Kraj, Michał Sutowski

PiS zwolni ludzi w ZUS i NFZ. W trakcie kryzysu i drugiej fali pandemii

Niewinny z pozoru flircik PiS-u z „tanim państwem” i elektoratem Konfederacji to kolejny cios zadany państwu polskiemu przez partię, która zapowiadała podniesienie tegoż z kolan. I to w najgorszym możliwym momencie. Komentarz Michała Sutowskiego.


Druga z rządowych tarcz antykryzysowych, ta z kwietnia, umożliwiła redukcję etatów lub zmniejszenie pensji urzędnikom na podstawie rozporządzenia Rady Ministrów – oczywiście w imię niezbędnych oszczędności budżetowych. Ale dopiero teraz dowiedzieliśmy się, że narzędzie to nie było po prostu „na wszelki wypadek”; a jeśli nawet było, to ów wypadek właśnie nastąpił.

W komunikacie z posiedzenia Rady Ministrów czytamy bowiem: „Rząd zobowiązał Szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów do uzgodnienia z właściwymi członkami Rady Ministrów rozwiązań związanych ze zmniejszeniem zatrudnienia w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów oraz urzędach obsługujących członków Rady Ministrów. Dotyczyć to będzie także m.in. urzędów obsługujących organy administracji rządowej w województwie, jednostek podległych i nadzorowanych przez Prezesa Rady Ministrów, ministra kierującego działem administracji rządowej lub wojewodę, a także np. ZUS, KRUS czy NFZ”.

Krótko mówiąc: tniemy. Czy w ramach oszczędności polecą umowni „Misiewicze”? Można mieć wątpliwości, bo zbyt bliska koszula ciału. Zresztą partyjnych nominatów w ministerstwach i urzędach można w razie czego poupychać w spółkach skarbu państwa, względnie kolejnych fundacjach, funduszach czy innych przechowalniach finansowanych ze środków publicznych.

Rząd piecze w ten sposób co najmniej trzy steki przy jednym ogniu.

Po pierwsze, stwarza konkretną ramę prawną i polityczną do czystek w ramach rekonstrukcji rządu. Można się spodziewać, że zwłaszcza w górnych eszelonach zwolnienia dotkną osoby związane z tymi frakcjami, które przegrają walkę o status w Zjednoczonej Prawicy. Na ten moment wiele – np. decyzja o eliminacji ludzi Zbigniewa Ziobry z programów publicystycznych TVP – wskazuje na to, że poszkodowana będzie Solidarna Polska. Niepewny wydaje się wbrew pozorom los ludzi Gowina, którym wyraźnie bliżej do opcji i narracji Mateusza Morawieckiego.

Po drugie, rząd znów ogrywa opozycję centrową i lewicową. Kontrowersyjnego głosowania w sprawie podwyżek dla posłów Zjednoczona Prawica nie musiała nawet przykrywać innym tematem, bo całą robotę zrobiła opozycja. Czy ktoś w ogóle jeszcze pamięta, że PiS też głosował za podwyżkami dla siebie? A Razem przeciwko nim? Niemniej to na opozycji najpierw skupiła się wściekłość wyborców, a potem zażenowanie z racji niezbornych tłumaczeń i wycofywania się rakiem. Teraz zaś rząd Morawieckiego może próbować pokazać się jako rzeczniczka racjonalności i taniego państwa. Oczywiście na tle rozpasanej i chciwej opozycji: oni chcą więcej kasy, potem kręcą, przepraszają, wycofują się niewiarygodnie. A my po prostu tniemy wydatki administracyjne. I to u siebie. Czyny, nie słowa, nieprawdaż?

Wreszcie po trzecie, prawicowy rząd wykonuje gest wobec libertariańskiej części elektoratu Konfederacji. Tego, który wciąż trwa przy micie „taniego państwa”, względnie nienawidzi „tych tam, darmozjadów, którzy chcą się tylko nachapać za nasze pieniądze”. Można to interpretować jako polityczną odpowiedź Morawieckiego na aksjologiczny (czyt. szczucie na osoby LGBT) przekaz Zbigniewa Ziobry skierowany do elektoratu partii Bosaka i spółki (choć niekoniecznie do tej samej jego części). W jakim stopniu skuteczną, oczywiście czas pokaże, niemniej logiczną.

Politykom należy się podwyżka

Tyle rząd, a Polska? Cięcia w administracji, w tym w służbie cywilnej i instytucjach w rodzaju ZUS czy NFZ, w środku pandemii to skrajna demagogia i kolejny cios zadany państwu przez partię, która zapowiadała podniesienie tegoż z kolan. Tym bardziej że do zwolnień i obniżek pensji dojdzie jeszcze zamrożenie wynagrodzeń budżetówki – i tak coraz niższych względem średniej krajowej i płac sektora prywatnego.

„Wszystkim rosło, posłom stało w miejscu”, zgodnie z prawdą, choć niezbyt fortunnie stwierdził niedawno poseł Lewicy. Ale prawda ta jeszcze bardziej niż posłów dotyczy wielu tysięcy pracownic i pracowników publicznych, od których zależy np. stan egzekwowania prawa pracy (Państwowa Inspekcja Pracy), bezpieczeństwo budowlane (inspektorzy nadzoru), nie mówiąc o obsłudze rencistów i emerytów (ZUS) i systemu ochrony zdrowia (NFZ).

NFZ ma i tak jedne z najniższych kosztów administracyjnych wśród podobnych instytucji na świecie. Pracownice (bo to sfeminizowana instytucja) od lat jadą na oparach, czyt. płacach nieraz niewiele wyższych od minimalnej. Pandemia to czas, kiedy trudnej, wymagającej kwalifikacji pracy jest w urzędach więcej, a nie mniej, bo i taka jest natura stanów nadzwyczajnych, nawet jeśli na jakiś czas urzędy bywają zamykane czy ograniczają obywatelom dostęp. W wielu przypadkach praca ta robi się zwyczajnie niebezpieczna, zwłaszcza dla osób w wieku zbliżonym do emerytalnego.

Pomysł cięć kadrowych – już widzę te algorytmy typujące do zwolnień według pracowitości i kompetencji – w momencie kryzysu to populistyczny odpowiednik cięć wydatków socjalnych w czasie dekoniunktury. Prawicowy, ale i liberalny lud polubi to, bo dzięki zgodnej i długoletniej propagandzie uważa pracowników sektora publicznego za bandę nieogarniętych debili wysysających soki z ciężko pracujących Polaków. Polubi, bo pogorszenie jakości usług publicznych uzna za potwierdzenie swych intuicji, że całe to towarzystwo trzeba rozpędzić na cztery wiatry – zamiast przyjąć, zgodnie ze stanem faktycznym, że ogromna część błędów, uciążliwości i zwykłych absurdów, z jakimi Polak w urzędzie czy innej jednostce budżetowej się styka, to wynik chronicznego niedofinansowania, braków kadrowych i spadającej atrakcyjności posad w budżetówce.

Gorsza jakość – bo mniej urzędników nie będzie lepiej obsługiwać obywateli – usług jeszcze bardziej obrzydzi obywatelom państwo; zwalnianie tych urzędników może przysporzyć punktów rządowi. A wizerunek pracownika publicznego jako roszczeniowego darmozjada tylko władzy pomoże, gdyby znów przyszło do głowy strajkować lekarzom rezydentom, ratownikom medycznym, pielęgniarkom, pracownikom socjalnym czy nauczycielkom. W połączeniu z nieco szerszą dostępnością usług prywatnych (500+!!!) poczucie związku między jakością tych publicznych i interesem ich pracowników a dobrostanem wszystkich obywateli jeszcze bardziej się rozluźni. A na koniec i tak się okaże, że winne wszystkiemu są elgiebety. Sprytny ten rząd, nieprawdaż?

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.