Kraj, Weekend

Papieska mitologia. Jak katolicyzm stał się kluczem do polskości

W micie stworzonym przez Jana Pawła II polskość to komplet nacjonalistycznych wyobrażeń: więzi krwi łączące z praojcami, objęta w posiadanie ziemia i niezmienna tożsamość, którą można urzeczywistniać, ale nigdy: modyfikować. Kościół zaś, jako strażnik polskości, zawsze stoi ponad państwem.

Pierwsza wizyta Jana Pawła II w Polsce w czerwcu 1979 roku stała się symbolem przemian politycznych lat 80. Uznaje się ją za jedno ze źródeł powstania „Solidarności” i upadku komunizmu, a tym samym stawia na początku masowego ruchu opozycyjnego.

Powszechna euforia była faktem. Słuchano papieża, widząc w nim alternatywę dla PRL-u oraz zapowiedź czegoś nowego i autentycznego. Po 40 latach polska rzeczywistość, w której Jan Paweł II odgrywa tak ważną rolę, niejednego rozczarowała. Warto wrócić do początków i zapytać, jaki rodzaj więzi grupowej zaproponował wtedy Karol Wojtyła. Okaże się, że najważniejsze figury jego ówczesnego nauczania skupiają się wokół idei katolickiego narodu.

Papież i Wielka Nowenna

Jan Paweł II podjął i wzmocnił retorykę wypracowaną 20 lat wcześniej w czasie przygotowań do obchodów tysiąclecia chrztu Polski. Kiedy rozpoczęła się Wielka Nowenna, w Komitecie Centralnym PZPR pojawiły się głosy, że spór z Kościołem należy traktować w kategoriach „kto kogo”. Poseł i członek Biura Politycznego KC Zenon Kliszko przekonywał: „rozpoczęła się […] walka o to, kto ma kierować narodem, kto ma sprawować »rząd dusz« w narodzie” [1].

Warto przywołać w tym miejscu Orędzie biskupów polskich do ich niemieckich braci w Chrystusowym urzędzie pasterskim. Znamy je przede wszystkim ze słynnego „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, ale dokument poświęcony jest niemal w całości mitowi katolickiej Polski – w ten sposób uzasadnia prawo biskupów do wypowiadania się w imieniu narodu.

W Polsce nie ma miejsca na żadne fakty o Janie Pawle II, które nie odpowiadają Zjednoczonej Prawicy i hierarchom Kościoła

Chrześcijaństwo, naród i państwo to dla nich pojęcia nierozdzielne. Przyjęcie chrześcijaństwa daje początek narodowi i państwowości. Polska i Polacy stają się sobą wraz z chrztem i w micie właśnie wtedy na zawsze określają swoją istotę.

Niewiele to ma wspólnego z historią, tak jak ona rzeczywiście wyglądała, bo tożsamości grupowe tworzą się długo, ewoluują, zmieniają i nigdy nie są jednoznaczne. Opowieść będąca osią Wielkiej Nowenny miała jednak sens doraźny – była narzędziem walki o zdefiniowanie polskiej tożsamości w połowie lat 60. i wskazywała mitycznych depozytariuszy tej tożsamości.

W triadzie naród–państwo–chrześcijaństwo katolicyzm odgrywał konstytutywną rolę, chciałoby się powiedzieć: „przewodnią”. W mniemaniu biskupów symbioza narodu, państwa i Kościoła doprowadziła do utożsamienia tego, co „polskie”, z tym, co „katolickie”. „Czynnik narodowy i chrześcijański” okazywały się nierozdzielne. Katolicyzm nadawał kształt samemu narodowi oraz jego kulturze i historii.

Choć Władysław Gomułka mówił o tysiącletnim konflikcie z niemieckim imperializmem, grał na tym samym polu, gdzie głównymi pojęciami były mitycznie rozumiany tysiącletni naród, jego dziejowa misja i niezmienna tożsamość. Obie strony wzmacniały tę samą strukturę, a wygrywał ten, kto zdołał wypełnić ją własnymi treściami.

Polskie, czyli katolickie

Spór między Gomułką a Wyszyńskim pozostał nierozstrzygnięty. W 1966 roku pamięć wojny była na tyle świeża, że manifestacje pod pomnikiem Grunwaldzkim i Defilada Tysiąclecia przyciągały tłumy. 20 lat później papież Polak sprawił, że cele Wielkiej Nowenny zostały w pełni zrealizowane.

