Świat

Brexit to dopiero początek

Twardzi zwolennicy Brexitu przekonywali, że uwolniona od brukselskiego jarzma Wielka Brytania stanie się miejscem, gdzie – jak w szczycie panowania Imperium Brytyjskiego – zbiegać się będą globalne szlaki handlowe: ze Stanów, Chin, Afryki, Europy. Takie wizje to oczywiście mrzonki – pisze Jakub Majmurek.


Z piątku na sobotę Wielka Brytania formalnie opuści Unię Europejską. Wielka brexitowa odyseja, rozpoczęta referendum z czerwca 2016 roku, daleka jest jednak od zakończenia. Brexit Day to dopiero koniec początku procesu rozwodu Zjednoczonego Królestwa z Unią. Do końca 2020 roku w codziennym życiu nie zmieni się wiele – Wielka Brytania przestanie być członkiem UE, brytyjscy europarlamentarzyści wrócą do domu, ale pod panowaniem układu przejściowego zasady handlu, migracji, świadczenia usług, dostępu do rynku pracy pozostaną te same. Sprawdzając mapę na telefonie w Londynie, nie zapłacimy więcej za roaming. Nikt nie wie jednak, co będzie dalej.

Brexitowe trzęsienie ziemi

Zanim brexit zdążył się na dobre zacząć, już radykalnie zmienił brytyjską politykę. Zakończył karierę dwóch liderów Partii Konserwatywnej – Davida Camerona i Theresy May − i znacząco przyczynił się do politycznego zatopienia Jeremy’ego Corbyna.

Koniec Corbynowania

Gwałtownie spolaryzował społeczeństwo i pomógł torysom w odniesieniu spektakularnego zwycięstwa w wyborach parlamentarnych w grudniu 2019. Wyniki tych wyborów – przynajmniej na jedną kadencję – radykalnie zakwestionowały to, co do tej pory wiedzieliśmy o geografii wyborczej Zjednoczonego Królestwa.

Jak w ogóle doszło do brexitowego trzęsienia ziemi? Jak zawsze w kluczowych historycznych wydarzeniach przypadek spotkał się tu z długotrwałymi trendami. Gdy David Cameron obiecywał referendum, nie tylko nie wierzył, że zwolennicy wyjścia Zjednoczonego Królestwa z UE mogą je wygrać, ale także był przekonany, że tak naprawdę nigdy do niego nie dojdzie. Kalkulacje byłego premiera zakładały, że w wyborach 2015 roku torysi znów nie zdobędą samodzielnej większości w Izbie Gmin i będą skazani na koalicję z Liberalnymi Demokratami. Ci, jako najbardziej proeuropejska partia w parlamencie, referendum po prostu zablokują.

„Brexit”: psychodeliczna groteska

czytaj także

Torysi wygrali jednak wybory z wynikiem pozwalającym samodzielnie rządzić. Liberalni Demokraci z kolei, w stosunku do wyborów z 2010 roku, stracili 49 mandatów i ponad 15 punktów procentowych poparcia. Liberałowie w 2010 roku sukces zawdzięczali głównie wyborcom Partii Pracy, zmęczonym po trzynastu latach rządów Blaira i Browna. Nigdy nie zaakceptowali oni w pełni koalicji liberałów z konserwatystami, a już na pewno nie prowadzonej przez gabinet Camerona polityki austerity. Karząc liberałów, ten elektorat – na ogół bardzo proeuropejski – paradoksalnie otworzył drogę do brexitu.

Sesja Parlamentu Europejskiego. Ogłoszenie wyników głosowania w sprawie wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Fot. Thierry Roge/UE2020

Referendum nie zostałoby jednak nigdy wygrane przez antyeuropejską stronę, gdyby nie pewne długoterminowe trendy. Jednym z nich był tradycyjny brytyjski sceptycyzm do UE, obecny w głównym nurcie tamtejszej polityki od samego początku udziału Zjednoczonego Królestwa w europejskim projekcie. W Polsce kojarzymy go głównie z postaciami typu Nigela Farage’a i kilkoma ekscentrycznymi torysami.

Brexit jako święto demokracji

Jest to jednak tylko część prawdy – brytyjski eurosceptycyzm nigdy nie ograniczał się wyłącznie do konserwatystów. To konserwatywny rząd Edwarda Heatha wprowadził Wielką Brytanię do Wspólnot Europejskich w 1973. Laburzyści byli wówczas sceptyczni, w wyborach z 1974 roku startowali z obietnicą renegocjacji warunków członkostwa i referendum na temat przyszłości Zjednoczonego Królestwa w UE.

„Tradycyjny brytyjski sceptycyzm wobec UE był obecny w głównym nurcie tamtejszej polityki od samego początku udziału Zjednoczonego Królestwa w europejskim projekcie”. Fot. Thierry Roge/UE2020

67% głosujących opowiedziało się wtedy za pozostaniem w Unii. Lewe skrzydło laburzystów pozostawało jednak nieprzekonane. Zjednoczoną Europę uważało za strażnika kapitalistycznych stosunków produkcji, wierzyło, że wychodząc ze Wspólnot Europejskich, Wielka Brytania będzie mogła zbudować u siebie pełen demokratyczny socjalizm. Program wyborczy Partii Pracy z 1983 roku obiecywał brexit – uważana dziś za jeden z symboli brytyjskiego dystansu do Europy Margaret Thatcher zajmowała wtedy paradoksalnie bardziej proeuropejskie stanowisko. Eurosceptycy spod znaku Thatcher dystansowali się od Unii z dokładnie odwrotnych powodów niż laburzystowska lewica.

Pocałunek Margaret Thatcher

Unia była dla nich socjalistycznym niemalże tworem, przez biurokratyczne ingerencje wypaczającym rynkowy mechanizm. Ten prawicowy eurosceptycyzm był głośniejszy w ostatnich latach i to on dominował w referendum z 2016 roku. Kampania agitująca za wyjściem z Unii trafiła na podatny grunt w społeczeństwie od lata poddawanym propagandzie prawicowych tabloidów, konsekwentnie przedstawiających karykaturalny obraz Unii Europejskiej jako biurokratycznego Behemota, uniemożliwiającego Zjednoczonemu Królestwu realną demokrację i rozwój.

„Prawicowy eurosceptycyzm był głośniejszy w ostatnich latach i to on dominował w referendum z 2016 roku”. Fot. Thierry Roge/UE2020

Po drugie, brexit zbiegł się z szerszym, globalnym kryzysem liberalnej demokracji, odczuwanym także w Zjednoczonym Królestwie. Kryzys ten wyraża się przede wszystkim poczuciem bezsilności i braku realnej politycznej reprezentacji szerokich grup społecznych. Nie jest przypadkiem, że za brexitem głosowały te regiony Wielkiej Brytanii, które od lat doświadczały największej ogólnej deprywacji, niskich dochodów, bezrobocia, zapaści usług publicznych: kiedyś górnicze wioski z północnego wschodu Anglii, dawne obszary przemysłowe z Anglii środkowej, wyludniające i starzejące się prowincjonalne miasteczka.

Brexit: Referendum, które skompromitowało referenda

Dla wszystkich ludzi, którzy przez lata czuli, że kurczą się ich szanse na dobre, zamożne życie, że tracą kontrolę nad zmieniającym się wokół nich światem, że politycy z prawa, lewa i centrum, mainstreamu i ekstremum, nie słyszą ich głosu, referendum stało się okazją, by wreszcie wykrzyczeć własny gniew. By rzucić symboliczny koktajl Mołotowa w stronę oderwanej od życia klasy polityczno-ekspercko-medialnej. Gdyby nie ten społeczny afekt, wszystkie kłamstwa, manipulacje, fake newsy i mikrotargetowanie w mediach społecznościowych, po które w kampanii referendalnej sięgali nrexitowcy, na wiele by się nie zdały.

„Nie jest przypadkiem, że za brexitem głosowały te regiony Wielkiej Brytanii, które od lat doświadczały największej ogólnej deprywacji, niskich dochodów, bezrobocia, zapaści usług publicznych”. Fot. Alexander Andrews/unsplash

Czy ten gniewny głos został usłyszany? Tak i nie. Po trzech latach brexit staje się faktem. To, czy ludzie będą mieli za 10 lat poczucie, że dostali to, za czym głosowali, zależy jednak od tego, jaką formę ostatecznie przybierze. A tu wiadomo tyle, że nic nie wiadomo.

Brexit bez mapy

Po pierwsze, nie wiemy, jakie ostatecznie relacje gospodarcze będą łączyły Wielką Brytanię z Unią Europejską. Twardzi zwolennicy brexitu przekonywali, że uwolniona od brukselskiego jarzma Wielka Brytania stanie się miejscem, gdzie jak w szczycie panowania Imperium Brytyjskiego zbiegać się będą globalne szlaki handlowe: ze Stanów, Chin, Afryki, Europy. Takie wizje to oczywiście mrzonki. Prawie 50 lat udziału we wspólnym rynku silnie zintegrowało brytyjską gospodarkę z europejską. To państwa Unii są odbiorcami niemal połowy brytyjskiego eksportu. Nie zastąpi tego żaden nowy układ handlowy ze Stanami – jaki po brexicie obiecał Johnson – czy nowe relacje z dynamicznie rozwijającymi się gospodarkami Azji.

Ostatni premier Zjednoczonego Królestwa

czytaj także

Jeśli Wielka Brytania nie chce gospodarczego załamania, musi zapewnić sobie możliwie najbardziej dogodny dostęp do europejskiego rynku. Johnson dał sobie zaledwie rok na wypracowanie porozumienia. To bardzo krótki czas. Brytyjski premier wydaje się liczyć, że rozgrywając Trumpa i Brukselę przeciw sobie, uzyska od obu korzystne dla swojego kraju warunki. Może się przeliczyć. Trump w zamian za umowę handlową domaga się np. dostępu amerykańskich korporacji medycznych do rynków Narodowego Funduszu Zdrowia – publicznego dostarczyciela usług zdrowotnych – co Johnsonowi bardzo trudno będzie politycznie sprzedać.

UE wie z kolei, że realnie, gdy opadnie już dym politycznej retoryki, nawet najbardziej niechętni Europie torysi z European Research Group będą mieli świadomość, że Zjednoczone Królestwo nie może sobie pozwolić na wystąpienie z Unii bez żadnej regulującej handel umowy. Bardzo więc możliwe, że w efekcie Wielka Brytania i tak będzie musiała zaakceptować wiele reguł unijnego rynku, pozbawiwszy się uprzednio wpływu na ich kształtowanie. Nie o to chyba chodziło w hasłach o „odzyskaniu kontroli”.

Brexit. Czy to się jeszcze da odkręcić?

„The Economist” porównał w komentarzu redakcyjnym obecny moment do 1945 i 1979 roku. W ’45, wybierając rząd laburzystów, Wielka Brytania postawiła na budowę państwa opiekuńczego i znaczące uspołecznienie gospodarki. W ’79 roku dała Thatcher mandat do neoliberalnej reformy powojennego konsensusu.

„Wielka Brytania i tak będzie musiała zaakceptować wiele reguł unijnego rynku, pozbawiwszy się uprzednio wpływu na ich kształtowanie”. Fot. Mick Baker/CC BY-ND 2.0

Różnica polega na tym, że w ’45 i ’79 laburzyści, Thatcher i ich wyborcy wiedzieli, czego chcą. Dzisiejsza epokowa zmiana to podróż bez mapy. Owszem, grupa obecnych w rządzie torysów – głównie kanclerz skarbu Sajid Javid i ministra spraw wewnętrznych Priti Patel – chciałaby wykorzystać brexit, by jeszcze bardziej zderegulować brytyjską gospodarkę, aplikując jej kolejną fazę thatcheryzmu XXI wieku. Trudno jednak wyobrazić sobie, jak torysi mieliby to zrobić, nie tracąc świeżo pozyskanych kosztem Partii Pracy mandatów na północy i w środku Anglii.

Gabinet osobliwości premiera BoJo

Na razie Johnson obiecuje raczej solidarystyczny konserwatyzm. Laburzyści liczą, że zamknięcie sporu o brexit przeniesie dyskusję na tematy, w których czują się mocni – nierówności, jakość pracy, publiczne inwestycje, rynek mieszkaniowy. Znów może się jednak okazać, że każda mocna pobrexitowa wizja okaże się w praktyce trudna, jeśli nie niemożliwa w realizacji. Za 5, 10 lat Brytyjczycy znów mogą mieć poczucie, że wcale nie „odzyskali kontroli”.

Od Imperium do małej wyspy

Ciekawym zbiegiem okoliczności jest to, że brexit wchodzi w życie niemal dokładnie w setną rocznicę ratyfikacji traktatu wersalskiego (10.01.1920), kończącego I wojnę światową. W jego efekcie Imperium Brytyjskie, przejmując niemieckie kolonie w Afryce i obejmując kontrolę nad częścią Imperium Osmańskiego, osiąga szczyt swojej terytorialnej ekspansji. A jednocześnie w tym samym momencie zaczyna się powolny proces zmierzchu jego potęgi. Ostatecznie potwierdza go kolejna wielka wojna, po której zostają tylko dwa globalne mocarstwa – Stany Zjednoczone i Związek Radziecki.

Monarchia jako serial

Przez cały okres powojenny nad brytyjską polityką ciąży problem: „czym ma być Wielka Brytania, gdy nie może już być Imperium Brytyjskim”?. Udział w europejskim projekcie był dla części brytyjskich elit próbą odpowiedzi na to pytanie. Proces akcesji do Wspólnot Europejskich zaczyna się na początku lat 70., po „dekadzie dekolonizacji”, gdy Imperium traci większość swoich posiadłości na Karaibach i w Afryce.

„Udział w europejskim projekcie był dla części brytyjskich elit próbą odpowiedzi na pytanie: co po Imperium Brytyjskim?”. Fot. John Cameron/unsplash

Teraz rozdział „europejskiej Brytanii” wydaje się zamknięty. Co dalej? Czym będzie Zjednoczone Królestwo? Dzisiejsze wydanie „Guardiana” przedstawia zdjęcie brytyjskiej flagi wbitej w wieżę z piasku na plaży, zapewne koło białych klifów Dover, z podpisem „Mała Wyspa”. To obawa wielu Brytyjczyków: że poza UE Wielką Brytanię czeka tylko marginalizacja, utrata znaczenia, rola małej wysepki, targanej prądami globalnych przemian.

Brexit. Co by tu jeszcze spieprzyć?

czytaj także

Te obawy nie są pozbawione podstaw. Wyspa może być nawet mniejsza, niż sugerowałaby to brytyjska flaga na okładce „Guardiana”. Brexit był decyzją podjętą tylko przez jedną ze składowych części Zjednoczonego Królestwa: Anglię. Walia, Szkocja, Irlandia Północna chciały zostać w Unii. W najbliższej dekadzie czeka nas pewnie dalsza dyskusja o szkockiej niepodległości. Jakkolwiek Johnson zapewnia, że drugie referendum nie wchodzi w grę, brexit i dominacja Szkockiej Partii Narodowej w szkockiej polityce nie pozwolą odejść tej sprawie. Wszyscy patrzą też z niepokojem na to, co będzie się działo w Irlandii Północnej, jak konkretne efekty brexitu wpłyną na żądania zjednoczenia Irlandii.

Fot. Adam Wilson/unsplash
„Brexit był decyzją podjętą tylko przez jedną ze składowych części Zjednoczonego Królestwa: Anglię. Walia, Szkocja, Irlandia Północna chciały zostać w Unii”. Fot. Adam Wilson/unsplash

Nawet jeśli Zjednoczone Królestwo pozostanie zjednoczone, to ceną może być nowe konstytucyjne rozdanie, ze znacznie głębszą federalizacją kraju – co pewnie oznaczałoby też jakiś osobny parlament dla Anglii. Nawet ciągle zjednoczona Wielka Brytania nie musi pozostać monarchią. Elżbieta II kończy w kwietniu 93 lata. Kwestia jej sukcesji zbliża się z każdym dniem. A nie ma pięciu słów, które wywoływałyby większą nadzieję brytyjskich republikanów, niż Jego Królewska Wysokość Karol III. Karol, książę Walii, jest nie tylko nielubiany, ale też już jako następca tronu dał się poznać ze skłonności do wywoływania konstytucyjnych kontrowersji i prób interwencji w prace rządu.

Patoarystokracja

Już jego wstąpienie na tron wywoła dyskusję o przyszłości monarchii, a jeśli będzie panował z podobnym społecznym słuchem, którym dysponował jako książę Walii, może się okazać ostatnim brytyjskim monarchą. Następna dekada to dla Zjednoczonego Królestwa czas trudnych wyborów na wielu polach.

Trzymajmy kciuki, by wyszło na zero

Co brexit znaczy dla Europy? Część komentatorów, a po cichu i polityków, oddycha z ulgą. Bez brytyjskiego hamulcowego integracja ma ruszyć do przodu. Nie podzielam tego uczucia ulgi. Brexit znacząco osłabia potencjał gospodarczy, dyplomatyczny i militarny Unii. Wzmacnia odśrodkowe i nacjonalistyczne tendencje na kontynencie.

Widmo Brexitu krąży po Europie

Dla Europy byłoby fatalnie, gdyby pobrexitowa Brytania odniosła spektakularny gospodarczy sukces – dodałoby to wiatru w żagle europejskim partiom nacjonalistyczno-populistycznym. Ale i załamanie w Wielkiej Brytanii nie jest w naszym interesie, uderzy także w europejskie gospodarki. Trzeba trzymać kciuki, by bilans wyszedł mniej więcej na zero, najlepiej na niewielkim minusie.

„Brexit znacząco osłabia potencjał gospodarczy, dyplomatyczny i militarny Unii. Wzmacnia odśrodkowe i nacjonalistyczne tendencje na kontynencie”. Fot. freestocks.org/Public Domain

Jakie wnioski europejskie elity wyciągną z brexitu? Czy uznają, że problemem Europy jest deficyt demokracji i poczucia sprawczości? Czy przyjrzą się modelowi integracji generującemu potężne regionalne nierówności? Na razie nic na to nie wskazuje. Bez sprzeciwu Londynu wzmocnią się za to najpewniej te siły, które chciałyby Europy kilku prędkości. Z jednej strony ściślej integrującego się „karolińskiego” jądra, z drugiej orbitującej wokół niego Europy Środkowej, Południowej i Skandynawii.

Choć w brexit zapatrzona jest Konfederacja i część PiS, jest on dla polski fatalną wiadomością. Europa dwóch prędkości najpewniej zostawi nas na marginesie – zwłaszcza z tym rządem. W Wielkiej Brytanii tracimy sojusznika, który rozumiał geopolityczne zagrożenia stwarzane dla naszego regionu przez Rosję. Zjednoczone Królestwo jest ważnym partnerem handlowym dla Polski i jeśli nie uda się wypracować sensownego porozumienia handlowego, uderzy to w nasze firmy. Polacy mieszkający na Wyspach mają tam prawo zostać, ale jeśli pobrexitowa Brytania wpadnie w kryzys, nie muszą chcieć – duża reemigracja to z jednej strony szansa dla gospodarki, z drugiej źródło problemów (zwłaszcza biorąc pod uwagę rynek mieszkaniowy). Zjednoczone Królestwo mogło się odciąć formalnie od Europy, ale cenę za skutki tej decyzji – jakiekolwiek będą – zapłaci nie tylko mała wyspa, ale też cały kontynent. Niczyja chata nie jest dziś z kraja.

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.