Kraj

Nie musimy tłumaczyć się z tego, że każemy wam wypierdalać

Fot. Przemysław Stefaniak

Krzycząc na ulicy, robimy to w emocjach – i by to zrozumieć, trzeba empatii. To naprawdę uciążliwe być proszoną o uzasadnienie, gdy właśnie wyrażasz swoją złość, frustrację i strach. To trochę jak wymagać od kogoś, komu zmarła matka, by wytłumaczył, dlaczego jest mu smutno i płacze. No kurwa mać.

Przez ostatni tydzień wszyscy spotkaliśmy się z panami i paniami pisanymi przez „ą-ę”, którzy nas pouczali o właściwej formie naszych strajków: „Ale dlaczego tak brzydko?”, „Po co tyle wulgaryzmów?”. Mimo podania 7465389 argumentów, pisania elaboratów o teorii języka, tłumaczenia naszej frustracji i robienia wykładów na temat patriarchatu po drugiej stronie to spływa. Jak po kaczce. A my zostajemy w poczuciu, że kiedy ktoś nas o coś oskarża, mamy obowiązek się bronić i przedstawić jakieś uzasadnienie.

Otóż nie. To, czego dopuszczają się takie osoby, to nic innego jak wyzysk epistemiczny, więc niech wypierdalają i nauczą się korzystać z Google’a i Wikipedii, żeby zrozumieć, o co chodzi. A jak się już zapoznają z kontekstem i spróbują się wczuć w naszą sytuację, to wtedy możemy pogadać.

Grzeczne już byłyśmy. Teraz jesteśmy skuteczne (i ostro wkurwione)

O co chodzi z tym wyzyskiem?

Wyzysk epistemiczny (epistemic exploitation) to pojęcie ukute przez filozofkę Norę Berenstain, która definiuje je następująco: „Wyzysk epistemiczny ma miejsce wtedy, gdy osoby uprzywilejowane przymuszają osoby zmarginalizowane, by te edukowały je o naturze swojej opresji, jednocześnie podważając ich zdolność do takiej edukacji. Wymaga to od opresjonowanych osób wykonania dodatkowej pracy emocjonalnej oraz epistemicznej. […] Wyzysk epistemiczny utrzymuje struktury opresji przez skoncentrowanie się na potrzebach i pragnieniach grup dominujących oraz przez wykorzystywanie emocjonalnej i poznawczej pracy członków grup marginalizowanych, od których wymaga się nieodpłatnej i często niedocenianej pracy polegającej na dostarczaniu informacji, źródeł i dowodów opresji osobom uprzywilejowanym, które tego żądają i które czerpią korzyści z tych opresyjnych systemów, co do których wysuwają żądanie, by być edukowanymi” (Berenstain, 2016).

To my, kobiety, w tej sytuacji jesteśmy stroną pokrzywdzoną. To my jesteśmy narażone na stres psychiczny, który uwiera nas gdzieś z tyłu głowy przed każdą spóźniającą się miesiączką; to my przeżywamy niepokój o naszą przyszłość w razie wpadki, jeśli nie czujemy się gotowe na macierzyństwo lub mamy po prostu inny plan na życie. A w przypadku diagnozy wad rozwojowych płodu do oczywistego lęku egzystencjalnego dochodzi również lęk przed utratą partnera, ponieważ to mężczyznom w takiej sytuacji o wiele łatwiej jest po prostu porzucić rodzinę i, jak wiadomo, wielu z nich to czyni. To my jesteśmy regularnie uprzedmiotawiane.

Wystarczy mieć inteligencję emocjonalną na poziomie ziemniaka, żeby się domyślić, że akumulacja takiego ucisku prędzej czy później doprowadzi do wybuchu. I to się właśnie stało. Tymczasem typowy rozmówca zgłaszający obiekcje do naszego języka to ktoś, kto zachowuje się tak, jakby obudził się wczoraj. Z całej tej złożonej sytuacji wyłapuje tylko to, że ktoś krzyczy „wypierdalaj”, i jest tym wielce wzburzony. Za to gdy uderzy się młotkiem w palec, na pewno krzyczy „a niech mnie dunder świśnie!”.

