UE

Brexit: Referendum, które skompromitowało referenda

7 osób na 10, które głosowało za opuszczeniem Unii, sądziło, że ich głos nie ma znaczenia.

Wygląda na to, że część Brytyjczyków i Brytyjek, którzy oddali głos w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, nie do końca zdawało sobie sprawę, jakie są konsekwencje ich wyboru. Po ogłoszeniu wyników głosowania, niektórzy dzwonili nawet do biura wyborczego z pytaniem, czy mogą zmienić swój głos na „Pozostać członkiem Unii Europejskiej”. Inni tłumaczą, że głosowali na znak protestu przeciwko rządowi i nie sądzili, że może rzeczywiście dojść do podjęcia decyzji o wyjściu z Unii. Aż 7 osób na 10, które głosowało za opuszczeniem Unii, sądziło, że ich głos nie ma znaczenia.

Część głosujących mogła też zostać wprowadzona w błąd zapowiedziami, że jeżeli Brytyjczycy opowiedzą się za opuszczeniem Unii Europejskiej, wówczas będzie można przeznaczyć 350 milionów funtów tygodniowo na wsparcie brytyjskiej służby zdrowia. Że tak się nie stanie, przyznał Nigel Farage, lider Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP), zaledwie kilka godzin po ogłoszeniu wyników referendum. Było już jednak po głosowaniu.

Współczesny mechanizm referendum zakłada, że, aby oddać głos, nie jest konieczne dogłębne zapoznanie się z przedmiotem głosowania, wysłuchanie argumentów wszystkich stron, w tym opinii innych obywateli i obywatelek. Nie trzeba zapoznawać się ze zdaniem ekspertów, ani też brać udziału w debacie, która pozwala lepiej przeanalizować temat.

Pojawia się zatem pytanie: czy w takim razie obecny mechanizm głosowania w referendum pozwala podejmować świadome i przemyślane decyzje, które w najlepszy sposób będą przyczyniały się do dobra wspólnego obywateli i obywatelek? Wszystko wskazuje na to, że nie.

Czy nie powinno być tak, że demokracja służy podejmowaniu jak najbardziej trafnych decyzji, zamiast jedynie jakichś decyzji? Jest to całkowicie podstawowa kwestia − czy chcemy jakiejś demokracji, czy raczej sprawnej demokracji? Od tego zależy to, czy będziemy zadowoleni z efektów, jakie przynosi proces podejmowania decyzji.

Dziś jest trochę tak, jak gdybyśmy uznali, że sędzia może wydać wyrok, nie analizując sprawy, nie zapoznając się ze stanowiskami oskarżyciela i obrońcy, nie słuchając tego, co mówią świadkowie. Gdyby chodziło o sąd, byłoby oczywiste, że taki wyrok nie może być ani sprawiedliwy ani trafny. Dlaczego więc uznajemy, że mechanizm głosowania powszechnego, bez dogłębnego zapoznawania się z przedmiotem referendum, jest uprawniony i uzasadniony? Czy nie pora to zmienić?

Głosowanie powszechne, czyli takie, w którym każdy i każda uprawniony do głosowania może wziąć w nim udział, ma swoją zaletę, czyli właśnie to, że jest powszechne. Daje nam to poczucie sprawstwa. Każdy i każda może oddać głos. Jest to mechanizm demokratyczny, który może się sprawdzać, ale w małych społecznościach. W małej miejscowości mieszkańcy i mieszkanki mogą przyjść na spotkanie, omówić sprawę, wysłuchać swoich argumentów, a na koniec zagłosować. Takie referendum ma sens, gdyż obejmuje etap zapoznawania się ze sprawą. Jednak w skali dużego miasta czy państwa już tak zrobić się nie da. Na zorganizowanie spotkania obywateli i obywatelek całego państwa jest po prostu zbyt dużo ludzi. A korzystanie z Internetu, jak pokazuje przykład Wielkiej Brytanii, nie do końca pomaga.

Panel obywatelski

Co zatem można zrobić? Jednym z możliwych rozwiązań jest opracowanie dla głosujących materiału pomocniczego, aby mogli poznać główne argumenty za i przeciw w temacie, którego dotyczy referendum. Robi się tak w stanie Oregon w USA, gdzie referenda poprzedza zorganizowanie panelu obywatelskiego z losowo wyłonioną grupą 24 mieszkańców i mieszkanek. Panel opracowuje dla głosujących krótki zestaw informacji, przy wsparciu ze strony ekspertów i ekspertek. I choć jest to bez wątpienia postęp w jakości referendów, wyniki badań pokazują jednak, że nie wszyscy z takiego materiału pomocniczego korzystają. Nadal mamy więc grupę osób, która może głosować w mniej lub bardziej powierzchowny sposób. Jest to więc rozwiązanie jedynie częściowe.

Jest jednak jeszcze jedna możliwość, która, moim zdaniem, jest najbardziej obiecująca – podejmowanie decyzji bezpośrednio przez panel obywatelski. Panel obywatelski przypomina rozstrzyganie sprawy przez ławę przysięgłych w amerykańskim sądzie. Przed panelistami i panelistkami swoje stanowiska przedstawiają wszystkie strony, ponadto jest możliwość konsultacji z ekspertami, a organizuje się debatę. Aby panel dobrze odzwierciedlał strukturę społeczeństwa, można przy losowaniu uwzględnić takie kryteria, jak wiek, płeć, formalny poziom wykształcenia czy miejsce zamieszkania. Otrzymujemy wówczas społeczeństwo w pigułce i skalę, dzięki której zorganizowanie sensownej dyskusji jest możliwe.

Trudnością odnośnie paneli obywatelskich może być zaakceptowanie tego, że nie każdy może wziąć udział w głosowaniu. Ich skład losuje się jednak ze wszystkich osób, które są uprawnione do głosowania, i wszyscy zainteresowani mogą przedstawiać panelistom i panelistkom swoje argumenty. W zamian otrzymujemy możliwość podejmowania bardziej trafnych decyzji.

Demokracja deliberacyjna, a w tym panel obywatelski, obejmuje część edukacyjną i gdyby w Wielkiej Brytanii zorganizowano panel zamiast referendum, to paneliści i panelistki staliby się niemal ekspertami i ekspertkami w kwestiach związanych z członkostwem w Unii Europejskiej. Rozumieliby wady i zalety Unii Europejskiej, konsekwencje pozostania w niej lub odłączenia się, itd. Decyzja panelu byłaby odzwierciedleniem tego, co sądzą w tej sprawie zwykli ludzie, a różnica w porównaniu z referendum polega na tym, że temat byłby dogłębnie przeanalizowany.

„Tak” i „nie” to nie wszystkie możliwe odpowiedzi

Co istotne, panel nie musi rozstrzygać wyłącznie „tak” lub „nie”. W przypadku Wielkiej Brytanii głosowanie nie musiało ograniczać się wyłącznie do dwóch opcji – zostać w Unii Europejskiej lub z niej wyjść. Jak wskazuje Peter Emerson, specjalista ds. systemów wyborczych z Irlandii Północnej, opcji do poddania pod głosowanie jest przecież więcej – może to być również członkowstwo w Unii po wprowadzeniu pewnych zmian czy wariant współpracy podobny do Norwegii lub Szwajcarii. Aby zmniejszyć ryzyko manipulacji ze strony osób proponujących temat panelu, paneliści i panelistki powinni mieć możliwość tworzenia dodatkowych opcji. Ponadto zamiast głosować stawiając tylko jeden krzyżyk, co jest bardzo nieprecyzyjną metodą głosowania, można ułożyć opcje w kolejności swoich preferencji, od pierwszej do ostatniej. Wówczas łatwiej jest ustalić, w przypadku której z opcji możliwy jest konsensus.

W Polsce ostatnie referendum dotyczyło trzech spraw na raz, w tym zmiany systemu wyborczego – wprowadzenia okręgów jednomandatowych w wyborach do Sejmu. Czy jednak wszyscy głosujący potrafili swobodnie wyjaśniać różnice pomiędzy systemami wyborczymi, wskazywać ich wady i zalety, czy znali dobrze konsekwencje proponowanych zmian? Można mieć tu wątpliwości. Frekwencja również nie zachwyciła – wyniosła 7,8 procent.

Gdyby decyzję podejmował wówczas panel obywatelski, byłoby to znacznie tańsze, a przede wszystkim decyzja byłaby podjęta w sposób świadomy.

Do czasu referendum w Wielkiej Brytanii uważałem, że głosowanie powszechne powinno być stosowane w kwestiach takich, jak zmiana granic czy przyłączanie się do związków państw, by wszyscy mieli możliwość wypowiedzenia się. Jednak jakość referendum w Wielkiej Brytanii pokazała, że nawet tu nie ma to większego sensu. Głosowanie powszechne, jako mechanizm podejmowania decyzji w dużych społecznościach, nie sprawdza się, gdyż daje powierzchowny wynik.

Z kolei doświadczenia z sondażami deliberacyjnymi, które są rodzajem paneli obywatelskich, pokazują, że dzięki dyskusji i części edukacyjnej uczestnicy i uczestniczki mogą zmienić swoje stanowisko nawet o kilkadziesiąt procent. Przykładem jest zmiana decyzji uczestników i uczestniczek sondażu deliberacyjnego w Korei Południowej, w kwestii dostarczania pomocy humanitarną Korei Północnej, bez względu na prowadzone przez to państwo działania w sprawie broni jądrowej. Po zapoznaniu się z tematem i dyskusji, poparcie dla kontynuowania pomocy wzrosło z 43 procent do 78 procent (zmiana o 35 procent).

W Wielkiej Brytanii pojawiła się propozycja, by zorganizować drugie referendum w sprawie członkowstwa w Unii Europejskiej. Bez wątpienia, nawet gdyby głosować poszła dokładnie ta sama grupa osób, jego wynik byłby inny. Brytyjczycy i Brytyjki po prostu lepiej rozumieją, co oznacza ich wybór. Skoro pojawiły się nowe okoliczności, a moim zdaniem takie się pojawiły, do tematu można wrócić i podjąć decyzję raz jeszcze. Tylko czy na pewno warto to robić w formie referendum?

O Brexicie czytaj także:
Jakub Dymek: Nie można już uprawiać polityki „za, a nawet przeciw”
Jaś Kapela: Cała prawda o Brexicie
Jędrzej Malko: Paradoksalnie, marzenie eurolewicy spełniło się w UK
Sławomir Sierakowski: UK przeżyje bez UE, UE bez UK nie
Cezary Michalski: Brexit albo trzecie samobojstwo europy
Kaja Puto: Brexit. Fazy żałoby
Maciej Gdula: Europopulizm albo zgon
Pięć tekstów o Brexicie, które powinniście przeczytać

 

**Dziennik Opinii nr 181/2016 (1381)

 

Ciekawy artykuł? Pomóż nam pisać takie teksty dalej.

Bio

Marcin Gerwin

| Specjalista ds. zrównoważonego rozwoju i partycypacji
Specjalista ds. zrównoważonego rozwoju i demokracji deliberacyjnej. Z wykształcenia politolog, autor przewodnika po panelach obywatelskich oraz książki „Żywność przyjazna dla klimatu”. Współzałożyciel Sopockiej Inicjatywy Rozwojowej, publicysta Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.