Kraj

Sadyzm impotentów, czyli sprawa Margot a schyłkowa sanacja

Fot. TT @m_gdula

Polsce grożą dziś kryzys wodny, mieszkaniowy, kłopoty z zaniedbanymi usługami publicznymi. Władza nie ma pojęcia, co z tym zrobić. Dlatego jej odpowiedzią jest dysfunkcjonalna tożsamość plemienna, w której mieści się coraz mniej grup, wartości, stylów życia.


Klasyk mawiał, że historia powtarza się, ale jako farsa – zapomniał tylko dodać, że farsa z tragedią wcale się nie wyklucza.

Co lub kto stoi za apelacją prokuratury w sprawie dwumiesięcznego (!) aresztu dla aktywistki Margot, a potem decyzją o zatrzymaniu i rozwiezieniu po całym województwie blisko pół setki protestujących w nocy z piątku na sobotę? Czy to spontaniczny sadyzm funkcjonariuszy aparatu państwa różnych szczebli, którym „bicie pedałów” po prostu sprawia przyjemność (podobnie jak popularne wśród części wyborców wizje zgwałcenia osoby trans przez współwięźniów)?

A może to walka frakcyjna wewnątrz Zjednoczonej Prawicy, w której minister Ziobro walczy o tytuł najbardziej niezłomnego obrońcy Polski przed gender, LGBT i ogólną (homo)seksualizacją dzieci – i o pole position przed rekonstrukcją rządu? Albo walka całego PiS-u z przystawkami o duszę najbardziej homofobicznego elektoratu, którego część przejmuje (zajmuje) dziś Konfederacja, a który właśnie zobaczył, że i za rządów PiS-u wolno gejów i transów bić? Niewykluczone też, że – w intencji – chodzi o kulturowy konflikt zastępczy, w którym władza, kontrolująca sporą część sfery medialnej, czuje się pewnie i potrafi nim nieźle zarządzać.

Cholera wie. Może wszystko naraz? Może jakiś historyk za lat 30 odkryje, kto, gdzie, komu i po co wydał jakie polecenia – a może nie. Tak jak do dziś nie wiemy, kto dokładnie wydał rozkaz pałowania studentów Uniwersytetu Warszawskiego po marcowym wiecu sprzed ponad pół wieku. Mimo to możemy wnioskować bardziej ogólnie o tym, z czym mamy do czynienia.

Przypomnijmy, że Zjednoczona Prawica wygrała wybory przy wysokiej frekwencji – ile byśmy nie psioczyli na warunki kampanii, legitymacja prezydenta do rządzenia jest silna. Znając jego charakter, a także ciężar zarzutów o wielokrotne łamanie konstytucji, trudno uwierzyć, by Andrzej Duda się nagle wyemancypował spod dominacji prezesa Kaczyńskiego i zaczął zaburzać legislacyjny ciąg technologiczny obozu władzy. Niby po prawej stronie rośnie konkurencja, ale do kolejnych wyborów są trzy lata, więc na pacyfikację Konfederacji jest jeszcze czas.

Wszelkie „ruchy społeczne” Hołowni czy Trzaskowskiego są palcem na wodzie pisane, stara gwardia opozycji nie ma na młodych wyborców pomysłu, a Lewica musi się pozbierać do kupy i wymyślić na nowo po wyniku Roberta Biedronia. Nawet pandemia na razie przebiegła dla władzy lepiej, niż ta na to zasłużyła, a i z gospodarką na tle reszty Europy może nie być najgorzej. To wymarzony moment, by sytuację ustabilizować, łagodzić nastroje, dokooptować trochę normalsów, a przynajmniej ich zdemobilizować. Sielski spokój mógłby zapanować w Warszawie, nieprawdaż?

A jednak nie chce zapanować, a władza robi wiele, by zadymiło. O ile apelacja prokuratury w sprawie aresztu działaczki Stop Bzdurom mogła jeszcze być przypadkowa (w sensie: bez planu i celu politycznego), trudno w ten sposób interpretować wyraźny naddatek przemocy policji na oczach kilkunastu posłanek i posłów, w obiektywach kamer i smartfonów. Po co zatem PiS nakręca konflikt i przykręca śrubę jednocześnie? I to ryzykując niechętną reakcję nawet „najbliższych sojuszników”, akurat na kwestię praw LGBT uwrażliwionych?

Bo liczy, że temat osób LGBT podzieli opozycję. Bo rozumie, jak wielu Polakom przemoc wobec nich nie tylko nie przeszkadza, ale daje poczucie uczestnictwa w moralnej krucjacie – a niektórym najzwyklejszą rozkosz i satysfakcję. Bo ma nadzieję, że skuwanie ludzi, wywożenie w niewiadomym kierunku i oszukiwanie rodzin w kwestii miejsca pobytu zatrzymanych ostudzi zapał obrońców demokracji także przy innych okazjach. Bo wreszcie liczy, że stałe podtrzymywanie napięcia osłabi wrażliwość opinii publicznej na kolejne planowane operacje: atak na niezależne od rządu media, zamach na samorządy, nagonkę na organizacje pozarządowe. To wszystko jakoś mieści się w dotychczasowej logice działań PiS-u, konsekwentnie odkrywanej przed nami od roku 2015.

Tylko ja mam wrażenie, że jest tu coś jeszcze. Ta władza, z Kaczyńskim na czele, ma w swoim DNA i w swojej nieświadomości klęskę i niewydolność dawnej polskiej dyktatury. Nie, nie tej od Jaruzelskiego, choć i tu by się analogie znalazły – z jej dążeniem do kontroli wszystkiego, połączonej z bezradnością wobec wielkich procesów; z tonem marsowej powagi, za którą kryje się nieudolność i kunktatorstwo. Chodzi o te dawniejsze – reżim i państwo, na które PiS i jego zwolennicy lubią się powoływać.

Schyłkowa sanacja była układem władzy, w którym oficerowie nie potrafili obronić kraju, ale połamać kości niepokornemu dziennikarzowi – i owszem. W którym elita przywódcza nie miała pomysłu na rozwiązanie geopolitycznej kwadratury koła, ale za krytyczne pisanie na ten temat wysyłała do Berezy. Wcześniej pozwalała bić chłopa po mordzie, a nawet do niego strzelać, ale nijak nie była w stanie zmodernizować produkcji rolnej. Podpisywała układy sojusznicze, którymi chełpiła się przed narodem, ale które okazały się warte mniej niż papier, na którym je spisano. Gdy w końcu zdecydowała się zdynamizować gospodarkę, było o dekadę za późno; gdy zabrakło jej charyzmatycznego przywódcy, poszukała legitymacji w antysemickiej ideologii, której on sam akurat szczerze nienawidził. Była silna, zwarta i gotowa, nie chciała wrogowi oddać ani guzika – a rozebrano ją do gaci, zanim uciekła przez most na Czeremoszu.

Polsce współczesnej raczej nie grozi dziś wojna, ale kryzys wodny i wieloletnie susze – owszem. Wpływowe lobby energetyczne i mentalne zacofanie elity blokują konieczną zmianę cywilizacyjną; wielkie interesy deweloperskie i niezdolność rządu do kooperacji z niezależnymi partnerami nie pozwalają rozwiązać palącego problemu mieszkaniowego; doraźne kalkulacje wyborcze każą zaniedbywać usługi publiczne na rzecz transferów bezpośrednich, co sprzyja pełzającej prywatyzacji państwa. Demografia Polski i opieka nad osobami zależnymi leżą i kwiczą.

Odpowiedzią władzy jest dysfunkcjonalna tożsamość plemienna, w której mieści się coraz mniej grup, wartości, stylów życia. Nastawiona nie na zarządzanie różnorodnością i rozwiązywanie problemów, lecz na wyznaczanie granicy swój–obcy; wyrzucanie kolejnych krewnych od stołu w reakcji na spodziewane kurczenie się zasobów zamiast przemyślenia, jak je lepiej gromadzić i dzielić.

Wybory robią z nas wszystkich kiboli

Przemoc i sadyzm władzy mogą odpowiadać na fantazje jej funkcjonariuszy i wyborców; mogą też spełniać funkcje w doraźnej grze politycznej. W przeszłości służyły nieraz radykalnej inżynierii społecznej. Ale doświadczenie polskiej historii uczy, że ich naddatek to najczęściej symptom strukturalnej impotencji; niemocy wobec wyzwań egzystencjalnych. Tak samo jak fantazje o gwałcie na niepokornej ofierze naszego kołtuństwa i naszej wannabe dyktatury.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.