Felieton

Strajk nauczycieli to wojna o cywilizację

Strajk nauczycieli to walka o jakość naszego państwa. O to, czy w ogóle uzasadni ono przed obywatelami swe istnienie na trzecią dekadę XXI wieku.

W zorganizowanym przez ZNP referendum 90 procent osób opowiedziało się za strajkiem. I bardzo dobrze. Protestujący nauczyciele walczą w sprawie słusznej moralnie, doniosłej politycznie i kluczowej cywilizacyjnie. Raz, bo dziś uczą cudze dzieci za psie pieniądze. Dwa, bo mogą tym protestem rozstrzygnąć wynik jesiennych wyborów. Trzy, bo bez dobrze finansowanej oświaty, w tym godziwie opłacanych nauczycieli, wkrótce będziemy się mogli jako wspólnota polityczna rozwiązać – i poprosić jakiś cywilizowany naród o łagodną okupację.

 

Ten tekst to coś więcej niż politgramota, że związki zawodowe mają rację, a rząd PiS (co za niespodzianka!) nie ma racji. Piszę w tonie osobistym, bo miałem do nauczycieli szczęście. W koszalińskiej podstawówce i liceum trafiałem na ludzi, którzy wiedzieli, o czym uczą, opowiadali mi świat tak, bym chciał w nim żyć i z grubsza wiedział po co, motywowali do pracy wtedy, kiedy było trzeba i przymykali oczy na ekscesy tam, gdzie było można. Ja sam z kolei wiedziałem, gdzieś od piątej klasy (to chyba było wtedy, kiedy młoda anglistka zrezygnowała z pracy w szkole po pierwszych 45 minutach z naszą trzydziestodwuosobową gromadką), że jednego w życiu nie będę robił – pracował w szkole. Dlatego szanuję wszystkich, którzy się na to zdecydowali, a niektórym wprost kłaniam się czapką do ziemi.

Nauczycielu, żryj gruz (i etos)

Oczywiście, Polska szkoła ma wiele wad – XIX-wieczną strukturę, przeładowane klasy i anachroniczny sylabus, klasistowski „program ukryty” i mechanizmy segregacji pogłębiające nierówności, ochronę pracowniczą w fazie demontażu, słabe perspektywy awansu, wreszcie rażąco niskie zarobki. Podobnie jak w innych dziedzinach, relatywnie dobra „wydajność systemu” (efekty mierzalne dzielone przez nakłady) jest tu pochodną ordynarnego wyzysku siły roboczej. W ochronie zdrowia – od rezydentów, pielęgniarek, do salowych i administracji; w oświacie wyzyskiwani finansowo są w zasadzie wszyscy, od woźnej po dyrektora szkoły.

Nie możemy wszyscy być programistami [list nauczyciela]

Choć zatem „takie będą rzeczpospolite, jakie ich młodzieży chowanie”, to kolejne rzeczpospolite mają swych wychowawców gdzieś – ich średnie wynagrodzenia nigdy nie zbliżyły się nawet do poziomu średniej krajowej, a opowieści o „szczególnym powołaniu” służą politykom do zatykania roszczeniowych gąb. Postulowany przez ZNP wzrost płac o tysiąc złotych (dla tych na dole drabiny to prawie o połowę) nie rozwiąże wszystkich problemów, ale pozwoli uruchomić w tym sektorze nową dynamikę. Lepsze bodźce do pracy i kryteria selekcji do zawodu, większa estyma społeczna dla profesji, większa motywacja do samokształcenia, więcej respektu ze strony uczniów i rodziców, nauczyciel jako realnie dostępny wzorzec kariery dla ludzi ambitnych – to wszystko daje nadzieję na pozytywne sprzężenie zwrotne. To może prowadzić do sytuacji, w której wyborcy, ceniący dobrą szkołę, wymuszać będą na politykach priorytetowe traktowanie oświaty i większe na nią nakłady, żeby szkoła była jeszcze lepsza, itd.

Dlatego strajk nauczycieli to nie jest tylko (słuszne skądinąd) wołanie o kasę. To walka o cywilizacyjną stawkę i jakość naszego państwa. O to, czy w ogóle uzasadni ono przed obywatelami swe istnienie na trzecią dekadę XXI wieku. Dzięki lepiej finansowanej oświacie może to uczynić na co najmniej trzech poziomach.

Po co to wszystko?

Najbardziej oczywisty to jakość powszechnie dostępnego kształcenia. Niech sobie to ludzie nazywają i uzasadniają jak chcą: budowanie kapitału ludzkiego dla gospodarki, wychowywanie obywateli dla demokratycznej wspólnoty, wyrównywanie szans rozwojowych w społeczeństwie kapitalistycznym, kształtowanie osobowości do radzenia sobie w chaotycznym świecie… Każde z tych zadań wymaga horrendalnych kompetencji, porażka każdego z nich zabije naszą – znowu: konkurencyjność, demokrację, spójność i sprawiedliwość społeczną, zbiorowe zdrowie psychiczne… Dlatego to nie żart z tą okupacją – po prostu bez umiejętności, których większość nie będzie w stanie zdobyć poza szkołą, nie przetrwamy samodzielnie jako nowoczesna cywilizacja w środku Europy.