A nas władza właśnie walnęła młotkiem prosto w krocze.

Taka ignorancja nie wynika z deficytu źródeł wiedzy. Jest ich mnóstwo. Niewiedza tego typu jest efektem braku woli i życzliwości, kwalifikuje się zatem jako „aktywna ignorancja”. Zamiast inwestować energię w pogłębienie rozumienia, taki ktoś inwestuje ją w pogłębianie swojego niezrozumienia. Zgodnie z normami debaty inaczej odpowiada się na rzeczową obiekcję, a inaczej na obiekcję, która wynika z niezrozumienia jej przedmiotu czy wręcz z niechęci do zrozumienia. Jeśli ktoś rozumie to, co krytykuje, strona krytykowana powinna się rzeczowo odnieść do owej krytyki, inaczej osłabia własną pozycję. Jeśli natomiast ktoś nie rozumie tego, co krytykuje, to odpowiedzialność za douczenie się spoczywa na nim. I „tyle w temacie”.

Drodzy dziadersi, „wypierdalać” jest również do was

Realia polskiego internetu są zgoła inne. Takie osoby całą odpowiedzialność za swoją ignorancję zrzucają na stronę przeciwną. Oczekują wyjaśnień, często wprost manifestując przy tym brak szacunku dla kobiet jako osób kompetentnych do przedstawienia im takich wyjaśnień. Skoro uważa się kobiety za istoty, którymi powodują głównie hormony, i w ogóle za naiwne, dziecinne histeryczki, to jak można przyjąć z ich ust jakiekolwiek uzasadnienie? Innymi słowy, nie uznaje się jednej strony za wiarygodny podmiot epistemiczny, a jednocześnie wymaga się od niej produkcji wiedzy. Taka sytuacja prowadzi do emocjonalnego i poznawczego wyczerpania. I to jest właśnie symptom wyzysku epistemicznego.

Pamiętajmy, że to, co dla jednej strony jest jedynie intelektualną igraszką, dla drugiej wiąże się z emocjonalnie wyczerpującą pracą, polegającą na ożywianiu i odtwarzaniu w kółko swojego trudnego doświadczenia, co samo w sobie jest wycieńczające. Lecz właśnie to jest jednym z celów wyzysku: sabotaż energetyczny. Zamiast skupić się na tym, jak pokierować swoją złością, by zmienić sytuację, która do niej doprowadziła, jak zbudować świat, w którym nie będzie lęku, który w środku pandemii wyciągnął cię na ulicę, musisz wciąż i wciąż prosić o pozwolenie na okazanie tej złości i tego lęku, tym samym osłabiając swoje zasoby. Twórcy sytuacji opresyjnej zajmują nas pracą, którą sami powinni wykonać. Taka praca może być nie tylko bezskuteczna (jeśli krytyka ma jedynie odwrócić uwagę od sedna problemu), ale i szkodliwa dla osoby, która się jej podejmuje. Nie chodzi przecież tylko o usprawiedliwienie „brzydkiego” języka, ale również o tłumaczenie, dlaczego to, że mężczyzna może w pełni dysponować swoim ciałem, a ja nie mogę, jest niesprawiedliwe i dlaczego muszę walczyć o podstawowe prawo do samostanowienia. Nic nie wykańcza tak jak tłumaczenie rzeczy najbardziej oczywistych.

Joker ma rację: nie ufajcie strażnikom spokoju

Pamiętajmy również, że strona, która ma władzę i tworzy aparat opresji – czyli PiS ze swoją szczekaczką TVP – narzuca formę debaty. W obecnym układzie forma ta (choć już nie treść) ma być czysto racjonalna, czy raczej – pararacjonalna. Nie ma w niej miejsca na emocje, ponieważ dopuszczenie racji emocjonalnych jest nie na rękę opresorom. Mimo realnego zagrożenia koronawirusem na ulicę wyszło pół miliona ludzi, co ewidentnie oznacza weto obywatelskie. Trudno! „Kompromis” był niezgodny z konstytucją! A poza tym zgromadzenia są legalne do pięciu osób! Pierwszy raz w historii Polski ludzie odważyli się naruszyć sacrum – przerwali mszę i pobazgrali kościoły? To wandalizm! Łamiecie prawo! Język Strajku Kobiet jest bezprecedensowy w całej długiej historii strajkowania w Polsce? Bo to zwykła hołota! (A co najmniej złamanie niepisanego kodeksu językowego).

Na tych przykładach widać, że argumenty władzy usiłują być „racjonalne”, ale coś jest z nimi grubo nie tak. Władza boi się konfrontacji z naszymi emocjami, bo wie, że są słuszne. Dlatego robi, co może, by je wyprzeć. To samo robią ci, którym odpowiada decyzja TK. Ta strategia ma jednak o wiele głębszą genezę i wiąże się z dyskursem patriarchalnym, który emocjonalność przypisuje kobiecie i systematycznie ją spycha na margines. Dlatego w tę pułapkę zastawioną przez patriarchat wpada również wielu ludzi, którzy władzy PiS wcale nie popierają.

Kto komentuje protest kobiet w Polsce? Oczywiście, mężczyźni

To dopiero wyjaśnia, dlaczego nigdzie głośno nie uwzględnia się kosztów emocjonalnych osób protestujących. Milcząco zakłada się, że 1) tylko to, co racjonalne, jest istotne 2) to, co emocjonalne, nie ma wpływu na prawdziwość stwierdzeń racjonalnych, a jedynie może zaburzyć proces ich formowania, zatem 3) idealna dyskusja powinna być wyzuta z emocji.

Mądrzy panowie mówią „porozmawiajmy”. My właśnie w ten sposób rozmawiamy. Jeżeli chcecie, byśmy najpierw się „opanowały” i dopiero wtedy przystąpiły do „rozmowy”, to znaczy, że chcecie, byśmy tańczyły tak, jak nam zagracie. Byśmy wyparły własne uczucia i dostosowały się do reguł dyskursu, który wy nam narzucanie – i przez który jesteśmy na ulicy. To błędne koło.

Siedź cicho i nie krytykuj

Dyskurs racjonalny i emocjonalny rządzą się innymi zasadami i powinny być oceniane według właściwych sobie kryteriów, a nie według kryteriów właściwych innemu dyskursowi. Jak racjonalne argumenty mogą być mniej lub bardziej precyzyjne czy logiczne, tak emocje mogą być mniej lub bardziej dojrzałe lub głębokie. Tak jak można rozwijać kompetencje intelektualne, tak można rozwijać kompetencje emocjonalne, na przykład empatię. Krzycząc na ulicy, robimy to w emocjach – i by to zrozumieć, trzeba eksperymentalnie spróbować z nami empatyzować. A jeżeli wy macie empatię ameby, to nie jest to nasza wina. To naprawdę uciążliwe być proszoną o uzasadnienie, gdy właśnie wyrażasz swoją złość, frustrację i strach. To trochę jak wymagać od kogoś, komu zmarła matka, by wytłumaczył, dlaczego jest mu smutno i płacze. No kurwa mać.

To my jesteśmy pokrzywdzone. To wy macie się dostosować do nas, a nie my do was, bo wy czerpiecie zysk z podporządkowania kobiet, z osłabienia naszego prawa do samostanowienia. To wy już w punkcie wyjścia jesteście uprzedzeni, bo żerujecie na naszej pozycji. Dla wielu z nas dostatecznie wycieńczające jest życie w strukturach opresji, które wy tworzycie i macie jeszcze czelność prosić, byśmy za was skonceptualizowały tę sytuację?

My mówimy – wypierdalać. A dlaczego i jak daleko, to już się sami martwcie.

 

**
Magdalena Mateja-Furmanik – studentka filozofii na UJ, uczestniczka dwuletniego studium Psychoterapii Zorientowanej na Proces. Zajmuje się poszukiwaniem ontologicznych źródeł katastrofy ekologicznej i jebaniem PiS-u.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij