Kraj

Tubylewicz: Szpony polskiego orła

Ten, kto uważa, że postawienie na granicach murów w stylu tego budowanego przez Trumpa zatrzyma wędrówkę ludów, która trwa i będzie się nasilać, jest naiwny.

Zastanawiam się, czy obojętność dużej części naszego społeczeństwa na los ludzi błąkających się po lasach między Białorusią a Polską ma związek z latami edukacyjnej indoktrynacji (poza oczywistym wpływem trwającej już od lat antyuchodźczej propagandy partii rządzącej). Polska szkoła stawia pomnik wielkim romantycznym emigrantom politycznym (a dokładniej: romantycznym uchodźcom), ale pomija fakt, że mogli tworzyć i tęsknić na „paryskim bruku” czy na przykład w Szwajcarii, bo ktoś ich tam przyjął. Ktoś okazał im gościnność. Ktoś dał schronienie. Gdyby ówcześni Francuzi i Szwajcarzy przypominali dzisiejszych Polaków, Juliusz Słowacki zamarzłby w lesie długo przed napisaniem W pamiętniku Zofii Bobrówny i nie byłoby Pana Tadeusza, bo pushbacki ukróciłyby możliwości twórcze Adama Mickiewicza.

Szkoda, że ich prywatne doświadczenie nie przełożyło się na wzbudzenie w rodakach, tych wiecznych ofiarach historii, przyszłej ambicji pomagania tym, którzy jak nasi wieszcze musieli opuścić swoją ojczyznę. Zwłaszcza dziś, gdy Polska nie jest ani pod rozbiorami, ani w stanie wojny, byłoby na miejscu taki projekt zrealizować. Mamy moralny dług do spłacenia. Polacy uchodzili z kraju przez wieki i przez wieki duża część świata udzielała im pomocy.

Warto przy tym pamiętać, że wielu Polaków na przykład w latach 70. i 80. udawało, że są politycznymi uchodźcami, tylko po to, by uciec od komunistycznej biedy i szarości. Pod tym względem uchodźcy wszystkich epok są tacy sami: jedni naprawdę uciekają przed prześladowaniami, a inni przed brakiem nadziei.

Gdzie są dzieci spod Narewki?

czytaj także

Piszę o tym, bo w dyskusji na temat ludzi na polsko-białoruskiej granicy wiele osób wyraża wątpliwości dotyczące tego, jak bardzo uzasadniony jest powód, dla którego opuścili swój kraj, i jakie są ich intencje. Tymczasem intencją większości z nas jest zbudować sobie jak najlepsze życie. To dość uniwersalna rzecz.

Tak, wiem, że sytuacja na polsko-białoruskiej granicy jest wynikiem cynicznych działań Łukaszenki obliczonych na destabilizację sytuacji Litwy, Łotwy i Polski. Nie wątpię też, że Łukaszenka wywołał ten kryzys, by zaszantażować Unię Europejską. Szkopuł w tym, że w tej wojnie amunicją są ludzie, w tym dzieci. I jest to niemożliwe do przemilczenia. Niemożliwe do zaakceptowania. Horrendalne.

Konieczny: Rząd tańczy tak, jak mu zagra Łukaszenka

Ma rację Ewa Siedlecka, kiedy pisze w „Polityce”, że ochrona granic państwa w żaden sposób nie może usprawiedliwić łamania granic moralności. Trudno pogodzić się z tym, że tak wielu Polaków uważa, iż to, co dzieje się na granicy, jest wprawdzie przykre, ale jednak możliwe do usprawiedliwienia. „Bo inaczej nas zaleją”. A ofiary śmiertelne to przecież „dzieło Łukaszenki”…

Oczywiście są też Polacy dobrej woli, którzy nie zgadzają się z decyzjami władz i pomagają na miejscu, ratując ludzkie życie – choć pomoc tę skutecznie utrudnia stan wyjątkowy wprowadzony przez rządzących i postawa straży granicznej – albo próbują coś zrobić z daleka, nagłaśniając sytuację, wpłacając pieniądze na rzecz organizacji i grup zaangażowanych w pomoc blisko granicy, zbierając ubrania, śpiwory itp., które mają pomóc przeżyć w niskich temperaturach. Ich aktywność daje nadzieję, nawet wtedy, jeśli tylko wyrażają swój sprzeciw na Facebooku albo piszą kredą na chodniku „Gdzie są dzieci?”.

Górczyńska z Grupy Granica: Pojechaliśmy udzielać pomocy prawnej, a musimy ratować zdrowie i życie

Poza tym mamy jednak do czynienia ze świadomym antyhumanitaryzmem władzy i zimną obojętnością większości. Jako państwo i w dużej mierze jako społeczeństwo wyrzucamy humanitaryzm na śmietnik (razem z tak podobno dla nas ważnymi wartościami chrześcijańskimi). Odrzucamy też szansę na własny rozwój, którą daje otwartość i spotkanie z Innym. Myślę, że jako autorka Moralistów, książki, w której sporo miejsca poświęciłam kryzysowi uchodźczemu w Szwecji, mogę to napisać. Niczego nie idealizuję. Wiem, że solidarność nie jest prosta i że łączy się z wysokimi kosztami.

Moja książka opowiada o dylematach otwartości i wielokulturowości, o wyzwaniach, jakie stoją przed społeczeństwem, które przyjmuje wielu ludzi z odległych kulturowo regionów, o tym, że pomaganie w niczym nie przypomina bajki i że nie zawsze spotyka się z oczekiwaną wdzięcznością. Tylko że jest ono głęboko ludzkie i w tym tkwi jego podstawowa wartość. Pomaganie innym ma głęboki sens dla nas samych, nie tylko dla tych, którym pomagamy. W chwili pomagania nie jest ważne, czy ci, którzy pomoc otrzymują, są bez wad albo mają właściwe poglądy na przykład na temat równouprawnienia kobiet.

Jak mówi jeden z moich bohaterów, wspaniały reporter Maciej Zaremba: „Nie ma konfliktu między obroną prawa azylowego a przyjęciem do wiadomości, że część uchodźców ma archaiczny światopogląd i odstręczające obyczaje. Przyznanie azylu wynika z obowiązku niesienia pomocy, to nie nagroda za nowoczesną wizję świata. Straż pożarna także nie pyta ofiar o background, zanim rozpocznie gaszenie”.

Myślę, że jeszcze wyraźniej myśl ta wybrzmiewa w moim reportażu o Veronice, dyrektorce ośrodka dla uchodźców w zachodniej Szwecji, która stała na pierwszym froncie walki o to, by pomóc ogromnej fali przybyszów (w 2015 roku Szwecja przyjęła 163 tysiące osób). Veronica nie bała się mówić o kłopotach, o tym, że w jej ośrodku przeważali samotni mężczyźni, a testosteron to nie jest hormon pokoju i harmonii, o frustracji swojej i uchodźców, o bezsilności i o roszczeniowości, o bijatykach i o stawianiu mądrych granic. Jednocześnie ta drobna kobieta z pionową zmarszczką pomiędzy brwiami nie miała wątpliwości, że robi coś, co robić należy, i że ma to wielką wartość:

„Powiem ci, że jestem dumna z tego, jak sobie w Szwecji poradziliśmy w czasie kryzysu migracyjnego. Ludzie tacy jak ja pracowali po dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nasze telefony nieustannie dzwoniły: »Macie wolne łóżka?« […] Za każdym razem, kiedy któryś z naszych mieszkańców biegnie do mnie, żeby pokazać z dumą, że dostał brakujące cztery cyfry do szwedzkiego numeru identyfikacyjnego, czuję wielką radość. Udało się! Wytrzymaliśmy ze sobą ten rok czy nawet dłużej, nie pozabijaliśmy się nawzajem, jest dobrze. Kiedy widzę ludzi, którzy dostali szansę i chcą ją wykorzystać, czuję, że chcę podpisać umowę na kolejny rok pracy” – mówiła mi.

Tubylewicz: Nie możemy ze strachu przed tworzeniem stereotypów przymykać oczu na fundamentalizm

Z czego będą dumni Polacy po trwającym teraz kryzysie uchodźczym, który przecież rozmiarami nijak się ma do tego z roku 2015? Przypomnijmy, że do Europy trafiło wówczas aż 1,32 miliona poszukujących azylu ludzi, głównie z Syrii, ale także z Afganistanu, Iraku, Iranu i wielu innych krajów. Większość z nich Europa wchłonęła. Na początku powstał chaos, były i nadal są różne problemy (na przykład ze znalezieniem pracy), ale absolutna większość przybyszów stara się dostosować do nowych warunków i w miarę dobrze żyć. Jak my wszyscy. Strach przed tym, że ogromna fala uchodźców całkowicie Europę zmieni, był wyolbrzymiony.

