Kraj

Czarna legenda gimnazjów [rozmowa z Przemysławem Sadurą]

Nie ma dowodów na to, że gimnazja są siedliskiem przemocy, ale medialna zła sława działa. Nawet nauczyciele ją podchwycili.

Michał Sutowski: Dobra zmiana dosięga również edukacji – PiS zabrał się dość energicznie do reformowania szkoły. Cofnięto sześciolatki do przedszkoli – chyba, że rodzice zadecydują inaczej, wzmocniono uprawnienia kuratorów, zapowiedziano likwidację gimnazjów. Czemu to wszystko ma służyć?

Przemysław Sadura: To wszystko nie składa się w żaden spójny, zaplanowany system nowego typu. Najważniejsze z tych reform, a właściwie kontrreform, opierają się na populistycznej mobilizacji wokół różnych gorących tematów: ich plany powstawały w czasach, kiedy PiS był w opozycji i starał się łączyć w swojej narracji wszystkie tematy zapalne. Skoro posłanie sześciolatków do szkół niepokoi rodziców…

Nie tylko tych o konserwatywnych czy nacjonalistycznych poglądach…

… to trzeba wątek podjąć. A reforma PO została ewidentnie położona: nie przygotowano odpowiednio szkół na przyjęcie młodszych dzieci, nie przeprowadzono właściwie żadnych konsultacji społecznych, nie zważano na niepokoje rodziców. W końcu zaczęło się wycofywanie z reformy rakiem: opóźnimy, może niech połowa dzieci pójdzie od razu, a połowa później; niech rodzice decydują… To było frustrujące dla rodziców, ale i dla samorządów, które nie wiedziały, do czego mają się przygotować, ile konkretnie potrzeba miejsc w szkołach i w przedszkolach… Do tego część klasy średniej opierała się reformie z powodów światopoglądowych – zorganizowali się przeciw PO, więc PiS się do tego oporu podłączył. Podobnie z testami…

A raczej „testomanią”, krytykowaną przez humanistów, bo uczenie się pod klucz odpowiedzi zabija kreatywność uczniów.

Między innymi. Ja sam zresztą krytykowałem sposób prowadzenia testów. Dlaczego np. po ukończeniu szkoły podstawowej służą do przesiewu uczniów, a nie stosuje się ich choćby w połowie cyklu nauczania w celach diagnostycznych? PiS zlikwidował test szóstoklasisty, zastąpiono go jedynie dobrowolnym tekstem diagnostycznym. Dobrze, że diagnostycznym, ale dlaczego nieobowiązkowym? Przecież to sprawi, że najsłabsze placówki się z niego wykruszą i nawet nie będziemy mieli o nich wiedzy…

Wylano dziecko z kąpielą?

Raczej postąpiono w sposób charakterystyczny dla PiS-u: jest jakiś punkt zapalny czy kontrowersyjny, więc PiS włącza się ze swymi postulatami, ale bez spójnej agendy na przyszłość. Wrażenie chaosu pogłębia to, że posunięcia te są często sprzeczne z deklarowanymi wartościami.

To znaczy?

Kiedy słuchałem ministry Zalewskiej na konferencji w Toruniu, usłyszałem, jak powiedziała, że nierówności w systemie edukacji to problem, na który trzeba zareagować. Po czym państwo wycofuje reformę wprowadzającą sześciolatki do szkół, choć właśnie miała ona ogromny potencjał wyrównywania różnic między dziećmi o różnym zapleczu społecznym. Państwo pozbawia się też możliwości powszechnego diagnozowania i wyrzuca termometr, zamiast regulować temperaturę – mówię o likwidacji testu szóstoklasisty. Do tego dochodzi zwrot w kierunku modelu niemieckiego w szkolnictwie zawodowym – myślę o projekcie „małej matury”, który oznacza wcześniejszą selekcję i wcześniej przesądza o przyszłej karierze ucznia. Wreszcie, na poziomie samego przekazu mamy chaos, skoro szefowa MEN mówi, że liceum ma być bardziej elitarną szkołą, no to się zdecydujmy: albo tworzymy szkoły elitarne, albo walczymy z nierównościami…

Może dobre licea publiczne pozwolą przynajmniej na mobilność między klasami? W książce Źle ma się kraj… Tony Judt zachwalał model anglosaski z lat 50., w którym elitarne licea państwowe przyjmowały także zdolne dzieci z klasy robotniczej, pozwalając im na prawdziwy awans przez edukację… Może właśnie o taki egalitaryzm chodzi?

To jest merytokracja, nie egalitaryzm. Ten panuje raczej w modelu skandynawskim, gdzie przykłada się wielką wartość do tego, żeby pracować z najsłabszymi, ze średniakami. Mówiąc analogią piłkarską, można budować drużynę, inwestując w gwiazdy albo założyć sieć szkółek, które podniosą poziom ogólny. A przy okazji pozwolą wyłonić silną elitę, trochę jak na Islandii…

Może jednak ta merytokracja to jedyne, co da się zrobić, żeby tę mobilność społeczną między klasami zachować?

Problem z merytokracją polega między innymi na tym, że w rzeczywistości mamy do czynienia raczej z askrypcją, czyli z przypisaniem do dobrego miejsca w hierarchii pod pozorem merytokracji. System merytokratyczny szybko się korumpuje i podlega erozji: może w latach 50. w Wielkiej Brytanii to jeszcze jakoś działa, ale potem tworzą się koterie, grupy zawodowe zabezpieczają swoją reprodukcję, a pokusa nadużyć jest bardzo duża. Względny egalitaryzm takiego systemu opiera się na ciągłej walce i trzeba go ciągle bronić: sprawdzać statystyki, czy aby nie następuje przechył na rzecz poszczególnych klas społecznych…

A jak się ma sprawa egalitaryzmu oświaty do gimnazjów? Przecież one miały wydłużyć edukację bez selekcji o rok i podnieść poziom nauczania dla wszystkich? Tu też jest sprzeczność między deklaracjami a praktyką, skoro PiS chce je likwidować?

Egalitarnie gimnazja zadziałały na samym początku. Po pierwsze, faktycznie, dlatego że ich stworzenie wydłużyło czas nauki w systemie jednolitym, tzn. w ramach rejonizacji i bez selekcji merytorycznej. Po drugie, bo wyrównał się poziom szkół – gimnazja wygenerowano z dotychczasowych podstawówek i ich najlepsze zasoby kadrowe przeszły do gimnazjów. W testach PISA bardzo szybko wyszło, że to działa zgodnie z zamysłem: piętnastolatki pisały test będąc jeszcze na etapie jednolitym, tzn. przed liceum. I okazało się, że model podstawówka plus gimnazjum spłaszczał wyniki testów, ale nie obniżał ogólnego poziomu na tle innych krajów.

A potem?

Jak się rozbija stary system, to na jakiś czas rozbija się też mechanizm reprodukowania nierówności.

To działa jednak tylko na chwilę, bo zaraz zaczyna się gra rodziców z klasy średniej na ich odtworzenie.

W dużych miastach ten system znowu zaczął się rozwarstwiać, bo wprawdzie na poziomie gimnazjów obowiązuje zasada rejonizacji, ale pojawia się coraz więcej wyjątków. Na pojawianiu się tych wyjątków zależy i dyrektorom dobrych szkół, i rodzicom z klasy średniej, i wreszcie samorządowcom, którzy mogą przecinać wstęgi i przemawiać we flagowych placówkach, którymi szczyci się miasto. Rośnie więc pula miejsc dyrektorskich, tworzą się gimnazja specjalne, a także specjalne klasy językowe czy olimpijskie wewnątrz poszczególnych szkół. W statystykach ogólnopolskich wychodzi, że w małych miastach wiele się w kolejnych latach nie zmieniło – choćby ze względu na mniejszą konkurencję – ale w tych dużych poziom gimnazjów bardzo się rozwarstwił. W dużych miastach de facto nie ma już rejonizacji, a pierwszy próg selekcji tworzy się już po szóstej klasie szkoły podstawowej.

No i teraz PiS mówi, że skoro gimnazja nie mają zakładanych zalet, bo rozwarstwienie z czasem wróciło, ale mają swoje wady, o których wszyscy wiemy, to warto je zlikwidować. To brzmi całkiem racjonalnie.

A o jakich wadach gimnazjów wszyscy wiemy? Gimnazja mają swoją czarną legendę, której nie potwierdzają jednak znane mi statystyki.

Nie ma dowodów na to, że np. zachowania przemocowe czy inne patologie występowały częściej czy w ostrzejszej formie w gimnazjach niż w innych typach szkół.

Mam wrażenie, że ich zły wizerunek pochodzi jeszcze z czasów zaraz po reformie 1999 roku. Żadna grupa zawodowa nie jest zadowolona z gwałtownych reform, bo oznacza to konieczność zmian w środowisku pracy. Gimnazja bardzo mocno krytykowali więc sami nauczyciele, a media to podchwyciły. To przecież fascynujący temat, zwłaszcza, że wtedy zaczynał się proces ich tabloidyzacji. Kiedy prowadziłem w ramach różnych badań wywiady pogłębione z nauczycielami na temat gimnazjów, to oni często powtarzali jedynie to, co usłyszeli w telewizji! Bardzo mało słyszałem historii opartych na ich własnych doświadczeniach. Po prostu cytowali tę czarną legendę i podawali przykłady z mediów, zazwyczaj bez związku z osobistymi obserwacjami.

Egalitarną w zamyśle reformą, acz przeprowadzoną już przez PO, był darmowy podręcznik. PiS też to odkręci?

Nie sądzę, po prostu wprowadzi swój. Zresztą wprowadzenie darmowego podręcznika przez PO nie wynikało z głębokiego przekonania, że trzeba szkołę egalitaryzować, tylko z chęci pokazania jakiegoś sukcesu przed wyborami.

Reforma z sześciolatkami okazała się niewypałem, więc doradcy PR-owi Tuska wymyślili podręcznik, a Kluzik-Rostkowska go wdrożyła, łamiąc przy okazji zasady dobrej legislacji i de facto pomijając konsultacje społeczne.

Stworzono podręcznik w kilka miesięcy nie dbając o jego poziom merytoryczny, a przecież można to było zrobić inaczej: jakaś transparentna komisja oceniłaby dostępne podręczniki, wybrała jeden, który będzie rządowym… Niestety napisano rzecz na kolanie. I teraz łatwo go będzie wymienić i wsadzić nowy z treściami odpowiadającymi linii partii.

Likwidacja gimnazjów, wzmocnienie kuratorów i powrót sześciolatków do przedszkoli składają się zatem w dość niespójny pakiet kontrreform: polegają one na odwróceniu reform poprzedników i zmierzają w stronę centralizacji. A co na to sami zainteresowani? Nauczyciele byli przeciwni stworzeniu gimnazjów 17 lat temu, więc chyba się cieszą?

Nie bardzo – teraz będą przeciwni ich likwidacji, bo przecież przez te 17 lat zdążyli się do swojej sytuacji przystosować i przyzwyczaić. Zwłaszcza niezadowoleni będą nauczyciele gimnazjów, którzy stracą swoje miejsca pracy, a nie mają pewności, czy znajdą inne i co w ogóle będą robić. Mamy wprawdzie zapowiedź Anny Zalewskiej, że każdy nauczyciel gimnazjum znajdzie pracę po reformie, ale brzmi to mało wiarygodnie. Przecież w innych szkołach nie wszyscy zatrudnieni są w pełnym wymiarze godzin, a dyrektor placówki będzie wolał dołożyć godziny już zatrudnionym, których zna, niż zatrudniać na pół etatu nieznanego mu byłego nauczyciela ze zlikwidowanego gimnazjum. Poza tym, nawet w optymistycznym wariancie ci nauczyciele będą musieli się podzielić: część awansuje do liceów, inni pójdą do podstawówek, a poza tym niekoniecznie znajdą pracę w szkole blisko miejsca zamieszkania.

Tak czy inaczej, chaos i niepewność są nieuniknione. Niewiele osób to lubi.

A co z innymi grupami? Nauczyciele gimnazjów to jednak mniejszość.

Wyniki sondażu prowadzonego przez ZNP pokazują, że aż 1/3 nauczycieli popiera tę reformę, tzn. likwidację gimnazjów. Nie ma zresztą powodów, dla których nauczyciele w podstawówkach czy liceach mieliby się jej obawiać. Czynnik etatystyczny, o którym już mówiłem, jakoś zabezpiecza ich pozycję wobec samorządów, a do tego to oni najmocniej ulegali czarnej legendzie gimnazjów, bo w nich nie pracowali. Wśród nich PiS może liczyć na pewne poparcie. Oczywiście, chaos może dotrzeć także na poziom podstawowy, a to w związku z planowanymi zmianami w nauczaniu początkowym. Dostrzeżono bowiem – to zresztą słuszna diagnoza – że kłopoty dzieci z rodzin o niższym kapitale kulturowym zaczynają się w momencie wyjścia z nauczania początkowego do przedmiotowego, tzn. między trzecią a czwartą klasą. Wymyślono więc, żeby to przejście rozmyć, tzn. żeby nauczyciel nauczania początkowego kontynuował przez rok pracę z dziećmi, a nauczyciele przedmiotowi dołączali. Nie domyślano jednak, jak ten rok przejściowy zorganizować, bo nauczyciel ma równolegle brać nową klasę pierwszą i pracować w mniejszym wymiarze godzin z dziećmi w klasie czwartej.

I to znowu może wygenerować chaos?

Tak, a chaosu, jak już mówiłem, boją się wszyscy. Reorganizacja szkół podstawowych lub „powszechnych”, bo tak miały się one nazywać jeszcze dwa tygodnie temu, przede wszystkim jednak będzie kłopotem dla samorządowców. Reforma to duże wyzwanie samorządu dla władz lokalnych: rząd centralny może nakazać organizację nowych szkół, ale wykonać to i je prowadzić musi potem samorząd. Stąd wszelkie protesty dotyczące organizacji szkół, granic ich rejonów, zwolnień nauczycieli itp. będą uderzały w samorząd.

Może dlatego trzeba tę reformę zrobić przed wyborami samorządowymi? Niech się samorządowcy z Platformy martwią!

Coś jest na rzeczy. Ciekawe jednak, co się stanie, kiedy PiS przejmie już władzę w samorządach. System może być wtedy dużo bardziej scentralizowany, z silnym nadzorem pedagogicznym i dalszym ograniczeniem kompetencji samorządów, na które zresztą naciska również ZNP.

A na czym by to polegało?

Chodzi o przejście z finansowania za pomocą subwencji oświatowej na dotację celową. Takie rozwiązanie redukuje kompetencje samorządu do roli księgowego, który otrzymuje pieniądze z centrali z gotowym rozdzielnikiem wydatków. Dziś samorząd ma spore kompetencje i spore pole manewru: kiedy np. Jarocin próbował świadomie reorganizować swoje szkolnictwo, to miał do tego narzędzia, bo w ramach subwencji panuje pewna autonomia. Np. kiedy szkoły przekazywano stowarzyszeniom, to generowano oszczędności – można je było przejeść, ale można było zainwestować na innym odcinku szkolnictwa, np. finansując nauczycielom studia i szkolenia, inwestując w infrastrukturę itp.

A jak ta kwestia ma się do Karty Nauczyciela? PO i liberalni komentatorzy ostro ją krytykują, Związek Nauczycielstwa Polskiego jej broni… A PiS?

W PiS od lat ścierają się dwie wizje, tzn. podejście bardziej rynkowe, które jest oczywiście krytyczne wobec Karty, z podejściem etatystycznym, które obecnie przeważa. Dla etatystów Karta Nauczyciela, choć przecież pochodzi z czasów PRL, znakomicie się rymuje ze zwiększaniem kontroli administracji centralnej i osłabianiem władzy samorządów nad szkołami. Reforma już powiększyła kompetencje kuratorów, a do tego mianuje ich teraz bezpośrednio minister a nie wojewoda, co wzmacnia mechanizm ręcznego sterowania. Stąd krytyki Karty Nauczyciela ze strony PiS nie słychać.

Poza tym, łatwo jest nie krytykować Karty, kiedy trzyma się władzę centralną, ale nie ma się władzy w samorządach. Platforma Obywatelska sprawowała władzę na obu tych poziomach i dlatego była pod presją swoich samorządowców – to przecież przede wszystkim im Karta wiąże ręce i nakłada na nich duże obciążenia finansowe.

Dlatego właśnie za rządów PO wydawało się, że w sprzyjającym momencie Karta zostanie zlikwidowana. Skoro jednak nie udało się tego zrobić, to Joanna Kluzik-Rostkowska szkoliła samorządowców, jak obchodzić przepisy Karty. W takiej sytuacji ZNP wolałby, żeby rząd przejął pełną odpowiedzialność za finansowanie. To oznaczałoby dalsze ograniczenie kompetencji samorządu – po tym, jak kuratorzy uzyskali już prawo weta przy przekazywaniu szkół podmiotom społecznym – ale również zdjęcie z samorządów części odpowiedzialności.

A jak to się ma do sprawy sześciolatków w szkołach? Gdzie w sporze o reformę i kontrreformę są samorządy?

Samorząd ma instytucjonalny interes w tym, by trzymać się reformy PO. Przesuwa ona przecież dużą liczbę dzieci do systemu szkolnego, objętego dziś subwencją oświatową, której na przedszkola nie ma. Do tego zwiększa się też dzięki temu dostępność miejsc w przedszkolach, co przekłada się zadowolenie mieszkańców i wyborców. Przeciw cofnięciu reformy są też oczywiście eksperci edukacyjni i urzędnicy, dość zgodni w tej sprawie. Oni od lat mieli świadomość konieczności takiej reformy, tzn. obniżenia wieku szkolnego, ale wszystko rozbijało się o pieniądze. Ministerstwo Finansów w kolejnych latach ucinało takie projekty, bo i edukacja nigdy nie była priorytetem.

A co z rodzicami? Coś się zmieniło od czasu akcji „Ratujmy maluchy”?

Nie ma sondaży, w których odpowiadano by na pytanie o sens cofnięcia reformy; we wszystkich poprzednich rodzice byli wobec niej bardzo krytyczni. Jak już mówiłem, sześciolatki to przykład populistycznej mobilizacji, z czasem wygasającej – cofanie reformy nie wzbudziło już poważniejszych reakcji.

A czy w tej sprawie możliwy jest jakiś sojusz polityczny? Skoro i samorządy, i ZNP są wyjątkowo po tej samej stronie?

Owszem, wyobrażam sobie powstanie ruchu w stylu „Ratujmy maluchy” pod hasłem „Ratujmy gimnazja”. Przecież ta reforma może budzić niepokój rodziców. Wiedzą na pewno, że zlikwidują im gimnazjum, ale cała reszta pozostaje niewiadomą – czy ta podstawówka najbliżej domu znajdzie się akurat w twoim rejonie, jak będzie wyglądał podział na nauczanie początkowe i późniejsze, jak zorganizowana będzie ta „przejściowa” czwarta klasa… Czarna legenda gimnazjów była na tyle bezrefleksyjna i nieugruntowana w doświadczeniu, że dziś rodzice mogą chcieć bronić gimnazjów. Ale to byłby ruch jednego tematu – trudno wierzyć w trwałe zbliżenie ZNP i samorządów, bo akurat ci aktorzy mają strukturalnie sprzeczne interesy.

Czy to znaczy, że obrony edukacji nie da się wynieść na polityczny sztandar? 16 września mają zostać ogłoszone jej założenia. Czy to oznacza polityczny konflikt na jesieni – z ZNP, samorządami i Dominiką Wielowieyską na wspólnej barykadzie?

To teoretycznie możliwe, ale konsekwencje budowy tej koalicji nie będą zbyt dalekosiężne. Z polskich szkół nie udało się bowiem stworzyć „dobra narodowego”. Wiedza o tym, że coraz lepiej wypadamy w testach PISA, nie jest powszechna, a już na pewno nie jest łączona z utworzeniem gimnazjów. Krótko mówiąc: Polacy nie są szczególnie dumni ze swoich szkół. Dlatego można wykorzystać nastroje związane z niepewnością i chaosem – zwłaszcza jeśli PiS w swych reformach będzie równie nieudolny jak PO. Rządzący mogą nawet stracić część poparcia, ale nie sądzę, żeby ruch obrony gimnazjów obalił rząd Prawa i Sprawiedliwości, jeśli o to pytasz.

A co na to klasa średnia? W obecnym systemie było jej chyba dobrze? Skoro udawało się tak sprytnie wykorzystywać luki w systemie… Poza tym zaczną się ingerencje w treści programowe. A nasi mieszczanie może i są straszni, ale klasy narodowo-matematyczne i apele smoleńskie w szkołach mogą w końcu uznać za przegięcie.

Klasa średnia zawsze ma furtkę w postaci wyjścia z systemu publicznego, co widać na przykładzie brytyjskim. Oczywiście, na Wyspach to trwało wiele lat, więc gdyby do takiego wyjścia nagle zmusić naszych mieszczan, zapewne pojawiłyby się jakieś protesty. Ale na dłuższą metę, tak samo jak nauczyciele, klasa średnia zacznie się do nowego systemu przystosowywać i odbudowywać swoje dawne przewagi. No bo co się zmieni, kiedy przywrócimy ośmioklasową szkołę powszechną? Nastąpi opóźnienie progu selekcji w stosunku do gimnazjów o dwa lata, przynajmniej w stosunku do realnej praktyki, w której odsiew następuje już po podstawówce.

Może więc z czasem dojść do rozwarstwienia podstawówek w dużych miastach, o wiele łatwiejszego w czasach, gdy mamy całe dzielnice będące jednym wielkim strzeżonym osiedlem, niż wówczas, gdy społeczeństwo było względnie przemieszane.

To nastąpi spontanicznie?

Powiedzmy. Podobnie jak w przypadku gimnazjów, powstaną sojusze graczy sprzyjających rodzicom z klasy średniej. Dyrektorzy szkół, nauczyciele o lepszej opinii, samorządowcy – oni wszyscy będą promować powstawanie podstawówek flagowych kosztem słabszych szkół. Ten trend jest bardzo silny, bo jak wskazują ekspertyzy Instytutu Badań Edukacyjnych, rodzice z klasy średniej o posłaniu dziecka do gimnazjum – nawet we własnej dzielnicy – mówią niemal zawsze w kategoriach świadomych wyborów. Zgodnie z tą postawą nasili się znów segregacja międzyszkolna i wewnątrzszkolna, w ramach której klasa średnia będzie rozgrywać swoje interesy. Nad ewentualnym oporem zbiorowym dominować więc będą strategie indywidualne – chyba, że PiS popełni przy tej reformie dramatyczne błędy.

***

dr Przemysław Sadurasocjolog (Instytut Socjologii UW), publicysta, członek zespołu Krytyki Politycznej.

Edukacja-Podatki-Ekologia-Przewodniki

**Dziennik Opinii nr 244/2016 (1444)

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.