Kraj

Tam, gdzie ich zbierają i „gonią” z powrotem

Przedłużający się stan wyjątkowy i katastrofa humanitarna niszczą wszystkich: uchodźców, mieszkańców, mundurowych. Przemysław Sadura i Sylwia Urbańska po dwóch miesiącach wrócili pod wschodnią granicę. Szybko usłyszeli, że „jak to się skończy, wszyscy trafimy do psychiatryka”. Druga część reportażu badawczego „Obcy w naszym kraju”.

Wciąż je słyszy. Wycie kobiety skutej kajdankami przez strażników. Przerażone dzieci uciekły w ciemny las. Matka chciała biec za nimi, chciała je zatrzymać. Nie puścili. Wyła z rozpaczy. Czy wiemy, jak brzmi taki krzyk? Czy można to wiedzieć? Można pół nocy próbować to sobie wyobrazić. Tylko nawet jak to się uda, nie poczuje się ulgi. On już nie musi sobie wyobrażać. On nie może zapomnieć. Nie, to nie on ją zatrzymał. Jest żołnierzem. Miał tylko wezwać straż graniczną. Zadanie wykonał.

25 października 2021. Interwencja wobec ośmiu osób odnalezionych w okolicach Siemianówki na Podlasiu. Fot. Monika Bryk

„Jak to się skończy, wszyscy trafimy do psychiatryka”. To już inny wojskowy. On też ma swoją historię. W kolejnych dniach usłyszymy ich więcej, niż da się opisać. Więcej, niż da się znieść. Znowu jesteśmy na granicy. Wróciliśmy, kiedy sytuacja w naszej lokalizacji gwałtownie się zaostrzyła. Tuż przed naszym przybyciem doszło do prób siłowego przekroczenia granicy. Zasieki forsowało kilkadziesiąt osób. W dzień przyjazdu sytuacja się powtórzyła, ale grupy były dużo liczniejsze. Coraz więcej ludzi próbuje przejść, coraz więcej jest wypychanych. Więcej ludzi krzywdzi i więcej jest krzywdzonych.

Obcy w naszym kraju. Gniew, żal i strach podlaskiego pogranicza

Tym razem na badania terenowe mamy tylko cztery dni. Spędzimy je, próbując zrozumieć, co eskalacja przemocy robi z ludźmi na granicy: uchodźcami, mieszkańcami, mundurowymi. Będziemy chodzić po barach i wiejskich sklepach, zagadywać do ludzi na ulicach i policyjnych punktach kontrolnych. Będziemy rejestrować nabierający tempa proces traumatyzacji miejscowych, przybyszów oraz nas samych. Przyglądać się, dokąd zabrnęliśmy jako państwo i społeczeństwo. Zastanawiać się, dokąd jeszcze nas to zaprowadzi.

Drut żyletkowy używany przy grodzeniu polskiej granicy. Fot. Monika Bryk

Dzień 1: Psychoza

Powrót na granicę jest dla nas trudniejszy, niż zakładaliśmy. Wiemy, że powinniśmy tam być, zobaczyć i opisać to, co się dzieje, ale nieświadomie oporujemy. Jakbyśmy próbowali oszczędzić sobie konfrontacji z rzeczywistością lub przynajmniej odsunąć ją w czasie.

Wyjeżdżamy później, niż planowaliśmy. Na tyle późno, że kiedy docieramy na miejsce, jedyny w okolicy bar jest już zamknięty. Trudno. Rozmowy z mieszkańcami zaczniemy następnego dnia.

Mgła znad Bugu i ciężkie chmury zasnuwające niebo sprawiają, że mrok zdaje się gęstnieć. Jest nieprzyjemnie. Mamy ochotę gdzieś się zaszyć i doczekać dnia. Idziemy do hostelu – jedynego miejsca, w którym były wolne pokoje. Okazuje się czymś pomiędzy akademikiem a hotelem robotniczym. Pojedyncze pokoje z wykładziną o nieokreślonym kolorze i zadeptanym wzorze. Na korytarzu wspólna kuchnia z solidnym stołem. Siadamy z piwem i planujemy następny dzień.

Nagle w drzwiach staje mężczyzna.

– Ze straży? – pyta.
– Nie. Z uniwersytetu – odpowiadamy.
– Nie szkodzi, przyniosę coś mocniejszego.

Wraca z butelką wódki i kieliszkami. Dopiero wtedy orientujemy się, że jest już wstawiony. Opowiada o sobie. Przyjechał z Przemyśla, jest podporucznikiem, mieszka tu od jakiegoś czasu. Zagaduje o badania. Coraz szybciej napełnia kieliszki. Zachowuje się dziwnie. To chce się bratać, to znów robi się podejrzliwy i agresywny.

Zaczyna nas odpytywać. „To jeszcze raz. Jak się nazywacie? Skąd jesteście? Co tu robicie? Dlaczego przyjechaliście w nocy?” Spokojnie wyjaśniamy wszystko raz jeszcze, a potem znowu i znowu. „Nazwiska! Kto was przysłał? Dla kogo pracujecie?”

W pewnym momencie odkleja się zupełnie. Wydaje mu się, że jest na przesłuchaniu. Krzyczy, wyrywa nam telefony, zaczyna szarpać, ale się przewraca. Do kuchni wchodzi inny strażnik, w mundurze i z kaburą przy pasie. Czujemy się jak w thrillerze Tarantino, w jakiejś upiornej, podlaskiej wersji Od zmierzchu do świtu. Czy wszyscy tu są strażnikami?

– Na którą masz jutro zmianę? – pyta przybyły naszego rozmówcę.
– Na dziesiątą – pada odpowiedź.
– To, kurwa, gratuluję. – Odwraca się i wychodzi.

Chcemy już skończyć wieczór. Sugerujemy, że czas na sen. Jednak strażnikowi zbiera się na zwierzenia. Trwa to trochę. Po chwili szlocha i znowu robi się agresywny. Milknie. Próbujemy odprowadzić go do pokoju. Wtedy wpada w panikę. Ucieka, gubiąc buty i przewracając się. Zamyka się w pokoju. Słychać, że przestawia meble i barykaduje drzwi od środka.

Placówka Straży Granicznej w Narewce. Fot. Monika Bryk

Opowiadamy tę historię bliskiej nam psychoterapeutce. – To może być dekompensacja psychotyczna, niebezpieczne załamanie psychiczne wywołane traumatycznym wydarzeniem – stwierdza. Wspomina o czymś jeszcze. Ani jej pacjenci, ani pacjenci kolegów i koleżanek nie mówią o kryzysie na granicy. To nietypowe. Kiedy trwały czarne protesty, nagonka na osoby LGBT albo demonstracje po wyroku Trybunału Konstytucyjnego, ludzie nawiązywali do nich na terapiach. Tym razem nic, cisza. Uważa, że jest to dla nich zbyt trudne. Nie chcą o tym mówić, myśleć, nie chcą tego przeżywać. Odcinają się. Tak reagujemy na bardzo pierwotne treści, jak śmierć. Odruchowo wybieramy strategię obronną. Nawet jej znajomy, też terapeuta, przyłapał się na tym, że widząc informacje z granicy, szybciej scrollował ekran.

Brak zainteresowania dramatem uchodźców można też wyjaśniać socjologicznie. W kraju pańszczyzny i dwóch wielkich wojen życie ludzkie nigdy nie było w cenie. W międzynarodowych badaniach Fundacji Europejskich Studiów Progresywnych dotyczących postaw wobec pandemii byliśmy jedynym społeczeństwem, którego zdecydowana większość twierdziła, że za bardzo skoncentrowano się na ochronie życia i zdrowia kosztem gospodarki. Jeśli nie szanujemy życia współobywateli, dlaczego mielibyśmy się przejmować obcymi?

Postulat numer jeden to „zero śmierci na granicach”. I za to odpowiada państwo

Rano budzi nas rzyganie. Wstajemy. Cała kuchnia jest w wymiocinach. Kiwający się na boki facet z papierowym ręcznikiem w dłoni obiecuje, że zaraz posprząta. To żaden z naszych znajomych poznanych poprzedniego dnia. – Ze straży? – pytamy. Nie odpowiada. O tym, że jest policjantem, dowiemy się później, kiedy trafimy na niego na punkcie kontrolnym w pobliżu granicy.

Dzień 2: Wyczerpanie

Wracamy do osób, z którymi rozmawialiśmy na początku września, zaledwie kilka dni po wprowadzeniu stanu wyjątkowego. W odwiedzanych ponownie miejscach, domach, sklepach tym razem jest znacznie gorzej. Ciężka atmosfera, ludzie bardziej napięci, wycofani. Niektórzy mieszkańcy pokazują nam swoje już zalaminowane pozwolenia na wjazd do strefy, co wydaje się rezonować z wyraźnie odczuwalną utratą nadziei, że ten koszmar kiedyś się skończy. Przedłużający się stan wyjątkowy i katastrofa humanitarna ciągną w dół wszystkich, bez względu na stronę barykady. Uchodźców i mundurowych, a wraz z nimi mieszkańców. Jesteśmy na miejscu kilka dni, jednak widać to jak na dłoni.