Przyznaję, że będąc zwolenniczką otwartości, sama owego strachu doświadczyłam. Opowiem o tym, bo myślę, że dużo można się nauczyć o sobie i o świecie, kiedy jest się w stanie dostrzec i nazwać własne lęki i lekko histeryczne reakcje. Jak już wspomniałam, w czasie kryzysu uchodźczego 2015 roku do Szwecji trafiło bardzo wielu Afgańczyków (jest ich tu dziś jakieś 65 tysięcy). Większość z nich stanowili chłopcy i młodzi mężczyźni. Szwecja była jedynym krajem w regionie, który dając wiele specjalnych praw nieletnim uchodźcom, nie sprawdzał wieku osób za dzieci się podających, więc wśród przybyszy z Afganistanu zdarzały się częste przypadki mężczyzn udających niepełnoletnich (opowiadam o tym w Moralistach i w mojej powieści kryminalnej Bardzo zimna wiosna).

Mój syn zaczął liceum – jedno z lepszych w Sztokholmie – dokładnie w momencie, w którym w wybranych szkołach tworzono naprawdę duże klasy językowe dla afgańskich uchodźców. I to takich, którzy nie dostali jeszcze prawa stałego pobytu w Szwecji, ich procesy azylowe były dopiero w toku. Nie było dokładnie wiadomo, kim są.

Pisałam o tym wszystkim książkę, dobrze znałam temat i niepokoił mnie fakt – przyznaję się do tego uczciwie – że w liceum mojego dziecka stworzono tak dużo klas językowych. Wyobrażałam sobie, że musi to doprowadzić do problemów, że niepokojące jest, iż do liceum trafia nagle sporo dorosłych mężczyzn pochodzących z zupełnie innego świata, przyzwyczajonych do innego stylu życia, część z nich straumatyzowana, być może nieprzewidywalna. Jak każda matka gdzieś w środku bałam się o dziecko i uważałam, że jest przesadną naiwnością wyobrażanie sobie, że z tak radykalnego rozwiązania nie wynikną kłopoty.

Nic w związku z tym nie robiłam, bo rozumiałam sytuację i fakt, że nowo przybyli muszą uczyć się języka, ale przez długi czas chodziłam ze ściśniętym sercem. I wiecie co? W liceum Södra Latin nie doszło do ŻADNYCH problemów związanych ze stworzeniem kilku dużych klas językowych dla świeżo przybyłych uchodźców, z których część to rzeczywiście nie była młodzież – choć stało się to szybko, bez wielkiego przygotowania, pod wpływem konieczności wynikającej z kryzysu. Szkoła była i dalej jest świetna. Wszyscy się w niej zmieścili. Nikt nikomu nie przeszkadzał i nie przeszkadza.

Szwecja – polityka migracyjna bez tabu

Owszem, kryzys uchodźczy w Szwecji przyniósł też ze sobą problemy, debaty, dramaty i dodatkową polaryzację poglądów politycznych społeczeństwa. Mam jednak wrażenie, że problemy te mimo wszystko stanowiły margines. Szwecja już przed kryzysem była z jednej strony bardzo otwarta i wielokulturowa, a z drugiej – miała rosnącą w siłę antyimigrancką partię i część społeczeństwa niezadowoloną z utraconej homogeniczności. Pod tym względem nie zmieniło się nic. Nadal zdecydowana większość Szwedów popiera otwartość, a część jest jej przeciwna. Tak działa demokracja, ludzie i ich poglądy różnią się od siebie. A życie po prostu się toczy, bo większość ludzi chce normalnie żyć.

W Szwecji cały czas toczy się też debata na temat wielokulturowości. Część tematów, które były tabuizowane i wypierane z dyskusji, kiedy pisałam Moralistów, jest dziś otwarcie omawiana w mediach, w literaturze i filmie (polecam seriale Kalifat i Szybki cash). Otwartości na inność towarzyszy coraz częściej mądrze rozumiana asertywność: „tak, szanujemy odmienność kulturową i religijną wolność, ale jeśli ograniczają one prawa kobiet, które są dla nas ważne, to jest to problem”.

Polacy zamknięci pod coraz bardziej sztucznym, narodowym kloszem nie mają szansy takich dyskusji prowadzić, duszą się we własnym sosie i wewnętrznych idiosynkrazjach. Tymczasem ktoś, kto uważa, że na granicach da się postawić mury w stylu tego, który budował Trump, i że to zatrzyma wędrówkę ludów, która trwa i będzie się nasilać, jest naiwny.

W Europie w najbliższym czasie będzie coraz więcej uchodźców i imigrantów, przygnają ich tu zmiany klimatyczne, bieda i związane z nimi konflikty. Wygrają na tym nie te kraje, które się zamkną (kula ziemska i tak jest w jakiś sposób niezamykalna, do Niemiec dotarło już sporo uchodźców, którym udało się przekroczyć polsko-białoruską granicę), ale te, które nauczą się wykorzystywać potencjał przybyszów. A ten potrafi być ogromny. Wyrażając to słowami tegorocznego noblisty, uchodźcy z Tanzanii Abdulrazaka Gurnaha: warto na nich patrzeć jak na „utalentowanych, energicznych ludzi, którzy mają coś do zaoferowania”.

Nadaždin: Człowiek przeskoczy każdy mur

czytaj także

Polsce uchodźcy mogliby pomóc uporać się z wypieranymi, ale tkwiącymi w podświadomości historycznymi wyrzutami sumienia (a jest ich sporo, o czym wiedzą czytelnicy Krytyki Politycznej). Mogliby nam też przypomnieć, że obecna homogeniczność kraju nad Wisłą jest wynikiem koszmaru historii, a nie naturalnym stanem tego państwa. Naturalną tkanką polskiej kultury była bowiem przez wieki wielokulturowość. Nie zawsze prosta, przynosiła rzeczy dobre i konflikty, a obok tolerancji kwitły uprzedzenia, ale Polska była krajem wieloetnicznym i otwartym, czym zresztą lubi się szczycić.

Dziś przypomina mi bulgoczący kociołek strachu i egoizmu. Czy jest tak dlatego, że w polskim nauczaniu historii i literatury nigdy nie padają słowa o wdzięczności dla tych, którzy przyjmowali uchodźców z Polski? Może należałoby o tym wreszcie porozmawiać, a następnie powiedzieć sobie: my też powinniśmy i możemy pomóc innym. Choćby po to, by poczuć narodową dumę z powodu czegoś więcej niż wygrany mecz polskiej tenisistki i biały orzeł na koszulce „patrioty”. Swoją drogą zawsze mnie niepokoiły rozczapierzone szpony tego orła – są jak symbol chęci zagarnięcia wszystkiego dla siebie.

*
W niedzielę, 17 października, w Warszawie odbędzie się marsz solidarności z uchodźcami i uchodźczyniami pod hasłem Stop torturom na granicy! Start: godz. 14.00, rondo de Gaulle’a.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Katarzyna Tubylewicz
Katarzyna Tubylewicz
Pisarka, publicystka
Pisarka, kulturoznawczyni i tłumaczka literatury szwedzkiej. Autorka m.in. reportaży o współczesnej Szwecji „Samotny jak Szwed? O ludziach Północy, którzy lubią bywać sami”, „Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie”, nie-przewodnika „Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą” oraz powieści „Własne miejsca”, „Rówieśniczki”, „Ostatnia powieść Marcela” i „Bardzo zimna wiosna”. Pomysłodawczyni i współautorka antologii rozmów o czytelnictwie „Szwecja czyta. Polska czyta”. Ze szwedzkiego na polski przełożyła m.in. cztery powieści Majgull Axelsson, głośną trylogię Jonasa Gardella o AIDS w Szwecji „Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek”, nominowany do nagrody Kapuścińskiego reportaż Niklasa Orreniusa „Strzały w Kopenhadze” i „Niebo w kolorze siarki” Kjella Westö. W  latach 2006–2012 była dyrektorką Instytutu Polskiego w Sztokholmie. Od wielu lat praktykuje ashtangę jogę.
Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco