Czytaj dalej, Historia

Czy chłopom na Zachodzie było gorzej niż w Polsce?

Fot. Wikimedia Commons CC0

Nie było różnicy w wyglądzie pomiędzy panami a poddanymi. Tę różnicę trzeba więc było stworzyć, wynaleźć, ustanowić jako niedający się zakwestionować kulturowy fenomen, jako zjawisko tak oczywiste, że niepodlegające nawet debacie. Bez wyraźnej dychotomii „my” – „oni” system pracy niewolnej nie mógłby funkcjonować. Fragment książki Adama Leszczyńskiego „Ludowa historia Polski”.

Nad społeczeństwem Rzeczypospolitej szlacheckiej należy zatrzymać się na dłużej. Dziedzictwo systemu społecznego, który zbudowała, trwa w różnych postaciach w Polsce do dzisiaj – chociaż upłynęło już dobrze ponad 200 lat od jej upadku. Formalny demontaż systemu pracy przymusowej, na którym się opierała, zajął stulecie. Został on rozmontowany krok po kroku, kawałek po kawałku, w dużym stopniu rękami państw zaborczych, przy wytrwałym i konsekwentnym oporze dużej części polskiego ziemiaństwa, które wykorzystywało każdą możliwość – legalną i nielegalną – aby do tego nie dopuścić.

Lud sprzedał wolność za 500+? To bardzo stary koncept

Jeszcze w pierwszej połowie XX wieku dziedzictwo poddaństwa odgrywało kluczową rolę w polskiej polityce i życiu społecznym. Reformę rolną obiecywano chłopom w momencie zagrożenia istnienia państwa polskiego w 1920 roku oraz w czasie niemieckiej okupacji – traktując ją jako polityczną kartę przetargową, która miała skłonić chłopstwo do poparcia stronnictw składających te obietnice.

Lękiem przed przywróceniem pańszczyzny próbowano wpływać na chłopów polskich jeszcze w okresie międzywojennym. Same relacje społeczne na wsi utrzymały zresztą jeszcze w dwudziestoleciu – mimo formalnego zniesienia powinności – półfeudalny charakter.

Dziedzictwo poddaństwa może być także żywe w społeczeństwie polskim do dziś, na wiele bardziej subtelnych sposobów, zatopione i spetryfikowane w jego hierarchiach władzy i prestiżu, w uprzywilejowanej pozycji inteligencji i jej relacji z ludem. „Totem inteligencki”, jak nazwało to u progu XXI wieku dwóch socjologów, Rafał Smoczyński i Tomasz Zarycki, często bardzo przypomina herb szlachecki.

Na Zachodzie gorzej

W jakim stopniu realia życia ludu w Rzeczypospolitej XVI–XVIII stulecia odbiegały od warunków życia na Zachodzie i w krajach sąsiednich? Poddaństwo istniało przecież nie tylko w całej Europie Środkowej i w Rosji, ale także w dużej części Niemiec. Nie tylko w Rzeczypospolitej cały system społeczny nastawiony był na wyciśnięcie (ekonomiści używają tutaj niekiedy niezbyt eleganckiego słowa „ekstrakcja”) z poddanych jak największej nadwyżki.

Odpowiedzi na to pytanie próbowano udzielać wielokrotnie. Zawsze też miały one także charakter politycznej deklaracji. Sama próba ich streszczenia wymagałaby grubej książki: ograniczmy się zatem do zarysowania argumentów.

Pierwszy z nich – pojawiający się najczęściej w XIX wieku i na początku następnego – brzmiał w skrócie tak: „co prawda polski chłop cierpiał, ale na Zachodzie było gorzej”. Opierał się głównie na anegdotach, często przy tym podejrzanego pochodzenia. Oto przykład: jedną z anegdot chętnie podawanych przez polskich autorów – można ją znaleźć m.in. u publicysty i historyka Aleksandra Świętochowskiego (1849–1938), ekonomisty Józefa Supińskiego (1804–1893) oraz historyka i historiozofa Feliksa Konecznego (1862–1949) – była opowieść o tym, jakoby książęta francuscy, kiedy zziębnięci wracali z polowania, ogrzewali nogi we wnętrznościach chłopów, którym rozpruwali brzuch.

