Historia, Kraj

Lud sprzedał wolność za 500+? To bardzo stary koncept

Fot. Facebook.com/Mateusz Damięcki. Edycja KP

Mateusz Damięcki nie wymyślił utyskiwania na 500+. I nie rozgoryczeni przedstawiciele liberalnych elit wpadli jako pierwsi na pomysł utyskiwania na klasę ludową. Wskrzeszają po prostu tradycję: od wieków nasze elity narzekały na lud, że sprzedał swoją wolność. Zawsze robiły to akurat wtedy, kiedy nie chciał ich słuchać oraz odrzucał ich światłe przewodnictwo i opiekę. Tak samo dzisiaj, jak i przeszło dwieście lat temu.


Poezja – nawet bardzo zła poezja – bywa inspirująca. Mnie akurat zainspirował krążący na Facebooku wiersz aktora Mateusza Damięckiego, który w kręgach zbliżonych do dawnego KOD zyskał sobie dużą popularność. Jest to litania narzekań na władzę PiS, która Damięckiego boli, której się wstydzi i którą pogardza. Mamy tam wszystko, od „mord zdradzieckich” po białe skarpety w sandałach (tego akurat u polityków PiS nie widziałem, ale może Damięcki widział). Film z nagraniem wiersza internauci wyświetlili prawie milion razy.

W wierszu znalazł się naturalnie także fragment o 500+ oraz 13. emeryturze. Zacytujmy go (podmiot liryczny wyrzeka tu na facebookowych znajomych, którzy dali się uwieść PiS):

tak się właśnie nienawiść wykuwa
wiem kto z nich za pięć stówek
ser i kilka parówek
oddał Polskę złodziejom w niewolę,
wiem też komu trzynastka
na ofiarę i ciastka
odebrała myślenie i wolę.

Nie tylko Damięcki wpadł na pomysł, że Polacy – oczywiście nie inteligencja polska, nie polskie elity, ale właśnie lud – sprzedali wolność i demokrację za świadczenia socjalne, czyli za niskie materialne korzyści. Pojawiał się on wielokrotnie w różnych tekstach publicystycznych, zwłaszcza w okolicach 2015 roku. Sam fakt, że po pięciu latach ktoś jeszcze w Polsce nie pogodził się z istnieniem programu Rodzina 500+, w ogóle warto odnotować. Najwyraźniej są ludzie, którzy nigdy się nie uczą – np. tego, że czasami warto wydać pieniądze na świadczenia społeczne, które realnie (i mamy na to badania) zmniejszyły poziom nędzy w Polsce, zwłaszcza nędzy wśród dzieci.

A jednak nie przepijają. Alchemia 500+

W ten sposób nasza debata dzisiaj wpisuje się w znaną z historii prawidłowość: polskie elity narzekały na lud – pisząc i mówiąc, że sprzedał swoją wolność wrogom Polski i wrogom wolności – od bardzo dawna. Co więcej, robiły to zawsze w jednej – bardzo szczególnej – sytuacji. Zaraz do niej dojdziemy, a teraz garść historycznych przykładów.

Koncept ten możemy znaleźć już w ultrakonserwatywnej publicystyce konfederacji barskiej (1768–1772). Konfederaci pozostawali pod wielkim wrażeniem powstania chłopskiego, tzw. koliszczyzny (1768), w czasie którego doszło do kilku masakr szlachty i Żydów. W tej największej, w Humaniu, zginęło prawdopodobnie kilka tysięcy osób.

Publicyści barscy wyobrażali sobie, że powstanie miało związek z domniemanymi planami królewskimi wprowadzenia monarchii absolutnej i odebrania „urodzonym” ich starożytnych wolności. Przekonywali, że Stanisław August, któremu nie wystarcza oparcie w armii carycy Katarzyny wobec oporu szlacheckiego „narodu”, będzie chciał wprowadzić po rzezi szlachty rządy oparte na rosyjskich bagnetach i właśnie chłopstwie. Nie mieściło im się w głowie, że chłopstwo może buntować się niesprowokowane. W manifeście z kwietnia 1770 roku zwolennik konfederacji – pisząc o wcześniejszym buncie chłopskim w Ukrainie – twierdził, że „przyczyny onego nie można zapewne przypisać uciemiężeniu poddaństwa przez dziedziców”, ponieważ „nie tajno nikomu”, że akurat tam, w Ukrainie, „pospólstwo” pozostaje „najszczęśliwsze i najwolniejsze”.

Idea wróciła później w czasach powstania kościuszkowskiego (1794). Podczas niego również narzekano, że Moskale buntują chłopów przeciwko panom. Sam Naczelnik wypowiadał się na ten temat – m.in. w uniwersale połanieckim, w którym przyznawał chłopom poddanym wolność osobistą. Pisał w nim: „Z żalem to wyznać muszę, iż często srogie obchodzenie się z ludem daje miejsce Moskalom do powszechnej na cały naród potwarzy. Odbieram ustawiczne skargi od żołnierzy i rekrutów, że żony ich i dzieci nie tylko żadnego osłodzenia nie mają, ale za to prawie, że służą Rzeczypospolitej ich mężowie i ojcowie, wystawieni są na większe uciążliwości. Takowe postępki w wielu miejscach są zapewne bez wiedzy i przeciw woli dziedziców; lecz w drugich muszą być skutkiem złej chęci lub obcego natchnienia, aby zupełnie zapał do obrony Ojczyzny w sercach ludu ostudzić”.

Legendy o „zdradzie elit” i te o „złotym wieku” służą politykom. Ludzkie doświadczenie się w nich nie mieści

Pogląd o ludowej niewdzięczności wykrystalizował się w czasie powstania listopadowego (1831). Jak wiadomo, powstanie nie dało chłopom właściwie nic, a po przegranej bitwie pod Ostrołęką próbowało – ze skutkiem łatwym do odgadnięcia – powołać ich do pospolitego ruszenia. Na wiosnę 1831 roku właściciele już licznie skarżyli się na porzucanie pańszczyzny przez chłopów. „Jedynie tylko hultajstwem ciągle zatrudniają się” – narzekał dziedzic podwarszawskiego Wieliszewa, prosząc o przysłanie z twierdzy w Modlinie wojska, które zmusiłoby ich do posłuszeństwa. Dezerterzy uciekający z polskiego wojska często wracali na wieś głosząc, że to car (a nie sejm powstańczy) chciał dać chłopom wolność i ziemię. 18 maja pod Olkuszem doszło do buntu: dezerterzy napadli na rządowych egzekutorów (którzy mieli ściągnąć kary od rodzin ukrywających się zbiegów z wojska), pobili i zabrali do karczmy, gdzie pili do rana, a potem wyruszyli w drogę, zbierając do buntu chłopów z okolicznych wsi. Bito urzędników państwowych, zabierano wozy z drogi; tłum, liczący już kilkuset buntowników, zamierzał palić dwory. „Hura, Polska w skórę wzięła” – mieli wykrzykiwać podczas rabowania mieszkania dzierżawcy jednego z majątków. Władze powstańcze odnotowywały to z przykrością, pisząc także o powszechnej niechęci do wstępowania do wojska.

Potem był rok 1846 i rabacja. Dla szlachty fakt, że chłopi mordowali dziedziców, był szokiem – i podejrzewali austriacką korupcję. Pisano, że demoniczny starosta tarnowski Breinl miał płacić brzęczącą monetą za każdego zabitego szlachcica, a Jakub Szela, przywódca powstania, był po prostu austriackim agentem. Jak ustalił niedawno historyk Tomasz Szubert, który starannie przejrzał austriackie archiwa, Austriacy mieli raczej kłopot z Szelą: był awanturnikiem i pieniaczem, który sprawiał nieustające problemy władzom. Za to dobrze udokumentowany jest konflikt Szeli (i całej gromady) z dziedzicem, który ciągnął się przez dziesięciolecia – przy bierności władz austriackich. Szlacheccy pamiętnikarze mogli wytłumaczyć sobie ludowy bunt tylko korupcją zaborcy.

Pretensje elit wobec ludu wylały się jak morze również po powstaniu roku 1863. Warto wiedzieć, że miało ono swe ludowe preludium – od lutego do kwietnia 1861 roku chłopi w Królestwie Polskim i na ziemiach właściwego zaboru rosyjskiego masowo odmawiali wykonywania pańszczyzny (z kilku powodów, o których nie miejsce tu mówić). W kwietniu władze carskie wysłały wojsko, a pacyfikacje były niesłychanie brutalne: masowe biczowanie, aresztowania „burzycieli”, wyrzucanie opornych z gospodarstw i osad. Skazywano ich za „nieuległość władzy”. Akcją represji kierowali przy tym często ziemianie, zwłaszcza na Kresach; na ziemiach litewskich robił to m.in. hr. Tadeusz Tyszkiewicz, późniejszy partyzant w powstaniu styczniowym.

Wszystko to zostało doskonale zapamiętane przez chłopów, którzy też często nie mieli ochoty przyłączać się do „polskiego” powstania półtora roku później. Jak pamiętamy, władze powstańcze i carat konkurowały o poparcie wsi obietnicą uwłaszczenia (czyli nadania na własność chłopom ziemi, którą dotąd tylko formalnie mieli od dziedziców użyczoną lub dzierżawioną). Demokraci szlacheccy próbowali też wciągnąć chłopów do oporu przeciwko władzy carskiej. Bratanie się przybierało często karykaturalne formy: proszenie w kumy (czyli o zostanie chrzestnym czyjegoś dziecka), przebieranie się w sukmany, wspólne obiady – co nie mogło zatrzeć pamięci kilkuset lat poddaństwa.

Według carskich raportów na 821 osób powieszonych przez powstańców za szpiegostwo i rozmaite przestępstwa wojenne chłopi stanowili dwie trzecie, co można odczytywać jako sygnał zarówno (braku) poparcia społecznego, jak i represji stosowanych przez samych powstańców. Do walki z powstaniem władze powołały chłopskie straże wiejskie. Odegrały one ogromną rolę w tłumieniu powstania na Litwie, oczyszczając lasy z powstańców. Uzbrojone były w piki, strzelby i pistolety, a dowodzili nimi podoficerowie i żołnierze, których z tego powodu urlopowano z armii. Od października 1863 roku instytucja straży rozwijała się już na terenach Królestwa. Zimą roku 1863/1864, kiedy klęska powstania jest już jasna, a nadzieje na interwencję Zachodu po stronie powstańców okazały się płonne, nastawienie ludności w prawie całym Królestwie stało się wrogie – równocześnie dziedzice zaczęli żądać zapłaty zaległych czynszów.

Czas przeszły niedokonany, czyli polska historia w komiksie

W roku 1864 car Aleksander II ogłosił dekrety uwłaszczeniowe. Licytację o „kupienie duszy ludu”, jak napisał na początku XX wieku konserwatywny historyk Władysław Grabski, wygrał zaborca. Propaganda pisała o radosnym uniesieniu, o manifestacjach dziękczynnych, o deputacjach wysyłanych przez chłopów do Petersburga z uniżonymi wyrazami wdzięczności wobec monarchy.

Dla polskiego ziemiaństwa powstanie było zatem katastrofą, materialną i polityczną. Konserwatywna historiografia narzekała później, że opieranie się na chłopstwie było błędem – pisząc o „martwym morzu chłopskim”, które dało się poruszyć wyłącznie materialnymi korzyściami. Lud dał się kupić: sprzedał wolność i niepodległość za carskie ukazy uwłaszczeniowe.

Majmurek: Protest przedsiębiorców albo pocztówka z przyszłości

Dobrze uzasadniona nieufność ludu i elit powracała potem jeszcze – mamy np. pamiętnikarskie świadectwa ziemian z 1920 roku, piszących, że w obliczu zbliżających się bolszewików chłopi przymierzają się już do dzielenia ziemi dworskiej. Dawało to pretekst do ustawicznych narzekań, że lud polski jest prymitywny, ciemny i pazerny, zależy mu tylko na materialnych korzyściach i gotów jest sprzedać swoją wolność i wolność ojczyzny za grosze.

Co te wszystkie sytuacje mają wspólnego? Elity walczyły o swoją polityczną pozycję. Do jej utrzymania potrzebowały ludowego poparcia. Lud jednak świetnie pamiętał doznane upokorzenia oraz wyzysk – to staromodne słowo, ale doskonale tutaj pasuje i oddaje istotę rzeczy. Oddawał więc swoje poparcie temu, kto licytował wyżej, nie mając złudzeń wobec własnych elit. W 1848 roku, dwa lata po rzezi galicyjskiej, chłopi z prowincji słali do parlamentu w Wiedniu petycje z prośbami o ograniczenie autonomii Galicji. „Obawiamy się rządów polskich, bo by nic dobrego nie było” – pisali z niepokojem.

Szlachta, oczywiście, nigdy tego nie rozumiała i nie próbowała zrozumieć, z wyjątkiem garści demokratów, którzy zawsze w swoim środowisku społecznym byli marginalną mniejszością. Literatura i publicystyka szlachecka pełna jest wyobrażeń dobrych dziedziców, którzy z troską pochylają się nad ludem. Kiedy lud miał inne zdanie, odbierała to jako skrajną niewdzięczność.

Zupełnie tak jak Mateusz Damięcki.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

| Dziennikarz, historyk, reporter
Dziennikarz OKO.press, historyk i socjolog, profesor Uniwersytetu SWPS w Warszawie. Autor dwóch książek reporterskich, „Naznaczeni. Afryka i AIDS" (2003) oraz „Zbawcy mórz” (2014), dwukrotnie nominowany do Nagrody im. Beaty Pawlak za reportaże. W Wydawnictwie Krytyki Politycznej ukazały się jego książki „Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943–1980” (2013) i „Eksperymenty na biednych” (2016). W 2020 r. ukaże się jego „Ludowa historia Polski”.