Kraj

Suchecka: Szkoły nie są dla nas miejscem edukacji, lecz magazynami do przechowywania dzieci

Fakt, że drugoklasiści w całej swojej karierze szkolnej byli dłużej w domu niż w szkole, pogłębi różnice potencjałów, które dzieci wynoszą z domu. Edukacja wczesnoszkolna to właściwie ostatni moment, gdy można wyrównać szanse wynikające z tego, że jedni rodzice używają pięciuset słów, a inni pięciu czy dziesięciu tysięcy. Tyle że na odległość to prawie niewykonalne. Rozmowa z Justyną Suchecką.

Michał Sutowski: „Kryzys zdrowotny wyostrzył strukturalne problemy polskiej oświaty”, to słowa badacza Pawła Marczewskiego, które przywołujesz w niedawnym artykule dla portalu TVN24.pl. To znaczy, że pandemia odsłoniła tylko to, co z polską szkołą i tak już było nie tak? Szkoła w pandemii to szkoła taka sama jak dotąd, tylko bardziej?

Justyna Suchecka: Tak właśnie uważam. Niemal wszystko, co pisałam na temat oświaty od marca 2020 roku do teraz, nie różni się zbytnio od tego, co znajdziesz w moich tekstach z ostatniej dekady. Może tylko na inne rzeczy kładliśmy nacisk: kiedy dwa lata temu pisałam o wykorzystaniu sieci w szkole i np. o niewystarczających kompetencjach cyfrowych nauczycieli, to uważałam, że i tak z czasem nastąpi naturalna zmiana pokoleniowa, no i nie można wymagać cudów od przepracowanych 60-latków.

Jednym wnuki pokażą w końcu ten internet, a reszta i bez tego sobie dopracuje do emerytury? Nie ma sensu się spieszyć i  dokształcać na siłę?

To raz. A dwa, że kiedy tematem był internet, to raczej omawialiśmy takie sprawy jak zaangażowanie młodzieży na Snapchacie, wykorzystywanie mediów społecznościowych do prowadzenia kampanii społecznych, względnie to, jak się ma czas spędzany dziennie przed komputerem do wyników w nauce. Mało jednak mówiliśmy o dostępności samych narzędzi: „cyfrowa szkoła” to było pytanie o to, kiedy rząd w końcu zbuduje Ogólnopolską Sieć Edukacyjną, czyli szybkie łącze dla każdej placówki. Notabene, do dziś nie zbudował.

Aż zaczęła się pandemia i okazało się, że to jest jednak problem, że nauczyciele nie mają sprzętu i nie potrafią z niego korzystać, a dzieci nie mają w domu stałych łączy.

Starsi nauczyciele mają problem z obsługą, a początkujący zarabiają mniej niż 2100 złotych na rękę, jak zatem można oczekiwać od nich, że będą mieli dobry sprzęt? Zorientowaliśmy się, że nie potrafią prowadzić zdalnych lekcji – ale co to za niespodzianka, skoro nikt ich do tego nie szkolił?! No i wyostrzyły się problemy z budowaniem relacji z uczniami, z ocenianiem, ze zdrowiem psychicznym

Za izolację dzieci i młodzież płacą zdrowiem

Czyli pandemia nie przeniosła nas do nowego świata, wszystkie problemy, z którymi borykamy się teraz, towarzyszyły nam od dawna? Po prostu jakoś sobie wszyscy radzili?

Weźmy taki przykład: w listopadzie premier ogłosił, że znowu jednak zamykamy szkołę. Pierwsza reakcja nauczycieli? „Jak my wystawimy oceny, jak mamy teraz robić sprawdziany?!”. A pierwsza reakcja rodziców? „Co zrobić, żeby moje dziecko dostało piątkę? I czemu ma być dalej oceniane z zachowania, skoro siedzi w domu?!”

Przychodzi nowe, więc kurczowo trzymamy się starych odruchów?

Jak najbardziej. Tradycyjnie też objawili się w sieci rodzice – co do których zastanawiam się, czy oni faktycznie mają dzieci – głoszący, że szkoła ma przygotowywać uczniów na to, że w życiu będzie ciężko. Dlatego nie widzą nic złego w tym, żeby dziesięciolatek miał pięć sprawdzianów w tygodniu. Kiedyś też tak było, mieszkaliśmy w jeziorze, na śniadanie matka kroiła wiatr i nikt nie narzekał.

Czyli nic się w podejściu rodziców do szkoły nie zmieniło?

Może tyle, że wielu rodziców dostrzegło wreszcie to, co dla ekspertów od lat było oczywiste, a więc jak ciężko ich dzieci w szkole pracują. Dotąd widzieli, że jest strasznie dużo zadań domowych, co czasem rodziło reakcję – to czego oni was tam na lekcjach uczą? Teraz zrozumieli, że to jest cały kosmos wiedzy, który musi ogarnąć pan od geografii czy pani od historii.

Odbierając w grudniu nagrodę Grand Press za teksty o uczniach, co w czasie pandemii wypadli z systemu, mówiłaś, że przeżyliśmy w ostatnich latach likwidację gimnazjów, reformy programowe, powrót sześciolatków do przedszkoli i strajk nauczycieli, ale szkoła „wprosiła się do domu” dopiero za sprawą pandemii. W tym sensie, że wcześniej to mało kogo interesowało. Dlaczego tak jest, skoro rzecz dotyczy 4,5 mln uczniów, a więc z rodzicami pewnie około 1/4 społeczeństwa? Wszystkie te turbulencje odczuwało na własnej skórze wiele milionów ludzi.

Bo ci, którzy mają najwięcej wpływów, najczęściej mają dzieci poza systemem publicznym. Bardzo nieliczni politycy decydujący o tych reformach posyłają dzieci do szkół państwowych, ministra Anna Zalewska miała dzieci już dorosłe, gdy wprowadzała reformę. W przypadku posłanek i posłów opozycji jest zresztą podobnie.

Suchecka: Wreszcie edukacja stała się ważnym tematem medialnym

Jarosław Kaczyński w ogóle nie ma dzieci…

A do tego programowo nienawidził gimnazjów, odkąd powstały, kultywując mit liceum, które w jego wyobrażeniu powinno być elitarne, jak za czasów jego młodości.

To politycy. Ale są jeszcze… obywatele?

Ci, którzy chodzą do mediów i najchętniej zabierają głos, a nieraz nawet animują ruchy społeczne na rzecz lepszej szkoły, mają zarazem poczucie – słuszne w ich wypadku, że szkoła po reformie jest wprawdzie zła, ale można od niej uciec. Bo są przecież szkoły niepubliczne.

A ilu właściwie jest uczniów w prywatnych szkołach?

Placówek jest około 10 procent, a uczniów około 5 procent.

Czyli górne pięć procent w drabinie dochodów społeczeństwa ma dzieci poza systemem publicznym?!

Nie tylko, bo to nie są tylko prywatne, elitarne placówki z maturą międzynarodową, tylko też wiele szkół społecznych charakterystycznych dla dużych i średnich miast. Tam szkoła niepubliczna nie kosztuje tak dużo pieniędzy, bo np. czesne w dobrej katolickiej szkole wynosi 350–400 złotych.

To znaczy, że program 500+ załatwił sporej części także niższej klasy średniej możliwość przesiadki?

Możliwości, bo chęci były i tak. W badaniach pyta się rodziców, czy „gdybyś miał więcej pieniędzy, to posłałbyś dziecko do szkoły niepublicznej”, i zdecydowana większość odpowiada, że tak. Krótko mówiąc, ci, którzy mogliby wywierać presję na naprawę systemu publicznego – rodzice z większym kapitałem kulturowym, społecznym i materialnym – nie są od niego uzależnieni. Wiedzą, że i tak ich dzieci będą miały 12-osobową klasę i nauczycielkę, która je przygotuje do egzaminów. Ewentualnie, że zawsze mogą mieć.

Rozumiem, że rodzice tych dzieci ze szkół prywatnych, nawet jeśli to nie są zawsze najbogatsi, to w każdym razie często mają spory kapitał kulturowy i społeczny, bywają zaangażowani obywatelsko. Mogliby mieć na coś wpływ. I właśnie te kilka-, kilkanaście procent akurat nie jest zainteresowane walką o lepszą szkołę publiczną? A reszta?

Wśród tych, którzy nawet mieliby czas i środki i mogliby się w jakąś obywatelską akcję zaangażować, mamy dwa typy. Ci potencjalnie najbardziej zainteresowani nie musieli tego robić, bo uciekli przed konsekwencjami tych reform do sektora prywatnego. Druga potężna grupa to ci, którzy uważają, że i tak nic się nie da się zmienić, żyją sentymentem, że przecież kiedyś nie było tak źle w tych ośmioletnich podstawówkach, lub z jakichś powodów nie lubią nauczycieli. I nie rozumieją, że kiedy nauczyciele żądają zmian, to nie chodzi im tylko o wypłatę i liczbę godzin pracy, ale też o dobro dzieci.

Bo, jak wiadomo, nauczyciele śpią na pieniądzach, a do tego pracują 18 godzin w tygodniu.

Zapomniałeś dodać, że mają pół roku wakacji, licząc z feriami i rekolekcjami. Jeśli od 30 lat w mediach to powtarzamy, to w końcu ludzie zaczęli tak uważać. A szkoła jako „wspólna sprawa” nauczyciela z uczniem nie funkcjonuje w głowach większości, o rodzicu już nawet nie wspominając. I efekt jest taki, że największa manifestacja w obronie edukacji – przeciw likwidacji gimnazjów – która odbyła się jesienią 2016 roku w Warszawie, liczyła 50 tysięcy osób. W kraju 38-milionowym, gdzie jest 650 tysięcy nauczycieli! Związek Nauczycielstwa Polskiego zdołał zwieźć jakieś 30 tysięcy, dołączyło 20 tysięcy uczniów i rodziców…

Podsumujmy: ludzi nie interesują problemy szkolnictwa, bo uważają je za wydumane, części obywateli reformy PiS się po prostu podobają, a ci, którzy widzą problemy i najwięcej mieliby do powiedzenia, są poza systemem?

W zasadzie tak. Dodajmy, że „rodzice” nie równa się „wyborcy”: w sondażach poparcia dla reform PiS najbardziej sprzyjali im ci, co nie mają dzieci w wieku szkolnym. A do tego dochodzi problem bezradności i braku poczucia wpływu: no bo co można zrobić, kiedy 900 tysięcy podpisów z wnioskiem o referendum w sprawie gimnazjów, z poparciem kilku partii opozycyjnych, zostaje zmielone?

Działasz, ile możesz, ale potem oni i tak zrobią, co chcą?

Potem już myślisz tylko o swoim dziecku i chcesz je posłać do prywatnej szkoły. Nie, edukacja nigdy nie była wspólną sprawą, która połączyłaby na dłużej różne grupy interesu. Bo choć strajk nauczycieli w 2019 roku dostał dużo fajnych głosów wsparcia, to jednak udało się przekonać mnóstwo Polek i Polaków – z wielkim udziałem mediów publicznych – że to jest gra o pieniądze, a nie o dzieci.

Dlaczego strajkujemy? Odpowiadają nauczycielki z Władysławowa, Sokółki i Konina

Ale nie wszyscy oglądają telewizję publiczną. Domyślam się, że za tym ograniczonym poparciem dla nauczycieli stały też różne resentymenty. A może po prostu obawa, że jak oni strajkują, to moje dziecko na tym straci najbardziej?

Ta narracja, że strajk zaszkodził dzieciom, okazała się bardzo nośna. Kolejni ministrowie edukacji wychodzący na konferencję powtarzają, że wyniki egzaminów, a także okrojenie wymagań są efektem nie tylko pandemii, ale też strajku nauczycieli, który według nich trwał aż miesiąc.

A ile naprawdę?

Sprawdziłam, ile to było dni roboczych – biorąc pod uwagę, że nakładał się na Wielkanoc i egzaminy zewnętrzne, to przeciętnie trwał… osiem dni szkolnych. A w niektórych szkołach jeszcze mniej, bo jeśli mieliśmy w nich naraz ostatnich gimnazjalistów i ósmoklasistów, to strajk realnie trwał pięć dni. Tymczasem 12 marca ogłoszono, że z powodu pandemii zamykamy szkoły – bez edukacji zdalnej, która ruszyła teoretycznie od 25 marca. Teoretycznie, bo była nieprzygotowana.

Czyli to zestawienie pandemii ze strajkiem pod względem „krzywd”, czy mówiąc bardziej neutralnie, strat dla dzieci jest nieuprawnione?

Oczywiście i nauczyciele regularnie w tej sprawie oponują, ale rodzice dalej uważają, że krzywda za sprawą strajku jest taka sama jak za sprawą pandemii.

A potem dochodzą jeszcze artykuły prasowe o „straconym pokoleniu”. A co właściwie na ten temat sądzą sami uczniowie?

Systemowo nie wiemy, bo nikt ich o to nie pyta. Polska szkoła nie jest po to, żeby pytać uczniów o zdanie, i to na żadnym etapie. Ankiety kuratoriów sporządzane na użytek ministra dotyczą tylko dyrektorów i nauczycieli, a istniejące badania nie są reprezentatywne.

A co wiemy cząstkowo?

Z moich rozmów z uczniami wynikają dwie główne opowieści. Jedni mówią, że „trudno, że jakoś to będzie i trzeba sobie poradzić, bo wszyscy mają ciężko”. Drudzy czują się porzuceni i rozgoryczeni: „kiedy był strajk, to mogli na nas liczyć, a teraz – to było przed maturą zeszłoroczną – kiedy jesteśmy zamknięci w domach i nie wiemy, co będzie, potrzebujemy, by ktoś zawalczył o nasze egzaminy, choćby o to, byśmy znali ich termin, to nikt nic nie robi. Wszyscy patrzą tylko na czubek własnego nosa”.

Z lekcji na lekcję: 5 minut przerwy na przejechanie 4 kilometrów [rozmowa z nauczycielem]

Ja wiem, że z odczuciami się nie polemizuje, ale czy to wrażenie „porzucenia” uczniów było w czasie pandemii uzasadnione? I czy rzeczywiście dbaliśmy wyłącznie o siebie samych i najbliższych? No bo jednak faktycznie „wszystkim było ciężko”, może prawie wszystkim…

Według mnie to dobrze oddaje ogólny problem związany z pandemią. Fajne były te wszystkie gesty solidarności, akcje typu „widzialna ręka”, zakupy dla seniorów, apele, by sobie pomagać, i zrzutki na pizzę dla medyków, ale to wszystko trwało parę tygodni. A potem każdy zaczął dbać o swój dom, o swoich najbliższych i o siebie. A już na pewno tej troski brakowało na poziomie systemowym, zwłaszcza w szkole.

I czym to się objawiało?

Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę pytała, jak dzieci czuły się wiosną, kiedy zostały zamknięte w domach. Z tych badań wynika jasno, że uczniom towarzyszył olbrzymi lęk, napięcie i niepokój co do przyszłości. Od września na dwa miesiące wróciliśmy do szkoły, ale systemowo nie wydarzyło się niemal nic, brakowało choćby gestów zrozumienia ze strony MEN, nie mówiąc o działaniach. Ostatnio całymi tygodniami nie mogliśmy się doprosić informacji, jaka logika stoi za pomysłem – szczęśliwie pod presją społeczną odwołanym – zakazu wychodzenia młodzieży z domu przed godziną 16.

Czyli de facto przed zachodem słońca.

Słyszeliśmy, że trudno będzie wtedy uniknąć zgromadzeń! I że owszem, że będzie ciężko, no ale musimy dbać o naszych seniorów! Tylko na miłość boską, dlaczego to miałoby się wykluczać?! Jakoś kiedy minister Czarnek odbywał swoje tournée po szkołach Lubelszczyzny, to ściągano na spotkania dzieci i dało się to tak zrobić, żeby wszystkie miały maseczki i zachowywały dystans. To chyba da się tak zorganizować ferie, żeby przez trzy tygodnie można było wychodzić na dwór, kiedy jest jeszcze jasno?

Ja często pytam ekspertki, z którymi rozmawiam o polityce publicznej w Polsce, czy w tym szaleństwie jest jakaś metoda. Do czego zmierza rząd i MEN przez takie, a nie inne traktowanie uczniów i nauczycieli w czasie pandemii? Na jakiej zasadzie się opiera? Z czego wynika zaskakiwanie dyrektorów, uczniów i nauczycieli decyzjami ogłaszanymi w piątek, a wchodzącymi w życie w poniedziałek? Czemu ma służyć niezgoda na samodzielne decydowanie o lekcjach zdalnych? Skąd zakazy wychodzenia na spacer?

Podstawowa zasada – znów, nie nowa, tylko obowiązująca na długo przed pandemią, jest taka, że dzieci są tylko przedmiotem, a nie podmiotem naszych działań. Co jest jakoś szokujące w kraju, który wydał na świat Korczaka, cytaty z niego wypisuje się na ścianach szkolnych korytarzy, a politycy go cytują w Sejmie. Dla premiera i ministrów odpowiedzialnych za zarządzanie kryzysem pandemicznym ważne jest, żeby się w tabelkach zgadzało, a nie to, jak się dzieci będą czuły. No bo co za problem, jak się dowiedzą w piątek, że nie idą w poniedziałek do szkoły?

A nad wszystkim unosi się wielka gombrowiczowska kukła ministra Czarnka

Jak ktoś niedawno powiedział w telewizji: rządzą nami ludzie źli i podli, rozumiem. Ale nawet obojętność na uczucia młodzieży nie tłumaczy jeszcze, czemu się podejmuje decyzje problematyczne również dla dyrektorów i samorządowców. Także pisowscy samorządowcy mają kłopot.

No i co z tego? Przypomnijmy, że pod koniec wakacji Zakopane, które jest bardzo pisowskim samorządem, ogłosiło, że przez kolejne dwa tygodnie będzie prowadzić zdalną naukę. Ich powiat był strefą czerwoną, więc chcieli to potraktować na serio i nie otwierać szkół. Zdążyli nawet konferencję prasową w tej sprawie zrobić, po czym wyszedł minister edukacji i powiedział, że jak wszyscy, to wszyscy, macie otwierać. A przepisy, które ich do tego faktycznie zmusiły, podpisano tuż przed rozpoczęciem konferencji ministra.

Ale dlaczego? Po co?

W kryzysowym czasie jeszcze wyraźniej niż dotąd widać, że szkoły nie są dla nas miejscem edukacji, lecz w pierwszej kolejności przechowalniami, a dyrekcja, nauczyciele i samorządy są kierownikami magazynów z dziećmi, a nie żadnymi wychowawcami. Owszem, kilkadziesiąt tysięcy dyrektorów szkół i przedszkoli się wkurzy, no ale to jest kilka promili elektoratu. A już czego chcą rodzice, to naprawdę trudno rozeznać.

Bo nie wszyscy chcieli, żeby dzieci zostały w domach, część wolałaby je raczej puścić do szkół. I na obronę rządu można by powiedzieć, że nauczanie zdalne czy stacjonarne to tragiczny wybór: między funkcjonowaniem gospodarki, jakością nauczania i samopoczuciem dzieci a zdrowiem publicznym. No i można też użyć argumentu, że przecież kiedy rodzice pracują, to zdalne uczenie rodzi duży problem. Także dla ochrony zdrowia, w której zaczyna brakować pracownic i pracowników…

Ale ja wcale nie twierdzę, że sama decyzja o nauczaniu zdalnym to błąd, tak samo jak nie mam pretensji do rządu o zamknięcie szkół wczesną wiosną. Nie podobało mi się co innego. Po pierwsze, że nie było planu na te trzy miesiące od marca do czerwca. Po drugie, że prawo z konferencji prasowej w piątek działało w poniedziałek, przez co szkoły miały weekend na przygotowanie się do nowych rozwiązań. Po trzecie, że kiedy już skończył się rok szkolny w okolicach 20 czerwca i wiedzieliśmy, że we wrześniu trzeba będzie wrócić do szkoły – wtedy nie działo się nic!

Co to znaczy?

Najpierw minister Piontkowski robi Andrzejowi Dudzie kampanię na Podlasiu. Nie przypadkiem konferencje MEN w poniedziałki odbywały się zawsze z okolic Białegostoku, bo szef resortu przedłużał sobie weekend, kiedy szeregowi urzędnicy praktycznie nie widzieli go na oczy. Po czym przychodzi wrzesień i ten sam minister już wie, że nic nie zrobił, by przygotować szkoły na powrót 4,5 mln uczniów. Choć eksperci bez względu na poglądy i praktyka innych państw Europy podpowiadały, że trzeba to przeprowadzić przy silnym reżimie sanitarnym i dużej elastyczności.

1 września dzieciaki zdejmują maseczki i idą do szkoły

I co się wtedy dzieje?

Minister mówi: elastyczność? Nie, to sanepid ma decydować, czy szkoła będzie otwarta, czy zamknięta. A do sanepidu nie można się dodzwonić…

No dobrze, ale czy to naprawdę tak wiele by zmieniło, gdyby same szkoły mogły decydować? Dyrektorzy uczyniliby cud?

Ja nie mówię o jakichś hipotetycznych rozwiązaniach − wielu dyrektorów szkół już w lipcu miało przygotowane rozwiązania. Na przykład: w pierwszym tygodniu przychodzą parzyste numery w dzienniku, w drugim nieparzyste – żeby rozgęścić klasy. WF skumulujemy do jednego dnia i zorganizujemy wycieczkę w góry. Przenosimy zajęcia, łączymy je w bloki, szyjemy rozwiązania na miarę naszej szkoły, bo inne zadziałają w placówkach na dwustu, a inne przy 2 tysiącach uczniów. Ci ludzie pracowali całe wakacje, po czym w końcu sierpnia usłyszeli: sorry, Winnetou, ja wiem lepiej. A właściwie to sanepid.

Ale przez to minister wziął na siebie odpowiedzialność. Odpowiada ten, kto decyduje.

Nie, bo równocześnie idzie przekaz w mediach publicznych, że o zamykaniu szkół decydują samorządy, co było zupełną nieprawdą. Po prostu mieliśmy niewielką część szkół zamykanych na podstawie decyzji sanepidu, tylko czasem na podstawie tzw. dni dyrektorskich, kiedy zdesperowani dyrektorzy zamykali szkoły przy pierwszych zachorowaniach, nie mogąc się doczekać decyzji sanepidu.

A gdyby dyrektorzy decydowali? Co by to zmieniło?

Że zamyka się lub otwiera konkretne szkoły? A nie wszystkie hurtowo? Wówczas moglibyśmy np. ograniczyć mobilność, bo nie jeździłoby do szkół 4,5 miliona uczniów, tylko mniej. Z kolei w małych podstawówkach, gdzie jest pięćdziesiątka uczniów, wszyscy nadal by do nich chodzili, bo przecież w niektórych gminach niemal nie było koronawirusa. Z kolei na Górnym Śląsku pokrycie powiatów kolorami, jako różnych stref zagrożenia, nie uwzględniało tego, że dzieci jeżdżą do szkół między miastami.

Czyli jesteś za dopasowywaniem rozwiązań do warunków lokalnych zamiast centralizowania decyzji?

Tak, bo wielości różnych problemów nie da się rozwiązywać jednym topornym zarządzeniem przyciętym do jakiejś wyobrażonej średniej. To fantazja, że wówczas łatwiej zapanujemy nad chaosem. Jak się wszyscy zamkną albo wszyscy otworzą, wszyscy będą pracować zdalnie albo wszyscy w szkole. Nauczyciele nie pracują w tych samych warunkach, szkoły mają różną sytuację epidemiczną…

Uczniowie poza zasięgiem

Jakiś przykład? Skala epidemii to jasne, ale co z tymi warunkami pracy?

Pamiętam, że na jednej konferencji prasowej, kiedy już minister nie odpowiadał bezpośrednio, tylko nagrywał odpowiedzi wideo na pytania – notabene, żaden inny resort nie wpadł na takie rozwiązanie – na pytanie o nauczycieli pracujących w kilku szkołach naraz…

A dużo ich jest?

Jakieś 10 procent wszystkich. No więc minister Piontkowski stwierdził, że to nie jest problem, bo przecież jak jedna szkoła zostanie zamknięta, to już mają jedną mniej do dojazdu.

Proste.

Tylko nie na temat, bo sedno mojego pytania dotyczyło nie tego, czy nauczyciele będą mieli jak dojechać – choć w niektórych „czerwonych” strefach mogło nie być transportu – tylko że jak nauczyciel uczy chemii w pięciu szkołach i się zarazi, to sparaliżuje system. To nie był wydumany problem, bo na Podlasiu właśnie chemiczka „zamknęła” w ten sposób sześć szkół.

Ale co to za różnica?

Raz, że nie wiadomo, czy kwarantanna jednej klasy lub całej szkoły spowodowana chorobą nauczyciela automatycznie nakazuje kwarantannę pozostałych. A czy nauczyciel, który sam trafi na kwarantannę, może uczyć? Powiedzmy, że jest podejrzenie wirusa, bo miał kontakt z chorym, ale nie ma objawów. Jest sprawny, chciałby pracować. Mógłby uczyć zdalnie tej swojej geografii w trzech szkołach, zamiast iść na zwolnienie na dwa tygodnie, co zmusza dyrekcję do szukania zastępstw. Ale system nie przewiduje takiej możliwości – albo się zamykasz, albo otwierasz.

A hybrydowo?

Co „hybrydowo”? Można było wysyłać całe klasy na uczenie zdalne – zanim nie zamknęliśmy szkół w całości, ale już nie nauczycieli! I w efekcie masz sytuację jak w Warszawie, gdzie w szkole nikt nie był formalnie chory, ale nauczyciele uczący też w dwóch innych byli na kwarantannie w tej innej.

I nie mogli uczyć zdalnie, z domu, bo nie wolno?

W efekcie były klasy, które przez dwa miesiące nie miały np. biologii. A naprawdę dałoby się to zorganizować, bo jest internet i można uczniom panią od biologii wyświetlić z rzutnika. Zwłaszcza że lekcja biologii to i tak głównie wykład. Ale prawo na to nie pozwalało, więc trzeba było szukać z łapanki zastępstwa, które prowadziła katechetka lub polonistka.

A do tego część nauczycieli jest w grupie ryzyka, więc w zasadzie powinni uczyć zdalnie.

Tak, są po prostu starzy. Zaraz będą jak pielęgniarki, ze średnią wieku w zawodzie bliską wieku emerytalnego. A w szkołach zawodowych to już jest zupełny dramat, bo uczą tam ludzie po siedemdziesiątce.

Skoro są w grupie ryzyka i mają prawo do emerytury…

Tak, jak nie chcą, niech idą na emeryturę. Coś podobnego powiedziała wiceminister Marzena Machałek. Tyle że oni pracują nie dla tych kokosów na koniec miesiąca, tylko ich dyrektor wybłagał o jeszcze jeden rok, bo nie będzie komu uczyć mechaników czy fryzjerów.

Ale czasem scentralizowany system może być efektywny, zwłaszcza w czasie ostrego kryzysu. Z epidemią ospy we Wrocławiu w 1963 roku ówczesne – bardzo scentralizowane – państwo poradziło sobie dobrze; w latach 80. płyn Lugola też podano natychmiast. Nawet zamordyści potrafią czasem podejmować racjonalne decyzje. 

I taką racjonalną decyzją było zamknięcie szkół w marcu, podobnie jak cały twardy lockdown, bo nasza ochrona zdrowia nie była gotowa na przyjęcie naraz dodatkowych tysięcy chorych. Ręczne sterowanie i centralizacja zaczęły rodzić kłopoty później, gdy wiązały się tak naprawdę z zaniechaniem działania.

Bo co, kampania wyborcza wszystko przesłoniła?

Tak. A potem urlop szefa MEN-u, a potem jeszcze rekonstrukcja rządu. Ministerstwo najpierw zajmowało się ideologią LGBT, a potem minister Piontkowski już nic nie robił, bo wiedział, że i tak za chwilę przestanie być ministrem. I w końcu został wiceministrem u jakiegoś posła z Lublina, który nigdy nie zajmował się edukacją i ani jednej interpelacji w tym temacie nie złożył. Dlatego nic się nie działo.

Powrót do szkoły po omacku

Zupełnie nic?

Były wielkie hasła o szkoleniach dla nauczycieli – ktoś je widział? Jedyne, co się udało, acz nie za sprawą MEN, tylko Ministerstwa Cyfryzacji i pieniędzy unijnych, to zakup sprzętu. Faktycznie zakupiono całe tony laptopów i tabletów za setki milionów złotych. Okazało się, że można to zrobić szybko – najpierw kupujesz, a potem się rozliczasz. I ten sprzęt rzeczywiście trafił do szkół, jest wypożyczany nauczycielom i uczniom, dzięki czemu załatał jakoś tę biedę sprzętową – moja rodzinna Witnica w lubuskim dostała ponad 100 tysięcy złotych, co jest naprawdę sporą sumą na małą gminę.

Na początku naszej rozmowy mówiłaś, że braki sprzętowe to był najpilniejszy problem. Temu się udało zaradzić?

W zasadzie tak, najistotniejsze były sprzęt i łącza, no bo nie znajdziesz dzieci poza szkołą, nie mówiąc o skutecznym uczeniu ich, jak nie mają komputera i dostępu do sieci. I do czerwca ten akurat temat, tzn. sprzętu, udało się załatwić. Większość samorządów skorzystała dobrze z tej pomocy, wystarczyło dla wszystkich. Część nauczycieli zamiast z własnego domu mogła uczyć zdalnie ze szkół. Ale to właściwie koniec pozytywnych przykładów.

Nauczyciele dostali po pięć stów. Mało?

Za mało i za późno. Mogli je otrzymać tylko między wrześniem a grudniem, a większość kupowała sprzęt już wiosną. I czemu akurat 500 złotych, poza tym, że pasuje do kolejnego „plus”? Z badań ZNP wynika, że prawie jedna trzecia nauczycieli wydała ponad 2 tysiące złotych na internet i narzędzia do zdalnej edukacji.

Niemniej kłopotom sprzętowym, jak mówisz, jakoś zaradzono, może dlatego, że zabrał się za nie inny resort. Pisałaś jednak artykuły o uczniach „zgubionych” przez system, czyli takich, których po zamknięciu szkół nie dało się odnaleźć, nie można było się z nimi skontaktować lub nie uczestniczyli w zajęciach zdalnych. Kto za to odpowiada, że było ich tak wielu?

To jest problem relacji między politykami a obywatelami. Pytaliśmy w kwietniu 2020 roku ministra o to, co z faktem, że sześciuset uczniów w Warszawie i trzystu w Poznaniu nie udało się namierzyć – bo ilu łącznie, to nie wiemy, bo nie wszystkie samorządy zbierały takie dane. Wiemy tylko, że niemal każdy nauczyciel ma jakieś dziecko w klasie, do którego nie może się dodzwonić albo które się loguje w systemie, ale nie bierze udziału w lekcjach. I na to usłyszeliśmy, że leniwi uczniowie byli zawsze, a minister nie jest od chodzenia po domach i namawiania dzieci do nauki. To chyba znaczy tyle, co: moje dziecko się uczy, a twoje nie?!

No ale minister nie jest od chodzenia po domach…

Ja nie oczekuję cudów, ale tego, żeby chociaż poudawał, że mu zależy na słabszych. Żeby powiedział obywatelom, że mamy taki problem, że się martwimy o dzieci! Że tak samo, jak  „musimy walczyć o każdego seniora”, który jest zagrożony chorobą, tak też musimy dbać o każde dziecko potencjalnie zagrożone czymś, co będzie miało równie dalekosiężne skutki jak koronawirus. Tymczasem reakcje były kuriozalne, podobnie jak wypowiedź Rzecznika, uwaga! Praw Dziecka, który w audycji radiowej Roberta Mazurka na pytanie o tych zagubionych powiedział, że… czytał tekst redaktor Sucheckiej o zaniedbanych dzieciach.

To źle, że cię urzędnik państwowy czyta?

Fantastycznie, bardzo mnie to cieszy i mi pochlebia, tyle że to był grudzień 2020 roku, a ja oraz inni dziennikarze pisaliśmy o tym już w kwietniu. A Rzecznik Praw Dziecka o problemie systemowym w swojej działce nie powinien dowiadywać się z prasy.

No dobrze, a może komuś zrobiło się w tej pandemii lepiej, a nie gorzej? Może ta sytuacja ma jakieś zalety? Serio pytam.

Są uczniowie, którzy mają różne deficyty uwagi w klasie, są nieśmiali lub mają złe relacje w grupie rówieśniczej – i wielu z nich faktycznie skorzystało, np. chętniej się zgłaszają online, niż to było w szkole. Nie mogę jednak oczywiście powiedzieć, że wszystkie dzieci w spektrum autyzmu mają teraz lepiej albo że jakiś typ deficytu dało się przez przejście na tryb zdalny rozwiązać – bardzo wiele zależy tu od postawy nauczycieli. Nie wiemy też, jak jest naprawdę z przemocą rówieśniczą, bo trudno stwierdzić, czy ona naturalnie zanikła…

Czy tylko zniknęła z pola widzenia nauczyciela?

Tak. Ale jeszcze mówiąc o zaletach: prowadziłam sporo lekcji zdalnych i myślę, że to jedna z fajniejszych rzeczy, które teraz stały się możliwe. Można zaprosić na lekcję geografii archeologa podwodnego, a na biologię nauczycielkę technikum gastronomicznego, która opowie, co jeść, żeby lepiej zapamiętywać. Albo pisarkę, albo aktorkę – także w szkołach położonych pośrodku niczego, gdzie nikt nigdy nie przyjeżdża.

A czego ty się dowiedziałaś z tych lekcji?

Na przykład w czerwcu, w jednej z częstochowskich szkół usłyszałam od uczniów siódmej klasy, głównie od dziewczyn – i to przy nauczycielce, że wcale nie chcą wracać do normalnej klasy, że wreszcie mają czas rozwijać swoje pasje, że mogą sobie lekcje zdalne dopasować do potrzeb. I że to dobrze, że nie trzeba się zastanawiać pół godziny, w co się ubierzesz, żeby się nikt nie przypieprzył, że masz stare trampki, brzydką bluzę czy za krótkie spodnie.

„Young Power!”, czyli żywoty świętych

Nauczycielka z mojego liceum opowiadała mi pod koniec zeszłego roku, że w zasadzie wszyscy są zadowoleni: wstajemy godzinę później, każdy sobie kawę zdąży zrobić, problem sprzętowy został załatwiony, informatyk szkolny zrobił dobrą platformę… Ale rozumiem, że to mimo wszystko jest mniejszościowa sytuacja?

Naukę zdalną chwalą sobie ci, dla których problemem był stres szkolny, ewentualnie mierzyli się z „obiektywnymi” uciążliwościami w rodzaju dojazdów i koniecznością wstawania o jakiejś barbarzyńskiej porze. Najmniej zastrzeżeń do zdalnej edukacji mieli ci, którzy dobrze sobie radzili również w układzie tradycyjnym. Ale znów, to jest kwestia dobrze ułożonych relacji w szkole.

W jakim sensie?

Jeśli szkoła generalnie troszczy się o uczniów, to łatwo rozwiązać problem braku kilku komputerów. Jeśli nie wstydzisz się powiedzieć nauczycielowi, że masz stany lękowe lub że dzielisz pokój z młodszym bratem, to niewłączanie kamery nie będzie budziło oporów nauczyciela. A jeśli w szkole coś nie działało, to w pandemii nie będzie działać tym bardziej.

I w domu tak samo. Jak ktoś ma ciasne mieszkanie i wszyscy sobie wchodzą w nim na głowę, to w czasie pandemii wchodzą sobie o tę parę godzin dłużej.

Oczywiście, a dzieci rodziców, którzy uważają, że czytanie i pisanie to taka umiejętność, co sama przychodzi z wiekiem – są tacy – po kilku miesiącach nauki zdalnej wracały do szkoły, znów nie potrafiąc trzymać długopisu. Fakt, że drugoklasiści w całej swojej karierze szkolnej byli dłużej w domu niż w szkole, tylko pogłębi różnice potencjałów, które dzieci wynoszą z domu. Edukacja wczesnoszkolna to właściwie ostatni moment, gdy można wyrównać szanse wynikające z tego, że jedni rodzice używają pięciuset słów, a inni pięciu czy dziesięciu tysięcy. Tyle że na odległość to prawie niewykonalne.

A którego typu problemy – klasowe, względnie socjalne, czy te związane z różnorodnością potrzeb w szkole − są według ciebie większym wyzwaniem?

Klasowe problemy są chyba mimo wszystko łatwiejsze do zdiagnozowania i rozwiązania w szkole, także narzędziami ogólnymi, dla wszystkich. Wprowadzasz zajęcia wyrównawcze z różnych przedmiotów, dopłacasz dziecku do laptopa czy internetu, organizujesz posiłki w szkole – to kwestia przeznaczenia odpowiednich środków. Ale jeśli nie widzisz, że szkoła to nie są klocki Lego złożone z identycznych elementów, zakładasz, że jakoś to będzie – to problemów wynikających z nierówności nigdy nie rozwiążesz. I w efekcie mamy co najmniej do połowy stycznia zamknięte szkoły i moim zdaniem część dzieci do szkół nie wróci już do końca roku. A im młodsze klasy, tym większa strata.

Zanim „co dalej”, to zapytam: a jak wyjaśnić to, że nauczyciele w grupie pierwszej mogą się nie doczekać szczepień nawet do końca roku szkolnego – bo to chyba zasugerował minister Dworczyk, mówiąc, że nie widzi problemu w niezaszczepieniu ich do końca pierwszego kwartału? Przecież to by rozwiązało choćby część problemów, o których mówiłaś…

Dzisiaj usłyszałam od Marka Pleśniara, prezesa Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty, że jeśli wierzymy rządowi w statystyki na temat szczepień, to wystarczyłoby trzy i pół dnia, żeby zaszczepić wszystkich nauczycieli wczesnoszkolnych i szkolnych – to jest jakieś 140 tysięcy osób.

A tymczasem?

My na razie robimy testy dla chętnych 165 tysięcy, choć według zapowiedzi uczący w klasach 1–3 mają za chwilę wrócić do szkoły. Należy więc sobie zadać pytanie: co jest realnym działaniem, a co propagandowym symulowaniem troski.

No to co będzie dalej? Tragedia, komedia? Będzie pandemiczny happy end? Jest światło w tunelu?

Do czerwca nie należy się spodziewać żadnych fajerwerków. Potem przyjdzie rok szkolny 2021/2022 i okaże się, że do egzaminów zewnętrznych musi podejść kolejny milion uczniów – 350 tysięcy w ósmych klasach, 250 tysięcy maturzystów plus uczniowie zawodówek. I oni będą zdawać je tak, jakby pandemia nigdy się nie wydarzyła.

Przecież minister okroił podstawy programowe…

Nieprawda, minister okroił wymagania egzaminacyjne, a to jest zupełnie inna para kaloszy. Młodzieży podchodzącej do tych okrojonych egzaminów nikt nie zwolnił z tego, by nauczyć się materiału, który wypadnie z egzaminu.

Czyli?

Jak oni pójdą do pierwszej klasy liceum, to nadal będą od nich wymagane te działy z matmy, których nie przerobili. A jak obecna druga liceum pójdzie do maturalnej, to będzie musiała zdać na maturze np. te bryły, które ich koleżankom i kolegom z matury 2021 wyrzucono. A przecież to będą dzieci, które dwa lata temu miały strajk nauczycieli.

Czarna legenda gimnazjów [rozmowa z Przemysławem Sadurą]

Ustaliliśmy, że trwał tylko osiem dni.

Dobrze, ale było stresująco i nie do końca normalnie. Potem oni poszli do drugiej klasy, gdzie te zaległe dni pewnie nadrobili, po czym dociągnęli do marca i zaczęła się pandemia. Potem nie uczyli się do czerwca normalnie, we wrześniu wrócili do szkoły na dwa miesiące, i to też nie wszyscy, bo akurat licea były hybrydowo wyłączane dość często.

Za to mają czteroletnie liceum.

Żeby było śmieszniej, akurat w przyszłym roku zdają maturę jeszcze ci z trzyletnich, którzy teraz mają szansę nie wrócić do szkoły do końca czerwca. Wszyscy wiedzą, że nikt się nie uczy normalnie. Bo nawet jakby robił lekcje zdalnie jeden do jednego, to one trwają 30 minut, a nie 45. Wszyscy tracą jakiś materiał. W tym roku interwencyjnie ograniczamy zakres egzaminów, ale wyobrażam sobie, że w CKE już płaczą na myśl o maturze 2022. To będzie jakaś masakra. Jak to nie wywoła masowego wzburzenia społecznego, to znaczy, że naprawdę nic w tym kraju w edukacji publicznej nie da się zrobić.

Ale jak ma się dać, jakie wzburzenie? Przecież mi błyskotliwie wytłumaczyłaś, że ludzie radzą sobie z kryzysami oświaty prywatnie i że to jest w sumie racjonalne. Nie będziesz się kłócić z ministrem, bo to bez sensu i nic nie da. Zapłacisz za korepetycje, jak cię nie stać na szkołę prywatną, weźmiesz leki uspokajające i przeczekasz, aż dziecko zda maturę. Jakoś to będzie. Ewentualnie może przy urnie wyborczej sobie przypomnisz, że ten PiS to jednak… niekoniecznie. 

Wybory są za trzy lata, więc to też niekoniecznie.

Żeby nie było tak tragicznie, to zapytam cię o inną drogę wyjścia niż polityczna rewolta. Bo mam wrażenie, że ty w swoim pisaniu robisz jakby dwa projekty naraz. Jeden to krytyka systemu z jego wnętrza, tzn. nie mówisz, żeby wywrócić wszystko do góry nogami, tylko że partia, no dobra, władza powinna zrobić to czy tamto, żeby było lepiej. I to są twoje teksty z TVN24.pl i wcześniej z „Wyborczej”. A potem piszesz książkę Young Power, która jest skierowana do dzieci i może ich rodziców, która mówi, że nawet w tym beznadziejnym systemie warto sobie wyrąbać jakąś niszę. Nie grać według jego reguł, tylko realizować pasje. Szukać sobie podobnych i sobie pomagać. Tak jakbyś była w tygodniku „Polityka” za Rakowskiego – i w KOR-ze naraz.

Nie będę się bronić przed takim podsumowaniem – bardzo lubię narzekać na system i chętnie bym napisała książkę o tym, dlaczego nie działa i kiedy mógłby. Ale nie wpadłam jeszcze na chwytliwy tytuł, który przekonałby rodziców, żeby zechcieli te swoje dzieci ratować systemowo

Książki inspirujące historiami osobistego sukcesu w ogóle sprzedają się lepiej.

To na pewno, ale też Rafał Czech, redaktor ze Znaku, zauważył w moim pisaniu coś, na co sama nie zwróciłam uwagi. Otóż wychwycił, że jak już jestem zmęczona przekazem pt. „Zalewska, siadaj, pała!”, to znajduję olimpijczyka z matematyki albo jakąś Zosię, młodą astronomkę, i piszę historie ku pokrzepieniu serc.

Jak doprowadzić do tego, by polski system edukacji sprostał wyzwaniom XXI wieku?

O młodych zdolnych, którym się udało.

Pierwotny pomysł był wręcz taki, żeby książka nazywała się Geniusze. Ale ja nie chciałam ani opisywać historii onieśmielających, o ludziach z potencjałem jeden na milion, ani tym bardziej pokazywać dzieciaków zawdzięczających sukces czynnikom typu profesorskie wykształcenie rodziców, prywatna szkoła czy obozy językowe na innych kontynentach. Chciałam pokazać dzieciaki, które robią różne fajne rzeczy wbrew systemowi lub obok niego, nawet jak nie są z wielkiego miasta, nie mają zamożnej rodziny i jeszcze mają dwóję z fizyki. Choć rzeczywiście większość z nich miała naprawdę fajnych, wspierających rodziców.

To chyba jest prawdziwa bariera wejścia. Tak samo, jak możesz przetrwać tę pandemię, kiedy twój dom cię choćby emocjonalnie wspiera, tak samo te „różne fajne rzeczy”, czyli blogowanie, hip-hop, aktywizm lokalny albo i poważne eksperymenty naukowe, są dostępne, pod warunkiem że masz ten kapitał wsparcia od rodziców, nawet jeśli oni nie są zamożni ani świetnie wykształceni.

Nie wszyscy moi bohaterowie to mieli, choć nie zawsze wynika to z książki. Nie o wszystkim napisałam, mając świadomość, że kiedy 15-latek opowiada ci całą swoją historię, to niektórych słów – np. na temat własnych rodziców – mógłby potem żałować. I dlatego obraz domów rodzinnych moich rozmówców jest bardziej optymistyczny niż w rzeczywistości. Pisząc, że ktoś nie zna swojego ojca czy że o jego pasji matka mówi, żeby się głupotami nie zajmował, zrobiłabym pewnie książkę lepszą reportersko – ale czasem wolałam użyć eufemizmu.

Bo mnie się twoje historie o tym, że jak się ma chęci i głowę na karku, to „jednak można”, podobają i wydają wiarygodne – szukam jednak warunków minimum. Możesz nie mieć w domu tysiąca książek i ojca lekarza, ale chyba dom jakoś wspierać cię musi. Sprzyjać twoim aspiracjom, nawet jeśli są nie ze świata twoich rodziców.

Musi być jakiś dorosły, to prawda, ale czasem jest to nauczyciel, trener, katecheta… Na spotkaniach autorskich zdałam sobie sprawę, gdy ktoś pytał o takie sprawy, np. o staż dziennikarski jednej z moich bohaterek Zuzi Kufel w „New York Timesie”.

„Kim są twoi starzy, że było cię stać, by pojechać do Nowego Jorku?”

A to pytanie pewnie nie padłoby, gdybym napisała, że na ten wyjazd Zuzia odkładała stypendia przez kilka lat. Może gdybym pisała dla dorosłych, a nie dla 12-latków, byłoby tam więcej kontekstu społecznego, skupiałam się jednak na tym, by opowieści były przystępne. Dołożyłam też starań, żeby wśród tych 31 bohaterów było po równo dziewczyn i chłopaków, ale też dużo ludzi z małych miejscowości. To nie zawsze widać, bo np. Julka, Mateusz i Kalina, którzy budują reaktor do oczyszczania wody z leków, jako swoje miasto podali Toruń.

Chaos w systemie edukacji. Rok drugi [rozmowa z Justyną Suchecką]

No to nie jest wieś popegeerowska.

Tyle że oni tam chodzą do liceum, a naprawdę są z Działdowa, miasta powiatowego z 20 tysiącami mieszkańców w województwie warmińsko-mazurskim! Wśród bohaterów książki jest dziewczyna z mniejszości romskiej. Tylko dwójka z opisanych przeze mnie dzieci chodzi do szkół niepublicznych.

A kto stał najniżej… klasowo? Kto miał według ciebie najtrudniej?

Dziewczyna, która jest z wioski na granicy Dolnego Śląska i Lubuskiego. To był właśnie dom, gdzie ona słyszała: a po co ty to w ogóle robisz? Inna sprawa, że w wielu przypadkach pasja moich bohaterek nie wymaga pieniędzy, tylko raczej dobrego słowa od rodziców. Majka, blogerka książkowa, pochodzi z rodziny nieprzesadnie zamożnej, ale co roku jeżdżącej na Targi Książki. Owszem, są też rodziny, które finansowo stoją naprawdę nieźle, bo np. ojciec jest marynarzem, ale tam z kolei inne rzeczy, nieopisane w książce, są źródłem trudności.

Gdybym szukał projektu „dobrego społeczeństwa”, jaki stoi za Young Power, to jest to takie cywilizowane społeczeństwo liberalne, w którym awans społeczny jest możliwy dzięki mechanizmom szkoły publicznej, która zmniejsza nierówności i daje szanse rozwoju. Dzisiejsza szkoła rzadko daje takie możliwości.

I dlatego właśnie przez lata broniłam gimnazjów, bo mieliśmy tam najlepiej wykształconych i stosunkowo młodych nauczycieli. One nie pogłębiały różnic edukacyjnych i jakoś trzymały je w ryzach. Pamiętam szok poznawczy, jaki przeżyłam, kiedy sama trafiłam do gimnazjum w 13-tysięcznej gminie, razem z dzieciakami z okolicznych miejscowości. Jaki wielki był rozstrzał naszych możliwości. Teraz takie dzieci nie będą mogły korzystać z lepszej szkoły po sześciu latach i tym bardziej nie będą miały potem szans na dobre liceum.

Ale już to wiemy?

Badania pokazywały wyraźnie, że gimnazja spłaszczały różnice, ciągnęły ludzi w górę, zwłaszcza tych, którzy trafiali do nich ze słabszych podstawówek. Sprawdziłam, co się dzieje w mojej gminie ze znów ośmioletnimi wiejskimi podstawówkami.

No i?

Po reformie dzieciaki mają wyniki egzaminów na poziomie pierwszej i drugiej staniny, a więc dolnych 10 proc. rozkładu. I do nich już nikt ręki nie wyciągnie, bo jak niby ma to zrobić nauczycielka chemii czy geografii, która zamiast w jednym gimnazjum pracuje w sześciu szkołach podstawowych?

Pisałaś te teksty, jak mówisz, „ku pokrzepieniu serc”, ale książką chcesz pokazać, dokąd system ma zmierzać? Czy raczej chcesz czytelniczkom powiedzieć, że zmienić mogą swój los, ale cały świat to niekoniecznie?

Z Young Power w ciągu tamtego roku wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałam i co daje mi nadzieję, że ta książka jakoś wpłynie na szkołę jako całość. Bo ja myślałam, że to będzie typowa książka, którą rodzice kupią swoim 10–12-letnim dzieciom, może też sami przeczytają. A jak nie mają za dużo pieniędzy, to pożyczą z biblioteki, i że to będą takie historie motywujące czy zachęcające. Tymczasem ku mojemu zaskoczeniu ona trafiła do bardzo wielu nauczycieli.

Bo w czasie strajku w 2019 roku to z twoich tekstów się dowiadywali, co będzie dalej?

Mam pewną rozpoznawalność i zaufanie w tej grupie zawodowej, chyba już wpuszczono mnie do pokoju nauczycielskiego. Może dlatego, że jakoś wychodzi mi rozmawianie z młodymi ludźmi i często o nich piszę, a nie tylko o systemie i ministrze? Jedna nauczycielka na podstawie Young Power poprosiła uczniów o prezentacje na temat „jak mogą zmienić świat”; inna dała im do przeczytania rozdział o Idze Świątek, a potem robiła z nimi zajęcia o zdrowiu psychicznym, bo tam wątek psychologii sportu jest akurat bardzo ważny. Jest więc szansa na to, że książka nie zadziałała tylko na jednostki, ale może całe klasy?

Czyli co, chcesz zmienić szkołę od dołu, wpłynąć na uczniów i nauczycieli, skoro na ministra edukacji narodowej niespecjalnie możesz? W końcu piszesz do wrogiego temu rządowi elektoratu.

Ja bym chciała, żeby wszyscy mieli te same szanse co ja – czyli dobre liceum publiczne ze świetnymi nauczycielami, do którego będą się mogli dostać po swojej podstawówce. Ja miałam bardzo dużo szczęścia, bo nikt mi nie powiedział, że się nie da i że czegoś nie mogę, bo jestem z miasteczka pod Gorzowem Wielkopolskim.

 Tak, tylko ty nie byłaś przeciętną uczennicą.

Ale też patrzę na znajomych z Witnicy, którzy chodzili do tego samego gimnazjum. I jedna moja kumpela jest weterynarką, ktoś jest biotechnologiem, a oni byli z takich samych domów jak ja, gdzie nikt nie miał wyższego wykształcenia, a na półkach były ewentualnie atlasy przyrodnicze oraz W pustyni i w puszczy. Dlatego wierzę w świat równych szans i że on jest także w Polsce możliwy.

Ta reforma ma stworzyć człowieka na modłę PiS: posłusznego, biernego nacjonalistę

Przecież sama mówiłaś, że dbamy o dzieci, ale raczej o te własne. Ministrowie Piontkowski z Zalewską to czubek piramidy problemów.

Mimo to wierzę, że może być lepiej, bo czasem nawet indywidualne historie zmieniają system. Moi bohaterowie z Pielgrzymowic Śląskich wymyślili kampanię społeczną „Słowa krzywdzą” w małej miejscowości. Potem byli u Rzecznika Praw Obywatelskich i trafili do Rzymu na kongres „I can. Children’s global summit”. A kiedy skończyli swoją podstawówkę i rozjechali się po innych miastach, to dalej pracują z młodszymi kolegami i robią kolejne projekty. A ich wspaniała nauczycielka, Marta Florkiewicz-Borkowska uczy kolejnych. Choć pewnie mogłaby rzucić uczenie, pisać książki i żyć ze szkoleń dla biznesu.

I co, same nauczycielki siłaczki pomogą?

Same nie. Może też ludzie mediów, którzy mają wpływ na to, o czym rozmawiamy, zaczną edukację traktować poważnie? Bo ja się bardzo cieszę z Grand Pressa za artykuły o dzieciach, co wypadły z systemu, ale zwracam uwagę, że do tej nagrody przez całe sześć lat nominowano ledwie dwa materiały o edukacji. Jeden to reportaż radiowy o chłopaku chorym na dyskalkulię, który nie może zdać matury, a drugi to historia pt. pani bije dzieci.

OK, czyli siłaczki w szkole i siłaczki w prasie.

Przede wszystkim uczniowie i rodzice. Edukacja wtedy będzie naprawdę „najważniejsza”, kiedy naturalnym odruchem będzie dla nas zareagować, kiedy czyjś Kacper od miesiąca nie przychodzi na matmę, a nie tylko wtedy, gdy nasz Staś nie dostanie piątki.

**
Justyna Suchecka
– dziennikarka portalu TVN24.pl, a wcześniej „Gazety Wyborczej”, specjalizująca się w edukacji, laureatka nagrody Grand Press 2020 w kategorii Dziennikarstwo specjalistyczne, autorka książki Young Power.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Michał Sutowski
Michał Sutowski
Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.
Zamknij