Czytaj dalej, Historia

Ludowej historii nie można zakląć w pomnik. Ona wciąż trwa

Pisanie ludowej historii Polski nie służy celom politycznym, jak się to dzieje w prawicowej polityce historycznej. Ma ważny wymiar krytyczny, który uodparnia na uroki szumu skrzydeł husarskich, na bajki o przedmurzach i arkadiach – mówi Przemysław Wielgosz, pomysłodawca serii książek „Ludowa historia Polski”.

Roman Kurkiewicz: Czy pierwszą książką o ludowej historii była Ludowa historia Stanów Zjednoczonych Howarda Zinna?

Przemysław Wielgosz: Niekoniecznie. Jeśli spojrzymy, z jakich źródeł czerpią autorzy piszący o ludowej historii Polski, to przekonamy się, że ta tradycja sięga i dawniej, i głębiej, zanim nawet powstało samo pojęcie „ludowej historii”. Możemy przywołać choćby prace włoskich mikrohistoryków, jak Carlo Ginzburg, czy ich francuskiego kolegę Emmanuela Le Roy Laduriego lub amerykańską autorkę Natalie Zemon Davis. Tak powstawały strategie przywoływania do życia historii tych grup, środowisk, które były prawa głosu i własnej historii pozbawione.

Co ciekawe, te badania dotyczyły czasów bardzo odległych i mogłoby się wydawać, że brak źródeł uniemożliwia opowiedzenie o żyjących wtedy „zwykłych ludziach”. Tymczasem w Montaillou Le Roy Ladurie opisuje losy katarskiej wioski w Pirenejach z przełomu XIII i XIV wieku. Okazało się to możliwe dzięki wykorzystaniu akt sądowych i śledczych inkwizycji.

Mikrohistorycy często zresztą badali zachowane akta inkwizycji i na ich podstawie „odtwarzali, odkrywali” zwykłe życie, jak choćby bohatera Ginzburga, XVI-wiecznego młynarza i jego rozterek (herezji) duchowych. Bardzo dobrym przykładem takiego podejścia jest oparta na setkach akt sądowych, znakomita książka Jaśminy Korczak-Siedleckiej o przemocy i honorze na wczesnonowożytnej wsi na Mierzei Wiślanej: Przemoc i honor w życiu społecznym wsi na Mierzei Wiślanej w XVI–XVII wieku.

Leszczyński: Uwięzieni w folwarku

Wracając do źródeł ludowej historii, sądzę, że nie można pominąć – biegunowo odmiennych od mikrohistorii – dokonań historyków szkoły Annales, gdzie z horyzontu zainteresowań giną wielkie bitwy i dzieje elit, znika wielka polityka, a wyłania się obraz życia społeczności, tych najliczniejszych, gdzie obserwujemy, jak się zmieniają struktury codziennego trwania. Z kolei indyjska szkoła studiów nad podporządkowanymi (subaltern studies) wypracowała narzędzia do analizy różnych postaci podmiotowości klas ludowych, dodatkowo umieszczając je w kontekście kolonialnym.

W Polsce to badania takich tuzów historii jak Witold Kula, Marian Małowist, Iza Bieżuńska-Małowist…

…Stefan Kieniewicz, Nina Assorodobraj-Kula, Bohdan Baranowski – oni zajmowali się historią społeczną. W latach 50., również za sprawą presji ze strony ideologii ówczesnej władzy, badacze zwrócili się ku historii chłopów, ludzi „luźnych”. Potem, po 1956 roku, niestety ten stalinowski kontekst położył się cieniem na samej tematyce i zahamował szerszy rozwój badań nad klasami ludowymi. W konsekwencji powstała na nowo wielka biała plama.

