Kraj

Świat musi ugrząźć w bagnie. I to dosłownie, bo inaczej zabraknie nam wody

Bagna w Poleskim Parku Narodowym, widok z wieży obserwacyjnej na ścieżce dydaktycznej „Perehod”, fot. Jakub Szafrański

Chronią życie setek tysięcy gatunków, oczyszczają wodę, zapobiegają pustynnieniu Ziemi i pochłaniają więcej węgla organicznego niż cała roślinność lądowa. Niestety – w wyniku ekspansji rolnictwa i w postępujących zmian klimatycznych w Polsce i na świecie jest ich coraz mniej.

W niedzielę, 2 lutego, przypada Światowy Dzień Mokradeł. Ta data przypomina o rocznicy uchwalenia tzw. konwencji ramsarskiej 2 lutego 1971 roku, czyli Konwencji o Ochronie Obszarów Wodno-Błotnych, do przestrzegania której zobowiązało się 171 krajów świata.

Hasłem obchodów tegorocznego święta bagien, torfowisk i płytkich wód jest: „Wetlands and biodiversity”, a w polskiej wersji „Życie na bagnach”.

Jak powinniśmy chronić bagna, torfowiska i inne mokradła? Co może się stać, gdy znikną zupełnie? Co można zrobić, by powstrzymać zanikanie bagien, i z powrotem nawodnić drastycznie osuszający się krajobraz? Rozmawiamy o tym z ekologiem, wykładowcą i współzałożycielem Centrum Ochrony Mokradeł prof. Wiktorem Kotowskim.

Mokradła w Białowieskim Parku Narodowym. Fot. Jakub Szafrański.
Mokradła w Białowieskim Parku Narodowym. Fot. Jakub Szafrański

Paulina Januszewska: Z najnowszych badań wynika, że mniej więcej od momentu, gdy zaczął pan pracować naukowo, powierzchnia mokradeł zanikała w tempie 1,6 proc. rocznie. To – zdaniem ekspertów – niepokojąco szybko.

Wiktor Kotowski: Mokradła są dla nas ważne z kilku powodów. Przede wszystkim odpowiadają za ochronę różnorodności biologicznej. Aż 40 proc. wszystkich gatunków żyjących na ziemi jest związana właśnie z tymi terenami. Mowa nie tylko o roślinach i stale przebywających tam zwierzętach, ale też np. „odwiedzających” mokradła ptakach. Obecnie jedna czwarta gatunków zależnych w skali świata od terenów podmokłych jest zagrożona wyginięciem. Poza tym wysychanie bagien, torfowisk i innych „mokrych” obszarów spowoduje, że nie będziemy mieli czystej wody. Ważną rolę w procesie jej oczyszczania odgrywają bowiem żyjące w mokradłach bakterie oraz bagienne rośliny.

I pewnego dnia wody po prostu zabraknie?

Owszem, ponieważ mokradła chronią zasoby wody, a ich niszczenie nasila negatywne skutki ocieplenia klimatu w skali lokalnej i globalnej oraz zaburza naturalny obieg wody w przyrodzie. Obszary podmokłe, przejściowe pomiędzy lądem a wodą, a więc zarówno mokre części lądów, jak i naturalne zbiorniki, podtrzymują lokalne krążenie wody i są naturalnymi formami jej retencji. Funkcjonują jak klimatyzatory: w czasie suszy są jedynymi miejscami posiadającymi wodę i umożliwiającymi jej parowanie, a w efekcie krążenie w lądowych ekosystemach – powrót w postaci deszczu czy rosy. Parowanie sprawia też, że lokalnie robi się chłodniej, ponieważ proces ten pochłania ciepło z otoczenia. Mokradła, zwiększając ilość pary wodnej w atmosferze, zmniejszają też wysychanie innych obszarów – na przykład rolniczych. Jeżeli je osuszamy, pola i łąki wysychają szybciej, zaczyna też brakować wody w rzekach i jeziorach. To obserwujemy już w wielu regionach Polski. Ale jeśli mówimy o roli mokradeł w regulacji klimatu, to poza wodą ważny jest jeszcze węgiel.

Co to znaczy?

Mokradła, a zwłaszcza bagna, w których akumuluje się torf, są ogromnym magazynem węgla. Jeden hektar ekosystemu bagiennego pochłania w ciągu roku od kilkuset kilogramów do nawet dwóch ton węgla. Najnowsze badania pokazują, że torfowiska zakumulowały go znacznie więcej niż cała roślinność lądowa. Ściągając dwutlenek węgla z atmosfery, torfowiska przeciwdziałają więc globalnemu ociepleniu. Niestety masowe osuszanie bagien w celu przekształcenia ich w tereny rolnicze sprawia, że torf zaczyna się rozkładać i zmieniają się one w źródła emisji dwutlenku węgla do atmosfery, negatywnie oddziałując na klimat. Dlatego tak ważne jest, by je z powrotem nawadniać.