Zawsze funkcjonowało to jako przykład zachodniego wykalkulowanego feudalnego okrucieństwa – przeciwstawianego polskim biednym, ale pełnym łagodności, patriarchalnym stosunkom. Supiński pisał: „We Francji książęta burgundzcy zziębli na polowaniu grzeją nogi we wnętrznościach rozpłatanych chłopów; wsie całe idą na noc bić kijami wody, oblewające ich zamki, by skrzekotanie żab nie przerywało snu seniora”.

W każdym wypadku historia ta jest opowiedziana nieco inaczej: Świętochowski mówi o tym, że jeden z książąt, wracając z wypraw, „kazał rozpruć dwie dziewczyny, ażeby w ich wnętrzu pokrzepić swe nogi”. Koneczny zwiększa już liczbę mordowanych dla rozgrzania pana chłopów do trzech. Tymczasem była to anegdota opowiadana chętnie w czasie rewolucji francuskiej jako przykład „średniowiecznej barbarii”. Można ją znaleźć w listach hrabiego Mirabeau relacjonującego wystąpienie jednego z deputowanych z Burgundii w sierpniu 1789 roku w czasie debaty w paryskiej Konstytuancie o powinnościach feudalnych. „Przy tym przemówieniu deputowani wydali okrzyk oburzenia i grozy” – pisał Mirabeau. Przypowieść krążąca jako argument w politycznej polemice we Francji traktowana więc była przez naszych autorów jako w pełni wiarygodne świadectwo okrucieństwa systemu feudalnego na Zachodzie.

Wodiczko: Kościuszko może być nazwany radykalnym demokratą

Z tych anegdot płynęło jedno przesłanie: co prawda polskie prawo wobec poddanych było surowe, ale na Zachodzie było jeszcze bardziej okrutne; co więcej, stosunki społeczne we Francji czy w Niemczech cechowała bezwzględność, podczas gdy w Polsce – dzięki rzekomemu słowiańskiemu temperamentowi – panowie i lud żyli może niekoniecznie jak jedna wielka rodzina, ale odnosili się do siebie często z łagodnością i wyrozumiałością. Z dzisiejszej perspektywy można przyjąć, że jest w tej intuicji ziarno prawdy: na Zachodzie powinności feudalne – w tym przywiązanie chłopa do ziemi – egzekwowane były przez działającą administrację państwową, która nie istniała w Rzeczypospolitej. Siła systemu władzy państwowej mogła więc sprzyjać jej bezwzględności.

Systematyczną i rozległą próbę porównania faktycznych obciążeń podjął historyk gospodarki Jan Rutkowski u progu dwudziestolecia (1921). Wnioski były proste: im dalej na Zachód, tym instytucje poddaństwa były słabsze, a powinności feudalne niższe. Choćby w południowo-zachodnich Niemczech jeden chłop mógł mieć wielu różnych panów – kto inny miał np. zwierzchnictwo sądowe, kto inny gruntowe, przy czym różne części gospodarstwa jednego chłopa mogły należeć do różnych właścicieli. To oczywiście zwiększało swobodę manewru poddanego. Na Zachodzie chłop mógł się niemal zawsze odwołać do władzy państwowej.

Klekot: Jakub Szela podoba się miastowym

Stosunki w Niemczech były przy tym bardzo zróżnicowane – najbardziej opresyjne wobec poddanych (i przez to najbardziej zbliżone do polskich) panowały na północnym wschodzie i w Prusach Wschodnich. Im dalej na wschód, tym mniej wśród chłopów było ludności wolnej i posiadającej własne gospodarstwa.

