Świat

Sucho wszędzie, pożar będzie

Fot. Jakub Szafrański

Na przełomie sierpnia i września ubiegłego roku Amazonię nawiedziły bezprecedensowe i trzecie co do wielkości pożary w historii tego regionu. Wszystko wskazuje jednak na to, że żywioł wcale nie zamierza odpuszczać, a w roku 2020 idzie na rekord. Tylko w pierwszym tygodniu sierpnia w lasach deszczowych odnotowano 6 tys. pożarów – to wynik najgorszy od dekady. A może być jeszcze dramatyczniej, i to nie tylko w Brazylii, bo ogień szaleje na Syberii, w Kalifornii i Kenii, poważnie zagraża też Europie.


W marcu tego roku dogasały ostatnie płomienie w australijskich lasach. W tym czasie jednak świat cierpiał już z powodu innej gorączki – tej, którą wywołał koronawirus. Wydarzenia następują szybko jedne po drugich, oprócz pandemii naszą uwagę zajęły wybory prezydenckie, podgrzewana przez władze nagonka na społeczność LGBT+ w Polsce i wydarzenia w Białorusi, gdzie funkcjonariusze otwierają ogień do protestujących przeciwko reżimowi Łukaszenki obywateli.

W obliczu kolejnych kryzysów łatwo zapomnieć o tym, że cała Ziemia gotuje się w kotle katastrofy klimatycznej, a już nie metaforyczne, lecz namacalne pożary trawią kolejne połacie kontynentów. Do takiej rzeczywistości musimy przywyknąć, bo badania wskazują, że wraz ze wzrostem globalnej temperatury rośnie ryzyko występowania warunków pogodowych i zjawisk, np. burz i długotrwałych susz, które powodują pożary oraz wydłużają czas trwania klęski żywiołowej.

Pogoda pożarowa

Na całym świecie zaledwie 4 proc. pożarów powstaje w sposób naturalny. Gdy jednak spojrzymy, jak ten odsetek rozkłada się w zależności od szerokości geograficznej, dostrzeżemy, że tam, gdzie ziemia jest najbardziej wyschnięta oraz dochodzi do wyładowań atmosferycznych i utrzymywania się ekstremalnych temperatur, ten wskaźnik jest szczególnie wysoki i najpewniej będzie szedł dalej w górę.

Nasz świat się pali. Kiedy oligarchia paliwowa za to zapłaci?

– Korelacja częstotliwości wybuchania pożarów ze skutkami suszy powodowanej zmianami klimatu jest oczywista. Wzrost średniej temperatury powoduje m.in. większe parowanie wody z gleby, a to z kolei przyczynia się do przesuszenia roślin, które są wówczas bardziej wrażliwe na ogień. Dotyczy to nie tylko lasów, ale także pozostałych, niezaludnionych i najbardziej łatwopalnych ekosystemów, takich jak łąki, sawanny czy tereny zaroślowe – mówi prof. Zbigniew Karaczun, wykładowca SGGW i ekspert Koalicji Klimatycznej.

Pokazuje to m.in. przykład australijski, gdzie zmiana klimatu i towarzyszące jej zjawiska w latach 2019–2020 zwiększyły prawdopodobieństwo wystąpienia pożarów buszu o co najmniej 30 proc. Autorzy potwierdzającej tę tezę analizy podkreślają, że są to bardzo ostrożne szacunki. O istotnym związku globalnego ocieplenia z zagrożeniem pożarowym naukowcy informują jednak od dawna, m.in. w badaniach opublikowanych na łamach Nature Communications i uwzględniających lata 1979–2013. Przykładowe wnioski? W tym czasie średnia długość globalnego sezonu pożarowego wzrosła o blisko 20 proc. Ponadto podwojeniu uległa powierzchnia ziemi spalonej w okresach „pogody pożarowej”.

To nasza wina

Nie zapominajmy jednak, że znaczącą część pożarów, jak i samo ocieplenie klimatu, wywołują ludzie. W USA, które w tej chwili walczą z żywiołem w trzech zachodnich stanach: Oregonie, Kalifornii i Kolorado, podpalenia bezpośrednio spowodowane przez człowieka stanowią blisko 90 proc.

Natomiast pogoda i klimat decydują o tym, jak szybko ogień będzie się rozprzestrzeniał i ile obszaru faktycznie zniszczy. Nawet najlepiej przygotowani i wyposażeni na wypadek katastrof strażacy przegrywają więc w starciu z takimi czynnikami, jak wysoka temperatura, niska wilgotność, niewielka ilość opadów i duża prędkość wiatrów, które wzmagają pożary.

Człowiek nie ma nic na swoje usprawiedliwienie, bo nie dość, że rozpalił globalną atmosferę do czerwoności, to w dalszym ciągu nie robi nic, by skutki tego zjawiska zatrzymać. Przeciwnie – dokłada kolejne cegiełki do tragedii, wypalając dzikie obszary pod użytki rolne i pastwiska. Nie trzeba dodawać, jak łatwo wtedy o wzniecenie pożarów nie do zatrzymania. Szacunki naukowców wskazują, że pożogi na południu stanowią nawet 70 proc. pożarów globalnych i dewastują coraz więcej terenów objętych ochroną.

Tak w ostatnich miesiącach przedstawia się sytuacja w Kenii, gdzie pożary wybuchły na terenie parków narodowych Tsavo (East i West) oraz Chyulu Hills. Do samego zapłonu miało dojść na okolicznych ranczach. Tak przynajmniej twierdzi główny sekretarz ds. turystyki Fred Segor, który wskazał, że sąsiadujące z rezerwatami społeczności przygotowują obecnie swoje farmy pod uprawy, a jednym ze sposobów na to jest wypalanie porośniętych roślinnością obszarów. Inna wersja winą za wzniecenie ognia, który rozprzestrzenił się na dużym obszarze, obarcza osoby palące w pobliżu parku śmieci.

Plagi biblijne: klimat, wirus, szarańcza

Nikt nie ma jednak wątpliwości, że to gorączka pogodowa podtrzymuje ekspansję ognia, który w samym tylko maju zniszczył 4000 akrów Parku Narodowego Tsavo East.

Brazylijska powtórka z katastrofy

Eksploatacja środowiska zbiera pożarowe żniwo również w Brazylii. Wprawdzie w Amazonii pożary naturalnie nasilają się w okresie od sierpnia do końca listopada, czyli w szczycie pory suchej, jednak zdjęcia satelitarne zebrane przez tamtejszą agencję kosmiczną (INPE) pokazują, że już w lipcu w lasach deszczowych odnotowano aż 6 803 pożary. To o 28 proc. więcej niż w tym samym miesiącu przed rokiem. 30 lipca zaś zarejestrowano ponad 1000 pożarów. Ostatni raz tak wysoki wynik w ciągu jednego dnia osiągnięto w 2005 roku – wskazują z kolei analitycy z Greenpeace Brasil.

Naukowcy i organizacje ekologiczne alarmują, że sytuacja w kolejnych miesiącach może ulec pogorszeniu i stać się trudniejsza do zatrzymania niż rok temu w sierpniu i wrześniu. Wówczas w Amazonii doszło do trzeciej co do wielkości pożarowej katastrofy w jej dziejach.

Ane Alencar, dyrektorka naukowa w brazylijskim Amazon Environmental Research Institute, już w czerwcu tego roku wskazywała na jednej z konferencji prasowych, że zielone płuca planety są w ogromnym niebezpieczeństwie, a winą za ten stan rzeczy obarczyła globalne ocieplenie oraz szkodliwe praktyki w sposobie użytkowania ziemi.

Petelczyc: Całe zło w Brazylii zaczyna się od nierówności [rozmowa]

 

„Amazonia nie pali się w sposób naturalny” – powiedziała ekspertka, wskazując, że pod wpływem działań degradujących środowisko znacząco zmienił się reżim samoistnych pożarów w Amazonii, które jeszcze do niedawna wydarzały się nie częściej niż co 500 lub maksymalnie 1000 lat. Badania instytutu współkierowanego przez Alencar wykazały, że obecnie w niektórych miejscach, które powinny palić się raz na kilka wieków, częstotliwość samozapłonu wynosi 12 lat. Oczywiście dzieje się tak „dzięki pomocy” ludzi.

Jeśli tegoroczny lipiec był poważnym sygnałem ostrzegawczym dla Brazylijczyków, to sierpień należy już traktować jako preludium do nadchodzącej tragedii. Tylko w pierwszych 10 dniach sierpnia w Amazonii odnotowano ponad 10 tys. pożarów, czyli o 17 proc. więcej niż o tej samej porze w 2019 r.

