Idee nie działają.
Same.
Ktoś musi stanąć za ideą.
Człowiek. Jeden lub wielu.

Idee pomagają wymyślić świat na nowo, kiedy trzeba to zrobić.
Ułatwiają zrozumienie, podtrzymują nadzieję, uwalniają od lęku.
Idee nie są odważne. Nie mają wyobraźni. Nie mają kolorów.
To człowiek, który stanął po stronie idei – jest bohaterem.

Zobaczył i pokazuje innym to, co niewidoczne.
Uwierzył, że utopia wypowiedziana dziś,
jutro może stać się barwną rzeczywistością.

Idee rodzą się z krytyki.
Powstają z myślenia.
A kiedy budzi się rozum, kończy się marazm.
Krytyczne myślenie napędza do działania.

Idee to słowa.
Które mają wartość i moc.
Nie chcemy ich tylko tworzyć ani bronić.
Zamierzamy je urzeczywistnić.

Dla Polski otwartej, zielonej i solidarnej.
Tworzonej wspólnie z wami.
Słowem i działaniem.

Przepisujemy idee na rzeczywistość.
Krytyka Polityczna

Kraj

Suchecka: Wreszcie edukacja stała się ważnym tematem medialnym

justyna-suchecka

Powinniśmy przestać traktować edukację jako temat sezonowy. Strajk został zawieszony, ale to dobry moment, by napisać o tym, co on zmienił. I przygotować się na wrzesień, który może być gorący. Jak pisać o edukacji, mówi Justyna Suchecka, dziennikarka „Gazety Wyborczej”, w rozmowie z Janem Smoleńskim.

Jan Smoleński: W zeszłym roku otrzymałaś nagrodę Edukacyjnej Fundacji im. profesora Romana Czerneckiego. Po tym, jak ją dostałaś, pisałaś na Facebooku, że to dla ciebie zaszczyt. Ale odebrałaś ją po ponad sześciu miesiącach.

Justyna Suchecka: Pieniądze z nagrody miały być przeznaczone na cel edukacyjny, konferencję, szkolenie czy studia. Ze względu na to, co się działo przez ostatnie pół roku w edukacji, nie miałam czasu poważnie się nad tym zastanowić.

Był strajk.

A wcześniej przygotowania do strajku. A przed nimi likwidacja gimnazjów. W ogóle w ostatnich trzech latach bardzo wiele zmieniło się w edukacji i wiele o tym napisano, ale nagrody branżowe, jak Grand Press czy Mediatory, tego nie uwzględniały, nie było osobnej nagrody za teksty o edukacji. Nagroda Fundacji to zmienia, pokazuje, że warto pisać o edukacji, że to ważny temat. Może to też zmieni podejście twórców i jurorów innych nagród.

justyna-suchecka
Justyna Suchecka – dziennikarka „Gazety Wyborczej” specjalizująca się w edukacji, laureatka I edycji nagrody Edukacyjnej Fundacji im. prof. Romana Czerneckiego EFC

A wracając do strajku – siedziałam wtedy w redakcji kilkanaście godzin dziennie. Gdy trwały rozmowy nauczycieli z rządem, wraz z innymi dziennikarzami specjalizującymi się w edukacji spędzaliśmy mnóstwo czasu w Centrum Partnerstwa Społecznego Dialog. Teraz mamy zamkniętą grupę na Fejsie i mimo że pracujemy dla konkurencji, to sobie pomagamy. Mam wrażenie, że dzięki strajkowi się zżyliśmy.

Co jeszcze zmienił strajk?

Przede wszystkim jasne stały się te wszystkie niuanse, jak różnica między pensum a liczbą godzin pracy czy między wynagrodzeniem zasadniczym a średnim. To niby drobiazgi, ale ze względu na brak wiedzy na ten temat przez lata budowano mity dotyczące edukacji, jak choćby słynne wielotysięczne zarobki nauczycieli. Do raportu Instytutu Badań Edukacyjnych na ten temat nie zaglądał nikt poza osobami z branży. Dzięki strajkowi dane z raportu cytowano nie tylko w gazetach, ale też podczas kłótni na Facebooku! To ułatwia pisanie o edukacji, bo nie trzeba dyskutować z powtarzanymi wciąż idiotyzmami, tylko można się skupić na przekazywaniu informacji.

Dzięki temu, że choćby Drugie śniadanie mistrzów Marcina Mellera było kilka razy w całości poświęcone edukacji, przebiło się też sporo fajnych osób – i dziennikarzy, i nauczycieli.

Od tożsamości do interesu ekonomicznego. Czego nas uczy strajk nauczycieli?

No i wreszcie edukacja stała się ważnym tematem medialnym, a nie takim, o którym się pisze sensacyjnie lub, nazwijmy to, wydarzeniowo.

Co masz na myśli?

W tonie sensacyjnym utrzymane były na przykład teksty o patologiach w gimnazjach, swego czasu bardzo popularne, bo budziły emocje, oburzały, bulwersowały. Przyczyniły się one niestety do złej sławy gimnazjów, choć – jeśli spojrzeć na to systemowo – stworzenie gimnazjów było wielkim sukcesem! A przez teksty „wydarzeniowe” rozumiem wszystkie te pisane na okoliczność końca roku szkolnego, początku roku, matur.

To my dbamy o uczniów i uczennice

Swoją drogą – stawiam dolary przeciwko orzechom, że jestem w stanie przewidzieć nagłówki tekstów o edukacji, które ukażą się w najbliższych miesiącach. Po wynikach matur będzie lament, że matma znowu poszła źle. Potem – gdyby nie decyzja premiera Morawieckiego – byłoby narzekanie, że kto to wymyślił, żeby w tym roku rok szkolny kończył się dzień po Bożym Ciele, bo co to za pomysł, żeby zmuszać dzieci do pójścia do szkoły w piątek, skoro czwartek jest wolny. No i zawsze można ponarzekać, że rok szkolny kończy się za wcześnie. A na początku września przeczytamy o kumulacji roczników i ciężkich plecakach uczniów związanych z przeładowanym programem.

To nie są istotne tematy?

Oczywiście, że są, tylko że kalendarz był znany od sierpnia zeszłego roku! Wtedy trzeba było podnosić larum. Matematyka idzie źle od dawna i tutaj najważniejszym pytaniem jest – dlaczego? Idzie źle, bo m.in. mamy całe pokolenie nauczycieli, którzy sami nie musieli zdawać matury z matematyki, więc nie umieją jej dobrze uczyć w pierwszych latach edukacji, czyli wtedy, kiedy to ma największe znaczenie dla rozwinięcia umiejętności matematycznych wśród dzieci. Do tego podnosi się średnia wieku nauczycieli.

Co ma jedno do drugiego?

Młodzi ludzie, którzy mogliby zasilić szeregi nauczycieli lepiej uczących matematyki, nie garną się do zawodu z powodów, które znamy. A starsi, którzy musieli zdawać maturę z matematyki, odchodzą na emeryturę. Tu problem jest systemowy. Tylko że trudniej to wytłumaczyć, niż ponarzekać na słabe wyniki.

A co jest nie tak z pisaniem o ciężkich plecakach?

To znowu granie na emocjach.

Przecież sama napisałaś sylwetkę swojego polonisty. To był tekst odwołujący się do emocji.

I spotkał się z dużym odzewem. Ale to jest historia świetnego człowieka i świetnej szkoły, która umożliwiła mu to, by był tak niesamowitym nauczycielem. Emocje były istotne, żeby przyciągnąć ludzi, ale najważniejsze, żeby ludzie zrozumieli, co mu pozwoliło być takim dobrym nauczycielem. W mojej szkole zrezygnowano z systemu klasowo-lekcyjnego, sama układałam sobie program. Uprzedzając wszystkie pytania: było to liceum publiczne w Gorzowie Wielkopolskim, więc da się. I nadal się to dzieje, choć reformy Anny Zalewskiej mocno utrudniają takim szkołom funkcjonowanie.

Dziękuję wam za strajk [list do nauczycielek]

To jak pisać o edukacji?

Dam ci pewien przykład. Gdy ministra Zalewska ogłaszała likwidację gimnazjów, zrobiłam wywiady ze wszystkimi autorami raportów i badań, na które się powoływała. Wszyscy powiedzieli mi, że wyrwała ich zdania z kontekstu, źle zrozumiała to, co czytała, że powinna przeczytać całość, a nie kilka stron. Tylko że to obchodziło pasjonatów edukacji. To trochę jak oglądanie żużla. Jest taki sport i nawet my w tym Lubuskiem się nim pasjonujemy, ale żużlowców nie wita się kwiatami na lotniskach tak jak piłkarzy, bo ta dyscyplina nie budzi takich emocji. Emocje pewnie muszą być, żeby tematem zainteresować – choć ja wolę pisać chłodno – ale nie chcę, żeby jedyne, co zostanie zapamiętane z dyskusji, to te ciężkie plecaki, a nie dziura programowa, przez którą milion dzieci nie dowie się w szkole podstawowej, czym była Rewolucja Francuska.

W Polsce mamy mnóstwo specjalistów od edukacji. Każdy uniwersytet ma przynajmniej jednego, ale mało kto ich pyta o zdanie, bo łatwiej skupić się na łzach przemęczonych dzieci.

Trudno wymagać, żeby ludzie interesowali się badaniami edukacyjnymi w ramach rozrywki.

To prawda, zresztą to jest też problem akademików, którzy piszą hermetycznym językiem i czasami wystarczy im, że ich rzeczy czytane są tylko przez innych akademików. Dlatego też uważam, że nagroda im. Romana Czerneckiego jest tak ważna, bo jest przeznaczona również dla naukowców popularyzujących wyniki swoich badań. A to często są bardzo ważne badania, jak choćby te Iwony Chmury-Rutkowskiej z Uniwersytetu Adama Mickiewicza o postawach dziewczynek w wieku szkolnym, które zostaną opublikowane w najbliższych tygodniach.

Sadura: Zerwijmy z tradycją zaczynania każdej reformy edukacji od zaorania tego, co zbudowali poprzednicy

Pisać mniej sensacyjnie, częściej zgłaszać się do ekspertów – co jeszcze mogłoby się zmienić w pisaniu o edukacji?

Powinniśmy przestać traktować edukację jako temat sezonowy. Strajk został zawieszony, ale to dobry moment, by napisać o tym, co on zmienił. I przygotować się na wrzesień, który może być gorący.

Ktoś mógłby to potraktować jako podburzanie nauczycieli przeciw rządowi.

Nie chodzi o to. Możemy się zastanowić, czy pensum faktycznie ma jakikolwiek sens, czy nie lepiej zapewnić nauczycielom przestrzeń w szkole do tego, by nie brali pracy do domu, tylko robili swoje w szkole przez osiem godzin. Czy Karta Nauczyciela wymaga zmiany, bo to przecież dokument z lat 80. Albo jak premiować innowacyjność w nauczaniu.

Chodzi też o to, że nauczyciele przez trzy tygodnie spędzali całe dnie w pokojach nauczycielskich i wielu z nich po raz pierwszy od wielu lat – jeśli nie po raz pierwszy w życiu – mogło poważnie porozmawiać ze swoimi koleżankami i kolegami z pracy o szkole. Do jakich wniosków doszli, co z tych rozmów wynieśli – to są istotne pytania. Od jednego z nauczycieli usłyszałam, że strajk był pogrzebem szkoły, jaką znali, i że nie można oczekiwać od żałobnika, że w poniedziałek wróci do pracy, jakby nic się nie stało.