Placówka Straży Granicznej w Narewce. Fot. Monika Bryk

Przy strażnicy więcej zabłoconych furgonetek, tych z ławkami do transportu ludzi. Mundurowi uwijają się jak w ukropie. Czuć zdenerwowanie. Komendant, we wrześniu jeszcze nam przychylny, teraz ucieka. Kiedy próbujemy go zatrzymać, krzyczy:

– Nie ma mowy, nie wjedziecie.
– I po co było przyjeżdżać?! – ktoś nieprzyjemnie dorzuca przez okienko dyżurki. – Te podania i tak wywalimy do kosza!

Nikt nie chce rozmawiać.

Idziemy do baru. Znajomy pracownik, który we wrześniu sam nas zagadywał, żywo i gęsto opowiadał o sytuacjach z uchodźcami, mówi, że jest coraz gorzej. Czuje się coraz bardziej przygnębiony. Przez kolejne dni naszego pobytu prawie nie będzie się odzywał. Za każdym razem posiłkom w barze, bez względu na liczbę klientów, w większości mundurowych, towarzyszyć będzie też ciężka atmosfera. I coś, co już od pierwszego wieczoru zwraca naszą uwagę. Żołnierze przestają być ostrożni. Narzekają. Głośno. Nie dbają, że ktoś ich usłyszy. Jest inaczej niż na początku września. Wydaje się, że coś pękło. Chcą być słyszani.

25 października 2021. Interwencja wobec ośmiu osób odnalezionych w okolicach Siemianówki na Podlasiu. Fot. Monika Bryk

Kilku wojskowych w mundurach siada obok nas, przy sąsiednim stole. Przyszli na obiad: pizzę z mikrofali i piwo bezalkoholowe. Znamy ich z widzenia, z poprzedniego wyjazdu. Początkowo rozmawiają tylko ze sobą, jednak na tyle głośno, że niesie się po całym lokalu. Właśnie dowiedzieli się, że cofnięte zostały wszystkie „zjazdy” na przepustki do domów. Zwrócono kilkadziesiąt podań. Żołnierze boją się, że utkną tu aż do odwołania, na pewno do stycznia. Są wkurzeni. Ostatni raz widzieli się z żonami i dziećmi prawie miesiąc temu.

– Jak to bagno się skończy, trzeba będzie iść do psychiatry – rzuca jeden z nich.
– Jest ciężko? – pytamy.
– A jak by się pani czuła? Tam są dzieci, kobiety, starsi, dzieci, nawet noworodki. Strażniczka, która przepychała przez drut dziecko na Białoruś, miała łzy w oczach – odpowiada, prawie na nas krzycząc.

Drążymy. Są w dużych emocjach, podobnie jak my. Z rozmowy dowiemy się, że w lasach jest dużo dzieci i najtrudniej jest tym, którzy mają własne; że w mediach nie pokazują nawet jednej trzeciej tego, co oni widzą. Wściekają się na straż graniczną, która chce scedować na nich „przepychanie” ludzi do Białorusi. Wojsko przyjechało tu tylko zamontować drut żyletkowy. Mieli jedynie wspierać działania straży. Jest ich jednak kilka razy więcej, więc straż próbuje zwalić całą robotę na nich.

25 października 2021. Interwencja wobec ośmiu osób odnalezionych w okolicach Siemianówki na Podlasiu. Fot. Monika Bryk

Nasi rozmówcy z początku mają wyraźny problem z nazwaniem wprost działań na granicy. Nie określają ich mianem wywózek, nie używają oficjalnego słowa „pushback”. Kiedy w pewnym momencie z naszej strony pada słowo „przepychanie”, momentalnie je podchwytują. I od razu tłumaczą się, że wojsko nie chce „przepychać”, nie chcą tego brać na siebie. Oni tylko dzwonią po straż graniczną, to straż się tym zajmuje, ale oni – wojskowi – muszą stać i na to patrzeć. Nie wszyscy wytrzymują, choć ludzie są różni, niektórym się nawet podoba. Wyjaśniają, jak wygląda wywożenie ludzi – bram nie ma, ale jak trzeba przepchnąć większą grupę, to przejście się robi. Druty rozciąga się hakami, ale czasem trzeba przeciąć. Teraz jednak staramy się, aby „ich” nie wpuścić. Dlatego są takie walki na granicy. Gdyby wiedzieli, co będą robić, nie poszliby do wojska – podsumowują.

Gdzie są dzieci spod Narewki?

czytaj także

Jak sobie z tym radzą? Czy mogą odmówić wykonania rozkazów? Zaczynają się śmiać nerwowo. Nie mogą tego zrobić. Co gorsza, nie ma żadnego wsparcia dla tych, którzy nie wytrzymują psychicznie. A wielu sobie nie radzi. Nie śpią, odreagowują. Mało, że nie dostają pomocy, to jeszcze są „zastraszani” i „dociskani” przez górę.

– Niby jest psycholog, ale jak jej się coś powie, to wszystko i tak trafia do dowódcy. Jedyny sposób, aby odpocząć, to L4.

Z innych źródeł wiemy, że liczba zwolnień lekarskich w wojsku w ostatnim czasie lawinowo wzrosła. Od rozmówców zaś, że stosują opór. Udają, że nie widzą uchodźców, przepuszczają, nie dzwonią.

– Pierdolę, ja to już nawet nie zgłaszam – mówił wkurzony żołnierz, którego spotkaliśmy w innych okolicznościach.

25 października 2021. Interwencja wobec ośmiu osób odnalezionych w okolicach Siemianówki na Podlasiu. Fot. Monika Bryk

Nie wiemy, ilu jest w stanie się wyłamać i faktycznie to robi. Czy będzie ich więcej? Od mieszkańców wsi objętych stanem wyjątkowym, do których ostatecznie udało się nam wjechać (tego samego dnia zadzwonili, że pozwolenia jednak dostaniemy), słyszymy, że ich znajomi strażnicy, często sąsiedzi, zmienili się nie do poznania. Już nie rozmawiają, nie zagadują, jak robili to kiedyś. Wpadają i wypadają, nerwowo, w biegu.

Docierają do nas też nowe, niepokojące wątki. Jeden z tutejszych grzybiarzy miał znaleźć rodzinę uchodźców w stanie hipotermii. Wezwał straż graniczną. Trafiło na znajomego naszego sprawdzonego informatora.

– Kobieta z dwójką dzieci trafiła do szpitala, a ojciec do worka.
– Nie żył? – upewniamy się.
– Tak, zmarł z wychłodzenia.

Trudno znaleźć ten przypadek wśród zgonów podanych do publicznej wiadomości. Czy to możliwe, że nie wiemy wszystkiego? Inni mówią, że strażnicy graniczni przeszukują ubrania złapanych uchodźców i konfiskują ich pieniądze.

– Podobno na skarb państwa to biorą. Wiadomo! – Jeden z rozmówców puszcza do nas oko.

Znajomi „chłopców ze straży” opowiadają o zwiniętych w rulony banknotach, o napakowanych nimi rękawach kurtek uchodźców.

– Takie grube rolki im konfiskują! O, takie! – Pokazuje nam rozemocjonowany pracownik Lasów Państwowych.

25 października 2021. Interwencja wobec ośmiu osób odnalezionych w okolicach Siemianówki na Podlasiu. Fot. Monika Bryk

Pieniądze ściągają tu ludzi węszących zarobek. Słuchamy o mieszkance pobliskiego miasta, która podobno zabrała z lasu kilku uchodźców i za tysiąc złotych od głowy obiecała transport do granicy niemieckiej. Obietnicę złamała kilkadziesiąt kilometrów dalej, gdzie wysadziła ich z samochodu, mówiąc, że do Niemiec już blisko.

– Okazja czyni złodzieja i tego będzie tu więcej – przyznaje nam jedna z rozmówczyń.

Opowiada o gigantycznym handlu, który rozwinął się w Białorusi. Ma tam kuzynkę. Z dnia na dzień ceny drabin i nożyc do cięcia drutu poszybowały w górę. Uchodźcy mogą kupić te pierwsze za sto euro, a nożyce już za pięćdziesiąt, choć wcześniej kosztowały grosze.

Cały dzień rozmawiamy z wkurzonymi mundurowymi, słuchamy zaniepokojonych mieszkanek i mieszkańców. Równolegle jednak wszyscy opowiadają o uchodźcach, są naprawdę przejęci. Jest inaczej niż we wrześniu. Teraz wszyscy wiedzą o wywózkach, choć zawsze potrzebujemy dłuższej chwili, żeby dokopać się do tego tematu w rozmowach. We wrześniu zaprzeczali, mówili, że to plotki z Warszawy. Gdy pytamy o wypychanie ludzi do Białorusi, najpierw pojawia się cisza. Potem coś się otwiera i opowiadają.

Najtrudniej słuchać mieszkańców strefy. To oni spotykają uchodźców najczęściej, niektórzy codziennie. Na leśnych drogach i coraz częściej we wsiach. Patrzą im w twarz. Uchodźcy pukają do okien, proszą o wodę, nie tylko dla siebie, ale też dla kobiet i dzieci, które ukrywają się w lesie. Proszą o możliwość ogrzania się, choć na chwilę. Śpią na ledwo osłoniętych od wiatru i deszczu ławkach starych przystanków autobusowych, w opuszczonych chałupach, stodołach. W szopach z opałem i chlewikach mieszkańcy znajdują rano świeżo opuszczone legowiska. Boją się tam wchodzić.

25 października 2021. Interwencja wobec ośmiu osób odnalezionych w okolicach Siemianówki na Podlasiu. Fot. Monika Bryk

Uchodźcy są wyczerpani wielokrotnym zawracaniem, błądzą i kierują się do Białorusi. Inni siadają na poboczach dróg, zrezygnowani, apatyczni. O jednym z nich opowiada sklepowa z przygranicznej wsi. Siedział wiele godzin przy drodze na końcu wsi i tępo patrzył przed siebie. Nie miał już siły iść, był kompletnie przemoczony, na wpół żywy. Wyglądał, jakby było mu wszystko jedno, jakby czekał na straż. Zabrała go. Inny, mokry, blady i siny trząsł się z zimna w samochodzie pograniczników. Kupili mu wodę, przykryli kocem. Było im go szkoda. Zawieźli go na Białowieżę, sklepowa nie wie, gdzie dokładnie, ale podejrzewa, że tam, gdzie ich zbierają i „gonią” z powrotem. Ostatnio złapali tylu, że musieli wziąć autobus szkolny. Kursował kilka razy. Jeszcze inni nastoletni chłopcy siedzieli bez sił na przystanku całą noc, aż do rana, kiedy zabrała ich straż. Podjechała samochodem cywilnym. Robią tak dla zmyłki, żeby uchodźcy nie zdążyli im uciec do lasu.

Dzień 3: Totalny chaos

Jedziemy po przepustki. Gdy wchodzimy na portiernię, strażniczka już czeka z dokumentami w ręku. Musiała obserwować przez monitoring, jak parkowaliśmy. Wrażenie bycia pod ciągłą obserwacją nie opuści nas aż do końca wyjazdu. Wszystkie służby wiedzą o nas i uprzedzają każdy nasz ruch. Gdy chwilę później ruszamy w stronę granicy, w lusterku pojawia się radiowóz. Przez jakiś czas jedzie za nami, potem zmusza do zatrzymania. Skład patrolu widzimy po raz pierwszy, ale policjanci rozpoznają nas natychmiast: „to ci badacze” – rzucają przez radiostację. Na policyjnym punkcie kontrolnym wiedzą z kolei, gdzie parkowaliśmy nasze auto tej nocy. Po wjeździe do strefy stanu wyjątkowego poczucie bycia pod nieustannym nadzorem nasila się. Gdziekolwiek się ruszymy, jak spod ziemi wyskakują uzbrojeni mundurowi. Czasami pozwalają nam się zorientować, że dobrze wiedzą, gdzie jeździliśmy, kogo odwiedziliśmy, ile trwała rozmowa. Chcą, żebyśmy wiedzieli, że oni wiedzą.

25 października 2021. Interwencja wobec ośmiu osób odnalezionych w okolicach Siemianówki na Podlasiu. Fot. Monika Bryk

Obowiązują reguły wojenne: samochody bez rejestracji, mundury bez dystynkcji, na twarzach czarne kominiarki. Jeśli zatrzymujący nas nie przedstawiają się, wiemy tylko, z której są formacji. W czasie kontroli bacznie przyglądają się bagażnikowi, który na wypadek spotkania potrzebujących wypełniliśmy wodą, sokami, batonami.

– Zdajecie sobie sprawę, że pomaganie uchodźcom jest nielegalne?

Gdyby gęstość i czujność patroli w strefie nadgranicznej były wskaźnikami skuteczności państwa, bylibyśmy potęgą.

Iluzję sprawności państwa rozwiewa rozmowa z władzami gminy. Nasi rozmówcy mają doświadczenie tak w armii, jak i w samorządzie. Czegoś takiego nie widzieli, mówią zgodnie. Totalny chaos. Od momentu wprowadzenia stanu wyjątkowego gmina zdaje się pozostawiona sama sobie. Raz dzwoniła dziennikarka, która chciała potwierdzić, że po wsi jeżdżą czołgi i wozy pancerne. Rozmówcy pukają się w czoło. Poza tym jedyny kontakt z zewnątrz w sprawie kryzysu mieli z osobą z Grupy Granica. Przyjechała i rozdała ulotki tłumaczące, jak pomagać uchodźcom. Wójt przekazał je pracownikom. Nie było żadnych kontaktów ze strony urzędu wojewódzkiego. Nie było spotkań koordynacyjnych na poziomie ponadlokalnym. Nawet ze starostą nie udało się porozmawiać, a – z tego, co słyszymy – może by jakoś pomógł, bo jako stary PiS-owiec jest bliski władzy. Muszą działać sami oraz wspomagać niedofinansowane i działające chaotycznie służby. Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej zorganizował zbiórki odzieży dla dzieci uchodźców przetrzymywanych w miejscowej placówce SG. Gmina zaopatruje policjantów w punktach kontrolnych w suchy prowiant i ciepłe napoje.

25 października 2021. Interwencja wobec ośmiu osób odnalezionych w okolicach Siemianówki na Podlasiu. Fot. Monika Bryk

– Czy naprawdę nie mogą wziąć termosu herbaty i kilku kanapek z przysługującego im śniadania? – zżyma się nasz rozmówca.