„Jest to bezpośredni skutek braku polityki ochrony środowiska ze strony brazylijskiego rządu i prezydenta Bolsonaro” – stwierdził cytowany przez „Guardiana” Romulo Batista z Greenpeace Brasil. „Mieliśmy więcej pożarów niż w zeszłym roku” – dodał ekspert, powołując się na analizę Narodowego Instytutu Badań Kosmicznych (INPE), który wskazał, że powierzchnia spalonych lasów amazońskich w ciągu roku do lipca 2020 wyniosła 9 205 km2 – a więc była o jedną trzecią większa niż w podobnym okresie rok wcześniej. „To obszar równy dwóm boiskom piłkarskim niszczonym co minutę” – pisze z kolei analizująca dane Lucy Jordan z portalu Unearthed.

Przypomnijmy, że fala krytyki wylała się na skrajnie prawicowego przywódcę Brazylii już rok temu. Wówczas sprawa płonącej Amazonii zyskała rozgłos międzynarodowy. Jairowi Bolsonaro zerwaniem umowy handlowej między Unią Europejską a Mercosurem, do której należy Brazylia, groziły m.in. Francja i Irlandia. Państwa te domagały się podjęcia natychmiastowych działań na rzecz ochrony lasów deszczowych. Jednak polityk uznał te ostrzeżenia za atak na suwerenność swojego kraju. Przesadą określił też zarzuty ekologów, którzy twierdzili, że Bolsonaro zachęcił inwestorów, drwali, górników, rolników, deweloperów i podmioty zarządzające ziemią, również te działające nielegalnie, do niszczenia naturalnych obszarów, pozwalając m.in. na wypalanie karczowisk.

Prezydent tłumaczył swoje decyzje tym, że rozwój górnictwa i rolnictwa w chronionych rezerwatach to najlepszy sposób na wydobycie regionu z biedy i zapaści gospodarczej. Poszedł przy tym na wojnę z krajową agencją ochrony środowiska. Tej ostatniej dostało się od polityka m.in. za to, że nakłada zbyt wysokie kary za naruszanie praw dotyczących dewastacji przyrody. Bolsonaro zresztą osobiście postarał się, by już w pierwszym roku swojego urzędowania znacząco obniżyć wysokość grzywien.

W końcu jednak w 2019 roku, pod naciskiem międzynarodowych inwestorów, zezwolił na tymczasowe rozmieszczenie wojsk w celu zwalczania wylesiania i pożarów lasów, jak również zabronił rozpalania jakichkolwiek pożarów w regionie na 120 dni. Zakaz powrócił również w tym roku i obowiązuje od 15 lipca do odwołania.

Bolsonaro: Zapewnimy Indianom środki, aby stali się tacy jak my wszyscy

Eksperci i ekolodzy bynajmniej nie widzą w tym przełomu i z dużym sceptycyzmem podchodzą też do zarządzonej przez Bolsonaro operacji wojskowej, która ma zatrzymać podpalaczy. Przedstawiciele organizacji samorządowej Amazon Conservation twierdzą wręcz, że rozporządzenia prezydenta działają tylko na papierze. Z prowadzonych przez nich śledztw wynika, że po wejściu zakazu wypalania w życie, w drugiej połowie lipca i tak doszło do co najmniej kilkudziesięciu pożarów z winy ludzi nielegalnie pozbywających się biomasy.

Płoną mokradła…

Pożary nasilają się również w Pantanal, największych i najbardziej różnorodnych biologicznie na świecie terenach podmokłych, sąsiadujących z południową Amazonią. Dlaczego to fatalna wiadomość?

„Mokradła bowiem chronią zasoby wody, a ich niszczenie nasila negatywne skutki ocieplenia klimatu w skali lokalnej i globalnej oraz zaburza naturalny obieg wody w przyrodzie. Obszary podmokłe, przejściowe pomiędzy lądem a wodą, a więc zarówno mokre części lądów, jak i naturalne zbiorniki, podtrzymują lokalne krążenie wody i są naturalnymi formami jej retencji. Funkcjonują jak klimatyzatory: w czasie suszy są jedynymi miejscami posiadającymi wodę i umożliwiającymi jej parowanie, a w efekcie krążenie w lądowych ekosystemach – powrót w postaci deszczu czy rosy. Parowanie sprawia też, że lokalnie robi się chłodniej, ponieważ proces ten pochłania ciepło z otoczenia” – wyjaśniał na łamach Krytyki Politycznej ekolog, wykładowca i współzałożyciel Centrum Ochrony Mokradeł prof. Wiktor Kotowski.

Świat musi ugrząźć w bagnie. I to dosłownie, bo inaczej zabraknie nam wody

Jak informuje Reuters na podstawie danych INPE, w lipcu liczba pożarów na południowoamerykańskich mokradłach wzrosła ponad trzykrotnie w porównaniu z tym samym miesiącem w 2019 r. Jeszcze gorszy był pod tym względem czerwiec, w którym pożarowy wskaźnik okazał się najgorszy od 13 lat. Sytuację w regionie dodatkowo komplikuje pandemia, z powodu której, zwłaszcza w boliwijskiej części Pantanalu, brakuje osób mogących stawić czoła pożarom.

Przedstawiciele Pantanal Observatory mówią o ekologicznej katastrofie, zwracają też uwagę na to, że Ameryka Południowa ma do czynienia z ogromnym „zagrożeniem społecznym”, ponieważ oprócz oczywistych szkód ekonomicznych i utraty bioróżnorodności pożary wywołują liczne problemy zdrowotne u ludzi. Potwierdzają to ogólnoświatowe badania, które wskazują, że zanieczyszczenie powietrza spowodowane pożarami odpowiada rocznie za 5 do 8 proc. spośród z 3,3 mln przedwczesnych zgonów.

Przy tym stają się czołowym uczestnikiem generowania emisji gazów cieplarnianych. Roczny dwutlenek węgla uwalniany w tych „piekłach” przekracza połowę ilości, którą wytwarzają ludzie spalający paliwa kopalne.

– Pożary lasów i innych ekosystemów powodują, że w krótkim czasie do atmosfery emitowane są bardzo duże ilości węgla składowanego latami w torfowiskach, glebie czy biosferze nadziemnej, czyli drewnie i podszycie. Wprawdzie pogorzeliska są później zwykle zalesiane, co po jakimś czasie pozwala odbudować naturalne magazyny węglowe, po drodze jednak mamy do czynienia z poważnym zaburzeniem cyklu – mówi prof. Zbigniew Karaczun.

Katastrofa klimatyczna – tracimy kontrolę

– To zwiększa prawdopodobieństwo, że zostanie przekroczony ładunek krytyczny i dojdzie do sytuacji, w której obecny system klimatyczny pod wpływem uwolnionej masy węgla ulegnie załamaniu i przejdzie na zupełnie inny poziom. Problem w tym, że nie jesteśmy w stanie określić, jak potężne i groźne będą skutki tej zmiany oraz do jakich warunków klimatycznych będziemy musieli błyskawicznie się przystosować, zakładając, że adaptacja w ogóle okaże się wykonalna – dodaje nasz rozmówca.

…i topnieją lodowce

Ogień w Amazonii wpływa też długofalowo na mniej zauważalne zjawiska – mianowicie przyczynia się do powolnego topnienia lodowców w Andach. Świadczą o tym analizy naukowców z Uniwersytetu Stanowego w Rio de Janeiro, którzy udowodnili, że sadza z ognia trawiącego dżunglę pod wpływem silnych wiatrów przemieszcza się w kierunku północnego obszaru pasm górskich, a następnie odkłada się na lodowcach i powoduje zmniejszenie pokrywy śnieżnej i lodu o nawet 14 proc. w skali roku.

W płomieniach coraz częściej stają też obszary znacznie chłodniejsze niż Ameryka Południowa. Ofiarą zmian klimatycznych pada m.in. Arktyka, w tym ostatnio jej rosyjska część. Na Syberię rok 2020 sprowadził ogromną i prawdopodobnie jedną z najbardziej niszczycielskich w historii falę pożarów, które według wskazań tamtejszego oddziału Greenpeace od stycznia do połowy lipca spaliły powierzchnię o wielkości co najmniej 19 mln hektarów. „To więcej niż zajmuje cała Grecja” – alarmuje organizacja.

Eksperci podkreślają, że część tegorocznych pożarów to także pozostałości po żywiole szalejącym w Rosji zeszłego lata, któremu przetrwanie zapewniła rekordowo ciepła i sucha zima. Przede wszystkim jednak do zapłonów doprowadziły długotrwałe upały i całoroczna susza. W Wierchojańsku 20 czerwca termometry wskazywały aż 38 st. C., co jest najwyższym wynikiem w dziejach Arktyki. W okresie od stycznia do czerwca na Syberii ogólne temperatury wyniosły 5 st. C powyżej średniej dla tego regionu.

To plus przesuszenie gleby sprawiło, że ogniem zajęła się tundra oraz tereny, gdzie gleba zazwyczaj jest pokryta warstwą wiecznej zmarzliny. Klimatolodzy ostrzegają, że niektóre z pożarów są aktywne nie tylko na powierzchni ziemi, ale także w jej głębi, gdzie znajduje się bogata w węgiel i gromadzona przez wieki materia organiczna. Nieunikniona w związku z tym odwilż Arktyki powoduje zwiększenie stężenia gazów cieplarnianych w atmosferze, jak również powstawanie wielu niebezpiecznych zjawisk, np. wybuchu metanu odpowiedzialnego za tworzenie się kraterów w arktycznej tundrze.

– Obecny w lodzie metan to bardzo silny gaz cieplarniany, który – uwolniony do atmosfery – potęguje reakcje znacznie silniejsze niż dwutlenek węgla, a więc znacząco przyspiesza zmiany klimatyczne – zaznacza prof. Karaczun. W Arktyce wszystkie te procesy niebezpiecznie się zazębiają, ponieważ są wywołane globalnym ociepleniem, a jednocześnie je pogłębiają.

Bendyk: Klimat, środowisko i kapitalizm, czyli tania natura się kończy

– Maksymalnie wysokie temperatury w strefach arktycznych powodują nie tylko pożary lasów, ale też rozmarzanie lądolodu. Mamy w tej chwili do czynienia z problemem dodatniego sprzężenia zwrotnego. Kiedy robi się cieplej, słońce powoduje, że część pokrywy śnieżnej powierzchniowej roztapia się i tworzy mniejsze lub większe kałuże i jeziora. Niestety woda ma mniejsze albedo, czyli zdolność odbijania energii słonecznej, niż śnieg, dlatego coraz większe jej ilości w Arktyce pozwalają penetrować promieniowaniu cieplnemu pokrywę lądolodu stałego. A to jest niebezpieczne z kilku powodów – ostrzega nasz rozmówca.

Jednym z nich jest fakt, że tak naprawdę nikt nie wie, co kryje się pod topniejącą warstwą lodu. – Nie tak dawno na Syberii wybuchła przecież epidemia wąglika, który najprawdopodobniej pochodził od obecnej w zmarzlinie padliny liczącej kilka czy nawet kilkanaście tysięcy lat. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jakie jeszcze bakterie i wirusy zdołały przetrwać tysiąclecia i mogą uaktywnić się po rozmrożeniu lodu, atakując żywe organizmy – dodaje prof. Karaczun.

Gorączka w Europie i nad Wisłą

To, co dzieje się w odległych zakątkach świata, nie pozostaje bez znaczenia dla sytuacji w Europie, która również staje się coraz bardziej dramatyczna. Najnowsze badania pokazują, że środkowa część tego kontynentu musi przygotować się długotrwałe i coraz bardziej dotkliwe w skutkach okresy suszy. Najczarniejszy scenariusz, w którym emisje gazów cieplarnianych rosną w tak szybkim tempie jak dotychczas, głosi, że liczba ekstremalnych susz wzrośnie siedmiokrotnie w Europie w drugiej połowie bieżącego wieku.

Katastrofa klimatyczna zaskoczy nas jak zima drogowców

A to oznacza: gwałtowne kurczenie się zasobów wodnych, ogromne straty dla rolnictwa i niszczycielską falę pożarów. Przedsmak tego kryzysu mogliśmy obserwować w ostatnich w latach 2018–2019, które, jak udało się ustalić badaczom, należały do najgorętszych i najsuchszych od 1766 roku.

– Na pewno w tej części świata bardzo wyraźne widać zjawisko zmiany rozkładu opadów. To oznacza, że mamy mniej opadów ciągłych i długotrwałych, a więcej – nawalnych i rzadkich. W efekcie system przyrodniczy jest bardziej narażony na suszę i jej skutki, które zwiększają zagrożenie pożarowe. Przy suszy łatwiej o samozapłon i o to, że nawet mały lokalny pożar może rozprzestrzenić się gwałtownie, zwłaszcza jeśli towarzyszą temu odpowiednie warunki, jak chociażby silne wiatry – wskazuje prof. Zbigniew Karaczun, który przypomina, że zagrożenie dotyczy również Polski, bogatej w zasoby tzw. zbiorowisk borowych, czyli lasów iglastych, szczególnie podatnych na działanie ognia i cierpiących z powodu długotrwałej suszy. Tak naprawdę jednak sucho jest praktycznie wszędzie.

W tym roku akcję gaśniczą prowadzono m.in. w Biebrzańskim Parku Narodowym. Ryzykiem trudnego do opanowania zapłonu obarczona jest także Puszcza Białowieska. O objęcie bardziej zaawansowanym niż dotychczas antypożarowym programem ochrony wiosną tego roku apelowały do władz centralnych organizacje wchodzące w skład koalicji Kocham Puszczę.

Ile jeszcze pożarów będziemy musieli gasić przez zrzutka.pl?

„Puszcza Białowieska to ponad 40 proc. siedlisk bagiennych i wilgotnych, które najczęściej wiosną były zalane wodą i podtopione. To jest obraz, który znaliśmy jeszcze kilka lat temu, ale z roku na rok sytuacja się pogarsza. Na większości olsów i łęgów, w sąsiednich dolinach rzecznych nie ma wody. Suszę widać gołym okiem” – ostrzegał wówczas prof. Rafał Kowalczyk, dyrektor Instytutu Biologii Ssaków PAN w Białowieży.

– W Polsce obserwujemy od lat zmiany w rozkładzie opadów, a od 2013 r. (lub nawet, jak twierdzą niektórzy badacze, od 2010 r.) mamy permanentną suszę w okresie letnim. Długotrwałe braki śniegu i deszczu coraz częściej występują również zimą i wczesną wiosną. Rekordowe wskaźniki odnotowaliśmy chociażby w ostatnich bezopadowych sezonach. Nic zatem dziwnego, że zagrożenie pożarami lasów i naturalnych ekosystemów intensywnie wzrasta, przy czym należy podkreślić, że jest ono pochodną suszy glebowej oraz atmosferycznej. Susza określana przez naukowców jako hydrologiczna stoi z kolei za tym, że lasy są bardziej podatne na choroby i działanie szkodników – wyjaśnia prof. Karaczun.

Od naszego rozmówcy słyszymy, że dramatyczną sytuację w lasach Polska odnotowała w marcu i kwietniu tego roku. Wilgotność ściółki wynosiła w niektórych miejscach poniżej 10 proc., osiągając wartość krytycznie niską. – Przed wielkoprzestrzennymi pożarami paradoksalnie „uratowała” nas pandemia, czyli lockdown i zakaz wstępu do lasów, które w tym okresie były koszmarnie suche – wskazuje ekspert Koalicji Klimatycznej, dodając, że w Polsce 70, a według niektórych nawet 90 proc. wszystkich leśnych pożarów wywołuje działalność człowieka, w tym działania intencjonalne.

Nie dajmy spłonąć Puszczy!

– W przeciwieństwie do Brazylii, krajów azjatyckich czy afrykańskich nie podpalamy lasów po to, by pozyskać teren pod pola uprawne, deweloperkę i pastwiska. Znacznie częściej robimy to dla rozrywki, z czystej głupoty albo przez nieuwagę. Dlatego tak istotne jest upowszechnianie w Polsce edukacji przeciwpożarowej, która powinna jasno zakazywać wyrzucania niedopałków, zostawiania śmieci czy palenia ognisk w lasach. Przy tym jednocześnie polski rząd musi wreszcie wcielić w życie odważną politykę proklimatyczną i chronić obszary przyrodnicze – zaznacza prof. Karaczun.

O ile bowiem Lasy Państwowe prowadzą szeroko zakrojone działania prewencyjne, antypożarowe z uwagi na ochronę cennego surowca, o tyle masowe wycinki drzew znacząco pogłębiają zmiany klimatyczne. A wykazujące się niefrasobliwością w obliczu kryzysu władze centralne intensywnie ową szkodliwą gospodarkę leśną wspierają. Jeśli tak ma wyglądać nasza walka z suszą, to straż pożarna będzie mieć ręce pełne roboty, a my – płuca pełne dymu.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Paulina Januszewska

| Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.