Kraj

Nie wszyscy jesteśmy w stanie patrolować lasy, ale możemy organizować zbiórki

Malowanie kredą na chodnikach pod budynkami Straży Granicznej, list w sprawie dzieci wywożonych do lasu, ostrzeżenia dla ludzi, którzy chcieliby przejść przez granicę białorusko-polską, tłum matek w Michałowie, wreszcie zielone znicze na cmentarzach – to wszystko wydarzenia, które odbiły się szerokim echem w mediach. Czy budujemy w ten sposób nową, oddolną opowieść o innej Polsce? Z Agatą Sikorą, kulturoznawczynią, członkinią grupy Rodziny bez granic, rozmawia Katarzyna Przyborska.

Katarzyna Przyborska: Jacy jesteśmy? Jest nam wszystko jedno, byle nam samym było ciepło i wygodnie, czy jednak dramat ludzi na granicy jakoś nas porusza?

Agata Sikora: Wydaje mi się, że wiele osób pod koniec września było w stanie ogromnej frustracji – wiedzieliśmy już, co się dzieje na granicy, ale czuliśmy się kompletnie bezradni. Opublikowanie zdjęć „dzieci z Michałowa” było ostatnią kroplą, która uruchomiła w ogromnej liczbie ludzi gwałtowną potrzebę działania, okazania swojej niezgody. Kiedy Laura Gilewska i Piotr Kubkowski zakładali na FB grupę Rodziny bez granic, napisali, że nie mogą dłużej tego wytrzymać, że muszą zrobić cokolwiek, choćby to było rysowanie kredą na chodniku przed budynkiem Straży Granicznej. Wyrazili to, co czuło wiele i wielu z nas. Cały ten protest powstał z takiego bardzo ludzkiego odruchu.

A w twoim wypadku?

Ja wtedy pisałam tekst o granicy dla Dwutygodnika, ale czułam, że oprócz stworzenia kolejnej wyrafinowanej kulturoznawczej analizy potrzebne jest działanie, publiczne wyrażenie niezgody i dotarcie do znacznie szerszego grona odbiorców.

Kurkiewicz: Zbrodnie polskiego przygranicza

czytaj także

Malowanie kredą pod budynkami Straży Granicznej odbyło się w wielu miastach, choć w nocy malunki były usuwane, a w Krakowie została nawet zarekwirowana kreda i spisane mamy malujących dzieci.

Ta forma protestu jest jednak generalnie bezpieczna i przyjazna dla rodzin z małymi dziećmi. Wszystko, co robimy, jest całkowicie w ramach prawa, możliwie niekonfrontacyjne, więc angażując się, nie ryzykujesz, przynajmniej teoretycznie, żadnych sankcji.

A dlaczego protest ma angażować całe rodziny?

Inicjatywa zrodziła się wśród ludzi z małymi dziećmi, więc chodziło o takie formy protestu, w które można się zaangażować na przykład w ramach spaceru. No i dla mnie to jest bardzo silnie symboliczne: te dzieci, które rysowały kredą na chodniku w czasie protestu, są takimi samymi dziećmi jak te, które zostały wyrzucone do lasu.

List przygotowany na tej grupie przedrukowały dzienniki, a teraz, z okazji Święta Zmarłych, na wielu cmentarzach pojawiły się znicze i kartki z napisem: „Pamięci ofiar kryzysu humanitarnego na granicy”, w Krakowie z zielonych zniczy ułożony został napis SOS − co też zostało przez media zauważone. Wyraźnie objawia się tu moc sieci. Jest zatem siła w bezsilnych?

Największym problemem w takiej sytuacji jest wiara we własną sprawczość, przekucie swojej frustracji w działanie. I czasem pojawia się taki impuls, który przełamuje poczucie izolacji, ludzie zaczynają się sieciować i nagle okazuje się, że w ciągu paru dni można przygotować ogólnopolską kampanię medialną, zaplanować protesty w wielu miastach, zorganizować zbiórki.

To zresztą znamienne, że zainicjowany przez grupę początkową pomysł malowania kredą pod siedzibą Straży Granicznej w Warszawie spotkał się np. z podobnym, zaplanowanym na dwie godziny wcześniej. Tak samo fakt, że list został odczytany podczas gali wręczania nagród „Nike”, spotkał się z pomysłem wydawców, żeby uczestnicy gali przyszli z kartkami z napisem: „Gdzie są dzieci?”. Mocą tego ruchu jest to, że zaangażowane osoby nie zwalczają się, ale łączą i wspierają.

„Gdzie są dzieci?” List Rodzin bez Granic

Grupa Rodziny bez granic na Facebooku rośnie. Po dwóch tygodniach działalności miała 8 tysięcy członków, teraz ma ich 12 tysięcy. Jest też mnóstwo innych inicjatyw, jak Matki na granicę czy Zupa na granicę. Organizacje pozarządowe zorganizowały parotysięczną manifestację w Warszawie, demonstracje odbywają się w wielu miastach. Cały czas organizowane są zbiórki. To wszystko dlatego, że zobaczyliśmy zdjęcia dzieci?

Jak już wspomniałam, tak się złożyło, że jesteśmy rodzicami małych dzieci, a zdjęcia ich niedoli to była kropla, która przelała czarę. Wizerunki dziecka uruchomiły poczucie wspólnoty z ludźmi przetrzymywanymi na granicy. Przy czym posługiwanie się figurą dziecka jest jednak według mnie bardzo ambiwalentne, bo przecież fakt, że w tych lasach umierają również trzydziestolatkowie, wcale nie jest bardziej okej.

Przez figurę dziecka chcieliśmy uruchomić wspólnotowy impuls. To był pomysł na dotarcie do tych osób, które mogą się np. bać uchodźców, oglądając rządową propagandę: żeby mogły w nich zobaczyć po prostu rodziny z dziećmi, ludzi takich jak my. I na tej płaszczyźnie można próbować budować empatyczne porozumienie.

Chodziło o to, żeby wyjść ze swojej bańki, zbudować porozumienie szersze niż własne środowisko?

Tak, to był nasz cel. Był też list protestacyjny środowisk kultury, pod którym też oczywiście się podpisuję. Tylko że taki list zawsze będzie niszowy, nie trafi na portale parentingowe, do masowego odbiorcy. Poza tym to jest środowisko, które zawsze w takich sprawach protestuje – to oczywiście bardzo dobrze, ale na władzy takie protesty dużego wrażenia nie robią. Nam udało się przebić szerzej. Teraz pracujemy, żeby wyjść jeszcze dalej.

Wy, czyli właściwie kto?

Wszyscy, którzy chcą się angażować w pomoc za pośrednictwem naszej grupy – czy to są lokalne akcje uświadamiające, kolportowanie ulotek, pisanie do proboszczów, rysowanie kredą, organizowanie zbiórek, próba dotarcia do mediów na Wschodzie z ostrzeżeniem czy zapalanie zielonych zniczy… To nie jest grupa parentingowa, ale wielka wylęgarnia pomysłów i inicjatyw, w ramach której działają dzietni i bezdzietne, matki, tatowie, babcie, single…

I tu chcę też zaznaczyć, że w tej chwili wciąż jesteśmy mgławicą, jeszcze niesformalizowaną, a ja w niej jestem jednym z elementów, który może i należy do jej trzonu, ale w tym wywiadzie wypowiada się jednak za siebie. Wszystkich nas łączy przekonanie o potrzebie udzielenia natychmiastowej pomocy ludziom uwięzionym na granicy i działaniu zgodnie z prawem, ale na wiele rzeczy patrzymy też różnie. Wypowiadam się tu więc jako Agata Sikora należąca do RBG, a nie rzeczniczka organizacji.

Tam, gdzie ich zbierają i „gonią” z powrotem

Dzięki temu sposobowi działania wspólnota staje się szersza, powstaje w poprzek przekonań i wyznań, to przełamuje konserwatywny schemat z podziałem na swoich i obcych.

O tym mówi już nazwa grupy: nie ma różnicy między nami a nimi w sensie rodzinności. I może jest to krok w stronę nowego mówienia o wspólnocie, która została jakoś zaanektowana przez konserwatystów, kiedy strona liberalna mówiła raczej o indywidualizmie.

To wszystko nieustannie przywodzi mi na myśl rozpoznanie, że istnieje cała płaszczyzna uczuciowa życia, która wciąż jest słabo zagospodarowana przez dyskurs lewicowy i feministyczny.

Co to znaczy?

Ja dorastałam we wzorcu, gdzie zgoda na wychowywanie dzieci była jakimś oddaniem pola, wpisywała mnie w konserwatywny wzorzec – czy tego chcę, czy nie chcę. Ale kiedy już się na dzieci zdecydowałam, to sama sobie zaczęłam to inaczej układać w głowie. Lata temu napisałam dla Krytyki Politycznej tekst pt. Wolność matek, ale wciąż miałam poczucie, że brak nam języka w ramach feminizmu głównego nurtu, a przecież emocje rodzinne muszą zostać nazwane i opowiedziane.

I w końcu zostały?

Tamten tekst miał być moim prywatnym rozliczeniem z tematem, ale okazało się, że odbił się jakimś echem. Kiedy miałam bardzo małe dziecko, ważnym dla mnie tekstem była Matka Feministka Agnieszki Graff. Ona pokazuje tam, że my – progresywiści, lewica, liberałowie – oddaliśmy wspólnotowość prawicy. Wciąż nie umiemy opowiedzieć rodzinności jako czegoś pozytywnego, jako czegoś, co nie jest z zasady i nie musi być opresyjne.

I właśnie z tej przyczyny walkowerem oddajemy szereg innych pól, na które weszły osoby przerażone neoliberalnym walcem, który po nich jedzie – kojarzą go z indywidualizmem i zaczynają uciekać w tę konserwatywną wizję rodziny.

Mam wrażenie, że ten język jakoś się jednak tworzy, jakoś wykuwa. Pojawiły się kobiety, które swoje rodzicielstwo i macierzyństwo nazywają już kategoriami kulturowymi i genderowymi w sposób progresywny, ale też szukając inspiracji wewnątrz, w intuicji, bliżej natury, odwołując się do doświadczeń pokoleń kobiet. I wokół tego kobiecego porozumienia budują wspólnoty, o rodzinie mówiąc już nie w aspekcie władzy, ale troski, którą mogą oferować wszystkie płcie, a jej odbiorcami mogą być wszystkie istoty. Na przykład drzewa, co widać było w akcjach Matki Polki na wyrębie. W grupie Rodziny bez granic są właśnie rodziny, nie tylko matki, ale i ojcowie, mężczyźni.

O udziale mężczyzn w wychowaniu i opiece wciąż za mało mówimy. A ja bardzo chciałabym, żeby to były tematy „ogólnoludzkie”, a nie „kobiece”.

W nagłówkach, gdy jakiemuś dziecku dzieje się krzywda, zawsze pada pytanie: „Gdzie była matka?”.

Tak, dziwnym trafem ojca nigdy nie zidentyfikowano, nawet nie zadano o niego pytania. Rodziny bez granic próbują stworzyć inny sposób pojmowania tej wartości, ale faktem jest, że zdecydowana większość zaangażowanych to jednak kobiety. Chcemy również być otwarci na tych, którzy funkcjonują w tym konserwatywnym wzorcu, bo jak mówiłam, rodzicielstwo i troska o dzieci mogą stać się tym wspólnym mianownikiem, na którym da się wypracować jakiś konsensus…

Wolność matek

A jak się ma troska do wspólnotowości i tożsamości?

