czym to się skończy. I Piwowski też nie. Myśleliśmy, że tam jest druga kamera, o której nie wiemy. I że on kręci nasze zachowania. Wandzie Stanisławskiej się udało, bo grała żonę Mamonia. Podobnie amatorce Irenie Iżykowskiej grającej rolę żony Himilsbacha. […] Wśród bab śpiewających na pokładzie jest moja krawcowa. Sama ją tam wtryniłam. Po filmie zrobiła się z niej gwiazda. Jak przychodziłam do miary, mówiła: »No dobrze, pani Zosiu, szybciutko, mam niewiele czasu«”.

Zofia Czerwińska: Od Villas dostałam z liścia

Wśród zawodowych aktorów na planie Rejsu znalazła się także córka Wandy Stanisławskiej-Lothe – Jolanta, wówczas aktorka Teatru Klasycznego w Warszawie, dla której udział w Rejsie zakończył się swoistym środowiskowym skandalikiem. Tak opowiadała o tym w wywiadzie dla „Stolicy”:

„Marek zaangażował aktorów zawodowych i naturszczyków. Gdy zobaczył, co ci naturszczycy wyprawiają, zmienił koncepcję filmu – to naturszczycy wyszli na pierwszy plan, a zawodowi aktorzy – poza Maklakiewiczem i w jakimś stopniu także moją mamą grającą jego żonę – zeszli na plan drugi. W porządku, jako reżyser miał prawo mieć taki pomysł. Miałam grać wczasowiczkę, pannę Krysię, i poinformowano mnie, że to główna postać kobieca w filmie. A wyszła z tego groteska. Piwowski wymyślił scenę, w której roznegliżowana przebiegam przez pokład. Nakręciliśmy dwie wersje tej sceny. Jedną jak biegnę w staniku, drugą – pełny topless. A potem zobaczyłam, że Marek wziął scenę z nagim biustem i że jest to moja jedyna scena w całym filmie! Poszłam do zarządu kinematografii i zaprotestowałam, że to jest niemożliwe, żebym będąc aktorką – została tak przedmiotowo wykorzystana. Po moim proteście do filmu trafiła scena z zasłoniętym biustem. Wiem, że Rejs jest dziś filmem kultowym, był dla mnie niesamowitą zawodową przygodą, a o tym skandaliku dziś już prawie nie pamiętam”.

**
Rafał Dajbor – aktor i dziennikarz. Od 2002 roku występuje w Teatrze Żydowskim w Warszawie. Zagrał kilkadziesiąt niewielkich ról w polskich filmach i serialach, z czego największą popularność przyniosła mu postać ekologa Tomasza „Małego” Tusiewicza w Klanie. Kieruje fundacją Drugi Plan, która za cel stawia sobie ocalenie od zapomnienia mistrzów epizodu polskiego kina i telewizji. Autor świetnie przyjętej przez czytelników książki Jak u Barei, czyli kto to powiedział, która odkryła kulisy powstawania kultowych scen kina Stanisława Barei oraz jej kontynuacji – Mój mąż jest z zawodu dyrektorem, czyli Jak u Barei 2.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij