Kraj

Uczniowie poza zasięgiem

Wykluczenie cyfrowe dotyka setek tysięcy uczniów i nauczycieli. Władze problemu w zasadzie nie poruszają, więc, jak zawsze, wszystko w rękach samych obywateli. Ale pomoc wolontariuszy to nadal kropla w morzu potrzeb.

Syn pani Ewy ma 17 lat i mieszka na wsi niedaleko Łomży razem z dwójką rodzeństwa w wieku dziewięć i pięć lat. W domu nie ma żadnego komputera. Odkąd razem z bratem przeszli na zdalne nauczanie, dzielą między siebie telefon mamy, który ledwo działa.

W domu pani Ewy dziewięciolatek płacze, że nie przygotuje się do lekcji i znowu dostanie jedynkę w szkole. Starszy brat czasem pójdzie pouczyć się do kolegów, ale zaległości narastają. Przed pandemią było trochę łatwiej – licealista dojeżdżał do szkoły w Ostrołęce, 36 km dalej. Z braku bezpośrednich połączeń droga wydłużała się do półtorej godziny w jedną stronę. Z domu do szkoły i z powrotem jeździły po dwa busy dziennie. Pobudka o piątej rano, żeby zdążyć na lekcje o ósmej.

Gitkiewicz: W Polsce transport publiczny nie działa

W domu ucznia możliwości kupienia komputera nie ma – mama jest na zasiłku, tata, który z nimi nie mieszka, tymczasowo w areszcie śledczym. Mama szuka pomocy na internetowej grupie „Uwolnij Złomka – komputery dla potrzebujących” w czasie pandemii. Na razie bezskutecznie, ale szanse na szczęście są duże: grupa zrzesza ponad 4 tysiące użytkowników, współpracuje z fundacją Hakersi.pl, co chwila pojawiają się komentarze osób, które są gotowe oddać lub naprawić komputer czy laptopa. A potrzebujących pomocy nie brakuje.

Warszawa

Według danych Centrum Cyfrowego 25 proc. uczniów w Polsce współdzieli komputery z rodzicami i rodzeństwem. Problem z odbywaniem zdalnych lekcji dotyka więc co najmniej miliona dzieci. Około 50–70 tysięcy uczniów nie ma w domu żadnego komputera czy tabletu.

Inicjatywa „Uwolnij Złomka” zaczęła się w marcu, wraz z pierwszym lockdownem. Wtedy Jan Gorski, przedsiębiorca, postanowił, że 20 komputerów, które zalegają w jego firmie, można oddać na potrzeby nauki zdalnej. Informację wrzucił na swoim profilu na Facebooku. Z czasem chętnych pojawiło się tak wielu, że pomysł przerodził się w ogólnopolską akcję.

Cyfryzacja nie dla wszystkich

Jednym z jej organizatorów jest Tomasz Staśkiewicz:

– Komputery, które otrzymujemy od instytucji, a potem przekazujemy szkołom i fundacjom, najpierw są przez nas sprawdzane i naprawiane. Dlatego możemy zagwarantować, że są bezpieczne dla użytkowników. Na facebookowej grupie akcji działa też drugi obieg komputerów, już poza naszą kontrolą: wiele osób oferuje swój sprzęt, inni zgłaszają się po odbiór.

Z naszego wygodnego mieszkania w Warszawie nie dostrzegaliśmy, jak dużo jest wieloosobowych rodzin, które na potrzeby nauki zdalnej mają w domu tylko jednego, starego smartfona lub gdzie kilkoro dzieci bierze udział w zajęciach online w tym samym czasie, ściśniętych w niewielkim pokoju. I jak pokazała nasza akcja, takie problemy dotyczą nie tylko mieszkańców wsi, ale też dużych miast. Wiele komputerów rozdaliśmy w samej Warszawie. Z naszych szacunków wynika, że tylko na potrzeby edukacji zdalnej w Polsce brakuje 200–500 tysięcy komputerów, z czego 20 proc. powinno trafić do nauczycieli – stwierdza.