No dobrze. Wiemy, że rolnictwo w dużej mierze odpowiada za zniszczenia mokradeł, ale raczej trudno się spodziewać, by rolnicy pozwolili „zalać” swoje działki. Można tu znaleźć jakiś kompromis?

Istnieją dwa kierunki działania. Pierwszy to oddanie tych terenów przyrodzie. Tylko wtedy rolnictwo musiałoby się wycofać. Skutek jest taki, że rolnicy i właściciele gruntów tracą źródło dochodu, a państwo musi zacząć te obszary wykupywać. To są ogromne koszty, na których pokrycie żaden rząd się nie zgodzi. Dlatego jest też drugi pomysł, żeby utrzymać te tereny w sektorze rolniczym – zamienić konwencjonalne rolnictwo oparte na osuszaniu na rolnictwo bagienne, czyli takie, które umożliwiłoby uprawę roślin bagiennych, np. pałki wodnej czy trzciny. Chodzi o to, by przywracać wysoki poziom wody na torfowiskach przy zachowaniu ich funkcji produkcyjnej.

I co potem?

Sprzedawać rośliny producentom biogazu. Albo – co stanowi bardziej innowacyjny pomysł, który w tej chwili wdrażają już firmy w Niemczech, Holandii i Szwajcarii –  wykorzystać rośliny do produkcji materiałów budowlanych i ociepleniowych. Rośliny bagienne są bowiem zbudowane z tkanek nieco przypominających gąbkę, które odpowiadają za właściwości wytrzymałościowe i izolacyjne. Tak naprawdę ich wykorzystanie w budownictwie to technika pochodząca z zamierzchłych czasów. Dziś jednak okazuje się rewolucyjna. W momencie, kiedy mamy kłopot z odpadami i chcemy przestawiać się z technologii opartych na paliwach kopalnych na technologie bardziej przyjazne przyrodzie, pałka i trzcina są znakomitym materiałem produkcyjnym. Podobny „renesans” w budownictwie przeżywają teraz konopie, a rośliny bagienne powinny do niego dołączyć.

Czy polskie rolnictwo zaorało się samo?

A co z produkcją żywności? Można wyhodować na tych terenach coś jadalnego dla ludzi?

Niestety nie dotyczy to roślin, które mogłyby rosnąć w naszej strefie klimatycznej. Ale już w strefach przybrzeżnych w innych częściach świata powoli rozwija się uprawa jadalnych wodorostów i małży. Wodorosty można dodawać do żywności przeznaczonej dla ludzi albo wykorzystywać jako paszę dla krów. Badania pokazują, że bydło karmione glonami produkuje mniej metanu, jednego z gazów cieplarnianych emitowanych do atmosfery. Warto przy tym wspomnieć, że z takich upraw płyną podwójne korzyści, bo zbierając wodorosty i małże, można usunąć z przybrzeżnych wód morskich przyswojone przez nie substancje odżywcze, które spłynęły tam rzekami z nawożonych pól uprawnych. W ten sposób zmniejszymy przeżyźnienie wody, zapobiegając zakwitom sinic. Poza tym pozyskując żywność z przybrzeżnych wód morskich, można ograniczyć rolnictwo lądowe i „zrobić miejsce” np. dla mokradeł lądowych.

Bagno nad Jeziorem Zagłębocze na Pojezierzu Łęczyńsko-Włodawskim. Fot. Jakub Szafrański
Bagno nad Jeziorem Zagłębocze na Pojezierzu Łęczyńsko-Włodawskim. Fot. Jakub Szafrański

Przyszłość tych ostatnich jest jednak silnie uzależniona nie tylko od rolników, ale również od decyzji polityków.

Na przykładzie Polski widać to szczególnie, bo rząd ochoczo planuje przedsięwzięcia, które znacząco zmieniają naturalne przepływy wody i przyczyniają się do jej usuwania z krajobrazu. Problem stanowią na przykład kopalnie odkrywkowe. To, co dzieje się w Wielkopolsce – wysychanie jezior, zanikanie Noteci – jest efektem przekształcania krajobrazu i odpompowywania ogromnych ilości wody w kopalniach, które w ten sposób generują olbrzymie leje depresyjne. Wypompowujemy wody gruntowe, przemieszczając je do wód powierzchniowych i bardzo przyspieszamy ich odpływ do morza. Mokradła, czyli naturalne tereny, gdzie woda byłaby retencjonowana i wracałaby następnie do obiegu, są w tym procesie całkowicie pomijane. To samo dzieje się w przypadku kopalni torfu. Nie dość, że osuszamy torfowiska i eksploatując torf, zwiększamy emisję gazów cieplarnianych (wykorzystany w ogrodnictwie torf się szybko rozłoży), to jeszcze generujemy odpływ wody z tych terenów.

Jakby tego było mało, polski rząd zamierza otworzyć kolejną kopalnię. Tym razem chce wydobywać węgiel kamienny w okolicach Poleskiego Parku Narodowego, gdzie znajdują się jedne z największych i najlepiej zachowanych torfowisk w kraju. Wiemy, co się wydarzy, gdy ten projekt zostanie zrealizowany. Ucierpi tamtejszy krajobraz i przyroda. Stracimy kolejne zasoby wody. To oczywiście wciąż nie koniec, bo politycy mają w planach jeszcze regulację rzek i karkołomny, nieprzystający do potrzeb współczesności pomysł budowy dróg wodnych, czyli przekształcenia naszych wielkich rzek – Odry, Wisły i części Bugu – w kanały. To wygeneruje ogromne i szkodliwe zmiany hydrologiczne w dużej części kraju, a także jest całkowicie sprzeczne z zapewnieniami rządu i Wód Polskich o konieczności renaturyzacji i zwiększania retencji wody.

Polski węgiel można by wreszcie położyć koło czaszki tura

A w międzyczasie jeszcze słyszymy, że trzeba odstrzelić bobry.

Nie ma w Polsce zwierzęcia bardziej pożytecznego dla odbudowy naturalnego krajobrazu niż bóbr, ponieważ znacząco przyczynia się on do zwiększenia retencji wody, czyli naprawy bezmyślnych melioracji, które wykonywaliśmy w przeszłości. Jak się do tego ma zgoda regionalnej dyrekcji ochrony środowiska w Warszawie na odstrzał? Trudno jest stwierdzić jednoznacznie. Z jednej strony – zgoda na odstrzał 1,5 tys. bobrów, choć brzmi groźnie, prawdopodobnie nie wpłynie znacząco na to, że ich będzie mniej, bo populacja jest znacznie liczniejsza i jest w ekspansji. W taki sposób nie załatwi się żadnego problemu, o ile ten rzeczywiście istnieje. A tu mam wątpliwości.

Dlaczego?

Rolnicy narzekają na straty, ale środowisko i społeczeństwo zyskuje na tym, że np. ich łąki są zalane. Zamiast eliminować stamtąd bobry, powinniśmy dać rolnikowi dotację za to, że umożliwia naturalną retencję wody na swoim terenie.

W decyzji o odstrzale niepokoi mnie jednak najbardziej niezwykle szkodliwy sygnał wysyłany obywatelom przez państwową instytucję. Utrwala ona bowiem przekonanie, że z przyrodą trzeba walczyć, a do zwierząt – strzelać. Jeśli urząd, który powinien zajmować ochroną środowiska, zezwala na eliminację bardzo pożytecznego gatunku, to trudno się potem dziwić, że ludzie właśnie tak zaczynają rozumieć relację człowieka z przyrodą. Mam jednak nadzieję, że to nie pójdzie dalej, a bobry się nie poddadzą. Ich powrót pokazuje zresztą ogromną odporność przyrody na zadawane jej rany. Jako ludzie zrobiliśmy ogromną szkodę w obiegu wody i retencji, osuszając mokradła i regulując większość małych rzek. Bobry reperują to, co zniszczyliśmy – dają początek samonaprawianiu się rzeki, czego bardzo dziś potrzebujemy i do czego sami również musimy intensywnie dążyć, zalewając osuszone tereny i przetamowując rowy melioracyjne.

Wysuszone łąki i martwe drzewa w okolicach kopalni Tomisławice. Fot. Jakub Szafrański
Wysuszone łąki i martwe drzewa w okolicach kopalni Tomisławice. Fot. Jakub Szafrański

Czy jest szansa, żebyśmy przestali niszczyć mokradła i zaczęli wykorzystywać ich potencjał?

Myślę, że tak. Konieczność zmiany powoli dociera zarówno do decydentów, jak i do społeczeństwa – w tym rolników. Na razie deklaracje nie mają odzwierciedlenia w działaniach w dużej skali, bo potrzebujemy zmiany instrumentów prawnych i administracyjnych. Ale nie jest tak, że w urzędach i ministerstwach nie ma ludzi rozumiejących konieczność zmiany paradygmatów, konieczność „pogodzenia się” z przyrodą i wykorzystania jej potencjału. Dziś już bardzo wiele osób przyznaje, że powinniśmy odtwarzać mokradła, by retencjonować wodę. A prawda jest taka, że jest to jeden z najważniejszych elementów zarówno ograniczenia zmian klimatu, jak i adaptacji do nich. Bez nawodnienia osuszonych bagien nie ograniczymy emisji dwutlenku węgla. Jeśli temperatura dalej będzie się podnosić, to tym bardziej będziemy potrzebować mokradeł. Bo przy tym scenariuszu za kilkadziesiąt lat przetrwamy wyłącznie w pobliżu wody.

Popkiewicz: Polska musi przestać trzymać się zębami węglowej futryny

Bio

Paulina Januszewska

| Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.