Książkę Zinna przywołałem raczej jako symbol i znak zwrotu w historii, narodziny pojęcia ludowej historii. I w Polsce mamy od kilku lat urodzaj czy ewidentny wzrost zainteresowania takim podejściem, żeby wymienić Ludową historię Polski Adama Leszczyńskiego, Chamstwo Kacpra Pobłockiego, czy książki z serii, której redaktorujesz: Michała Rauszera Bękarty pańszczyzny, Dariusza Zalegi Bez pana i plebana, Piotra Korczyńskiego Śladami Szeli. I będą kolejne.

Ta potrzeba, czy jej wyartykułowanie, zaczęła być widoczna ponad dekadę wcześniej. Gdzieś między rokiem 2010 a 2012 pojawiło się kilka znaczących jaskółek zapowiadających nadchodzące zainteresowanie losami plebejskimi. Wyszła akademicka książka Tomasza Wiślicza Upodobanie. Małżeństwo i związki nieformalne na wsi polskiej XVII–XVIII wieku. Wyobrażenia społeczne i jednostkowe doświadczenia, która jest niezwykle nowatorską historią seksualności chłopskiej, opisanej z wykorzystaniem metod mikrohistorii. Była to jednak niskonakładowa książka naukowa.

Ale równocześnie wystrzeliła płyta Gore zespołu R.U.T.A., na deski trafił spektakl Strzępki i Demirskiego W imię Jakuba S., pojawił się film dokumentalny Piotra Brożka i Magdy Barteckiej Niepamięć, no i w końcu w ówczesnym, „lewackim” „Przekroju” tekst mojego autorstwa Ojczyzna-pańszczyzna, 500 lat kacetu.

Później wyszło kilka ważnych pozycji, jak choćby Wielka trwoga Marcina Zaręby, społeczna historia okresu tuż po wojnie w Polsce, czy Bieżeństwo 1915 Anety Prymaki-Oniszk, historia zapomnianego uchodźstwa z ziem polskich do Rosji w czasach I wojny światowej. Wreszcie książki Padraica Kenneya Budowanie Polski Ludowej i Małgorzaty Fidelis Kobiety, komunizm i industrializacja w powojennej Polsce. To były zapowiedzi obecnego fenomenu.

Kenney: Czy naprawdę wiemy, jak wyglądało życie w PRL-u?

Dzisiaj mamy prawdziwą ludową koniunkturę na polu public history, czyli funkcjonowania historii poza kontekstem akademickim, ale zarazem mówi się już o „zwrocie ludowym w badaniach historycznych”. Skądinąd, jest to trend międzynarodowy. Od kilku lat na Zachodzie ukazują się różne historie ludowe – Europy, Anglii, Francji, Rewolucji Rosyjskiej, II wojny światowej. W Polsce obserwujemy autonomiczną odsłonę tego zjawiska.

Co tu było decydujące: konieczność odkrycia takiego pola badawczego opisującego pomijane dotąd żywoty 99 procent ludzi, czy raczej jest to bardziej bezpośrednia reakcja na prawicową, martyrologiczno-patriotyczną politykę historyczną? Niebotycznego rozdęcia kultu żołnierzy wyklętych, ipeenowskiej wizji historii?

Jedno i drugie oraz trzecie. To trzecie to abdykacja środowisk liberalno-demokratycznych, lewicowych z zainteresowania historią w pierwszych dekadach po transformacji. Jan Sowa, autor również bardzo ważnej w tym kontekście pracy Fantomowe ciało króla, wyraził kiedyś pogląd, że nie powinniśmy się historią zajmować. Wcześniej Aleksander Kwaśniewski promował wybór przyszłości. W moim przekonaniu popełniono tu gruby strategiczny błąd. Zostawiono dzieje na pastwę prawicy. Politycznie okazało się to bardzo groźne, szczególnie w kontekście kulturowym, w którym żyjemy od kilku dekad.