Mieszkam w Londynie w bardzo międzykulturowym środowisku. Z mojego punktu widzenia ten dyskurs, że „moje dzieci są jak twoje”, był aż dziwny. Bo te dzieci wywiezione do lasu mają imiona podobne do imion dzieci, które chodzą z moimi do szkoły. To są moi sąsiedzi, to jest właśnie moja wspólnota, to z tym wielokulturowym tyglem identyfikuję się jako migrantka w Londynie. W szkole mojego dziecka dla 60 procent uczniów angielski jest drugim językiem, i to nie jest tak, że jest jakaś jedna mniejszość, tylko jesteśmy tu naprawdę bardzo wymieszani. Dla mnie zatem wspólnota to nie jest już wspólnota narodowa…

Tylko?

Tylko właśnie bardziej sąsiedzka, wspólnota ludzi, którzy mówią do siebie dzień dobry i przypominają, że się zostawiło otwarte okno w samochodzie, albo odbierają z przedszkola dzieci sąsiadów razem ze swoimi. Wydaje mi się, że wspólnota jest organizowana przez wspólne działanie, przez wspólne operowanie w danej przestrzeni, według jakichś reguł.

Kiedy dorasta się w monoetnicznej Polsce, może się wydawać, że te reguły są gwarantowane wyłącznie przez państwo, etniczność, religię czy narodowość, ale tak nie jest. Reguły te mogą być fundowane również na czymś zupełnie innym.

Do kogo należy rodzina i dlaczego do prawicy?

Na czym na przykład?

W Wielkiej Brytanii bardzo się podkreśla kategorię Britishness − brytyjskość, a nie Englishness, bo Britishness obejmuje wszystkich, którzy zostają obywatelami Wielkiej Brytanii, ale którzy nie musieli się tutaj urodzić czy tutaj mieć rodzinnych grobów. Za tym obywatelstwem idzie coś takiego jak British values, czyli wartości, które obejmują przestrzeganie prawa, tolerancję, szacunek dla innych.

Mam więc poczucie, że na co dzień widzę jakiś ideał tego, jak powinny przebiegać wzajemne relacje. Ale mieszkam też w jednym z najbardziej wieloetnicznych miejsc Wielkiej Brytanii i akurat tu mamy jeden z najwyższych wskaźników awansu społecznego mniejszości, choć w całej Wielkiej Brytanii ten awans jest generalnie dosyć ograniczony.

W Polsce to możliwe?

Bardziej na poziomie fantazji, bo na pewno nie do wprowadzenia za tych rządów. Myślę jednak, że biorąc pod uwagę kryzys demograficzny w Polsce i kryzys klimatyczny, który będzie się wiązał z masowymi migracjami, naszym długofalowym celem musi być zmiana tych wyobrażeń. Polska ma przed sobą olbrzymią szansę, bo może uczyć się na błędach krajów europejskich, które źle zarządzały migracją.

W jakim sensie?

Chodzi o te, które przyjęły bardzo wielu migrantów z równoczesną nadzieją, że oni sobie kiedyś pojadą – tak jak w przypadku tzw. gastarbeiterów w Niemczech. Przybysze zostali zamknięci w nieformalnych gettach, a młodzi ludzie dorastają w poczuciu, że nie są u siebie: ani w miejscu swojego urodzenia, ani w kraju swoich przodków. To się oczywiście kończy problemami, w tym radykalizmem i wysoką przestępczością. A są też dobre wzorce, gdzie integracja przebiega z powodzeniem i można brać z nich przykład. O tym, co się dzieje, możemy myśleć jak o szansie. Wystarczy skorzystać z wiedzy, która już jest.

Tubylewicz: Szpony polskiego orła

Z jednej strony mamy przepis na otwarte, przyjazne społeczeństwo, z drugiej jest inna wiedza, stara jak świat, o tym, jak ludzi dzielić, jak siać strach. Ostatnie sondaże pokazują, że to właśnie ten drugi przepis jest aplikowany, bo ponad połowa badanych nie chce w Polsce uchodźców, a wiele osób uważa, że zawracanie ich przez granicę jest w porządku.

Nikt chyba nie ma złudzeń, w co gra PiS, jakie są cele obozu władzy, chociaż skala dokonanych i wypowiedzianych obrzydliwości mogła niektórych zaskoczyć. Jest dla mnie oczywiste, że należy podjąć interwencję humanitarną, ale też nie można całej sytuacji oddzielić od kontekstu politycznego – faktu, że jest to jednak prowokacja autorytarnego reżimu polegająca na naruszeniu polskich granic.

Co to znaczy w praktyce?

Moim zdaniem odpowiedź na to powinna być przede wszystkim polityczna. Gdyby państwo polskie naprawdę próbowało zażegnać ten kryzys, zamiast odcinać od niego kupony na użytek wewnętrzny, podjęłoby działania dyplomatyczne, by razem z innymi krajami Unii wywrzeć presję na Łukaszenkę. Zajęłoby się pertraktacjami z krajami, z których pochodzą migranci, i przeprowadziło kampanię informacyjną w tamtejszych mediach. Czy to robi? Robią to na pewno członkinie grupy Rodziny bez granic, starają się wysyłać tłumaczone na wiele języków ostrzeżenia o tym, że podróż jest śmiertelną pułapką.

Ja bym się tu odwołała do tekstu Weroniki Grzebalskiej, socjolożki, która pokazuje, że w tym dyskursie lewicowym, który odwołuje się do moralności, musimy uwzględnić też kwestie porządku, bezpieczeństwa granic. Ważne jest, byśmy jako lewica wypracowali jakąś polityczną odpowiedź na ten kryzys.

A nie ma jej? Udzielamy humanitarnej pomocy, rozpatrujemy papiery, tych, których możemy, zostawiamy, tych, których nie − odsyłamy, ale zgodnie z prawem i poszanowaniem ich godności i dobrostanu. A jednocześnie trzeba myśleć o polityce migracyjnej… Tyle że nie ma komu tego racjonalnego programu spełnić.

Tak zwykle działa państwo PiS: jest wielki show, który ma pokazać sprawczość, a który w tym momencie polega na wyrzucaniu dzieci do lasu, w praktyce zaś polityczne działania są niepodejmowane. A jednocześnie przecież państwo ma lepsze narzędzia oddziaływania i to, co robią teraz Rodziny bez granic, mogłoby robić sprawniej.

Do pracy biorą się zwykli ludzie, pracując dorywczo, po godzinach, kosztem snu.

Ja uważam, że gdyby był to czas na komedie, to powinien powstać taki film o aktywistach, rodzicach małych dzieci. Jako osoba, która brała w tym udział od początku, jestem pod wrażeniem, że cokolwiek nam się udało, bo naprawdę urągało to wszelkim zasadom prawdopodobieństwa, zarządzania i zasad BHP. W tej chwili mamy to poczucie oddolnego wibrowania, bo ludzie mają pomysły, które realizują, i zakładają różne własne podgrupy – problem jest taki, że nie ma pojedynczej osoby, nie mówiąc już o całej grupie, która mogłaby przeznaczyć na to osiem godzin dziennie. Jest to jakiś rodzaj studium działania oddolnego, ze wszystkimi wadami i zaletami tej sytuacji.

Czyli?

Brak jasnej struktury sprawia, że iluś ludzi robi podobną rzecz, są problemy z koordynacją. Z drugiej strony, jak ktoś przychodzi z fajnym pomysłem, to zakłada podgrupę roboczą, inni tam wchodzą i zaczynają działać. Tak było z pisaniem ostrzeżeń i tłumaczeniem na różne języki. Zapytali administratorów, czy to okej, dostali zielone światło i się tym zajęli. Jednak jest to bardzo odległe od modelu efektywności, do jakiego przyzwyczaja nas poprawna, kapitalistyczna wydajność.

Postulat numer jeden to „zero śmierci na granicach”. I za to odpowiada państwo

I jest to wciąż kropla w morzu potrzeb.

Tak, zdajmy sobie sprawę z proporcji. Z drugiej strony jest mi bardzo bliskie to, co napisała Rebecca Solnit w Nadziei w mroku, że kiedy działasz, to przynajmniej w obszarze, na którym działasz, tworzysz sobie świat działający wedle wartości, które wyznajesz. A tworząc taki przyczółek, możesz do niego zaprosić i przyciągnąć innych.

Patrole SG zaglądają do samochodów, sprawdzając wygląd pasażerów, a WOT każe podróżnym mówić po polsku. Niektórzy z nas widzą w tym przebitki z Zagłady. Czy one są uprawnione?

Nie dziwię się, że Zagłada jest dziś punktem odniesienia w polskim imaginarium. Powraca Campo di Fiori. Musimy sobie jednak zdać sprawę, że to nie jest tylko sytuacja lokalna, wynikająca z nieprzepracowanej przeszłości.

Ale co to właściwie zmienia?

To podkreślanie kontekstu lokalnego służyć może ucieczce od konfrontacji z kontekstem globalnym. Konfrontacji z faktem, że w tej chwili Europa, a właściwie cały Zachód się zamyka. Nie jest przecież przypadkiem, że Unia nie interweniuje przeciw działaniom rządu. To mnie przeraża. Dla mnie w kontekście kryzysu klimatycznego problemem nie jest wyłącznie fizyczne przetrwanie moich dzieci. Istotne jest dla mnie również to, żeby żyły w świecie, gdzie istnieje w ogóle wyobrażenie o prawach człowieka. A zgody na zamknięcie się Europy w sytuacji, gdy miliony ludzi zostaną pozbawione dostępu do wody i jedzenia w konsekwencji działań bogatszych państw, w długofalowej perspektywie nie da się z nimi pogodzić.

I ten problem globalny obserwujemy teraz z bliska? Ale jak powinniśmy na to zareagować?

Tu i teraz musimy sobie odpowiedzieć, czy godzimy się na środki, które stosuje nasze państwo, czy pozostajemy wobec tego obojętni, czy godzimy się od tego odwrócić wzrok. A jeśli nie chcemy tego naturalizować, to niestety musimy skonfrontować się z faktem, że nasz rząd to niejedyny problem. To nie tak, że mamy nacjonalistyczny, a do tego irracjonalny rząd, który lubi robić konferencję ze zwierzęcą pornografią – nie, większość krajów Europy i nie tylko dąży do zamknięcia.

Zaraz po upadku Kabulu ministra spraw wewnętrznych Wielkiej Brytanii Priti Patel zapowiedziała odpychanie łodzi na kanale La Manche. To trochę jak z opowieścią o Trumpie. Wiadomo, jaką prowadził politykę wobec migrantów, ale służby Bidena też przepędzają uchodźców z Haiti.

Na marginesie – używamy w tej rozmowie słowa „uchodźcy”, a ja wolę słowo „migranci”. Bo sama jestem migrantką.

Świat się wali? Spokojnie, na tym też da się zarobić

Ja najczęściej mówię: „ludzie”. Ale rozumiem, że według ciebie należy zdjąć ze słowa „migranci” to odium czegoś niestosownego? Skojarzenia z kimś gorszym, mniej uprawnionym do przyjęcia niż uchodźca? Trzeba je będzie odzyskać, bo zostało zawłaszczone?

Tak, nie należy unikać spraw kontrowersyjnych. Właśnie o migracji trzeba rozmawiać, bo bez wypracowanego języka nie uda się zbudować właściwej polityki migracyjnej. W czasie wakacji w Polsce usłyszałam zdanie: „Przyjadą migranci, ciapaci”. Nie spodziewałam się tego, zmroziło mnie, ale odpowiedziałam: „Ja jestem migrantką, jeśli mówicie coś o migrantach, to ja jestem migrantką”.

