Gospodarka, Kraj

Rezygnacja z podwyższenia składek ZUS dla najbogatszych? Słuszna, ale…

bogaci sutowski

Podwyższenie składki nałożyłoby na państwo obowiązek wypłaty solidnie indeksowanych emerytur tym, którzy z akumulacją kapitału na starość i tak nie mają problemu. Czy opór wicepremiera i prezydenta przed tą decyzją to zatem sygnał, że ktoś tu wreszcie zaczął myśleć o przyszłości? Bynajmniej. Komentarz Michała Sutowskiego.

Zniesienia „limitu trzydziestokrotności” nie będzie, zapowiedział rzecznik prezydenta Dudy. Podobnie twierdzi Jarosław Gowin, lider osiemnastki posłów niezbędnej PiS do utrzymania większości. Nie zagłosuje „za” i jeszcze się przy okazji ucieszy – bo dziś może być asertywny. Zapowiadany przez PiS pomysł, by najzamożniejsi odprowadzali składkę na ZUS od pełnych dochodów (zamiast, jak dziś, tylko do poziomu trzydziestokrotności średniej krajowej, czyli 142 950 zł rocznie, a więc około 12 tys. miesięcznie brutto), utrącany jest słusznie – problem w tym, że z całkiem niewłaściwych powodów.

Najpoważniejszy argument za utrzymaniem górnego progu odprowadzania składki to odłożony w czasie koszt jego zniesienia. Spodziewany uzysk dla Funduszu Ubezpieczeń Społecznych dziś (na rok 2020 miało to być 5 mld złotych) spłacano by z nawiązką po latach, kiedy należałoby wypłacać bardzo wysokie świadczenia tym zamożnym, których dotąd obejmował „limit trzydziestokrotności”. Korzyści dziś w zamian za straty pojutrze to zresztą zmora polskiego systemu emerytalnego – nawet jeśli stratny jest czasem ZUS, a czasem emeryt. Wspólna jest jednak logika czasu – doraźne zwycięża nad długoterminowym.

Korzyści dziś w zamian za straty pojutrze to zmora polskiego systemu emerytalnego – nawet jeśli stratny jest czasem ZUS, a czasem emeryt.

W latach 80. ekipa Jaruzelskiego kupowała społeczne poparcie za prawa do wcześniejszych emerytur w przyszłości, czego koszty system poniósł już w III RP. Problem rychłego bankructwa systemu rozwiązano pod koniec lat 90., obniżając przyszłe emerytury o połowę. Dziś – gdy sytuacja FUS jest trochę lepsza – „wspomaga się” z kolei przedsiębiorców niższą składką ZUS, która skazuje ich na nędzę za lat trzydzieści. Wreszcie zniesienie limitu trzydziestokrotności nałożyłoby na państwo obowiązek wypłaty solidnie indeksowanych emerytur tym, którzy z akumulacją kapitału na starość i tak nie mają problemu. Czy zatem opór wicepremiera i prezydenta przed podwyższeniem składki dla bogatych to sygnał, że ktoś tu wreszcie zaczął myśleć o przyszłości?

Bynajmniej. Projekt upadł, bo zablokowało go lobby pracodawców do spółki z ideologami schyłkowego thatcheryzmu – okazali się na tyle wpływowi, że premier Morawiecki najpewniej porzuci marzenie o „zrównoważonym budżecie”. Wyższa składka ma według pracodawców „zabić innowacyjność” i konkurencyjność polskich firm sektora technologicznego. Tak jakby człowiek automatycznie głupiał (względnie przestawał twórczo myśleć), gdy w kieszeni zostanie mu 17 tysięcy zamiast 20 na miesiąc. Jakby wyjeżdżał podjąć pracę w innym kraju przez te 2 tysiące różnicy (przy bardzo wysokich dochodach!), a nie przez to, że traci czas na dojazdy po zakorkowanym mieście, dusi się od smogu, nie ma na osiedlu szkoły i przychodni dla dziecka, względnie dostaje na ulicy w dziób za wygląd. Jakby wreszcie najlepszym gwarantem konkurencyjności sektora IT były koszty pracy jego elity.

Gdula: Powinniśmy połączyć to, co mamy najlepszego w SLD, Wiośnie i Razem

To wszystko ekonomiczny zestaw mentalny z lat 90., wsparty przekonaniem, że jedyny polski zasób to tania praca (nawet jeśli w szklanym wieżowcu, a nie przy produkcyjnej taśmie). Skoro jednak uważam, że zniesienie limitu byłoby błędem, to co mi za różnica, z jakich powodów projekt nie doszedł do skutku? Przecież z fałszywych przesłanek można wysnuć całkiem słuszne wnioski.

Tyle że te przesłanki będą determinować politykę gospodarczą rządu w kolejnych latach. Rządu, który – niezależnie od tego, jak chwalą go piewcy solidaryzmu z lewej strony – po latach koniunktury i hojnych transferów będzie musiał zwrócić się w stronę podażową, czyli pomyśleć o silnikach rozwoju gospodarczego i o źródłach wpływów do budżetu. Przebieg i wynik sporu o limit trzydziestokrotności sugeruje, że myślał będzie raczej „po Gowinowemu”. Czyli: „dajmy ludziom zarabiać”, a z resztą sobie poradzą. Że przy okazji nie poradzą sobie usługi publiczne, to już nie rządu zmartwienie.

Jak uniknąć apokalipsy, czyli wszystko, czego nie chcecie wiedzieć o polskim zdrowiu, choć powinniście

Żeby to wszystko nie skończyło się cywilizacyjną zapaścią, Polska musi uruchomić zasoby, których dziś nie wykorzystuje, i wytworzyć kolejne. Od aktywizacji zawodowej ludzi z regionów porolniczych po osoby starsze; od inwestycji w dostępną edukację po odciążenie kobiet z pracy opiekuńczej; od polityki przemysłowej służącej przesuwaniu Polski w łańcuchach produkcji po wielki zwrot energetyczny. To wszystko będzie wymagało – poza konsensusem społecznym, o co dziś niełatwo – także ogromnych środków.

Nie da się ich zgromadzić bez większego opodatkowania osób zamożniejszych, z wysokich dochodów z pracy, ale przede wszystkim z majątku. Nie da się bez przekonania, że wynagrodzeniem za życie w Polsce i twórczą pracę ma być raczej standard życia i dostępnych powszechnie usług niż niskie podatki i składki. Mam wątpliwości, czy kolejnemu rządowi Zjednoczonej Prawicy starczy na to wszystko wyobraźni – bo to u lobby wielkiego biznesu najpilniej musi dziś szukać uznania.

Tyle mniej więcej wynika ze słusznej skądinąd decyzji o rezygnacji z podwyższenia składek ZUS dla najbogatszych.

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.