Czytaj dalej, Kraj

Jak powstawał „realny kapitalizm”

Transformacja pokazywała ludziom zatrudnionym w upadających firmach, że dla nowego porządku są równie nieistotni jak dla poprzedniego. W wypadku najgłębszej – z punktu widzenia nowej gospodarki – prowincji, czyli dawnych państwowych gospodarstw rolnych, można wręcz mówić o wykluczeniu głębszym niż kiedykolwiek. O nieoczywistych skutkach transformacji pisze Rafał Matyja.

Warszawa zyskała nowe symbole realnej władzy, a prowincja w pierwszym okresie nowego państwa – najczęściej nowe budynki Zakładu Ubezpieczeń Społecznych (ZUS). Instytucji, która miała się stać strażnikiem nowej społeczno­‑gospodarczej równowagi: nie tej deklarowanej, opowiadanej na konferencjach prasowych i w grubych raportach o transformacji, ale tej, którą można by nazwać „realnym kapitalizmem”, z sektorem prywatnym nieufnie traktowanym przez organy skarbowe i ubezpieczeniowe, z dziesiątkami nadużyć, tak interesu publicznego, jak i praw pracowniczych czy innych słabszych grup społecznych.

Zakład Ubezpieczeń Społecznych bardzo się w tym kapitalizmie rozwinął. Dziś zatrudnia grupę pracowników dorównującą liczebnością czynnej zawodowo ludności Tarnowa. Oczywiście wznoszenie nowych budynków było ze wszech miar uzasadnione. W jednym z raportów Najwyższej Izby Kontroli zarzucano nawet kierownictwu ZUS, że decyduje się na wynajmowanie powierzchni, mimo że taniej byłoby budować własne siedziby. W bardzo szarej przestrzeni publicznej początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku szybki rozwój infrastruktury biurowej instytucji zajmującej się emeryturami i innymi formami zabezpieczenia społecznego kłuł jednak w oczy swoją ironiczną wymową.

PiS zwolni ludzi w ZUS i NFZ. W trakcie kryzysu i drugiej fali pandemii

Ucieczka od płacenia składek ZUS to historia o istotnej treści porządków społecznych w ostatnich dekadach. Tylko część ma wymiar instytucjonalny: niedobrych rozwiązań, dziurawego prawa, słabości struktur kontrol­­nych, złych obyczajów. Ważna część jest opowieścią o stosunku Polaków do własnego państwa – ciągle nieufnym, podszytym słusznymi często obawami, poczuciem, że „biednemu i tak wiatr w oczy wieje”. I z drugiej strony absolutnym poczuciem bezkarności silnych: wmuszających swoim pracownikom śmieciowe umowy i chętnie dzielących się z nimi ryzykiem – wbrew naturze przedsiębiorczości, której przywileje miały być właśnie nagrodą za gotowość do ryzykowania.

Aby lepiej zrozumieć Trzecią Rzeczpospolitą i jej problemy, musimy zajrzeć za kulisy ustroju pracy, spojrzeć na problemy tożsamościowe przedsiębiorców i kontrolujących ich działania organów. W tej sferze narodziła się jakaś patologiczna synergia, która sprawia, że rynek pracy – zwłaszcza poza wielkimi miastami – bywa mieszanką przemocowej kultury praco­dawców z nepotyzmem, utrzymującymi się przez lata nieformalnymi powiązaniami i brakiem perspektyw dla lepiej wykształconej młodzieży.

Petelczyc: Niewiara w system emerytalny to samospełniająca się przepowiednia [rozmowa]

Ten mechanizm wypychał i wypycha młodszych i zdolniejszych do wielkich miast, a tych bardziej niecierpliwych – za granicę. Rezultatem tego po upływie kolejnych dekad będzie nie tylko wyludnianie się, ale także swoiste wyjałowienie prowincji, pozbawienie jej naturalnych elit – ludzi, którzy gotowi byliby powiązać osobiste ambicje z chęcią działania na rzecz danego ośrodka. Cała logika rozwoju społecznego i gospodarczego stawiała miasta prowincjonalne – w zasadzie wszystkie, z wyjątkiem kilku aspirujących do lokalnych metropolii – przed wyzwaniem obrony swojego stanu posiadania. Pierwszym ciosem była wynikająca z transformacji gospodarczej restrukturyzacja przemysłu.