Druga rzecz, to gwarancja istnienia stabilnej klasy średniej sektora publicznego, dla której „szczególny charakter zawodu” jest zasłużonym powodem do dumy, a nie tylko sloganem do uciszania jej postulatów płacowych. Setki tysięcy ludzi pozostających w stabilnym i przyzwoicie opłaconym zatrudnieniu, o wyższych niż przeciętne kompetencjach kulturowych i kapitale społecznym miałyby wszelkie predyspozycje, by cywilizować debatę publiczną, animować życie obywatelskie w swych społecznościach, ale też generować wysoki popyt wewnętrzny (od warzywniaków po składy budowlane), zakładać rodziny i ratować polską demografię, której sami Ukraińcy ani wracająca z UK Polonia nie zdołają wybawić od katastrofy.

Trzecia kwestia to etos państwowy – jeśli kiedykolwiek w Polsce ma powstać efektywne państwo opiekuńcze, potrzebuje silnej i zarazem produktywnej klasy beneficjentów. Broniącej sektora publicznego przed demontażem i wojną podjazdową różnych grup interesu, uzasadniającej swą jakością daniny publiczne, wykonującej pracę, bez której odtwarzanie i rozwój społeczeństwa są po prostu niemożliwe. Dobrze opłacani nauczyciele mają wszelkie szanse zostać klasą „ludzi niezbędnych”, którzy mając różne poglądy na rolę Kościoła w życiu publicznym, politykę historyczną czy sprawy zagraniczne, będą jednak bronić dobra wspólnego, jakim jest państwo przyjazne, efektywne czy, najprościej mówiąc, niezbędne obywatelom do dobrego życia.

A dlaczego teraz?

Że „dłużej tak się nie da”, nauczyciele wiedzą i mówią od dawna – do niskich płac i „klejenia” etatów pracą w wielu szkołach doszło ostatnio wydłużenie ścieżki awansu zawodowego. Profesja się starzeje i jak tak dalej pójdzie, średnia wieku pracujących w systemie publicznym nauczycieli zbliży się do tej u pielęgniarek. Po prostu niedługo nie będzie komu uczyć, a do zawodu będą trafiali coraz słabsi plus garstka etosowych siłaczek. Pogorszy to z czasem wizerunek szkoły, a sojusze nauczycieli z rodzicami niemal uniemożliwi.

Młodzi nauczyciele słyszą: „Jeśli wam tak źle, to zmieńcie pracę”

Rząd będzie więc walczył na zmęczenie materiału i obrzydzenie przeciwnika. Nie da, bo nie ma. A nawet jakby miał, to da komu innemu – bo po bajzlu reformy Zalewskiej na sympatię środowiska nie może raczej liczyć.

Dlatego właśnie na skuteczny strajk nauczycieli nie ma i nie będzie lepszego momentu niż ten właśnie rok wyborczy.

Dziś opozycja ich wspiera i legitymizuje postulaty, bo walczy o głosy – te kilka setek tysięcy piechotą w maju ani jesienią nie chodzi. Kolejne partie przepisują postulaty ZNP jako własne obietnice. A media centrowe i liberalne liczą, że nauczycielski protest pomoże obalić dyktatora. Choćby latami nimi gardzili jako roszczeniową budżetówką, dziś zamilkną albo nauczycieli poprą – bo wierzą, że ci załatwią Kaczyńskiego, jak kiedyś zrobiły to pielęgniarki z Białego Miasteczka. Niejeden redaktor naczelny, co chętnie by te szkoły w cholerę sprywatyzował, jest dziś przyjacielem ZNP, choć za pół roku może już nie być. Nie cierpiący związkowców politycy nagle doceniają trud pedagogicznej pracy. I bardzo dobrze.

Przebiegłość, poczciwość, kretynizm, czyli skąd się biorą takie okładki

Akceptacja opozycji dla protestu i obietnice spełnienia nauczycielskich postulatów to najmocniejsze słowo, za które można ją będzie złapać. I które trudno będzie krytykować tym samym mediom, które dziś publikują wstrząsające relacje o nauczycielskiej harówce.

W razie zwycięstwa opozycji siła sprawcza protestu sprawi, że to nauczyciele będą na czele kolejki. Że dane im obietnice zostaną spełnione jako pierwsze. Że jak trzeba będzie, to i podatki się podniesie, żeby nie zarżnąć budżetu, ale pieniądze na oświatę znaleźć – i znów, bardzo dobrze, bo płace w oświacie i dobra szkoła są warte wyższych podatków. Tym bardziej, że później będzie o to coraz trudniej, także z innych niż stan samej szkoły powodów.

Nauczyciele, opowiedzmy naszą historię!

Trendy demograficzne (starzenie się społeczeństwa, a więc elektoratu) sprawią, że sprawy seniorów będą ważniejsze niż los młodzieży – paniki moralne wzbudzać będą umierający w szpitalach i pod mostami staruszkowie, a nie uczone po 40 osób w klasie dzieci. I niewiele nauczycielom pomoże fakt, że część z nich może się znaleźć wśród tych umierających – jako grupie zawodowej trudniej im będzie cokolwiek wywalczyć za dziesięć lat niż dzisiaj.

Jeśli Polska nie uzyska nowego impulsu rozwojowego – którego częścią może być tylko inaczej i lepiej kształcone w szkole społeczeństwo – za kilka-kilkanaście lat może po prostu nie być pieniędzy na żadną oświatę publiczną, bo skończą się łatwo absorbowane pieniądze z Unii, podrożeje ochrona zdrowia, a koszty spóźnionej transformacji energetycznej i nędza masy emerytów topić będą kolejne budżety.

Jak mawiał klasyk, jeśli nie nauczyciele, to kto, jeśli nie teraz – to kiedy?

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.