Już w pierwszej homilii na placu Zwycięstwa Jan Paweł II przywołał jej najważniejszy motyw: „Nie sposób zrozumieć dziejów narodu polskiego – tej wielkiej tysiącletniej wspólnoty, która tak głęboko stanowi o mnie, o każdym z nas – bez Chrystusa. Jeślibyśmy odrzucili ten klucz do zrozumienia naszego narodu, narazilibyśmy się na zasadnicze nieporozumienie. Nie rozumielibyśmy samych siebie” [2].

Zrozumienie oznacza tu przynależność. Ten, kto pomija Chrystusa, a właściwie katolicyzm, o którym naprawdę mowa, stawia się na zewnątrz wspólnoty, choćby wydawało się, że jest jej członkiem. Należy do narodu tylko pozornie. Faktycznie nie ma udziału w jego tajemnicy, bo nie rozumie jej, tak jak nie rozumie samego siebie jako członka narodu. Słuchacze doskonale orientowali się, przeciw komu wymierzone były te słowa. Grunt był dobrze przygotowany przez obchody milenium.

PRL-owska władza i PZPR nie uznawały w Chrystusie klucza do zrozumienia Polski i Polaków. Kryterium Chrystusa spełniało de facto funkcję normy wykluczającej i jednocześnie integrującej społeczność przeciw wyodrębnionym w ten sposób obcym. Oddzielało tych, którzy rozumieją naród zaledwie powierzchownie, ale w istocie rzeczy do niego nie należą, od właściwego narodu uczestniczącego w religijnie rozumianej grupowej tożsamości.

Kiedy katolicyzm został uznany za najgłębszą podstawę wspólnoty narodowej, można było powrócić do przeżywanego tu i teraz zróżnicowania, żeby nadać mu nowy sens. Chrystus, będąc korzeniem wszystkiego, co wspólne i najbardziej polskie, urastał do roli uniwersalnego kryterium pojmowania społeczeństwa jako całości. Papież przedstawiał wiarę jako klucz do zrozumienia Polski i Polaków bez względu na przekonania i wyznanie jednostek: „wszystko, co Polskę stanowi […] ogarniam myślą i sercem, i włączam w tę jedną, jedyną Najświętszą Ofiarę Chrystusa na placu Zwycięstwa”.

Polskie marzenie o rozgrzeszeniu

czytaj także

Polskie marzenie o rozgrzeszeniu

Zofia Waślicka-Żmijewska

Z perspektywy nauki Kościoła wywód wydaje się spójny, ponieważ misterium zbawienia jest w katolicyzmie fundamentalną i ostateczną przesłanką interpretowania świata. Dla katolików każdy staje się zrozumiały dopiero przez Chrystusa bez względu na to, co sam miałby na ten temat do powiedzenia. Sprzeciw – wynikający z całkowitego odrzucenia perspektywy religijnej albo z wyboru innej, niekatolickiej – nie ma tu żadnego znaczenia. Ten, kto odrzuca religię, po prostu nie wie, kim naprawdę jest.

To rozumowanie nie zmienia się, gdy idzie o tożsamość. Niekatolicy mogą należeć do wspólnoty, o ile akceptują katolicki punkt widzenia i uczestniczą w narodowo-religijnych rytuałach. Z chwilą, gdy głośno powiedzą, kim są, a więc odrzucą katolicką perspektywę, automatycznie stawiają się poza nawiasem narodu. Właśnie tak aż do dziś wyglądają w Polsce dyskusje na temat tożsamości.

Mit początku

Dla Jana Pawła II chrzest był mitycznym początkiem dziejów Polski, tak jak w retoryce obchodów milenium. Stawał się znakiem więzi narodowej, a jednocześnie ustanawiał ponadczasową istotę narodu – to, co we wspólnocie niezmienne i co ją konstytuuje. Podczas przemówienia na Błoniach Gnieźnieńskich mówił o „praojcach”, którzy „zjednoczyli się jednością wiary z Ojcem i Synem i Duchem Świętym”, i upatrywał w tym micie źródeł więzi narodowej. „Witam tę więź!” – wołał i dodawał, że „po tysiącu lat trwa niewzruszona”. Wielokrotnie wracał do tego wątku, określając historię narodu jako historię „Polski zawsze wiernej”.

Ma ona podwójny wymiar: powierzchnię i mityczny, głęboki sens. Papieża nie interesują zmiany, które przynosi czas, bo dotyczą tylko powierzchni – mityczny naród trwa w swej katolickiej istocie niezależnie od nich. Dla Wojtyły więź narodowa odradza się dzięki powracaniu do początku, odnawianiu założycielskiego gestu chrztu, a zatem dzięki powrotowi do religijnych korzeni.

To oczywiste nawiązanie do „teologii chrztu narodu” Stefana Wyszyńskiego: chrześcijańskiego ducha należy urzeczywistniać, żeby naród pozostawał w zgodzie z własną katolicką istotą. Oznacza to permanentną aktywizację wiernych w warunkach walki światopoglądowej. Wierność katolicyzmowi i polskości okazuje się równoznaczna z opowiadaniem się po stronie Kościoła w toczących się sporach.

Obrońcy wiary: katoendecja po 2015 roku

czytaj także

Naród konstytuuje się z chwilą chrztu, wyłaniając z siebie jednocześnie pierwszy organizm państwowy oraz obejmując w posiadanie przynależne mu ziemie. Podczas przemówienia na Błoniach Gnieźnieńskich papież puszczał wodze fantazji: „A na tym błoniu jest św. Wojciech, przemawiający do naszych praojców. A może na tym błoniu Bolesław Chrobry, wykuwający granice naszej pierwotnej państwowości. A może na tym błoniu Bolesław Chrobry, jednoczący to pierwsze, piastowskie gniazdo Polaków ze Stolicą Świętą”. Mamy właściwie komplet nacjonalistycznych wyobrażeń: więzi krwi łączące z praojcami, objęta w posiadanie ziemia i niezmienna tożsamość, którą można tylko urzeczywistniać, nigdy modyfikować.

Idea pierwotnej piastowskiej państwowości i jej granic sprawia, że biskupi z tzw. Ziem Odzyskanych są specjalnie traktowani, Wojtyła podkreślał przynależność ich diecezji do mitycznie rozumianej Polski: „Wielką radość sprawiacie mi dzisiaj, przybywając na Jasną Górę z ziem prastarych, piastowskich, z Dolnego Śląska, z Opolszczyzny, z Ziemi Lubuskiej”; albo gdzie indziej: „Pozdrawiam […] arcybiskupa poznańskiego, metropolitę i biskupów: szczecińsko-kamieńskiego, koszalińsko-kołobrzeskiego, a Kołobrzeg – to brzmi Tysiącleciem”. Naród związany zostaje ze swoją ziemią, a prawa do niej są, jak widać, wiekuiste.

Katolicka kultura narodowa

Kultura zajmuje w nauczaniu papieża bardzo ważne miejsce. Bierze początek – tak jak sam naród i jego państwo – z wydarzenia założycielskiego, z chrztu Polski. Kultura, będąca „dobrem, na którym opiera się życie duchowe Polaków” i „wyodrębniająca nas jako naród”, nie jest jednak wartością samoistną. Jest ważna, ponieważ daje w niej o sobie znać duch chrześcijański. Jesteśmy w błędnym kole myślenia mitycznego: skoro w chrzcie naród uzyskał swoją istotę, jego kultura musi ją wyrażać. Wojtyła mówił:

„Kultura polska od początku nosi bardzo wyraźne znamiona chrześcijańskie. […] Chrzest, który w ciągu całego milenium przyjmowały pokolenia naszych rodaków […] znajdował stale bogaty rezonans w dziejach myśli, w twórczości artystycznej, w poezji, w muzyce, dramacie, plastyce, malarstwie i rzeźbie. I tak jest do dzisiaj. Inspiracja chrześcijańska nie przestaje być głównym źródłem twórczości polskich artystów. Kultura polska stale płynie szerokim nurtem natchnień, mających swe źródło w Ewangelii”.

Wypowiedź papieża nie jest opisem. Przynajmniej przez ostatnie sto lat chrześcijańska inspiracja, nie mówiąc już o inspiracji ściśle katolickiej, stanowiła w polskiej kulturze rzadkość. Trudno łączyć z chrześcijaństwem największych polskich twórców XX wieku – Witkacego, Leśmiana, Schulza, Iwaszkiewicza, Tuwima, Gombrowicza czy Różewicza – żeby sięgnąć tylko po literackie przykłady. Wszyscy pamiętają kłopoty z pochówkiem Czesława Miłosza. A i dawniej – od Reja do romantyków – więcej się znajdzie różnego rodzaju heretyków niż strażników katolickiej ortodoksji.

Słowa papieża spełniają przede wszystkim funkcję perswazyjną. Pozwalają uzasadnić symboliczną władzę Kościoła. Obraz kultury – obok obrazu historii – służy zmonopolizowaniu tożsamości narodowej przez katolicyzm i Kościół. Monopol ten opiera się na podobnym przesłaniu jak papieska wersja dziejów narodowych. Naród trwa od tysiąca lat dzięki wierności katolicyzmowi, który jest treścią więzi narodowej i niezmienną przez wieki „duszą narodu” objawiającą się w narodowej kulturze.

Apel o „wierność chrześcijańskiemu dziedzictwu” skierowany do młodzieży na Wzgórzu Lecha był niczym innym jak programem ideologicznej ofensywy Kościoła. W rzeczywistości społecznej 1979 roku oznaczał, że dziedzictwo takie należy dopiero stworzyć, nadając odpowiednią rangę tekstom zapomnianym oraz nowe znaczenia tekstom z kanonu. Wojtyła wzywał: „Pozostańcie wierni temu dziedzictwu! Uczyńcie je podstawą swego wychowania! Uczyńcie je przedmiotem szlachetnej dumy! Przechowujcie to dziedzictwo! Pomnóżcie to dziedzictwo! Przekażcie je następnym pokoleniom!”.

Tuszowanie pedofilii to najmniejszy problem z Janem Pawłem II

W ciągu następnych 40 lat apel papieża znalazł realizatorów, którzy przystąpili do reinterpretacji polskiej kultury oraz list lektur szkolnych w duchu nauczania Wojtyły. Propozycja odczuwana w roku 1979 jako alternatywa wobec PRL-u dała początek polityce kulturalnej wymierzonej przeciw światopoglądowej różnorodności. Problem w tym, że niechęć do różnorodności była konstytutywnym elementem papieskiego nauczania u samych jego podstaw.

Władza hierarchii

Kościół nie jest jedynie depozytariuszem głębokiej treści kultury narodowej i więzi społecznej. Sam stwarza tę więź – a zatem i naród – nie tylko powołując go do życia przez chrzest, ale w każdej chwili dziejów. W opowieści papieża duch chrześcijański i narodowy przekazywany był i jest przez biskupów „całym pokoleniom Polaków”. On sam spełnia we własnym mniemaniu tę samą posługę jako kontynuator dzieła polskich hierarchów.

Chodzi o znacznie więcej niż tylko obrzędy religijne i Wojtyła, nie na darmo przywołując tysiąclecie chrztu Polski, zwraca się do słuchaczy „O, rodacy!”. Katolicyzm i życie narodowe traktuje jako sfery połączone, a posługę biskupów jako warunek istnienia narodu. To hierarchia umożliwia łączność z najgłębszymi pokładami tożsamości. Będąc strażnikiem katolickiej ortodoksji, jest jednocześnie strażnikiem polskości, bo między religią a tożsamością narodową nie ma już różnicy. Rytuał sprawowany przez biskupów i księży jest nie tylko rytuałem religijnym, ale rytuałem narodowym, który buduje najważniejsze grupowe więzi.

Biskupi stracili już wpływ na ludzi. Jeśli diecezje zaczną bankrutować, tym lepiej dla Kościoła [rozmowa]

Dzięki katolickim obrzędom i sakramentom naród powraca do źródeł i odnawia swoją spoistość: „Kościół utwierdza człowieka w jego naturalnych więziach społecznych. Historia Polski potwierdza to w wybitnym stopniu, że Kościół w naszej Ojczyźnie starał się na różnych drogach o wychowanie wartościowych synów i córek narodu”. Po prostu katolików. To konieczny, pierwszy i najważniejszy warunek polskości.

Papież rozwinął tę myśl w przemówieniu wygłoszonym na Jasnej Górze podczas 169. konferencji Episkopatu Polski: „nie tylko ustrój hierarchiczny Kościoła został w roku 1000 zdecydowanie wpisany w dzieje narodu, ale równocześnie dzieje narodu zostały w jakiś opatrznościowy sposób osadzone w strukturze Kościoła w Polsce”.