Jednak gmina pomocy nie odmawia.

Robią, co mogą, żeby znaleźć kwatery dla dodatkowych funkcjonariuszy wszystkich służb. Z wojskiem początkowo nie było problemu. Wzięło pokoje w budynkach kwaterunkowych straży granicznej. Były wolne, bo dla funkcjonariuszy SG okazały się za drogie. Woleli wynajmować mieszkania w pobliskim miasteczku. Armię najwyraźniej było stać na „hotel” – jak mówi się tu o budynku SG.

Kiedy żołnierzy przybyło, przestali się mieścić i trzeba było znaleźć im inne lokum. Dostali gmach po dawnym urzędzie w pobliżu granicy. W budynku i namiotach rozbitych na ogrodzonym terenie przebywa łącznie 300 żołnierzy. Słyszymy, że armia zobowiązała się zapłacić gminie, ale z hojnością nie przesadziła. Zaproponowała 318 złotych za dzień. Za wszystkich. Najtańsze pole biwakowe w Europie: złoty i sześć groszy od hełmu. „Dobre i to, byle zapłacili”. Tak w skrócie brzmi to, co przekazuje nam jeden z samorządowców.

25 października 2021. Interwencja wobec ośmiu osób odnalezionych w okolicach Siemianówki na Podlasiu. Fot. Monika Bryk

Na razie od miesiąca w całym Wojsku Polskim nie znalazł się nikt, kto mógłby podpisać umowę, więc wójt udostępnia budynek bez porozumienia. Trochę się boi. Kiedy dodatkową obsadę przysłała straż graniczna, oddał miejsca w gminnym hostelu. Za darmo, bo przecież nie będzie straży granicznej „doił” w takim momencie. Nie minął miesiąc, a w hostelu pojawił się Urząd Skarbowy i zarzucił gminie niegospodarność. Czy ktoś to rozumie? Z państwem jest jak z armią: zaczyna się tam, gdzie kończy się logika.

Do tego jeszcze problemy z Kościołem. Przez długi czas podlaski Kościół w sprawie uchodźców robił tyle, ile mówił, czyli nic. Zreflektował się Episkopat. Może stały za tym czyste intencje, może chęć przypodobania się Franciszkowi i zatarcia złego wrażenia po aferach pedofilskich. Nie wiadomo. Grunt, że miejscowy biskup dostał – cytując rozmówców – „opierdol za bezduszność”. Chce błyskawicznie nadrobić zaniedbania. Z dnia na dzień postanowił, że otworzy dla uchodźców wszystkie kościoły w przygranicznych miejscowościach, a samorządy wezwie, aby dostarczyły posiłki i zajęły się wsparciem. Nasi rozmówcy uprosili go, aby się wstrzymał z decyzjami i najpierw spotkał z nimi i SG, żeby rzecz skoordynować. Na spotkanie nie mógł przyjść starosta. Pech, akurat miał wolne.

Tyle gmina. Współpraca między poszczególnymi służbami też nie układa się najlepiej. Strażnicy mówią nam o żołnierzach: źle wyposażeni, niewyszkoleni, bez znajomości terenu i niezdyscyplinowani. Żołnierze o strażnikach: rozpieszczeni, rozleniwieni i roszczeniowi. „Mieliśmy im tylko pomagać, a odwalamy za nich całą robotę. W czasie 12-godzinnej wachty kilka razy przemierzamy pieszo kilkudziesięciokilometrowy odcinek granicy, za który odpowiadamy. W tym czasie strażnicy pojawią się raz albo dwa w samochodzie, i to wszystko”. Podobno straży granicznej łatwiej dogadać się z policją. Podobno. Na pewno strażnicy, policjanci i żołnierze chodzą głodni. Potwierdzają to w barze i lokalnych sklepach. Ciągle się dożywiają za własne. Za własne kupowali też jedzenie i wodę dla zatrzymanych uchodźców. Przynajmniej na początku. Teraz dla uchodźców biorą rzadziej. Za to coraz więcej piją.

25 października 2021. Interwencja wobec ośmiu osób odnalezionych w okolicach Siemianówki na Podlasiu. Fot. Monika Bryk

Przypomina nam się wojskowa odprawa, którą mijaliśmy przy okazji załatwiania formalności poza strefą. Część żołnierzy w pełnym umundurowaniu, inni w niekompletnym. Kilka dziewczyn i chłopaków w szortach i klapkach. Wszyscy z karabinami. Słyszymy, co mówi ich przełożony. Brzmiało to mniej więcej tak: „Kilku waszych kolegów, znalezionych w stanie największego upojenia alkoholowego, będzie miało postawione zarzuty prokuratorskie. Resztę czeka postępowanie dyscyplinarne. (pauza) To nie zostanie zamiecione pod dywan… Znacie mnie, więc nie będę pieprzyć kocopałów, tylko wam powiem po żołniersku: nie jesteście tu, kurwa, na wakacjach! To jest strefa stanu wyjątkowego. Mamy stan wojenny!”.

Polskie państwo nie podjęło wysiłku zorganizowania odpowiedniej liczby obozów przejściowych dla uchodźców, więc zaczęło masowo wypychać wycieńczonych ludzi do lasu. Okrutne, ale czy zaskakujące? Dlaczego miałoby dbać o uchodźców, jeśli nie przejmuje się kondycją swoich własnych funkcjonariuszy? Strażnicy, policjanci i żołnierze, ponad wyobrażalną miarę przeciążeni pracą i stresem, mają sami zadbać o siebie. Niczym folwarczni chłopi sporą część tego, co zarobią, wydają na jedzenie i alkohol. Narażeni na PTSD i depresję, bez dostępu do właściwej opieki psychologicznej piją, pogłębiając problemy. Państwo to toleruje, od czasu do czasu sięgając po bat.

25 października 2021. Interwencja wobec ośmiu osób odnalezionych w okolicach Siemianówki na Podlasiu. Fot. Monika Bryk

Odnosimy wrażenie, że nieudolność państwa denerwuje włodarzy gminy, drażni też mieszkańców. Jak trzeba było szukać dzików chorych na ASF, to można było cały las przeczesać? Szli razem strażnicy i strażacy, policjanci i myśliwi. Żaden zwierz się nie wymknął. Więc co to za gadanie, że nie da się sprawdzić, czy w lasach leżą ciała, czy nie ma tam chorych lub potrzebujących pomocy. Jak to nie da się inaczej rozwiązać kryzysu uchodźczego?

A jednak się nie daje. Najciekawsze jednak, że nawet to okazuje się służyć partii rządzącej. Na granicy widać to najlepiej. Część z tych, którzy na początku września krytykowali stan wyjątkowy i dystansowali się wobec PiS, teraz przyjmuje jego narrację. W najbliższym mieście są tylko trzy karetki. – Trzy karetki na cały powiat – precyzuje jeden z naszych rozmówców. Do tego pandemia, a teraz jeszcze to tu. Ostatnio wezwał ambulans, bo zasłabł mu ojciec. Czekał prawie godzinę, a powinno być poniżej 20 minut. Dlaczego? – Bo jak karetka jest wzywana na granicę do uchodźców, to nie może przyjechać na czas po mojego ojca – tłumaczy sobie i nam (choć my akurat wiemy, że dyspozytorzy karetek przyjazdu do uchodźców najczęściej odmawiają). To niby klasyczny problem krótkiej kołdry. Tyle tylko, że polski obywatel został nauczony mieć pretensje nie do kołdry, że zbyt krótka, ale do nogi, że wystaje. – Wszystkiemu są winni uchodźcy – orzeka. Państwo kosztem podupadających systemów publicznych realizuje polityczne programy PiS. Przeciążone walką z kilkoma kryzysami równocześnie, nie radzi sobie z organizacją podstawowych usług publicznych. Jednak im bardziej sobie władza nie radzi, tym bardziej może liczyć na wsparcie. Gdzie kończy się logika, tam zaczyna się Polska.

25 października 2021. Interwencja wobec ośmiu osób odnalezionych w okolicach Siemianówki na Podlasiu. Fot. Monika Bryk

Dzień 4: Idzie zima

Ostatni dzień badań. Z mieszkańcami strefy rozmawiamy najwięcej o lęku. Boją się zimy i nadchodzących mrozów, w tym regionie zawsze siarczystych. Boją się kry na Bugu, a więc nowych tras przerzutów i kolejnych ofiar. Już wiedzą, że ani Łukaszenka, ani polski rząd nie ustąpią. Ludzie będą umierać, zamarzać, tonąć, teraz masowo. Niektórzy próbują uczepić się nadziei, że zima niczym potężna Królowa Śniegu wszystkich zatrzyma, zamrozi szlak uchodźczy aż do wiosny. Gdzieś głęboko wiedzą, że to nieprawda.

Strach wyczuwany przez nas w rozmowach, od którego mieszkańcy próbują się odciąć lub racjonalizować go na setki sposobów, ma zapach zbliżającej się katastrofy. Wszyscy gdzieś przeczuwają, że zima będzie testem, konfrontacją. Ostatecznym sprawdzianem dla wyobrażeń o Polsce i finalną próbą ich samych. Niektórzy widzą, że państwo ich porzuciło, zawiodło, zostali ze swoją empatią sami. Sklepowa z przygranicznej wsi zarzeka się, że już nie zadzwoni po straż graniczną, jak zrobiła to kiedyś. Zawsze płacze, gdy przypomina jej się uchodźca z siedmioletnią córką, który wieczorem przyszedł na podwórze domu jej rodziców po wodę. Stał z dziewczynką za rękę przy studni, za nimi przy płocie trzech dorosłych i czwórka innych dzieci. Ojciec wyniósł wodę i jedną słodką bułeczkę. Dlaczego nie chleb, zupę, herbatę? Po wszystkim zadzwonił po straż. Płacze do tej pory, gdy to wspomina, ojciec też. Radny z innej wioski teraz przepuściłby wszystkich – niech idą na Giermanię, pażałsta. Po co przeszkadzać, zawracać do Białorusi. Dać wodę, jedzenie i pozwolić iść dalej.

25 października 2021. Interwencja wobec ośmiu osób odnalezionych w okolicach Siemianówki na Podlasiu. Fot. Monika Bryk

Ale nie wszyscy zmienili nastawienie. To wsie starszych ludzi, mało tu młodych, po dwoje dzieci na wioskę; aktywistów prawie nie ma lub się nie ujawniają. Dzieci z miast dzwonią do rodziców, pouczają, aby się zaryglować, nikomu nie otwierać. Telewizja straszy agresywnymi przybyszami. Batiuszka się nie wtrąca, milczy. Niektórzy spuszczają na noc psy. Mężczyzna w barze pokazuje nam i innym swoje trofeum. Zdjęcie skulonych uchodźców leżących bez sił na szutrowej, leśnej drodze. Fotkę trzasnął na pamiątkę, z telefonu. Zwolnił nawet samochód, ale się nie zatrzymał. Inny mówi z żalem, że tyle jeździ po okolicy, a nie ma jeszcze żadnego własnego zdjęcia uchodźców.

W noc przed naszym wyjazdem młodemu chłopcu, uchodźcy, nie udało się dopukać do żadnego z pięciu domów. Był zmarznięty, mokry, trząsł się. Pukał do okien, prosił, zapewniał, że jest chrześcijaninem. Nie otworzył nikt, za to zadzwonili po straż. Znaleźli go rano, gdy spał ukryty w samochodzie na jednym z podwórek. Drzwi były otwarte, więc wszedł, żeby tylko się ogrzać. Po tym zdarzeniu jedna z kobiet po raz pierwszy zasłoniła okno świątecznym obrusem, takim długim, dobrze kryjącym aż po parapet.

Odwiedziliśmy też katolickiego księdza. Pojechaliśmy dowiedzieć się, co stało się z uchodźcami, którzy pukali na plebanię tuż przy samej granicy.

– Czy jesteście wierzący? – zapytał na wstępie.
– To chyba nie ma znaczenia – odpowiedzieliśmy.
– Ma – odparł, zatrzaskując przed nami drzwi kościoła.

Granica stanu wyjątkowego, okolice Siemianówki na Podlasiu. Fot. Monika Bryk

Kiedy wyjeżdżamy do Warszawy, jest zimno, wilgotno, kilka stopni. Uchodźcy na razie idą tu nocami, zazwyczaj polami lub obrzeżami. Kierują się w stronę świateł, ale omijają miejscowe wsie. Boją się ludzi. Czasami tylko proszą o wodę, z reguły jednak nie chcą przeszkadzać, mimo ogromnego cierpienia zachowują jakąś niewyobrażalną godność. Co zrobią zimą, zdesperowani? Co zrobią mieszkańcy? Jak bardzo można będzie się odciąć, zaryglować, zakryć zasłoną ze świątecznego obrusa okno, będąc tak blisko drugiej osoby, stając z nią niemal twarzą w twarz.

*

Materiał powstał dzięki wsparciu Fundacji im. Róży Luksemburg.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Przemysław Sadura
Przemysław Sadura
Doktor habilitowany, profesor Uniwersytetu Warszawskiego
Doktor habilitowany, profesor Uniwersytetu Warszawskiego. Wykłada na Wydziale Socjologii UW. Kurator Instytutu Krytyki Politycznej. Założyciel Fundacji Pole Dialogu. Bada relacje między państwem i społeczeństwem w obszarach funkcjonowania różnych polityk publicznych. Autor m.in. książki „Państwo, szkoła, klasy” i współautor (ze Sławomirem Sierakowskim) badań „Polityczny cynizm Polaków” i „Koniec hegemonii 500plus”.
Sylwia Urbańska
Sylwia Urbańska
Doktora, badaczka społeczna na Wydziale Socjologii UW
Doktora, badaczka społeczna na Wydziale Socjologii UW, autorką tekstów o przemianach życia rodzinnego w migracjach i w społecznościach wiejskich, w tym książki „Matka Polka na odległość”.
Zamknij