Kraj

Edukacja nie jest lekiem na całe zło

Nie stać cię na podstawowe potrzeby? Widocznie nie umiesz korzystać z pieniędzy. Pracownicy narzekają na warunki pracy? Trzeba ich doszkolić. Ludzie głosują inaczej, niżbyśmy chcieli? Oto mszczą się braki w edukacji obywatelskiej. Czy istotnie chodzi o niedostatki wiedzy, czy może ktoś nam wciska kit?

Młodych nie stać na mieszkania? Zapewne potrzebują edukacji ekonomicznej. Demokracja się sypie? Widocznie zaniedbaliśmy edukację obywatelską. Platformy społecznościowe uzależniają i wpędzają nastolatki w depresję? Trzeba edukować, jak odpowiedzialnie korzystać z internetu. Wypadki drogowe? Wiadomo, zabrakło edukacji pieszych.

Nie wiem, czy jest w polskiej debacie publicznej jakieś inne rozwiązanie, które byłoby przywoływane równie chętnie co edukacja. Czasem można odnieść wrażenie, że to złoty środek na wszystko.

Dla jasności – sam pracuję w branży edukacyjnej, jestem nauczycielem akademickim. Nie trzeba mnie przekonywać o wartości nauczania ani o potrzebie inwestycji w ten sektor. Nie mam też wątpliwości, że niektóre formy edukacji, jak edukacja seksualna, niemal natychmiast poprawiłyby stan naszego społeczeństwa.

Polska – kraj, w którym rzetelnej edukacji odmawia dzieciom rzecznik ich praw

Mimo to z coraz większą podejrzliwością patrzę na ten deklarowany entuzjazm dla edukacji. Mam wrażenie, że zbyt często propozycje wyedukowania społeczeństwa są raczej unikiem niż realną próbą zmierzenia się z naszymi problemami.

Prywatyzacja odpowiedzialności

Dobrym przykładem to dyskusja o wypadkach drogowych. Nie jest tajemnicą, że Polska od lat wypadała fatalnie pod tym względem. Statystyki Komisji Europejskiej z 2019 roku wskazywały na to, że jesteśmy w niechlubnej czołówce najmniej bezpiecznych państw unijnych. W wypadkach ginęło u nas 77 osób na milion mieszkańców; gorzej wypadały tylko Rumunia i Bułgaria.

Z kolei dane Ministerstwa Infrastruktury jasno pokazywały, że (wbrew obiegowym opiniom) wypadków na pasach winni są przede wszystkim kierowcy, a nie piesi. Badania z 2018 roku potwierdziły, że aż 85 proc. kierowców przekracza dopuszczalną prędkość 100 metrów przed pasami. Z kolei problem tzw. wtargnięcia na jezdnię dotyczył niespełna 1 proc. pieszych.

Drogowy horror nie ma końca

Wiele osób, np. członkowie ruchów miejskich, wyciągało z tego prosty wniosek: musimy zmienić prawo, dostosować je bardziej do europejskich standardów, choćby wprowadzając zasadę pierwszeństwa pieszych na pasach. To się wreszcie stało na początku 2021 roku.

Na zmianę trzeba było czekać tak długo między innymi dlatego, że ciągle pokutował pogląd, iż problemem są niewyedukowani piesi, którzy nie rozumieją podstaw bezpieczeństwa. Nawet po reformie przepisów pojawiały się takie głosy: „Obawiam się, że niektórzy uwierzą, że są na tyle uprzywilejowani, że na przejście dla pieszych będą wchodzić niczym czołg. Tu nie potrzeba zmieniać przepisów, ale przede wszystkim edukować” – mówił Jerzy Cygoń, biegły sądowy. A to i tak względnie łagodne stanowisko, bo w mediach społecznościowych i na forach nie brakowało sugestii, że ogłupiali piesi będą teraz nagminnie wskakiwali pod koła samochodów.

Znowu – statystyki nie potwierdzają tych obaw. Po zmianie prawa stało się dokładnie to, czego spodziewali się zwolennicy reformy: spadła liczba zabitych na pasach – aż o 30 proc.

Spór o to, jak radzić sobie z wypadkami na pasach, pokazuje, że postulaty edukowania społeczeństwa są często używane jako zastępniki czy wręcz blokady dla innych form walki z danym problemem – jak zmiana regulacji prawnych. Nawet w tych przypadkach, gdy dostępne dane wskazują, że to drugie podejście jest skuteczniejsze.

To rodzi podejrzenie, że część edukacyjnego entuzjazmu ma swoje źródło nie tyle w szacunku do wiedzy (ten nakazywałby branie statystyk i doświadczenia innych krajów bardziej na serio), ile w pewnej fantazji. Jeśli wyedukujemy obywateli, to nie będziemy musieli sięgać po regulacje, nie będziemy musieli zastanawiać się nad strukturalnymi przyczynami naszych kłopotów, bo każdy zadba o siebie, a jeśli nie zadba, cóż – to jego problem. Ten pogląd ma libertariańskie korzenie i zasadza się na wierze, że odpowiedzialność powinna być sprywatyzowana, a państwo w żadnym razie nie powinno starać się naprawiać systemowych problemów, bo to ingerencja w wolność, np. kierowców. W praktyce sprowadza się to do przerzucania odpowiedzialności na słabszych.

Po co zmieniać przepisy ruchu drogowego, skoro można zwalić winę na niewyedukowanych pieszych? Po co walczyć z seksistowską kulturą, czy rodzice nie mogą nauczyć swoich córek, jak się ubierać i gdzie chodzić? Po co narzekać na absurdalnie wysokie ceny mieszkań i umowy śmieciowe, gdy pod ręką mamy tyle organizacji, jak Forum Obywatelskiego Rozwoju, które aż się palą, żeby edukować młodzież i tłumaczyć jej niewzruszone prawa ekonomii.

Systemowe kłamstwo – nie tylko rosyjska specjalność

No i wreszcie: po co zajmować się lewackimi bzdurami takimi jak nierówności społeczne, skoro wystarczy na przyszłość zadbać o lepszą edukację obywatelską, a wyedukowane społeczeństwo samo zadba, żeby populiści nigdy więcej nie doszli już do władzy.

Edukacja a wartości demokratyczne

Przekonanie, że populizm bierze się z braków edukacyjnych, ujawnia jeszcze jedno wątpliwe założenie leżące u podstaw omawianego trendu: gdyby tylko ludzie mieli odpowiednią wiedzę, to duża część, a może i większość konfliktów politycznych zostałaby rozwiązana.

To iluzja.

Nie zrozumcie mnie źle – zgadzam się, że brak dostępu do ważnych informacji lub krążenie po społeczeństwie informacji fałszywych wywołuje niepotrzebne napięcia społeczne lub prowadzi do szkodliwych decyzji. Wystarczy spojrzeć na to, jakie szkody wyrządzają fałszywe newsy antyszczepionkowców czy negowanie kryzysu klimatycznego. Albo jak fatalnie z koronawirusem radziła sobie administracja Donalda Trumpa.

Polska szkoła: najpierw katecheza, potem strzelnica?

Nie zmienia to faktu, że demokracja to nie jest równanie z jednym prawidłowym rozwiązaniem. Wielu sporów nie da się rozwiązać przez edukowanie ludzi, bo spory te są wywołane nie tyle różnicami w wiedzy, ile różnicami w sferze interesów i wartości.

To piękne marzenie, że po zdobyciu dostatecznej ilości wiedzy moglibyśmy się wszyscy ze sobą zgodzić i wszyscy na tym zyskać, ale prawda jest taka, że czasem musimy wybrać, co jest ważniejsze. Wygoda kierowców chcących jeździć możliwie szybko czy bezpieczeństwo pieszych chcących… przeżyć? Interesy najbogatszej części społeczeństwa czy może interesy ubogich? Komfort tych, którzy nie chcą oglądać w sferze publicznej osób LGBT+, czy może prawo tych osób do uczestniczenia w społeczeństwie na tych samych zasadach co pozostali?

„Wybrać” oznacza w tym przypadku uchwalić prawo, które odzwierciedla nasze priorytety.

Zamiast łudzić się, że tego rodzaju spory można przeskoczyć za pomocą edukacji, powinniśmy grać w otwarte karty, bo inaczej kończymy z „edukatorami ekonomicznymi”, którzy – jakoś tak się dziwnie składa – proponują zawsze rozwiązania sprzyjające garstce najbogatszych członków społeczeństwa. Ubóstwo traktują zaś często jako wynik braku podstawowej wiedzy ekonomicznej. Wiadomo, biedni po prostu nie umieją oszczędzać i inwestować. Za mało słuchają speców od ekonomii, a ci zawsze mają rację – spytajcie ludzi, których przekonali do brania kredytów we frankach.

Poważni panowie gotują nam katastrofę

Nie powinniśmy też pochopnie zakładać, że lepiej wykształcone osoby na najwyższych szczeblach władzy będą automatycznie gwarantowały lepsze decyzje. One też bowiem kierują się interesami i przesądami środowisk, z których się wywodzą. Pisał o tym między innymi amerykański filozof Michael Sandel w wydanej niedawno Tyrani merytokracji:

„Niestety historia uczy, że między prestiżowym wykształceniem akademickim a mądrością praktyczną czy też instynktem dbania o doczesne dobro wspólne nie ma zbyt dużego związku. Jeden z najkoszmarniejszych przykładów negatywnych skutków kredencjonalizmu [przekonania, że kompetencje są prostą pochodną wykształcenia – przyp. red.] został opisany w klasycznej książce Davida Halberstama zatytułowanej The Best and the Brightest. Halberstam relacjonuje, jak John F. Kennedy zgromadził zespół złożony z ludzi o znakomitych kwalifikacjach, którzy pomimo całego swojego technokratycznego geniuszu ostatecznie uwikłali Stany Zjednoczone w wojnę w Wietnamie”.

Zdaniem Sandela podobna naiwność stała za krachem finansowym z 2007/2008 roku i reakcjami na ten krach. Niektórzy politycy, jak Barack Obama, głęboko wierzyli w inteligencję i dobre wykształcenie finansistów z Wall Street. Zbyt łatwo zapomnieli, że ci geniusze mogą podejmować decyzję kierowani nie lepszą bądź gorszą wiedzą, ale interesami swoimi i swoich firm. Te zaś niekoniecznie pokrywają się z interesami całego społeczeństwa.

„Pośmiertne” zwycięstwo Balcerowiczowskiej pedagogiki

Jak podsumowuje Sandel, poziom wykształcenia ludzi zasiadających w amerykańskim Kongresie wzrósł w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat – podobnie mają się sprawy w przypadku parlamentów państw europejskich. Nie ma jednak żadnego dowodu na to, że przełożyło się to na mądrzejsze decyzje polityczne, czasami wręcz przeciwnie – wiele osób jest przekonanych, że w latach 50. i 60. ubiegłego wieku polityka gospodarcza USA była znacznie lepsza niż w ostatnich kilkunastu, kilkudziesięciu latach.

Umysły bez ciał

Jeszcze jeden problem z edukacyjnym entuzjazmem polega na jego powierzchowności. Zbyt często podchodzimy do nauczania tak, jakby brały w nim udział czyste umysły bez ciał, potrzeb i osadzenia w konkretnym środowisku. Dlatego dużo mówimy w Polsce o tym, z czego powinno się edukować ludzi (więcej lekcji historii, nowe zajęcia z biznesu i zarządzania), mniej zaś o tym, kto miałby to robić, w jakich warunkach i za ile.

Poważna dyskusja nad edukacją wymagałaby refleksji nad tak prozaicznymi, a jednocześnie fundamentalnymi rzeczami jak choćby to, czy każde dziecko ma zapewnione warunki do odrabiania zadań domowych albo czy wchodzi do klasy najedzone. Istnieją badania pokazujące, że głód i stres obniżają zdolności intelektualne, w tym zdolność do przyswajania wiedzy. Jak ujął to kiedyś Marcin Zaród, polemizując z uproszczonym podziałem na uczniów leniwych i ambitnych: „Dzieci leniwe i niezdolne w polskiej praktyce edukacyjnej oznaczają dzieci biedne, głodne i wykluczone”.

Rozmowa o edukacji na serio oznacza konieczność wzięcia pod uwagę nierówności społecznych i tego, jak wpływają one na szanse edukacyjne. Ten temat podejmowany jest jednak znacznie mniej chętnie, bo wymagałby refleksji między innymi nad polityką socjalną, więc nie wpasowuje się w libertariańskie fantazje.

A skoro o czystych umysłach mowa, warto pamiętać, że wiedza w danym zakresie, np. ekonomii, nie jest magiczną pigułką, która likwiduje ryzyko poddania się manipulacji. Współczesna psychologia dowodzi, że jesteśmy skomplikowanymi istotami, które nie kierują się tylko wiedzą, ale też emocjami, a przy tym często sięgają po heurystyki, czyli uproszczone sposoby rozumowania. W konsekwencji wszyscy jesteśmy podatni na liczne błędy poznawcze – zarówno profesor z Harvardu, jak i osoba z wykształceniem podstawowym.

To szczególnie istotne w kontekście zagrożeń internetowych. Cyfrowe korporacje mają dostęp do naszych prywatnych danych i zazwyczaj wiedzą o nas więcej niż my o nich. To nie jest równa walka – zwykły użytkownik internetu, nawet najbardziej wykształcony, zawsze będzie słabszy od korporacyjnej machiny, gotowej wykorzystać każdą jego słabość. Jednym z najciekawszych fragmentów Dylematu społecznego, głośnego dokumentu z Netflixa na temat platform internetowych, jest ten, w którym byli i obecni pracownicy tych platform przyznają, że sami są od nich uzależnieni – choć mają pełną wiedzę na temat działania ich mechanizmów i ograniczają dostęp do nich własnym dzieciom. To, że o czymś wiemy, nie znaczy jeszcze, że potrafimy się przed tym obronić.

Demokracja przegrywa internetowy wyścig zbrojeń

czytaj także

Rozwiązaniem ponownie są regulacje, które ograniczają korporacyjną władzę i zwiększają jej przejrzystość. Na przykład przez zakaz gromadzenia danych użytkowników i handlowania nimi.

Lekcje z przedsiębiorczości

Polska musi inwestować w edukację, i to nie tylko tę szkolną – co do tego nie ma dwóch zdań. Jeśli jednak będziemy ją traktowali jako złoty środek na wszystko, skończy się to tak jak z naszym podejściem do przedsiębiorczości.

Każde współczesne państwo potrzebuje przedsiębiorców, więc powinno stwarzać warunki do ich rozwoju. W Polsce jednak uczyniliśmy z przedsiębiorczości rodzaj religii, co sprawia, że w dyskusji o naszej gospodarce giną wszelkie niuanse. Interesy Amazona są utożsamiane z interesami lokalnych księgarni, bo to i to jest rodzajem przedsiębiorczości. A interesy menadżerów zarabiających po kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie mieszają się nam z interesami sprzątaczek – bo przedstawiciele obu tych grup są często na samozatrudnieniu.

Lekcja jedynie słusznej ekonomii

Ludzie, którzy wygrywają na obecnym systemie, są wrzucani do jednego worka z tymi, których ten system wyzyskuje. Pracowników traktuje się zaś jako grupę marginalną, tak jakby w zasadzie cała gospodarka mogła się kręcić bez nich, a przedsiębiorcy zatrudniali ich tylko z powodu wrodzonej dobroczynności.

Ta religijna żarliwość sprawiła, że argument „to zaszkodzi przedsiębiorcom” jest skutecznie używany do obalania każdej próby sensownej reformy gospodarczej: walki z fikcyjnym samozatrudnieniem, zwiększeniem progresywności systemu podatkowego lub wzmocnieniem Państwowej Inspekcji Pracy bądź roli związków zawodowych. Wszystko w imię świętej przedsiębiorczości.

Obyśmy odrobili lekcję i nie popełnili podobnego błędu z edukacją.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Tomasz S. Markiewka
Tomasz S. Markiewka
Filozof, tłumacz, publicysta
Filozof, absolwent Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, tłumacz, publicysta. Autor książek „Język neoliberalizmu. Filozofia, polityka i media” (2017), „Gniew” (2020) i „Zmienić świat raz jeszcze. Jak wygrać walkę o klimat” (2021). Przełożył na polski między innymi „Społeczeństwo, w którym zwycięzca bierze wszystko” (2017) Roberta H. Franka i Philipa J. Cooka.
Zamknij