Od dłuższego czasu doświadczamy bowiem czegoś, co można nazwać śmiercią utopii. Wraz z klęską realnego socjalizmu i kryzysem Trzeciego Świata na całym świecie widać utratę zdolności konstruowania politycznej wizji lepszego świata, do którego możemy zmierzać. Takie wizje stały się podejrzane, napiętnowane przez rzekomy totalitaryzm. Ma to swoje zasadnicze konsekwencje polityczne. W świecie bez utopii sferę wyobraźni politycznej zagarniają idee konserwatywne. Pozostaje nam w nim albo bieżące, doraźne zarządzanie, albo szukanie inspiracji w (zwykle idealizowanej) przeszłości.

Lewica socjaldemokratyczna i liberałowie postawili na legitymizację swoich działań w bezkrytycznie akceptowanej teraźniejszości, co oznaczało poddanie się dogmatom i praktyce neoliberalizmu, w różnych wariantach dominującego na całym niemal świecie. Natomiast prawica, szukając sposobu na mobilizację i wykorzystanie gniewu społecznego spowodowanego przez polityki neoliberalne, sięgnęła po zinstrumentalizowaną historię. Co jest groźne nie tylko dla samej historii, ale także dla polityki jako takiej.

Dziś prawica walczy w wojnach z przeszłości, ustawia przeciwników wedle dawno minionych linii sporu, galwanizuje zaśniedziałe frazesy w celu delegitymizacji innych opcji. Polityka historyczna sprowadza się w dużej mierze do wycinania tej części przeszłości, która nie pasuje prawicy. Z jej opowieści znikają lewica, ruchy demokratyczne, ludowe, kobiece, chłopskie. Dzięki temu łatwiej odebrać siłom politycznym wywodzącym się z tych tradycji prawo do istnienia i zadenuncjować je jako obce na polskiej ziemi. I to, niestety, działa.

Nowa Huta została zbudowana na kobietach

czytaj także

Strategia zawłaszczania historii i przepisywania jej na nowo pod zapotrzebowanie ideologiczne prawicy jest dość skuteczna politycznie. Nie doszłoby pewnie do tego, gdyby środowiska liberalne i lewicowe sobie historii nie odpuściły. Zjawisko zainteresowania historią ludową jest więc w jakiejś mierze reakcją na ten stan rzeczy. To manifestacja odrzucenia prawicowej polityki historycznej, ale jest ono także czymś więcej – próbą powrotu do takiego myślenia o przeszłości, które będzie mogło kształtować też politycznie przyszłość.

Jak w tytule u Enzo Traverso Historia jako pole bitwy?

Traverso znakomicie pokazuje, jak działa to zastępcze pole walki, jakim jest historia, i jaka jest jego geneza. Podobnie jak w Polsce dzieje się we Włoszech czy Francji, Hiszpanii. Wszędzie tam do mniej więcej końca lat 70. polityka legitymizowała się jakąś wizją lepszej przyszłości, czegoś niezrealizowanego, wartego urzeczywistnienia. Obecnie mamy nieproporcjonalny przechył na stronę historii i pamięci o przeszłości, które modelują współczesną politykę. Ludowa historia daje szanse uwolnienia się od demonów przeszłości, którymi zarządza IPN i podobne instytucje.

W Polsce ten odwrót dotyczy właściwie niewielkich obszarów historii najnowszej, okresu powojennego, częściowo II wojny światowej, apologetyzacji II Rzeczypospolitej. Dalej się niemal nie zapuszczano, a główny akcent i tak padł na marginalne zupełnie zjawisko, jakim byli odszczepieńcy armii podziemnej, tzw. żołnierze wyklęci. Ich rolę i liczebność wyolbrzymia się, ich cele sankcjonuje, a zbrodnie wybiela lub wymazuje. Książki o ludowej historii sięgają i dalej w dzieje, i głębiej, często odkrywczo.

W oficjalnej narracji historycznej, tej ze szkoły i tej z popkultury, sporo się dzieje w życiu elit – politycznych, majątkowych, kulturowych – natomiast doświadczenie kilkuset lat pańszczyzny, które dotykało, definiowało i demolowało życie większości, praktycznie nie istnieje. Historia ludowa chce to doświadczenie na nowo przywołać do życia.

Nie jest to przy tym jedynie opowieść o upokorzeniach i pogardzie, o przemocy i wyzysku, o karach, torturach i cierpieniu. Istnieją zresztą olbrzymie różnice w sposobie doświadczania ucisku – zależne od miejsca, czasu, rodzaju władzy, której uciskani podlegali. Jest to także historia oporu i buntu chłopskiego. Ten opór miał najróżniejsze postacie. Wobec okrucieństwa i przewagi nagiej siły władzy szlachty instynkt samozachowawczy kazał szukać coraz to nowych wymyślnych technik oporu.

(Nie)pamięć pańszczyzny: Bartecka / Leder / Lubomirski / Sutowski

Nie znaczy to jednak, że opór nie występował w formie otwartego buntu. Wbrew tezie, że chłopi w Rzeczpospolitej się nie buntowali, właściwie całą jej historię wypełniają mniejsze lub większe poruszenia, ruchawki, powstania.

Mieliśmy także swoją wojnę chłopską, bo na takie miano zasługuje powstanie Chmielnickiego z 1648 roku. Przyjęło się, że był to bunt kozacki, a do tego konflikt polsko-ukraiński. Tymczasem, w odróżnieniu od innych powstań kozackich, o sukcesach powstania zdecydował masowy akces chłopstwa, a także mieszczan. To dzięki temu miało ono taki przeogromny zasięg i konsekwencje. Pamiętajmy, że przemożnie wpłynęło na losy Rzeczpospolitej, de facto było ono początkiem jej końca.

Mimo okrutnych represji, przywrócenia i ciągłego zaostrzania pańszczyzny po powstaniu szlachta nie odbudowała już swojej władzy i potęgi w takim stopniu, w jakim sprawowała ją wcześniej. Powstanie Chmielnickiego nie było też konfliktem polsko-ukraińskim, bo nie istniał wówczas żaden z tych narodów (jak zresztą żaden inny). Zarówno szlachta, Kozacy, mieszczanie, jak i chłopi w ówczesnej Rzeczypospolitej – także na Ukrainie – byli grupami wielojęzycznymi, wieloreligijnymi i wielokulturowymi. Powiedzenie „każda wieś, inna pieśń” nie wzięło się z niczego. Dlatego zamiast nakładać na to powstanie kompletnie ahistoryczne narodowe ramy, powinniśmy spojrzeć na nie tak, jak na to zasługuje – jak na wielką ludową rewolucję.

Kolejny przykład zapomnianego i wyklętego powstania chłopskiego to oczywiście rabacja galicyjska. Było to ostatnie wielkie powstanie chłopskie przed zniesieniem pańszczyzny i nic dziwnego, że Eric Hobsbawm, wybitny historyk brytyjski, nazywał ją największym buntem chłopskim XIX wieku (dodajmy od siebie, że w Europie). Jego znaczenie mocno wybiegało poza zabór austriacki. Sam car Mikołaj II poczuł się zobligowany do złożenia wizyty w Kongresówce w celu zbadania i zneutralizowania wpływu wydarzeń galicyjskich na tamtejsze wsie.

Co ciekawe, powstania szlacheckie nigdy tak nie przestraszyły władz zarówno w Wiedniu, jak i Sankt Petersburgu. I nigdy nie były tak skuteczne. Po rabacji chłopi przestali odrabiać pańszczyznę w części Galicji, a dwa lata później władze były zmuszone sformalizować ten stan, rozciągając go na całe cesarstwo.

Oczywiście, otwarte bunty i powstania, choć liczne, stanowiły zaledwie czubek góry lodowej chłopskiego oporu. Trzeba zatem wspomnieć o roli kultury chłopskiej. Spora, a zdaniem specjalisty w tym zakresie, antropologa Michała Rauszera, większość, badanego już w XIX wieku folkloru to świadectwa buntu, niezgody, niegodzenia się ze swoją podrzędną rolą.

W książkach Bękarty pańszczyzny i Siła podporządkowanych Rauszer odsłania ślady wielu innych form oporu miękkiego, codziennego, nieprzemocowego – chodzi przede wszystkim o ucieczki, ale także supliki, czyli skargi, procesy sądowe, zaorywanie ziemi pańskiej, korzystanie z zawłaszczonych przez dwór zasobów (choćby leśnych) oraz postawę „udawania głupka” – takiej teatralnej formy oporu, którą można by porównać ze strajkiem włoskim”. To dość uniwersalne sposoby walki chłopów na całym świecie. Znamy je z Azji, Karaibów, południa USA.

Sabotaż, uchylanie się od pracy, kpiny z panów, czasem krwawy bunt – bez tego nie zrozumiemy dzisiejszej Polski

Warto w tym miejscu zauważyć, że pańszczyzna i związany z nią rodzaj poddaństwa nie były jakąś archaiczną, odwieczną tradycją. Widzieć w nich należy raczej mechanizmy zwiastujące nadejście kapitalizmu. Pańszczyzna przynależy przecież erze nowożytnej i nowoczesności, z biegiem czasu zaostrzając się, a nie łagodniejąc. Zgadzam się z tezą Kacpra Pobłockiego, że upowszechnianie się pracy niewolnej jest częścią procesu wyłaniania się świata nowoczesnego. Zwracał na to uwagę Karol Marks, gdy pisał, że „niewolnictwu ukrytemu w formie wolnej pracy najemnej zawsze towarzyszy niewolnictwo jawne w koloniach”.

Nie sposób nie wspomnieć o roli Kościoła…

Nie ma ludowej historii Kościoła. A pewnie można by ją było napisać. W Polsce Kościół był przecież instytucją władzy kolonialnej, ściśle związaną z feudalnym modelem władzy, powstające państwo Piastów czerpało z niego wzór. Nic dziwnego, że pierwsze wielkie powstanie ludowe w latach 1037–1038, które obaliło władzę królewską na terenach rządzonych przez Piastów, skierowane było zarówno przeciw panom, jak i Kościołowi.

W późniejszych czasach Kościół odegrał rolę haniebną, wspierając poddaństwo i uczestnicząc w zyskach z niewolnej pracy, choć trzeba wspomnieć o tych jego przedstawicielach, którzy krytykowali moralny i polityczny wymiar tego systemu.

W Polszcze tylko pan był prawdziwym człowiekiem

Mamy zatem czarną historię Kościoła, która potem zaowocowała jeszcze antysemityzmem, zwalczaniem ruchów chłopskich i robotniczych, sojuszem z endecją, a po 1945 roku wspólnym wykuwaniem przez Gomułkę i Wyszyńskiego „nowoczesnego kształtu polskości”, co nie bez satysfakcji opisał konserwatywny badacz Michał Łuczewski w Odwiecznym narodzie.

Ale mamy też inną opowieść. Warto wspomnieć o księdzu Ściegiennym, księżach angażujących się w ruch spółdzielczy albo choćby księdzu Okoniu, przed 1914 rokiem parlamentarzyście w Wiedniu, a tuż po I wojnie twórcy Republiki Tarnobrzeskiej, opartej nie na regułach etnicznych, religijnych czy narodowych, tylko na klasowym samostanowieniu ludu.

W którą stronę historia ludowa jeszcze się zwróci?

To dopiero początek, mapa historii ludowej dopiero powstaje. Jedną z najważniejszych dziedzin będzie herstoria, czyli historia kobiet, a precyzyjniej historia genderowa. Ten nurt już bardzo mocno zaistniał w badaniach, książkach, publikacjach akademickich.

Nowością, którą widać od kilku lat, jest zwrot w stronę historii kobiet z klas ludowych. Wystarczy przywołać publikacje Małgorzaty Fidelis, Alicji Urbanik-Kopeć, Dobrochny Kałwy czy prace eksplorujące doświadczenia PRL-u – szczególnie te dotyczące chłopek, robotnic, migrantek, mniejszości. Także Aleję włókniarek Marty Madejskiej czy Cyfrodziewczyny Karoliny Wasielewskiej, o polskich prekursorkach-informatyczkach.

Na pewno do opisania jest historia zdarzeń związanych z codziennym oporem i konfliktem społecznym. Michał Rauszer wykonał bardzo ważny, ale zaledwie pierwszy krok w tę stronę.

Dziewczyny szły na matematykę, marząc o karierze księgowej. A odkrywały „maszyny cyfrowe”

Innym zagadnieniem jest specyfika regionów – tutaj mamy na przykład fenomen Śląska, Wielkopolski, Podlasia, Kaszub. Zbyt często polska historiografia patrzy na świat przez warszawskie okulary, nie zauważając odmienności terytoriów oddalonych od Warszawy czy ziem XIX-wiecznego Królestwa Kongresowego. Jeśli zaś już je zauważała, to w minionych dekadach zwykle przez pryzmat historii lokalnych elit.

Powoli zaczyna się to zmieniać. Powstają kolejne przyczynki historii regionalnych, opowiadających o tych ziemiach przez „filtr ludowy”. Nike dla Kajś Zbigniewa Rokity w jakimś stopniu potwierdza wagę i zasięg tego zjawiska.

Na Śląsku musimy obalić mity nie tylko polskie, ale i niemieckie

Z innej strony – w zaniku jest opowieść o historii robotniczej. A jest to ogromne pole, o którego wadze, na przykład dla badań nad źródłami nowoczesnej sfery publicznej i polityczności na ziemiach polskich, przypominają prace Wiktora Marca o rewolucji 1905 roku.

Słowo „strajk” bywa dzisiaj słowem niezrozumiałym…

Tu warto przywołać doskonałą historię protestów społecznych w II RP (w czasie Wielkiego Kryzysu), napisaną przez Piotra Cichorackiego, Joannę Dufrat i Janusza Mierzwę. Wstrząsający jest ogrom przemocy ze strony państwa, szczególnie w odniesieniu do protestów społecznych na wsi, którą ówczesne państwo polskie traktowało jak obszar skolonizowany, gdzie nie obowiązują „cywilizowane normy”.

Co dziwne, nie mamy dotąd w Polsce opisanej historii obalenia pańszczyzny. A jest to historia sukcesu, bo przecież pańszczyzna skończyła się tu w wyniku chłopskich buntów i presji oddolnej. Tak było we wszystkich trzech zaborach. W opowieści historycznej zupełnie nie istnieją trwający dziesięciolecia opór, strajki, sabotaże, bunty – mamy natomiast jednorazowy dekret władzy. Oczywiście miał on miejsce, ale nie wziął się z dobrej woli czy z odruchu serca.

Prawda wygląda tak, że w Kongresówce pańszczyzna padła pod naciskiem wielkiego strajku chłopskiego w 1861 roku, kiedy blisko 200 tys. chłopów odmówiło pracy na pańskich polach. Szlachta, która dwa lata później poderwie się w powstaniu styczniowym, nie miała wówczas żadnych oporów, żeby wzywać żandarmerię i wojsko zaborcy do pacyfikacji „swoich” chłopów.

Leszczyński: Każdy kontakt chłopa z dworem i elitą opierał się na tym, że chłop musiał coś oddać

Te białe plamy w naszej historii są olbrzymie, bo obejmują losy ogromnych mas ludzkich. Jaki jest polityczny potencjał tej opowiadanej dzisiaj ludowej historii, którą możemy przeciwstawić prawicowemu machaniu flagą, nacjonalizmowi, katolickości, całemu temu fałszującemu mitowi prawicowej polityki historycznej?