Polska jest krajem, w którym migracja ekonomiczna jest jednym z głównych źródeł zarobku, gdzie w wielu miejscach ludzie żyją z sezonowej pracy za granicą. Możemy pisać „ludzie” i tak trzeba pisać w kontekście interwencji humanitarnej, ale nie można też oddawać walkowerem pojęć, które są częścią jakiejś politycznej sytuacji.

Nie wszyscy ludzie uwięzieni w lasach uciekają przed wojną, wielu podjęło taką decyzję, bo chcieli poprawić swoje życie – i zostali oszukani. Inni byli świadomi ryzyka, ale sytuacja, w której tkwili, była tak beznadziejna, że się go podjęli. Większość z nich nie ma szans na status uchodźcy ani w Polsce, ani innych europejskich krajach, bo ich miejsce pochodzenia jest uznawane za „bezpieczne” – nawet jeśli żaden z wydających takie decyzje urzędników nie czułby się w nim bezpiecznie.

Górczyńska z Grupy Granica: Pojechaliśmy udzielać pomocy prawnej, a musimy ratować zdrowie i życie

W perspektywie krótkoterminowej pomijanie realnego politycznego problemu, jakim jest nielegalne przekraczanie granic z inspiracji autorytarnego reżimu, oddaje tylko pole prawicy, która będzie grała na lękach. W perspektywie długoterminowej, w kontekście zmian klimatycznych musimy wypracować język, w którym migracja stanie się czymś normalnym, a nie czymś dostępnym dla tych najbardziej uprzywilejowanych – kosmopolitycznej elity – albo najbardziej prześladowanych.

Wydaje się, jakbyśmy w Rodzinach bez granic wydzierali skrawki rzeczywistości bezrozumnemu chaosowi. Czy jednak grupy w mediach społecznościowych mogą się przełożyć na wpływ polityczny?

To, że ileś ludzi, nie wiemy ile − może dziesiątki, może setki tysięcy, a może parę milionów − nie może spać w nocy, nie przekłada się na nic konstruktywnego, dopóki to nie znajduje wyrazu w przestrzeni publicznej. Nie widzę realistycznej szansy na zmianę całościowej polityki migracyjnej rządu, ale myślę, że presja społeczna może doprowadzić do tego, że zostanie dopuszczony na granicę np. Czerwony Krzyż czy Medycy na granicy. I jeśli doprowadzimy do interwencji humanitarnej, jeśli sprawimy, by ci, którzy teraz tam są, przeżyli, to już będzie sukces. A długoterminowo musimy pracować nad zmianą języka – i to właśnie naszym zaangażowaniem robimy.

Masz wrażenie, że media społecznościowe dają nam szansę na mówienie własnym głosem? Na budowanie własnej opowieści o naszej wspólnocie?

Jest różnica, kiedy złe rzeczy dzieją się przy całkowitym milczeniu społeczeństwa i kiedy ludzie są samotni w tym, co czują, a momentem, w którym okazuje się, że ludzi podobnie czujących i myślących jest więcej. Naprawdę dużo zmienia to, że jest odzew medialny, że jest publiczne powiedzenie: nie, nie zgadzamy się na to. Bardzo ważne jest, żeby mieć grupę, do której można się odnieść, nie czuć się samotnie – także gdy jest się poza progresywną bańką. A przecież Andrzej Chyra trzymający kartkę z narysowanym domkiem trafił nawet na Pudelka.

Bez czegoś takiego osoby, które mają humanitarne odruchy – ale są izolowane przez propagandę albo tłamszone przez  zdrowy rozsądek, czyli dyskurs opozycji, która długo próbowała ubrać sprawę w rozważania czysto polityczne, na gruncie tzw. realizmu – nie mają szansy za tymi odruchami pójść.

Czekamy zatem jeszcze na poważny głos w tej sprawie ze strony przywódców partii opozycyjnych. Ale oni chyba boją się drażnić tę, znaczną przecież, część społeczeństwa, która uchodźców nie chce.