Hierarchia urasta w ten sposób do rangi instytucjonalnej emanacji ducha narodu, uprzywilejowanego reprezentanta jego mitycznej istoty i staje się gwarantem odnawiania katolicko pojmowanej polskości. Podporządkowanie Rzymowi okazuje się kwestią najwyższej wagi. W łączności z Rzymem „struktura Kościoła w Ojczyźnie naszej trwa nieprzerwanie do naszych czasów. […] Dzięki temu Polska jest katolicka. Powiem: dzięki temu Polska jest Polską”.

Wojtyła buduje tym samym alternatywę: Polska albo pozostanie sobą, podporządkowując się katolickiej hierarchii, albo skazana jest na wykorzenienie, a właściwie unicestwienie wskutek utraty tego, co ją wyróżnia i konstytuuje. Posłuszeństwo biskupom staje się „być albo nie być” narodu. Na dobrą sprawę warunkiem jego istnienia i odrębności.

Abramowicz: Kościół zmieni się wtedy, gdy zmienią się wierni

Biskupi, którzy uosabiają naród jako depozytariusze istoty polskości oraz mitu jej początku, uniezależniają się tym samym od żyjących tu i teraz Polaków, od ich decyzji i postaw. Są ponad polityką i jakimikolwiek społecznymi negocjacjami. Episkopat okazuje się także instancją nadrzędną w stosunku do państwa – PRL-u z końca lat 70. – ale przede wszystkim w stosunku do społeczeństwa. Papież rozwija tę myśl, mówiąc o moralnych obowiązkach biskupów: „Słusznie tradycja narodowa upatruje właściwe miejsce św. Stanisława u podstaw kultury polskiej. Episkopat Polski wpatrzony w tego swojego wielkiego protagonistę w dziejach Ojczyzny nie tylko może, ale wręcz musi czuć się stróżem tej kultury”.

Sformułowanie „stróż kultury” wymaga wyjaśnienia. Z perspektywy katolickiej episkopat „strzeże” kultury polskiej, która zyskała treść w chwili chrztu. Strzegąc kultury, strzeże także „ładu moralnego” ustanowionego przez Boga i wpisanego w istotę narodu i jego dzieje.

Z perspektywy laickiej rzecz przedstawia się inaczej. „Stróżowanie” oznacza raczej ustanawianie reguł życia społecznego i narzucanie ich tym, którzy nie są katolikami albo są nimi inaczej, niż chciałaby hierarchia. Wojtyła powołuje się na św. Stanisława, a więc biskupa, który w imię wiary, a także interesu Kościoła popadł w konflikt z państwem. Papież staje po jego stronie, a to oznacza, że w konflikcie autorytetów przyznaje rację wyłącznie utożsamionemu z narodem Kościołowi.

Państwo – uważa Jan Paweł II – powinno podporządkować się „ładowi moralnemu”, ale to oznacza, że w praktyce staje się zakładnikiem katolicyzmu. W konsekwencji sfera publiczna, która powinna pozostawać przestrzenią równości i różnorodności, musi zostać poddana władzy Kościoła jako jedynego wyraziciela tożsamości zbiorowej.

Dla wielu środowisk w Polsce Jan Paweł II to postać stojąca u początków polskiej demokracji. Tyle że jego przesłanie było i pozostaje antydemokratyczne.

*
[1] Protokół z posiedzenia Komisji KC d/s Kleru w dniu 22 lutego 1966 r., w: Tajne dokumenty Państwo–Kościół 1960–1980, „Aneks”, Londyn 1996, s. 202.

[2] Wszystkie cytaty pochodzą z książki Pielgrzymka do Ojczyzny. Przemówienia i homilie Ojca Świętego Jana Pawła II, wstęp, diariusz i aneksy Ada i Zdzisław Szubowie, Warszawa 1979.

**
Dr hab. Tomasz Żukowski – historyk literatury, profesor w Instytucie Badań Literackich PAN, zajmuje się pamięcią o Zagładzie. Autor książek Wielki retusz. Jak zapomnieliśmy, że Polacy zabijali Żydów (2018) i Pod presją. Co mówią o Zagładzie ci, którym odbieramy głos (2021).

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Zamknij