Mikulska Bryk Wykluczenie Cyfrowe
Jan Gorski. Fot. Monika Bryk
Mikulska Bryk Wykluczenie Cyfrowe
Wolontariusz przygotowuje komputery w pracowni „Uwolnij Złomka”. Fot. Monika Bryk
Mikulska Bryk Wykluczenie Cyfrowe
Fot. Monika Bryk

Kostomłoty

Pani Beata (imię zmienione) mieszka we wsi Kostomłoty w województwie dolnośląskim. Wychowuje dwójkę dzieci – uczennicę drugiej klasy liceum i szóstoklasistę. Rozmawiamy przez Facebooka, gdy zwraca uwagę, że to właśnie zasięg internetowy, a nie dostęp do sprzętu, jest dla jej rodziny największym problemem. Opowiada:

– Nie wszyscy mamy nielimitowany dostęp do internetu z powodu braku światłowodów lub łączy telefonicznych w mniejszych miejscowościach. Maksymalny limit internetu bezprzewodowego to 100 GB. Przy nauce zdalnej dwójki, trójki lub większej liczby dzieci to zaczyna być bardzo trudne. Lekcje, zadania domowe online – na ile on wystarczy? A zakup nowego pakietu internetu wiąże się z podpisaniem kolejnej umowy na 24 miesiące.

Przykład mojego syna – z powodu problemu z łączem dostał nieobecność. Nauczyciel stwierdził, że to przecież nie jego sprawa. Musiałam interweniować. Zauważyłam, że niektórzy podczas zajęć z domu zajmują się jednocześnie swoimi dziećmi. Słychać, jak ich pociechy płaczą, jak nauczyciele je karmią i jak im pomagają. Tymczasem sami uczniowie – często, choć nie zawsze – nie mają wsparcia z ich strony i są oceniani, zamiast być docenianymi. Powinniśmy zadbać o psychikę dzieci, zwłaszcza teraz, gdy brakuje im spotkań z rówieśnikami, a ciągłe straszenie covidem w mediach powoduje u nich ogromne lęki.

Kraków

Rząd zapewnia, że jest świadomy problemu wykluczenia cyfrowego i podczas pierwszej fali epidemii zobowiązał się przekazać 180 mln zł na zakup brakujących laptopów dla uczniów w całym kraju. Urząd Miasta Krakowa obliczył jednak, że taka kwota wystarczy jedynie na 24 komputery dla każdej gminy. Miasto otrzymało ostatecznie 100 tys. zł, które przekazało na kupno 100 tabletów.

Pani Emilia (imię zmienione), mieszkanka Krakowa:

– Moja bratanica mieszka w Krakowie i wychowuje się w patologicznej rodzinie. W czasie nauki zdalnej miała do dyspozycji tylko stary telefon, ale on zupełnie się nie nadawał. Podczas pierwszego lockdownu nie mogła brać udziału w lekcjach, bo nie miała dostępu do internetu. Wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale nie każdy, nawet żyjąc w mieście, dysponuje dziś sprawnym internetem. Niektórzy mają pakiety w telefonach i tyle im wystarcza. Tylko że do zajęć online to zdecydowanie za mało, zacina się, dzieci nie nadążają za nauczycielką.

Dziewczynka chodzi teraz do siódmej klasy. Przyjechała do mnie na weekend i żaliła się, że znowu zaczyna się nauka zdalna, a ona nie ma na czym się uczyć. „Jak to będzie znowu wyglądało?” – pytała mnie. Mnie samej nie stać na pomoc dla niej, więc zapytałam na grupie Widzialna Ręka (zrzeszająca na Facebooku osoby z całej Polski, które nieodpłatnie udzielają pomocy lub jej szukają – przyp. red.), czy ktoś ma może niepotrzebny komputer. Jedna kobieta zdecydowała się oddać nam laptopa, który działa bardzo sprawnie. Miałyśmy szczęście. Znam jednak mnóstwo rodzin, które nadal borykają się z tym problemem. Zwyczajnie nie stać ich na zakup laptopa, a na pomoc ze strony szkoły nie mogą liczyć.

Gdzie państwo nie może, tam posyła pracowniczkę socjalną

Cała sytuacja jest szczególnie trudna w przypadku rodzin, które są pod opieką kuratora rodzinnego, bo wstrzymano wizyty. Proszę mi wierzyć, wiem choćby z doświadczenia bratanicy, że ta instytucja niemal całkowicie przestała działać. Co po takim telefonie do rodzica? Kurator zapyta: „czy wszystko dobrze?”, a rodzic odpowie, że tak. Bo co innego ma powiedzieć?

Tylko w samym Krakowie niemal 1,5 tysiąca dzieci nie miało dostępu do komputera. Tyle przynajmniej rodzin zgłosiło się do organizatorów kolejnej akcji walczącej z wykluczeniem cyfrowym: „Dajże Kompa”. Inicjatorem jest Fundacja Poland Business Run we współpracy z UMK i krakowskimi firmami. W jej ramach właściciele komputerów i tabletów oraz całe firmy mogły przekazać swój sprzęt na rzecz uczniów. W sumie udało się zebrać ponad 400 urządzeń. Organizatorzy przyznają, że skala wykluczenia cyfrowego w kraju była dla nich zaskoczeniem.

Olivia chodzi do drugiej klasy liceum w Chojnicach, 20 km od jej domu. Fot. Monika Bryk
Uczennica mieszka z babcią w Alwernii, wsi pod Krakowem. Fot. Monika Bryk
Dzięki nauce zdalnej Olivia ma więcej czasu i lepsze oceny, ale laptopa wypożyczono jej tylko na czas pandemii. Fot. Monika Bryk

Krużlowa Wyżna

Krużlowa Wyżna to niewielka wieś w okolicach Grybowa, na południu Małopolski. Mieszka tam niecałe 1,5 tysiąca osób. Jest znana z gotyckiej rzeźby Matki Boskiej z Dzieciątkiem, nazywanej Madonną z Krużlowej.

W tamtejszej szkole podstawowej pracuje pani Elżbieta Wanatowicz, nauczycielka języka polskiego. Opowiada, jak szkoła radzi sobie z wejściem w zdalny tryb nauczania.

– Cóż, nasza kadra nie jest już taka młoda. Sami nauczyciele potrzebują wielu szkoleń i ćwiczeń praktycznych, żeby wiedzieć, jak korzystać z programów do nauki zdalnej. W zeszłym roku używaliśmy Discorda, w tym przenieśliśmy się na platformę Microsoft Teams. To dobry program, bo można widzieć się przez kamerkę. Tylko że u nas jest wiele rodzin wielodzietnych i nie wszyscy uczniowie mają dostęp do komputera. To jest największym problemem. Mamy tu rodziny sześcio-, ośmioosobowe i nawet jeśli dostają od naszej szkoły komputery, to warunki nie pozwalają na spokojną pracę. Jest jeszcze jedna trudność, czyli słaby zasięg internetowy lub jego brak.

Szkoła podstawowa w Krużlowej rozdała swoim uczniom w sumie 13 laptopów, wszystkich uczniów jest 420. Większość sprzętu zakupiono ze szkolnych funduszy, bo pomoc rządowa wystarczyła na trzy komputery. Kilka pożyczono ze szkolnej pracowni komputerowej. Żeby uzbierać dodatkowe pieniądze na laptopy dla uczniów i sprzęt do prowadzenia zajęć online, dyrekcja i nauczyciele zorganizowali zbiórkę podczas corocznego lokalnego festynu. W sumie zebrano prawie 30 tysięcy złotych.

– Budżet szkoły nie jest zbyt duży. Gmina ciągle narzeka, że musi do nas dokładać. Rządowe dotacje też nie są na tyle wysokie, żeby wystarczyło na wszystkie potrzeby. Spodziewaliśmy się ponownego zamknięcia szkół, dlatego przez wakacje apelowaliśmy do rodziców, żeby zakupili komputery dla dzieci. Na szczęście w naszej miejscowości wielu mężczyzn pracuje za granicą, dlatego przynajmniej większość rodzin może sobie na to pozwolić – dodaje pani Elżbieta.

Wrocław

– Podczas edukacji zdalnej niektórzy uczniowie po prostu zniknęli z systemu. Martwią się o nich dyrektorzy, martwią się nauczyciele, a co mówi minister edukacji? Że te dzieci niezbyt gorliwie przykładały się nawet do normalnej edukacji. Hańba! – wykrzykiwała przez megafon podczas protestu na wrocławskim rynku 18-letnia Wiktoria Korzecka.

Wiktora Korzecka podczas manifestacji, fot. Krzysztof Markowski
Wiktoria podczas manifestacji. Fot. Krzysztof Markowski

Dziewczyna jest w klasie maturalnej. Oprócz przygotowywania się do egzaminów udziela się aktywistycznie. Prowadzi fanpejdża „Posłuchajcie uczniów”, który śledzi ponad 8,5 tysiąca osób.

Wiktoria uczy się w liceum w centrum miasta. Ale jak mówi, także wśród jej kolegów i koleżanek z klasy nie brakuje osób, które mają problem z dostępem do sprzętu czy ze zbyt słabym internetem, by spokojnie móc uczestniczyć w lekcjach. Dodaje, że zdalne nauczanie odbije się na wynikach maturalnych wszystkich uczniów. To główny temat jej rozmów z rówieśnikami. Tego samego obawiają się też nauczyciele.

Pytam Wiktorię, o co walczy na protestach i manifestacjach.

– Przede wszystkim chciałabym, żeby polski system edukacji wyszedł z XIX-wiecznego postrzegania funkcji szkoły. Dziś bardzo dużym problemem jest traktowanie ocen jako wyznaczników naszej wartości. Od wszystkich wymaga się tego samego, w tym samym czasie, w tej samej formie. Szkoła nas nie indywidualizuje, bo sama też nie jest jednostką autonomiczną. Znajduje się pod ciągłą kontrolą kuratoriów, a te – ministerstwa. Gdyby placówki szkolne miały trochę więcej wolności, mogły w jakiś sposób układać program choć trochę bardziej pod swoich uczniów, to byłoby po prostu lepiej.

Ale to nie wszystko – przecież rząd wydał rozporządzenie, według którego to rzekomo rodzice mają decydować o tym, czego ich dzieci będą uczyły się w szkole. To wykluczenie nas z dostępu do edukatorów seksualnych i rzetelnej wiedzy na ten temat. Odkąd PiS przejął władzę, z każdą kolejną reformą szkolnictwa pojawiają się nowe problemy. Jestem uczennicą, więc tkwię w tym systemie i widzę od środka, ile jeszcze rzeczy należałoby zmienić.

Od gimnazjum zabieram głos w sprawach, które uważam za ważne. I z tego powodu w poprzedniej szkole doświadczałam różnych problemów ze strony nauczycieli. Miałam jednak szczęście dostać się do liceum, w którym zdanie ucznia ma znaczenie, gdzie się nas słucha. Pomyślałam, że tak powinno być w każdej szkole. I wiem, że jest wielu uczniów i wiele uczennic, którzy mają pomysł na to, co jeszcze powinno się poprawić, ale brakuje im odwagi. W naszym społeczeństwie utarł się pogląd, że „dzieci i ryby głosu nie mają”, i tak też się nas wychowuje. Dlatego wydaje nam się, że nic nie możemy zrobić. Ale widzę, że tendencja się zmienia – wystarczy spojrzeć choćby na ulice w trakcie protestów przeciwko decyzji TK. To przecież głównie młodzi ludzie.

***

Marcin Zaród to Nauczyciel Roku 2013, członek grupy Superbelfrzy i ekspert w dziedzinie dydaktyki cyfrowej. Rozmawiamy o dostępie do edukacji w Polsce w czasach koronawirusa.

Fot. Dariusz Zaród

Anna Mikulska: Przyszło nauczanie zdalne i zachowujemy się, jakby problem wykluczenia cyfrowego wśród uczniów spadł na nas z nieba. Naprawdę nie dostrzegaliśmy tego wcześniej?

Marcin Zaród: To żadne zaskoczenie, ale trzeba pamiętać, że wykluczenie cyfrowe ma wiele przyczyn i przejawia się w różny sposób. Nałożyło się tu na siebie kilka trendów. Po pierwsze, od kilku lat obserwujemy zmianę w sposobie korzystania ze sprzętów elektronicznych. Od około 2013 roku młodzi ludzie zaczęli używać smartfonów do tych samych celów, do których wcześniej używali komputerów. Okazało się, że wcale niemało uczniów ma teraz kontakt z komputerem jedynie w trakcie zajęć z informatyki. Coraz częściej nauczyciele tego przedmiotu mówią, że pod tym względem wróciliśmy do sytuacji sprzed 20 lat.

Ale to tylko jedna strona medalu…

Jasne. Z drugiej mamy problem uczniów, którzy albo nie mają dostępu do sprzętu, albo brakuje im zasięgu internetowego. Do tego istnieje jeszcze grupa uczniów całkowicie wykluczonych, którzy mieli kłopoty w domu, np. w związku z przemocą domową. Wcześniej, gdy uczeń przez kilka dni nie przychodził do szkoły, to było wiadomo, że dzieje się coś złego. Mógł wtedy liczyć na interwencję nauczyciela, wychowawcy czy psychologa szkolnego. Teraz jest to znacznie utrudnione, ale nikt po stronie MEiN czy kuratoriów nie podjął tego tematu. Dużo większym problemem wydaje się dla nich fakt, że w podręcznikach nie uwzględniono daty śmierci ostatniego żołnierza wyklętego. Nauka zdalna jest szkłem powiększającym, które uwypukla wszystkie nierówności tak w kompetencjach, jak i w dostępie do sprzętu. To nie jest byle błąd statystyczny i mimo że informacje na ten temat pojawiały się od kilku miesięcy, to rząd nie zrobił praktycznie nic, żeby zwiększyć umiejętności uczniów i nauczycieli czy przekazać odpowiednie narzędzia.

Może „nic” to przesada? Podczas jednej z październikowych konferencji premier Morawiecki podkreślał, że do tej pory rząd przeznaczył 370 milionów złotych na przestrzeń techniczną do zajęć online. Teraz na ten cel szkołom ma zostać przekazanych kolejne 300 milionów. Brzmi imponująco.

Panuje dyktat wielkich liczb, wielkich haseł, za którymi nie stoi żadna merytoryczna treść. Pamiętajmy, że diabeł tkwi w szczegółach. W jakim stopniu w tych statystykach uwzględniono choćby koszty sieci OSE (Ogólnopolska Sieć Edukacyjna, internet dostarczany do szkół – przyp. red.)? Dyrektorzy sugerują, że działa to gorzej niż internet, który mieli wcześniej od prywatnych dostawców, bo jest poblokowany i zrywa połączenia. A na to przeznaczono przecież miliony. Co do komputerów: powiedzenie, że statystycznie przeznaczyliśmy tyle a tyle milionów na sprzęt w polskich szkołach, brzmi nieźle w mediach, ale gdyby przyszło nam to rozdzielić na szkoły w Polsce, toby się okazało, że każda placówka dostałaby raptem po kilka laptopów.

To na czym się w takim razie skupili politycy?

Przede wszystkim na tym, żeby nadrobić braki w realizacji podstawy programowej. To było kryterium sukcesu, a nie to, ilu uczniów udało się utrzymać w systemie kształcenia czy w jakim stopniu zadbano o wyrównanie możliwości. A wszyscy badacze zjawiska sugerują, że luka w możliwościach, która jest związana z wykorzystaniem technologii, tzw. digital divide, powiększyła się znacznie od czasu przejścia na zdalne nauczanie.

Od października ponownie wróciliśmy do lekcji online w szkołach ponadpodstawowych i wyższych klasach podstawowych. Czy wyciągnęliśmy jakieś wnioski z poprzedniego roku szkolnego?

Wszystko zależy od tego, jak rozumiemy słowo „my”. Jeśli myślimy tu o systemie edukacji, kuratoriach, to z pewnością nie. Gdyby było inaczej, to już od końca sierpnia trwałyby intensywne kursy dla nauczycieli, skupione na metodach dydaktycznych sprzyjających edukacji zdalnej. Nic takiego nie miało miejsca. Jeśli jednak „my” oznacza działania na poziomie samorządowym, to tu sytuacja wygląda lepiej. Pojawiały się różne inicjatywy, szkolenia ze strony władz lokalnych. I rzecz jasna samych nauczycieli. Na własną rękę zaczęli korzystać z samouczków, żeby opanować obsługę platform e-learningowych i poprawić umiejętności obsługi sprzętu.

Ruszyliśmy więc do przodu w kwestii e-learningu, ale to nadal dopiero początki?

To, co na wiosnę ludzie nazywali edukacją zdalną, ja nazywałem nauczeniem w trybie awaryjnym. I miałem nadzieję, że wakacje będą wykorzystane na to, żeby z trybu awaryjnego przejść na prawdziwą edukację zdalną. Ale okazuje się, że do tego jeszcze przespaliśmy wrzesień. Co przez te kilka tygodni zrobili nauczyciele informatyki: czy skupili się na realizacji podstawy programowej i tradycyjnym uczeniu obsługi Painta albo nieśmiertelnych tabelek w Wordzie, czy na tym, żeby pokazać uczniom, jak obsługiwać platformy edukacyjne? Oczywiście niektórzy z nich, w porozumieniu z dyrektorami szkół, faktycznie o to zadbali, ale nie brakuje też tych, którzy się tym w ogóle nie zajęli.

Z czego to wynika?

Z ustawienia niewłaściwych priorytetów. Gdyby nauczyciel wiedział, że nie musi przejmować się zrealizowaniem czegoś, co jest niemożliwe, to już byłby krok w dobrym kierunku. 14 października po raz pierwszy w historii wszyscy bez wyjątku laureaci tytułu Nauczyciel Roku wystosowali wspólny apel do premiera o ograniczenie podstawy programowej i wymagań egzaminacyjnych w sytuacji edukacji zdalnej. Dzień później premier ogłosił, że możemy się spodziewać lżejszej podstawy, ale do tej pory czekamy na efekty.

Pozostaje jeszcze kwestia ocen. Centrum Cyfrowe w swoim raporcie rekomenduje, żeby na czas nauki zdalnej przestać je wystawiać. Dobry pomysł?

Zdecydowanie. Możemy przecież oceniać na wiele sposobów, a nie tylko poprzez stawianie ocen wyrażonych cyfrą. Można mówić uczniowi, w którym kierunku powinien zmierzać, jakie ma jeszcze niedostatki, co powinien nadrobić. Jeśli będziemy upierali się przy starych nawykach, to czeka nas ciągła irytacja. I działanie na niekorzyść własną i naszych uczniów.

***

Kesja chodzi do ósmej klasy, choruje na depresję i zaburzenia lękowe. Wydawało się, że przejście na zdalne nauczanie będzie dla niej korzystne – nie musiałaby widywać się z rówieśnikami w szkole. Niestety, szkoła nie zdążyła zorganizować dla niej zajęć indywidualnych, dlatego Kesja wiosną praktycznie nie uczestniczyła w lekcjach, w nowym roku zajęcia online zaczęła dopiero w listopadzie.

Kesja podczas nauki. Fot. Monika Bryk
Zdalna lekcja angielskiego. Fot. Monika Bryk
Mama pomaga Kesji w nauce. Fot. Monika Bryk
Nauka na telefonie. Fot. Monika Bryk
Leonard musi uczyć się za pomocą telefonu. Fot. Monika Bryk

Uczennica mieszka w bloku w Warszawie razem z dwójką rodzeństwa i mamą Agnieszką. Ojciec zostawił ich, gdy Leonard, dziś 14-latek, miał dwa latka. Nie interesuje się dziećmi, nie płaci alimentów. Rodzina utrzymuje się więc z jednej pensji i programu 500 plus. Agnieszka pracuje jako taksówkarka, ale przez pandemię i lockdown straciła wielu klientów. Dorosły syn Konrad cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową, ale stara się z całych sił pomagać mamie. Pracuje w prywatnej siłowni, jednak teraz, kiedy kluby sportowe są zamknięte, wypłaty przychodzą nieregularnie. Najstarsza córka Emilia wyprowadziła się z domu i założyła własną rodzinę. Kesja jest cichą i wrażliwą dziewczyną, ma wielki talent malarski. Leonard źle znosi tryb nauczania zdalnego – ciągłe siedzenie w domu go przytłacza, brakuje mu kontaktów z kolegami. Syn uwielbia gry PC, niestety Agnieszki nie stać na zakup porządnego komputera. Dzieci podczas nauki korzystają ze starego laptopa i komórki.

*
Materiał powstał dzięki wsparciu Fundacji im. Róży Luksemburg.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Anna Mikulska
Anna Mikulska
Reporterka
Reporterka, z wykształcenia antropolożka kultury. Pisze o migracjach, prawach człowieka, globalnej polityce i odpowiedzialnej turystyce. Jako reporterka pracowała m.in. na Białorusi, w Hiszpanii, na Lampedusie i w irackim Kurdystanie. Współpracuje z krakowską „Gazetą Wyborczą”, publikowała m.in. na łamach „OKO.Press”, „Onetu”, „Pisma" i „Kontynentów".
Zamknij