Nie ma tu intencjonalnego podporządkowania badań celom politycznym, jak się to dzieje w prawicowej polityce historycznej. W podejściu tym najważniejszy jest wymiar krytyczny. To on nas uodparnia na uroki szumu skrzydeł husarskich, lamentów wyklętych, przestajemy wierzyć w te bajki o przedmurzach i arkadiach. Uświadamiamy sobie, że prawdziwa historia jest gdzie indziej.

W odróżnieniu od historii, którą ekscytuje się prawica: historii ludzi władzy, ludzi uprzywilejowanych, ludzi Kościoła, wojska, arystokracji, królów, hetmanów i biskupów – dostajemy historię nie bardzo nadającą się na obiekt kultu – historię, której nie można zakląć w pomniki i figury martwych bohaterów, ale która się toczy nadal, jest żywa.

W jakim sensie?

Historia klas ludowych jest nie tylko dziejami dostosowania się i przetrwania w często ekstremalnych warunkach, ale także historią modernizacji, społecznej zmiany, postępu. Jest to zarazem historia walki o podmiotowość.

Jak kobiety uczyły się mówić

Spójrzmy choćby na okres nowoczesności (który zaczyna się pod koniec XVIII stulecia). Wszędzie tam, gdzie klasy i grupy podporządkowane zaczynają się organizować, gdzie zabierają głos we własnym imieniu, pojawiają się bardzo bliskie nam także dziś stawki – równość, sprawiedliwość społeczna, demokracja, wolność od niewolnej pracy, wyzysku i głodu, sprzeciw wobec dyskryminacji.

Ten program jest w jakimś stopniu cały czas obecny na horyzoncie walk społecznych tego okresu i współtworzy jego specyfikę historyczną. Widzimy go w strajkach antypańszczyźnianych i mobilizacjach fabrycznych, w chłopskim ruchu spółdzielczym, edukacyjnym i stowarzyszeniowym, w ruchach robotniczych i ich kulturze, w walkach o prawa polityczne kobiet, biedoty i mniejszości. W tym sensie aspiracje i dążenia podporządkowanych konstruowały nowoczesność i jej zdobycze.

I to jest historia, która trwa. Wywalczony w XIX wieku przez robotników ośmiogodzinny dzień pracy dzisiaj znowu wymaga zaangażowania, strajków. W czasach kryzysu kapitalizmu przeżywamy tę walkę nie jako rekonstrukcję historyczną, ale jako realny spór polityczny. To wciąż jest po prostu, niestety, żywe.

Oczywiście historia ludowa nie jest jakąś nową ludomanią. Nie może pomijać przemocy, okrucieństwa w obrębie klas nieuprzywilejowanych. Lud nigdy nie był monolitem ani strukturalnie, ani terytorialnie czy kulturowo. Bogaci kmiecie wyzyskiwali i bezlitośnie bili bezrolnych komorników, przemoc ze strony mężczyzn i ojców rodzin stanowiła nieusuwalną (choć czasem kontestowaną) część doświadczenia kobiet i dzieci.

Widzimy przemoc w stosunkach pracy, między służbą a jej chłopskimi pracodawcami, a w XX wieku dochodzi do tego przemoc ksenofobiczna i antysemicka, z czasem coraz bardziej upolityczniona, która kulminowała w czasie II wojny światowej i po jej zakończeniu. Wszystkich tych form przemocy nie można jednak nie wiązać z pewnymi ramami instytucjonalnymi, strukturalnymi czy kontekstami ideologicznymi, w których przyszło ludności plebejskiej funkcjonować.

Znamy te wzorce choćby z badań południa Stanów Zjednoczonych, gdzie biedacy biali mieli przywilej stosowania przemocy wobec biedaków czarnych. Tak budowano lojalność systemową, a zarazem zakorzeniano rasizm.