Upadek wielu zakładów przemysłowych rodem z Polski Ludowej był skutkiem nałożenia się na siebie przynajmniej trzech procesów: po pierwsze, gwałtownego przejścia od rozliczania z wykonania planu produkcji na rozliczanie z efektywności ekonomicznej, i to w warunkach, w których reguły rynku zmieniały się w zasadzie z miesiąca na miesiąc. Po drugie, szerszego procesu, który ogarniał różne kraje Europy i wiązał się z kryzysem lub upadkiem poszczególnych gałęzi przemysłu. Zamykanie kopalń w Zagłębiu Ruhry czy kopalń i stoczni w Wielkiej Brytanii było najbardziej spektakularnym elementem procesu przekształceń w europejskiej gospodarce.

Madejska: Chciałabym, żeby Łódź kurczyła się z godnością [rozmowa]

Komunizm był swoistą zamrażarką, która przestała działać wraz z kresem jego politycznego panowania. Trzeci element był związany z brakiem zasobów – finansowych, ale może także kadrowych i intelektualnych – po stronie państwa, które pozwalałyby dobrze ocenić, które branże warto utrzymać w najtrudniejszym okresie i stworzyć warunki pomyślnej ich restrukturyzacji. Wydaje się bowiem, że nie każde ratowanie firmy było racjonalne, podobnie jak ambiwalencja wobec kłopotów niektórych sektorów.

Nie należy przy tym lekceważyć zjawisk w sferze mikro, takich jak nastawienie części dawnych elit gospodarczych na przejmowanie majątku państwowego, czyli tak zwane uwłaszczenie nomenklatury, neoliberalne przekonania części decydentów czy błędy popełniane z niewiedzy i niezrozumienia nowych reguł gry.

Można na to patrzeć z perspektywy ekonomicznej racjonalności. Można – z perspektywy gruntu pod nogami. Ten drugi sposób bardziej pasuje do intencji tej książki. Rzadko zastanawiam się nad scenariuszami alternatywnymi, staram się unikać „szukania winnych”. Zarazem jednak to, co próbuję zrozumieć, jest polityczne w głębszym niż potoczne znaczeniu. Proces zamykania wielkich zakładów przemysłowych lub redukcji ich załóg czy radykalnego ograniczania zatrudnienia miał ewidentne konsekwencje cywilizacyjne. Przekształcał – nie tylko w Polsce – rytm miasta. W wielu ośrodkach przemysłowych dyktowany przez godziny fabrycznych zmian, widoczny gołym okiem w postaci wzmożonego ruchu na ulicach, czasami także na drogach dojazdowych do miasta, na dworcach kolejowych i auto­busowych.

Upadek wielkich firm oznaczał również kres – opisanych wcześniej – zakładowych społeczności, załamanie się większości form ich „bycia razem”: od zakładowych wycieczek i wczasów, przez pierwszomajowe manifestacje lub strajki z lat osiemdziesiątych XX wieku, aż po działające jeszcze pod koniec Polski Ludowej różne formy „troski o załogę” (przychodnie, kolumny transportowe, przyfabryczne gospodarstwa rolne, kluby sportowe).

W miastach opartych na monokulturze nie tylko upadał główny pracodawca, ale także ulegała erozji cała zbudowana wokół niego infrastruktura społeczna. Najlepszym przykładem takiego kryzysu jest Wałbrzych. W latach osiemdziesiątych XX wieku, gdy górnictwo było objęte systemem specjalnych przywilejów, a za pracę w weekend można było oprócz większego wynagrodzenia uzyskać prawo zakupu dóbr trudno dostępnych, miasto mogło się wyróżniać wśród zwykłych nowych ośrodków wojewódzkich.

Co irytuje Niemców, czyli ile naprawdę zarabiają Polacy?

Bohaterowie poświęconego w części Wałbrzychowi reportażu Katarzyny Dudy Kiedyś tu było życie, teraz jest tylko bieda wspominają najgorsze lata tuż po upadku kopalń jako okres, w którym poszukujących pracy nie wpuszczano nawet na teren funkcjonujących firm, tylko odpowiadano zza bramy: „Nie ma pracy”.

Problem był poważniejszy, niż wskazywały na to oficjalne dane dotyczące liczby zwalnianych pracowników zamkniętych kopalń, upadały bowiem przedsiębiorstwa bezpośrednio z nimi powiązane. Bezrobocie sięgało nawet poziomu jednej trzeciej osób w wieku produkcyjnym. W Wałbrzychu uważano, że utrzymanie kopalń śląskich było pochodną silniejszej pozycji politycznej Górnego Śląska i Katowic. Kopalnie funkcjonujące w Zagłębiu Wałbrzyskim zamknięto mimo istnienia pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku prognoz wskazujących na długą perspektywę eksploatacji. Część bezrobotnych zajmowała się jeszcze przez lata eksploatacją nielegalnych biedaszybów, ryzykownie wydobywając węgiel na własną rękę.

Fabryka Sensów Osobistych przywraca społeczną historię FSO

W Wałbrzychu do zmian wynikających z transformacji gospodarczej doszła jeszcze utrata statusu miasta wojewódzkiego – z czym wiązało się zlikwidowanie setek etatów w administracji, służbach, sektorze publicznym i wstrzymanie dodatkowych transferów z budżetu centralnego na ich utrzymanie. Co prawda utworzono tam Państwową Wyższą Szkołę Zawodową, ale była to skromna rekompensata utraconych zasobów administracyjnych i politycznych. Wałbrzych z poziomu stu czterdziestu tysięcy mieszkańców na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX stulecia spadł do poziomu nieco powyżej stu dziesięciu tysięcy obecnie.

Oczywiście jest to przykład skrajny. Niewiele było miast aż tak zależnych od jednego sektora gospodarki. Niewiele straciło pozycję oczka w głowie systemu ekonomicznego i stało się zbędnym terenem poprzemysłowym.

Równie spektakularne były jednak dramaty niewielkich miasteczek, w których upadał mały – niewidoczny nawet w statystykach krajowych czy regionalnych – zakład, stanowiący jedyne pozarolnicze i pozabudżetowe źródło utrzymania mieszkańców. W takich miejscowościach rwały się związane z funkcjonowaniem likwidowanego przedsiębiorstwa połączenia komunikacyjne, więzi gospodarcze z podwykonawcami. Pole manewru było naprawdę nieduże. Wielu ludziom grunt po raz kolejny usunął się spod nóg.

Degradację mniejszych ośrodków miejskich pogłębiało wycofywanie się państwa z roli dostarczyciela środków transportu publicznego. Jak pisze Karol Trammer, na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku kolej przestała docierać do wielu ośrodków powiatowych, między innymi do Bytowa, Chełmna, Ostrowi Mazowieckiej, Sokołowa Podlaskiego, Śremu. W 1993 roku zrezygnowano z połączeń do wojewódzkiej wówczas Łomży.

Likwidacja połączeń to tylko najbardziej spektakularna z decyzji ówczesnych władz. Inną było sukcesywne rozrzedzanie rozkładu jazdy, rezygnowanie z kursów, które umożliwiały dojazdy do pracy czy szkoły, przybierające niekiedy charakter „wygaszania popytu”, czyli układania rozkładu wbrew potrzebom podróżnych, a następnie likwidacji nierentownego połączenia.