Im dalej na zachód, tym częściej poddaństwo ograniczało się do uiszczenia panu dorocznej opłaty, a poddany mógł nawet zmieniać miejsce zamieszkania bez jego zgody. Na zachodzie Niemiec poddaństwo albo było bardzo ograniczone (na południu), albo pozostawało praktycznie nieznane (na północy). We Francji w XVIII wieku ograniczało się ono tylko do ponoszenia pewnych materialnych ciężarów.

„Wiek złoty”

Takie porównania miały mniejsze znaczenie w pierwszych dekadach PRL, kiedy polityczny dogmat nakazywał przedstawiać chłopów w Rzeczypospolitej jako uciśnione ofiary feudalnego ucisku – od czasu do czasu zrywających się w krwawym buncie przeciwko ciemięzcom. Wraz ze słabnięciem kontroli nad dyskursem naukowym dogmat ten jednak słabł, podobnie zresztą jak w ogóle zainteresowanie historią ludu.

W 1978 roku historyk Andrzej Wyczański opublikował przełomowy artykuł, w którym kwestionował większość powtarzanych przez historyków tez dotyczących fatalnego położenia chłopów w czasach „złotego wieku” Rzeczypospolitej. Wyczański pisał, że w XVI wieku dbanie o chłopów stanowiło osobisty interes szlachcica, że przywiązanie ich do ziemi było słabsze, niż wynikało z formalnych reguł prawnych, że chłopi byli też względnie zamożni, a ich dochody z gospodarstw – liczone w sile nabywczej – wzrosły trzy-, czterokrotnie (!) w ciągu XVI stulecia. Ten ostatni szacunek czyniłby Polskę Jagiellonów jednym z najszybciej rozwijających się krajów w Europie: i to nie tylko w tamtej epoce, ale też w całej znanej historii gospodarczej.

Wyczański nie dowierzał opisom brutalnego traktowania poddanych, traktując jako ważniejsze źródła np. umowy dzierżawy, z których według niego wynikało, że chłopi mogli prowadzić (przynajmniej w tym stuleciu) bardziej samodzielną działalność ekonomiczną. Wraz z ustrojową przepaścią dzielącą Rzeczpospolitą od Zachodu nie szła więc – przekonywał Wyczański – podobna przepaść w realiach życia społecznego. Społeczeństwo polskie przypominało społeczeństwa Zachodu bardziej, niż wynikało to z formalnych, prawnych reguł, którymi teoretycznie się kierowało.

Takiej rewizji poglądów sprzyjał, dodajmy, klimat intelektualny epoki schyłkowego komunizmu. Zainteresowanie świetnością Polski Jagiellonów, bliskiej Zachodowi i bogatej, która kontrastowała z ubogą codziennością PRL, podporządkowanej Moskwie.

Leszczyński: Uwięzieni w folwarku

Było to niezwykle wygodne ujęcie także dla polityki historycznej III Rzeczypospolitej po 1989 roku: istniał bowiem „wiek złoty” Rzeczypospolitej, do którego można się było odwołać, a w dodatku twierdzić, że jej świat społeczny pozostawał bliższy raczej zachodowi niż wschodowi Europy.

Orientalne okrucieństwo

Ekonomiści i historycy gospodarki, którzy kilkakrotnie próbowali oszacować zarówno PKB, jak i jego podział w dawnej Rzeczypospolitej, zazwyczaj nie podzielali tych podnoszących na duchu opinii. Według najnowszych badań – opartych na dostępnych danych z województwa krakowskiego – tereny Korony (nie mówiąc już o jeszcze biedniejszych ziemiach na wschodzie) były biedniejsze niż zachód Europy już w XV wieku, a system pracy pańszczyźnianej sprzyjał narastaniu nierówności. W XVII wieku, na dnie upadku, Rzeczpospolita była uboższa nawet od wielu krajów azjatyckich, dla których dostępne są dane. Dopiero druga połowa XVIII wieku, czyli czasy Stanisława Augusta, przyniosły wzrost gospodarczy, ale i wówczas produkt krajowy brutto na głowę mieszkańca w Rzeczypospolitej pozostawał mniejszy od połowy średniego poziomu w Europie Zachodniej.

Leszczyński: „Dobroć charakteru Polaków”

Względnie optymistyczny pogląd części polskich historyków na położenie i swobodę chłopów w Rzeczypospolitej zderza się także z relacjami z epoki, suplikami i dokumentami sądowymi (jeśli nie wierzy się publicystyce).

Podróżnych z Zachodu – niemal bez wyjątku – poruszała nie tylko nędza, którą oglądali, przemierzając tereny Korony i Litwy, ale także traktowanie chłopów jak niewolników.

Część tych obserwacji można zapewne uznać za podkoloryzowane, zwłaszcza wówczas, kiedy stanowiły element publicystki politycznej oświecenia i pisano je pod tezę. W relacjach zachodnich podróżników nasza część Europy często ulegała także orientalizacji: była ona dla nich wschodnią barbarią i być może z tego powodu chętniej dostrzegali w tym regionie nędzę, której nie zauważali we własnym domu. Niemniej jednak zgodność tych licznych opinii pozostaje poruszająca: Rzeczpospolita pozostawała w oczach Zachodu społeczeństwem, w którym szlachta panuje nad żyjącymi w nędzy niewolnikami, traktując ich z pogardą i orientalnym okrucieństwem.

„Nie-osoba”

Porównania losu poddanych we wschodniej Europie do niewolników na amerykańskich plantacjach pojawiały się w XVIII wieku i wracają także dzisiaj, nie tylko w publicystyce, ale także w literaturze naukowej.

Leder: „Psi żywot”

Warto pamiętać o kluczowych różnicach pomiędzy tymi formami zniewolenia: chłopi zazwyczaj nie byli kupowani i sprzedawani na rynku, mogli posiadać własność ruchomą i ją dziedziczyć, gospodarowali na przypisanych im kawałkach ziemi, które mogli przekazać spadkobiercom (nie zawsze i z różnymi ograniczeniami, ale jednak). Przynajmniej w teorii mieli też różne prawa, władza pańska nad ich życiem i zdrowiem była ograniczona zwyczajem i rozmaitymi starodawnymi regulacjami, które mogły nie być przestrzegane, ale jednak istniały i przynajmniej w teorii można się było na nie powołać.

Chłopska gromada była ważnym ośrodkiem autonomii wsi i mogła stawić opór właścicielowi, nie uciekając się do jawnego buntu. Chłop mógł także zawierać związek małżeński bez pytania się pana o zdanie (chociaż np. wyjście za mąż córki chłopskiej za poddanego innego właściciela wymagało już niekiedy zgody, bowiem wiązało się z opuszczeniem wsi).

Tymczasem władza właściciela nad niewolnikami na karaibskiej plantacji była absolutna, stanowili oni bowiem „rzeczy ruchome”, żyli często skoszarowani i wyzuci nawet z podstawowych form życia rodzinnego.

Mimo tych zasadniczych różnic istniały także strukturalne podobieństwa między tymi oboma systemami społecznymi. Oba były oparte na pracy niewolnej, oba funkcjonowały do drugiej połowy XIX wieku, oba przynosiły zyski właścicielom i oba utrwalały gospodarcze zacofanie – agrarną strukturę gospodarki nastawioną na produkcję na eksport (zboża na ziemiach polskich, bawełny na południu USA).

W obu wypadkach towarzyszył temu podział populacji na dwie kategorie – panów oraz poddanych czy niewolników. W USA miał on charakter rasowy, ale w Europie Wschodniej, w tym w Rosji (wliczając w to ziemie dawnej Rzeczypospolitej), różnicę pomiędzy chłopem a szlachcicem uważano za równie wrodzoną jak kolor skóry w Stanach Zjednoczonych. W obu systemach poddany (czy niewolnik) pozostawał – jak zanotował w pamiętniku z początku XIX wieku jeden z rosyjskich chłopów pańszczyźnianych – także w swoich oczach, „nie-osobą”, kimś istotnie i w fundamentalny sposób gorszym, także w wymiarze moralnym.

Bartecka: Jestem dumną wieśniaczką

Początkowe zapotrzebowanie na niewolną pracę miało czysto ekonomiczny charakter. Niewola domaga się jednak uzasadnienia: żeby go dostarczyć, trzeba stworzyć istotną różnicę pomiędzy panem a niewolnikiem. W przypadku amerykańskich kolonii na południu dzisiejszego USA – pisze w klasycznej już dziś książce Peter Kolchin – łatwo było oczywiście zniewolić ludzi o innym kolorze skóry i zwyczajach: towarzyszył temu mit biologicznej różnicy.

W przypadku rosyjskiego poddaństwa, o którym pisze Kolchin – ale jego diagnoza odnosi się także do terenów Rzeczypospolitej pod rosyjskim panowaniem od czasu rozbiorów – nie było różnicy w wyglądzie pomiędzy panami a poddanymi. Tę różnicę trzeba więc było s t w o r z y ć, wynaleźć, ustanowić jako niedający się zakwestionować kulturowy fenomen, jako zjawisko tak oczywiste, że niepodlegające nawet debacie. Bez wyraźnej dychotomii „my” – „oni” system pracy niewolnej nie mógłby funkcjonować. Podział ten ciążył nad społeczeństwem Rzeczypospolitej – a później społeczeństwem na jej dawnych terenach w czasie zaborów – przynajmniej do XX wieku, wpływając zarówno na jego politykę, jak i wewnętrzne relacje władzy.

(Nie)pamięć pańszczyzny: Bartecka / Leder / Lubomirski / Sutowski

Wyjątkową cechą polskiej organizacji społecznej było to, że obywała się w dużym stopniu bez udziału władzy państwowej. Była ona, powtórzmy, cudem społecznej samoorganizacji – służącej budowaniu instytucji wydobywającej z poddanych jak największy odsetek tego, co udało im się wyprodukować. U szczytu „złotego wieku”, około 1570 roku, oprócz pracy chłopskiej właściciel zabierał jeszcze około jednej trzeciej produkcji samych gospodarstw chłopskich, a po kryzysie XVII wieku – najprawdopodobniej jeszcze więcej. Według szacunków historyka gospodarki Mariana Kniata (1899–1944) z 1929 roku na 100 talarów dochodów netto z gospodarstwa chłopskiego w XVIII wieku szlachcic zabierał od 71 do 97 (!), przy czym im mniejsze gospodarstwo, tym obciążenia były proporcjonalnie większe.

Nic zaskakującego, że postulaty reformy budziły wśród szlachty powszechny opór.

**
Fragment książki Adama Leszczyńskiego Ludowa historia Polski, wydanej w listopadzie przez wydawnictwo W.A.B.

**
Śródtytuły pochodzą od redakcji.

Czytaj więcej o pańszczyźnie:

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Adam Leszczyński
Adam Leszczyński
Dziennikarz, historyk, reporter
Dziennikarz OKO.press, historyk i socjolog, profesor Uniwersytetu SWPS w Warszawie. Autor dwóch książek reporterskich, „Naznaczeni. Afryka i AIDS" (2003) oraz „Zbawcy mórz” (2014), dwukrotnie nominowany do Nagrody im. Beaty Pawlak za reportaże. W Wydawnictwie Krytyki Politycznej ukazały się jego książki „Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943–1980” (2013) i „Eksperymenty na biednych” (2016). W 2020 r. ukazała się jego „Ludowa historia Polski”.
Zamknij