Samo stworzenie, wpuszczenie takiego języka do sfery publicznej, powiedzenie głośno: „tak, to, co czujesz, jest dobre” pozwala ludziom wzmacniać te impulsy. Może on też zmienić postawę opozycji, która od iluś lat działa nie aktywnie, ale reaktywnie. No i stawia nas też w innym punkcie wyjścia, gdyby nastąpiła zmiana polityczna, bo mamy już rozpoznanie, że jest niezgoda na to, co się dzieje.

Potrzebujemy też bardzo racjonalnego oglądu sprawy i takiego ustawienia sobie celów, żeby nie popaść we frustrację i zobojętnienie.

Kardynalny błąd opozycji? Sterczewski: To brak odwagi

Ale w naszej kulturze dominują chyba raczej schematy bohaterskie, które nie zadowalają się małym sukcesem.

Tak jak w amerykańskich filmach, gdzie jeden bohater wjeżdża cały na biało i przy dźwiękach pompatycznej muzyki ratuje świat. A druga rzecz, że jesteśmy wychowywani w kulcie nonkonformizmu. Lubimy myśleć o sobie jako o nonkonformistach i nawet jak diagnozujemy różne mechanizmy społeczne, to wierzymy, że nas one nie dotyczą. Tymczasem jest to postawa niezwykle rzadka, bo społeczeństwo opiera się na konformizmie. Dlatego trzeba budować przestrzeń, w której humanitaryzm będzie czymś normalnym, a nie oznaką nonkonformizmu.

To mogłoby nam pomóc zejść z tego białego konia, dobrze określać cele i pracować raczej we wspólnocie niż jako grupa samotnych szeryfów?

Zamiast myśleć, że „ja nigdy nie zgodziłbym się, żeby komuś obok mnie działa się krzywda”, lepiej będzie, jeśli przyjmiemy, że owszem, są jakieś pola, na których się sprzeciwię, ale na jakimś innym, na wielu innych podlegać będziemy konformizmom.

Wspomniana tu już Rebecca Solnit w tekście o kategorii bohatera przywołuje działaczkę, która w imię jakiejś sprawy strzelała z łuku (!), dość spektakularnie, ale niczego tym nie zmieniła. Solnit zestawia to działanie z postawą mieszkańców miasteczka, które uparło się, że będzie protestować przeciw postawieniu tamy działali mniej spektakularnie, ale skutecznie.

Realna, skuteczna działalność jest często nieseksowna, żmudna, mało widowiskowa, bo polega np. na wysyłaniu maili, obgadywaniu spraw, telefonowaniu, administrowaniu stron…

Zaczęłyśmy rozmowę od kwestii genderowych – wygląda na to, że i ten rodzaj pracy wydaje się należeć to tych „niewidzialnych”, którymi często zajmują się kobiety. Pracy niespektakularnej, ale niezbędnej i skutecznej.

Pięknie by było, gdyby rząd powiedział: „O, Rodziny bez granic, nie wpadliśmy na to, że migranci to też są ludzie! Dobrze, welcome, dawajcie te wnioski azylowe”. To by było spektakularne zwieńczenie!

O czym skrycie marzymy…

Ale to fantazja. My jesteśmy pasem transmisyjnym. Nie wszyscy jesteśmy w stanie patrolować lasy, ale możemy organizować zbiórki, nagłaśniać inicjatywy, budować wspólnotę, próbować stworzyć inny język, jakim mówi się o migracji.

**
Agata Sikora – kulturoznawczyni, eseistka, autorka książek Wolność, równość, przemoc. Czego nie chcemy sobie powiedzieć i Szczerość. O wyłanianiu się nowoczesnego porządku komunikacyjnego. Stała współpracowniczka Dwutygodnika, mieszka w Londynie.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Katarzyna Przyborska
Katarzyna Przyborska
Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl, antropolożka kultury, studentka The Graduate School for Social Research IFiS PAN; mama. Była redaktorką w Ośrodku KARTA i w „Newsweeku Historia”. Współredaktorka książki „Salon. Niezależni w »świetlicy« Anny Erdman i Tadeusza Walendowskigo 1976-79”.
Zamknij