Czy twoim zdaniem pisanie o edukacji pada ofiarą polaryzacji politycznej? Wiemy, jaki stosunek do obecnego obozu władzy ma kierownictwo „Gazety Wyborczej”, „Newsweeka” czy – żeby było i na drugą nóżkę – wPolityce.pl.

Trudno mi odpowiadać za wszystkich dziennikarzy piszących o edukacji we wszystkich redakcjach, ale z mojego doświadczenia wynika, że tak – ale przede wszystkim w odbiorze. Dostaję wiadomości od czytelników, którzy mówią, że świetnie tłumaczę zawiłości, ale kiedy pokazują moje artykuły znajomym lub krewnym, to ci nie wierzą, bo to „Gazeta Wyborcza”. Zarzucają mi na przykład, że o likwidacji gimnazjów piszę tylko dlatego, że to pomysł PiS.

Rządowi PO też się od ciebie obrywało.

Tak, więc gdy ktoś pyta, gdzie byłam, kiedy PO robiła to czy tamto, wyciągam archiwum swoich tekstów. Mieliśmy w „GW” liczne czołówki o tym, że za PO zamykano małe szkoły, że masowo zwalniano nauczycieli czy że Joanna Kluzik-Rostkowska mówiła, że Karta Nauczyciela to grzyb na ścianie. Te wszystkie rzeczy były na eksponowanych miejscach.

Dla mnie największy problem polega na tym, że z powodu tego, gdzie piszę, docieram głównie do przeciwników PiS. Ich bardziej interesuje to, że tekst jest o PiS-ie, niż to, co właściwie w tej szkole się dzieje.

O tym, jak Finowie reformowali swoje szkolnictwo… i dlaczego im się to udało

To z powodu polaryzacji nigdy nie udało ci się przeprowadzić wywiadu z Anną Zalewską?

Ministra Zalewska udziela wywiadów innym mediom, ale z jakiegoś powodu nie mnie. Wydaje mi się jednak, że to coś osobistego, bo przeprowadziłam rozmowy z Jarosławem Gowinem czy Markiem Zagórskim, ministrem cyfryzacji. Wtedy fakt, że jestem z „Wyborczej”, nie był problemem.

Ba, udało mi się zrobić dwie rozmowy z profesorem Mirosławem Handke, który z „GW” nie rozmawiał przez kilkanaście lat. Przez pół roku wysyłałam mu maile z pytaniem, czy może zmieni zdanie, i w końcu uległ. Przez pierwszą godzinę musiałam wysłuchać wykładu o wszystkich krzywdach, które „GW” mu wyrządziła, ale potem odbyliśmy świetną rozmowę. Z Anną Zalewską byłam nawet umówiona na konkretny termin, ale odwołała.

Teraz PiS chce wysłać ją do Brukseli. Mimo wszystko ministra Zalewska przysporzyła ci pracy.

Emigracja do Wielkiej Brytanii jako naturalny eksperyment edukacyjny

Niedawno sprawdzałam, ile tekstów napisałam, od kiedy Anna Zalewska została ministrą edukacji. Siedemset. Jakaś niewielka część dotyczyła książek, ale ogromna większość – szkoły. Nie będę ukrywać, że szefowa MEN pomogła mi też wybić się zawodowo. Udało mi się zbudować bardzo duży profil fejsbukowy, który śledzi około 15 tysięcy osób, z czego większość to nauczyciele i rodzice. Codziennie dostaję od kilkunastu do kilkudziesięciu wiadomości z potencjalnymi tematami. Spora część to kwestie lokalne, więc przekazuję je dalej, do naszych lokalnych redakcji.

Kiedy Anna Zalewska została ministrą, usłyszałam w redakcji, że powinnam się cieszyć, bo dla mojej kariery zawodowej będzie drugim Romanem Giertychem.

Mieli rację.

Trochę tak, ale Roman Giertych mimo wszystko majstrował przy mniej istotnych rzeczach. Zalewska jest tak newsogenna, dlatego że miesza dużo bardziej. Pod tym względem ten rząd to żyła złota. A pomyśleć, że kiedyś mówiłam, że edukacja to jest miła działka, bo interesuje się nią kilkaset osób w kraju. Nikt się o te newsy nie zabijał.

To pomaga?

I zarazem przeszkadza. Pomaga, bo jak tego dobrze pilnujesz, to w wielu rzeczach możesz być pierwsza – naprawdę konkurencja jest niewielka. To nie jest tak, że trzeba na żywo tweetować z konferencji. Robiłam duże wywiady, opisywałam zmiany prawa.

A przeszkadza, bo…?

Bo możesz mieć ważną informację, która nie przyciąga uwagi. Na przykład udało nam się ustalić z Małgorzatą Zubik, że zaraz po likwidacji gimnazjów rząd wydał zgodę, by jedna szkoła w Polsce mogła de facto utrzymać gimnazjum, bo pozwolono jej utrzymać przy liceum klasy siódme i ósme. To było w czasie, gdy ministra Zalewska mówiła, że można otworzyć jedynie pełną podstawówkę, od pierwszej do ósmej klasy. Okazało się, że to była szkoła, z której dopiero co odszedł wiceminister edukacji Maciej Kopeć. Nikt tego nie zauważył, bo wtedy trwało zamieszanie z sądami. Wszyscy walczyli o demokrację, więc walka o szkołę zeszła na dalszy plan.

Nie zawsze pisałaś o szkole.

W poznańskiej „Wyborczej” zajmowałam się gospodarką komunalną i ochroną środowiska. Gdy na przełomie 2010 i 2011 roku w Agorze była restrukturyzacja, redaktorzy przekazali mi działkę edukacyjną. Przydzielono mi ją w piątek, a poniedziałek prezydent Poznania Ryszard Grobelny oznajmił, że likwiduje – o ile dobrze pamiętam – 7 z ok. 60 gimnazjów. Musiałam w tydzień nauczyć się, gdzie są szkoły, jak działa prawo oświatowe i tak dalej. Teraz już sobie nie wyobrażam, że mogłabym zajmować się czymś innym.

Tłumaczyli, dlaczego edukacja przypadła akurat tobie?

Uznali, że skoro lubię tematy społeczne, to będzie to dobry pomysł. Był też argument z wieku: kończyłam wtedy studiować politykę społeczną, więc, cytuję, usłyszałam: „Ona jest taka młoda, że jeszcze pamięta, jak to jest w szkole”. Choć to może być miecz obosieczny. Zdaniem niektórych jestem za młoda, by pisać o edukacji, chociaż mam 32 lata. Z kolei zdaniem innych nie powinnam tego robić, bo nie mam dzieci.

Były pomysły, żebyś zajmowała się czymś innym?

Tak. Miałam zajmować się partią Kukiz ’15. O tym, że przydzielenie Kukiza to był kiepski pomysł, świadczy fakt, że się nim nie zajmuję (śmiech). A tak na serio, to nie da się połączyć tak różnych rzeczy i zajmować się nimi równie poważnie.

**
Justyna Suchecka – dziennikarka „Gazety Wyborczej” specjalizująca się w edukacji, laureatka I edycji nagrody Edukacyjnej Fundacji im. prof. Romana Czerneckiego EFC za artykuł o edukacji. Pracuje nad książką o nauczycielach.

*
Nagroda im. prof. Romana Czerneckiego to konkurs dla publicystów, naukowców i profesjonalistów piszących o edukacji. Artykuły do II edycji konkursu można zgłaszać do 31 maja 2019 roku. Więcej informacji na efc.edu.pl.

Bio

Jan Smoleński

| Politolog, członek zespołu Krytyki Politycznej
Politolog, pisze doktorat z nauk politycznych na nowojorskiej New School for Social Research. Absolwent Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie. Stypendysta Fulbrighta. Autor książki „Odczarowanie. Z artystami o narkotykach rozmawia Jan Smoleński”. Członek Zespołu Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.