Dlaczego marszałek nie jeździł koleją? Rozmowa z Karolem Trammerem

Jak pisze Trammer, do największej operacji jednorazowego zamykania połączeń doszło jednak 3 kwietnia 2000 roku, a więc w okresie bezpośrednio poprzedzającym wejście Polski do Unii Europejskiej. Wtedy zlikwidowano połączenia pasażerskie na 1028 kilometrach linii kolejowych, a kolejne 678 kilometrów wykreślono z mapy kilka miesięcy później – 24 czerwca. W kierującej się całkiem innymi ideami Unii Europejskiej takie postępowanie byłoby zapewne uznane za dziwaczne, ale w epoce transformacji można było sobie pozwolić na znacznie więcej.

Aby dobrze zrozumieć nieoczywiste skutki transformacji, trzeba wreszcie wskazać na załamanie się całych rytmów miejskich w dziesiątkach mniejszych ośrodków. Rytmów, które zostały ukształtowane w powojennych realiach gospodarki komunistycznej, nastawionej na realizację planu i niepytającej o rentowność tej czy innej inwestycji.

Transformacja pokazywała ludziom zatrudnionym w upadających firmach, że dla nowego porządku są równie nieistotni jak dla poprzedniego. W wypadku najgłębszej – z punktu widzenia nowej gospodarki – prowincji, czyli dawnych państwowych gos­podarstw rolnych, można wręcz mówić o wykluczeniu głębszym niż kiedykolwiek. Bez szans na skuteczną obronę własnego gruntu pod nogami.

Śmiejesz się z Sosnowca, nie byłeś w Zawierciu [rozmowa z Magdaleną Okraską]

Jedynym nowym prawem wykluczonych i pokrzywdzonych było to, że mogli swoje niezadowolenie wyrazić w akcie wyborczym. O ile wiedzieli, jak to zrobić. Dość szybko się połapali, którzy politycy są nieakceptowani przez elitę sprawców i obrońców nowego ładu, głosowali więc raz na Stanisława Tymińskiego lub Lecha Wałęsę, innym razem na Waldemara Pawlaka lub Andrzeja Leppera. Zwykle bez żadnego odczuwalnego rezultatu.

Lokalne ekipy polityczne mogły sobie funkcjonować w cieniu tego procesu utraty zainteresowania polityką. Gdyby ktoś pytał, gdzie był wtedy podział na lewicę i prawicę, to najsensowniej można odpowiedzieć, że na poziomie lokalnym nie było go wcale. Postkomuniści byli w większości wypadków po prostu oportunistami epoki Polski Ludowej i nie mieli ochoty na jakieś „lewicowe eksperymenty” po jej upadku. Wszyscy prowadzili umiarkowanie centroprawicową politykę, której symbolami mogą być dziś wywodzący się przecież z Sojuszu Lewicy Demokratycznej prezydenci Krakowa Jacek Majchrowski czy Rzeszowa Tadeusz Ferenc. Na lewicę z prawdziwego zdarzenia przyszło Trzeciej Rzeczypospolitej czekać dość długo.

**

Fragment książki Rafała Matyi Miejski grunt. 250 lat polskiej gry z nowoczesnością wydanej w maju 2021 roku przez wydawnictwo Karakter.

W tekście pominięto przypisy autora.

**
Rafał Matyja
– politolog i publicysta, wykładowca Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Napisał m.in.: 2014–2015 a przemiany elit politycznych Trzeciej Rzeczpospolitej (2016, wspólnie z Błażejem Sajdukiem), Rywalizacja polityczna w Polsce (2013), Konserwatyzm po komunizmie (2009) i Państwo, czyli kłopot (2009).

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Rafał Matyja
Rafał Matyja
Historyk, politolog
Doktor habilitowany, profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, historyk, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Autor książek, m.in.: „Konserwatyzm po komunizmie” (2009), „Rywalizacja polityczna w Polsce” (2013), „Wyjście awaryjne” (2018), „Miejski grunt. 250 lat polskiej gry z nowoczesnością” (2021).
Zamknij