Lud sprzedał wolność za 500+? To bardzo stary koncept

Coraz lepiej poznajemy historię PRL-u, obowiązującemu modelowi pisania przez kliszę antykomunistyczną przeciwstawia się pisanie oparte na świadectwach, danych, uwzględniające kontekst. Czy już czas na pisanie historii Polski ostatniego 30-lecia potransformacyjnego? Tu przecierają szlak reportaże: Olgi Gitkiewicz o Żyrardowie i wykluczeniu komunikacyjnym, Marka Szymaniaka o pracy i małych miasteczkach…

Dla historii PRL-u kluczowe wydają mi się badaczki herstorii, historii genderowej. Włączenie na poważnie tej perspektywy badawczej wywraca do góry nogami nasz schematyczny obraz tego czasu, przy okazji wymuszając rewizję jego periodyzacji, do której się przyzwyczailiśmy. Dostajemy obraz ogromnej rewolucji społecznej, która najmocniej widoczna jest na przykładzie losów, zmiany stylu i warunków życia właśnie kobiet.

To czas potężnego i bezprecedensowego w dziejach awansu społecznego, powszechnego upolitycznienia (nie mylić z upartyjnieniem) odbywającego się w warunkach politycznej dyktatury. W ostatnich latach wyszło wiele fascynujących prac z genderowej historii PRL z Kobietami w Polsce 1945–1989 Katarzyny Stańczak-Wiślicz, Piotra Perkowskiego, Małgorzaty Fidelis i Barbary Klich-Kluczewskiej na czele, ale na opowiedzenie czeka wciąż ogromna część tej historii.

Czy PRL wyzwolił kobiety?

Co do transformacji, to mamy już pierwsze udane próby, jak znakomite Cięcia Aleksandry Leyk i Joanny Wawrzyniak. Nie ma jednak wciąż historii ludowej transformacji społecznej po 1989 roku. Dowiedzielibyśmy się z niej na przykład, że demokracja została nam nie tyle „podarowana” przez Leszka Balcerowicza, ile wywalczona w oporze przeciw niemu podczas niezwykłej fali strajków lat 90., niewspieranych wówczas przez żadną siłę polityczną. Tamta walka uchroniła nas przed scenariuszami ukraińskimi czy rosyjskimi. A przy okazji wyniosła do władzy SLD.

Ale ta historia jeszcze czeka na odkrycie i opisanie. Podobne jak ogromny kontynent historii zwykłych ludzi, który ledwie zaczęliśmy eksplorować.

Czytaj więcej o pańszczyźnie i ludowej historii Polski:

**
Przemysław Wielgosz – dziennikarz, wydawca i kurator. Redaktor naczelny polskiej edycji „Le Monde diplomatique” oraz serii książkowych: Biblioteki „Le Monde diplomatique” i Biblioteki alternatyw ekonomicznych. W wydawnictwie RM jest redaktorem merytorycznym serii Ludowa historia Polski. Publikował m.in. w „Trybunie”, „Przekroju”, „Piśmie”, „Guardianie”, „Aspen Review” i „Freitagu”. Autor książek: Opium globalizacji (2004) i Witajcie w cięższych czasach (2020), a także redaktor i współautor Dyktatury długu (2016), Pandemii kapitalizmu (2021) i Ekonomii przyszłości (2021). Kurator cykli Ekonomie przyszłości w Biennale Warszawa, Ludowa Historia Polski w Strefie WolnoSłowej oraz Historie ludzi bez historii w Teatrze Ósmego Dnia. Jego najnowsza książka, Gra w rasy. Jak kapitalizm dzieli, by rządzić, ukaże się w listopadzie.

Roman Kurkiewicz – redaktor, publicysta, felietonista, wykładowca w Collegium Civitas, obecnie redaktor i felietonista „Tygodnika Przegląd”. Dwukrotnie redaktor naczelny „Przekroju” (w 2002 i 2012), w radiu Tok.FM autor programu o książkach Pod tytułem. Wydał zbiory felietonów Lewomyślnie (2011) i Klapsy polskie (2009) oraz książkę dla dzieci Wanda, bojowa panna o Wandzie Krahelskiej.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij