Historia, Weekend

Ukraińcy od dawna byli głównym straszakiem polskiej polityki historycznej

Pretekstem do wysiedlenia do ZSRR i akcji „Wisła” miała być działalność podziemia ukraińskiego. Jednak prawdziwe powody i intencje polskich władz zostały nazwane wprost w jednym z wojskowych dokumentów: „rozwiązać ostatecznie problem ukraiński w Polsce” – mówią Piotr Tyma i Iza Chruślińska.

Katarzyna Przyborska: Prezydent Polski jest przyjacielem prezydenta Ukrainy, Polacy powszechnie wsparli Ukraińców, na których Rosja sprowadziła wojnę, a wy napisaliście książkę Sploty. O Ukraińcach z Polski, w której rozmawiacie o trudnych i skomplikowanych relacjach polsko-ukraińskich. Po co przypominać, że było źle, kiedy akurat jest dobrze?

Iza Chruślińska: Do 24 lutego 2022 roku, mimo trwającej od 2014 roku wojny na wschodzie Ukrainy, polskie władze prowadziły politykę historyczną, w której głównym straszakiem byli Ukraińcy. I już dzisiaj, w roku wyborczym, widzimy, że hasło „Wołyń Pamiętamy” ma odgrywać w kampanii wyborczej istotną rolę. A podczas wizyty Wołodymyra Zełenskiego w Polsce wielu polityków różnych opcji politycznych, w tym i opozycji, wyraziło niezadowolenie, że prezydent Zełenski nie powiedział nic na ten temat.

Piotr Tyma: W Polsce od lat ma miejsce proces wypierania mniejszych, lokalnych historii przez wielkie, centralne, narodowe narracje budujące podziały. W 2016 roku Sejm i Senat RP przegłosowały uchwały, w których zbrodnię na Wołyniu nazwano ludobójstwem. W 2017 roku Jarosław Kaczyński zapowiadał ówczesnemu prezydentowi Ukrainy Poroszence, że Ukraińcy do Europy z Banderą nie wejdą. Uroczystości wołyńskie odbywały się również w lipcu 2022 roku, mimo że już wówczas wiedziano, że w planach ekspansji Rosji chodzi nie tylko o Ukrainę. Wiedziano już dosyć dużo o wyjątkowym barbarzyństwie Rosjan, ich planach zniszczenia ukraińskiej państwowości jako takiej i Ukraińców jako odrębnego narodu. Mimo to wołyńska narracja była nadal w Polsce umacniana. W różnych miastach Polski nadal powstają pomniki, tablice zbrodni wołyńskiej. Stały się one widocznym elementem przestrzeni publicznej, jak np. Rondo Ofiar Wołynia w Przemyślu.

Akcja na ekranie [rozmowa z Elżbietą Janicką]

czytaj także

I.Ch.: A jednocześnie upamiętnia i czci się jako bohaterów podziemia poakowskiego morderców nie tylko Ukraińców, ale też Białorusinów i Żydów. Narodowy Bank Polski wybił monetę z mordercą sierot żydowskich oraz Żydów ocalałych z Holocaustu, Józefem Kurasiem „Ogniem”. Ta polityka dotyka obywateli Polski – nie tylko Ukraińców, ale i przedstawicieli innych mniejszości narodowych. Mocno upolityczniona narracja na temat przeszłości z Warszawy wypiera inne, prawdziwe, lokalne – mówią o tym Kaszubi, Ślązacy, Niemcy. Mniejszości niemieckiej w ramach polityki wzajemności zmniejszono liczbę godzin lekcji języka i literatury niemieckiej.

P.T.: Można postawić tezę, że to powrót do schematu znanego z PRL-u, czyli zacierania lokalnej narracji na temat przeszłości historycznej, która częściowo miała szanse zaistnieć po 1989 roku – w tym ukraińskiej – na rzecz różnych form utrwalania i czczenia wybranych aspektów z historii Polski, zazwyczaj tych związanych z perspektywą etnicznych Polaków i ich interesów. Dlatego wydaliśmy książkę właśnie teraz, kiedy w sferze memoratywnej i politycznej dialog polsko-ukraiński nie istnieje.

Polacy jednak okazali się odporni na politykę historyczną PiS. Stale zwiększająca się od lat obecność Ukraińców w Polsce, kolejne wydarzenia polityczne – od pomarańczowej rewolucji po euromajdan – którym w Polsce kibicowaliśmy, zbudowały więzi, które okazały się silniejsze od wielkich historycznych narracji.

P.T.: Dobre relacje to także efekt wielu lat pracy środowisk polskich i ukraińskich. Tu warto przywołać chociażby paryską „Kulturę”, Jacka Kuronia, pierwszą „Solidarność”. W tym procesie brali też udział Ukraińcy z Polski, m.in. historyk prof. UJ Włodzimierz Mokry czy też studenci Ukraińcy aktywni w latach 80., nie tylko w środowisku mniejszości ukraińskiej, ale również szukający kontaktów z polską antykomunistyczną opozycją. Działania tych środowisk, kontynuowane także po 4 czerwca 1989 roku, doprowadziły do historycznej wręcz zmiany w postrzeganiu Ukrainy i Ukraińców, szły również w stronę przezwyciężenia PRL-owskiego modelu nieistnienia Ukraińców będących obywatelami Polski w sferze publicznej.

Jak przejawiał się ten przełom?

P.T.: W latach 90. kwestie mniejszości i pograniczy były niejako na nowo odkrywane, pojawiły się reportaże telewizyjne, artykuły w prasie lokalnej i centralnej, badania naukowe. To sprzyjało głębokiej zmianie. Pragnę to podkreślić, że nie deklaratywne, ale realne wsparcie ukraińskich uchodźców oraz różne formy wsparcia udzielane przez obywateli RP Ukrainie i Ukraińcom po pełnoskalowej agresji Rosji nie wzięły się znikąd. Był to efekt pracy wielu środowisk i ludzi oraz przezwyciężania komunistycznej i nacjonalistycznej propagandy. Wielu Polaków zaczęło patrzeć na Ukrainę z bliska, a nie przez pryzmat utraconych polskich Kresów.

Jak o tym mówić? Może lepiej milczeć?

Wasza książka też zaczyna się od opisu utraty. Od przywołania akcji „Wisła” i innych akcji przymusowego, masowego wysiedlenia – społeczności ukraińskich, Bojków, Łemków – przeprowadzonych w latach 1944–1951. Wysiedlenia, zwłaszcza akcja „Wisła” z 1947 roku, miały charakter totalny. Ponad 4 tysiące osób obwinianych o współpracę z UPA trafiło do obozu koncentracyjnego w Jaworznie. To działania Ukraińskiej Powstańczej Armii były uzasadnieniem wysiedleń?

P.T.: Ograniczenie historii terenów pogranicznych tylko do historii walk z UPA powoduje, że mimochodem utrwalane jest myślenie wyrosłe za czasów Polski Ludowej. Mniejszość ukraińska, która znalazła się w granicach Polski po 1944 roku, nie była jednolita. Oprócz podziemia jej częścią były też umiarkowane środowiska i osoby, które chciały być lojalnymi obywatelami nowego państwa polskiego.

W 1946 roku przedstawiciele społeczności ukraińskiej z Przemyśla opracowali dokument, który miał stanowić podstawę dialogu z władzą, w tym brać pod uwagę skład narodowościowy na terenach pogranicza i postulaty Ukraińców – polskich obywateli. Był to projekt, który zakładał lojalność Ukraińców wobec państwa polskiego. Delegacja złożona z sygnatariuszy dokumentu była przyjęta w Warszawie przez przedstawicieli najwyższych władz państwa. W składzie delegacji był m.in. przedwojenny parlamentarzysta, poseł na Sejm RP Mychajło Wachniuk.

Jakie były skutki tej wizyty?

P.T.: Stanowisko delegacji nie zostało wzięte pod uwagę, bo już podjęto decyzję, że Ukraińców trzeba się pozbyć, żeby Polska stała się krajem jednolitym narodowo. Pretekstem do wysiedlenia do ZSRR i akcji „Wisła” miała być działalność podziemia ukraińskiego. Jednak prawdziwe powody i intencje polskich władz zostały nazwane wprost w jednym z wojskowych dokumentów: „rozwiązać ostatecznie problem ukraiński w Polsce”.

W latach 1956–1957 roku, na fali odwilży, zaczęto pisać o akcji „Wisła”, władze partyjne rozważały nawet projekt jej potępienia, zadośćuczynienia ofiarom i zezwolenia na powrót wysiedlonych w 1947 roku w ojczyste strony. Niestety, odwilż bardzo szybko się zakończyła i w tej kwestii wygrała opcja endecka – zatrzymania Ukraińców na terenach Polski północnej i zachodniej, na których zostali osiedleni. Ukraińców oraz obywateli Polski innych wyznań i narodowości poddano totalnej kontroli i inwigilacji, cenzura eliminowała wszelkie próby pisania o rzeczywistym przebiegu wysiedleń i akcji „Wisła”.

I.Ch.: Warto także pamiętać, że społeczność ukraińska na swoich macierzystych terenach była w okresie lat 1939–1947 zróżnicowana: istniało podziemie walczące z państwem polskim o własne, ukraińskie państwo, stające w obronie pozbawianych majątku i życia ziomków po 1944 roku, kiedy rozpoczęły się deportacje ludności ukraińskiej do ZSRR. Była też jednak cała rzesza obywateli, którzy dokonywali innych wyborów. W wojnie obronnej we wrześniu 1939 roku w oddziałach WP znalazło się ponad 100 tysięcy osób narodowości ukraińskiej, a około 10 tysięcy z nich oddało życie w obronie Polski. Również w armii Andersa walczyli Ukraińcy, niektórzy zginęli pod Monte Casino. O tym zazwyczaj się nie pisze i nie mówi, choć przypomina się wciąż o dwóch ukraińskich batalionach z tego okresu – łącznie kilkuset Ukraińcach – w armii niemieckiej.

Ukraińcy nigdy nie zaakceptowali rządów autorytarnych w rosyjskim stylu [rozmowa z Serhijem Płochim]

Jak wyglądały dążenia Ukraińców z pogranicza do zbudowania własnego państwa na przełomie XIX i XX oraz pierwszych dwóch dekadach XX wieku?

P.T.: To Galicja była kolebką dążeń państwowych Ukraińców. Silnie związana z tym nurtem była cerkiew grekokatolicka. Dla przykładu Mychajło Werbycki, proboszcz parafii spod Przemyśla, był autorem melodii do ukraińskiego hymnu narodowego. Księża byli inicjatorami odrodzenia narodowego – otwierali szkoły, zakładali spółdzielnie, budowali domy kultury dla lokalnych wspólnot. Wywodząc się z ludu, byli autentycznymi liderami, organizującymi i wspierającymi życie i kulturalne, podnoszącymi poziom oświaty i życia. Ich żony były często nauczycielkami w szkołach, inicjatorkami tworzenia żłobków i przedszkoli, organizatorkami kursów zawodowych dla kobiet. Galicja nigdy nie była obszarem rozwiniętym cywilizacyjnie i gospodarczo, zarówno w czasach cesarstwa, jak i II Rzeczpospolitej, dlatego takie działania księży miały ogromne znaczenie dla rozwoju nie tylko życia religijnego czy ruchu narodowego Ukraińców, ale również całego społeczeństwa Galicji.

I.Ch.: Obiegowa opinia mówi o tym, że na terenach pogranicza żyła niemal dzika ludność ukraińska, np. w Bieszczadach. Żyła w kurnych chatach, a w wyniku akcji „Wisła” dostąpiła awansu cywilizacyjnego. Natomiast w powszechnej polskiej świadomości nie ma wiedzy na temat dorobku ukraińskiego ruchu samoorganizacji, rozwoju życia oświatowego, kulturalnego i społecznego. O tym, że istniały na pograniczu ośrodki miejskie z ukraińskimi instytucjami zakładanymi przez organizacje społeczne – jak Przemyśl czy Sanok – nie chce się wiedzieć.

Obalacie w waszej książce mit, powtarzany często nawet przez osoby wspierające Ukrainę, że Polacy i Ukraińcy są do siebie podobni, ale Ukraińcy nie potrafią się organizować. 

I.Ch.: No, oba Majdany oraz wojna z Rosją pokazały, że jest inaczej. Ale tak było i wcześniej. Jacek Kuroń był wielkim fanem samoorganizacji ukraińskiej, spółdzielczości…

P.T.: Tradycja spółdzielczości ukraińskiej sięga czasów połowy XIX wieku. To ona pozwoliła Ukraińcom przetrwać biedę w cesarstwie austro-węgierskim. Potem ruch spółdzielczy rozwijał się, już w II RP ukraińska spółdzielnia mleczarska „Masłosojuz” miała całą sieć sklepów – nie tylko na terenie zamieszkanym przez Ukraińców, ale w całej Polsce, również w Warszawie. Spółdzielczość ukraińska wspierała finansowo i organizacyjnie prywatną ukraińską oświatę, prasę, instytucje naukowe. W II RP polskie władze różnymi metodami starały się ograniczać ten rozwój, szykanować aktywistów. Państwo polskie od początku istnienia w 1918 roku postępowało wobec swoich obywateli Ukraińców wiarołomnie. II RP nie dopełniła zobowiązań, które wzięła na siebie w trakcie kształtowania się granic państwa.

Zobowiązań wynikających z traktatu wersalskiego?

P.T.: Tak, i ze starań przed Radą Ambasadorów o uznanie Galicji za teren państwa polskiego. Polska gwarantowała utworzenie we Lwowie uniwersytetu ukraińskiego i samorządu regionalnego. Zamiast tego wprowadzono ograniczenia, np. studentami Uniwersytetu Lwowskiego im. Jana Kazimierza mogli zostać tylko obywatele polscy, którzy służyli w Wojsku Polskim. Ukraińcy, żołnierze Ukraińskiej Armii Galicyjskiej, którzy walczyli o państwo ukraińskie, tej możliwości zostali pozbawieni. W wielu dziedzinach życia okres II Rzeczpospolitej oznaczał dla Ukraińców regres. Chodzi m.in. o oświatę, rozwój życia religijnego Ukraińców, bo państwo polskie ograniczało możliwości rozwoju instytucji Cerkwi, zarówno grekokatolickiej, jak i prawosławnej…

I.Ch.: Pod koniec lat 30. wojsko, administracja i Kościół rzymskokatolicki przymuszali prawosławną ludność Chełmszczyzny i Wołynia przemocą do przejścia na rzymski katolicyzm. Pod bagnetem – i to nie jest figura retoryczna. A Ukraińcy od połowy XIX wieku dążyli do uzyskania niepodległości. To nie przypadek, że do oddziałów Strzelców Siczowych w 1914 roku, w tym z terenów pogranicza, o czym mówi Piotr w Splotach, zgłosiło się kilkadziesiąt tysięcy ukraińskiej młodzieży, w znacznej części ze wsi.

Hrycak: Ważne jest tworzenie takiej pamięci historycznej, która by włączała wszystkie regiony Ukrainy

Przyjęto ostatecznie tylko 3 tysiące. Jednak państwo ukraińskie powstało.

P.T.: Było kilka prób: w 1918 roku powstała Zachodnioukraińska Republika Ludowa i przetrwała rok, republika w Komańczy czy także spacyfikowana w styczniu 1919 roku przez polskie oddziały republika we Florynce.

I.Ch.: Jarosław Hrycak w swojej nowej książce Podołaty mynułe. Globalna istorija Ukrajiny zwraca uwagę na ogromny dorobek istniejącego przecież bardzo krótko państwa: stworzenie armii, rządu, administracji państwowej. W 1920 roku, po podpisaniu traktatu ryskiego, kiedy polskie państwo zaczyna kontrolować te tereny, od razu zanegowano dorobek, nawet wkład Ukraińców w tzw. cud nad Wisłą. W Galicji zabroniono używania nazwy „Ukrainiec”, bo przecież mieli być tylko Rusini. I to mimo że w nazwie państwa, armii, instytucji polityczno-społecznych w okresie 1918–1921 funkcjonowała nazwa „ukraińska, ukraińskie”.

Kiedy Polska zanegowała ustalenia umowy sojuszniczej z Ukraińcami i sojusz Piłsudski–Petlura, przystąpiono do polonizacji i kolonizacji nie tylko pogranicza, ale też terenów Wołynia i Galicji Wschodniej. W polskiej polityce wobec Ukraińców powrócono do danej retoryki, mówienia o ruskim szczepie narodu polskiego, o hajdamakach, chłopskiej czerni, Rusinach.

P.T.: Metody osłabiania ukraińskiego potencjału były różnorodne, niejednokrotnie czerpano z doświadczenia dawnych zaborców Polski. Izolowano i odrywano inteligencję, ukraińską elitę, od społeczności wiejskiej i małomiasteczkowej, zmuszając tych, którzy zdobyli uniwersyteckie i gimnazjalne wykształcenie, do szukania zatrudnienia w innych rejonach Polski lub np. przenosząc nauczycieli z terenów o przewadze ludności ukraińskiej w głąb Polski, jak to się stało np. w przypadku rodziców Bohdana Osadczuka. Tak zwana akcja umacniania polskości na Wschodzie osiągnęła apogeum w drugiej połowie lat 30. W pewnym momencie według jej założeń nawet pokojówki, np. we Lwowie, nie mogły być Ukrainkami.

W 1938 roku na terenie Lubelszczyzny wschodniej, określanej również jako Chełmszczyzna, miały miejsce mało chwalebne działania ze strony administracji i wojska, które polegały na niszczeniu świątyń prawosławnych. Akcja niszczenia prawosławnych cerkwi w 1938 roku nie była przypadkowym, jednorazowym działaniem, to był jeden z elementów procesu celowego wynaradawiania, likwidowanie odrębności narodowej, religijnej i kulturowej ukraińskiej ludności Chełmszczyzny. Wcześniej czyniono również ogromne starania wokół wprowadzenia języka polskiego do liturgii, nauczaniu religii itd. Akcja polonizacyjna na tym terenie rozpisana była do 1941 roku, w jej założeniach było również deportowanie z tego terenu osób, które określały się jako Ukraińcy bądź świadomi swej tożsamości prawosławni.

Wojna temu przeszkodziła, ale proces dokończyli komuniści. Państwo polskie pod ich rządami prowadziło równie antymniejszościową, nacjonalistyczną politykę jak wcześniej II Rzeczpospolita.

P.T.: Dokładnie tak, dlatego akcję „Wisła” należy rozpatrywać jako ostatni akord czystek etnicznych, długiego procesu deukrainizacji pogranicza poprzez zmianę proporcji ludnościowych, polonizację, deportacje. Bo akcja „Wisła” to nie tylko wysiedlenia. Według jej założeń zastosowano model totalnego „rozpuszczenia” wysiedlanych w nowym otoczeniu, rozerwanie wszelkich więzi – rodzinnych, religijnych, narodowych. Rozdzielano sąsiadów, odrywano elity, mieszkańców jednej miejscowości osadzając często w kilkunastu innych na rozległym obszarze Polski. Zarówno II RP, jak i PRL wiele zrobiły, by pogranicze polsko-ukraińskie „oczyścić” z Ukraińców. Mimo to w trakcie jednej z uroczystości w 2018 roku na stulecie niepodległości Polski Andrzej Duda na spotkaniu z przedstawicielami mniejszości narodowych i etnicznych stwierdził, że „II Rzeczpospolita była Rzeczpospolitą przyjaciół”. Dziwna to była przyjaźń.

Tyma: Czy Ukrainiec musi być zdrajcą Polski?

Taki mamy mit. II Rzeczpospolita zafundowała Ukraińcom coś, czego Polacy zaznali na przykład w zaborze pruskim. W sumie powinni rozumieć, że to nie zadziała.

I.Ch.: Nastawienie ówczesnych polskich władz i elit graniczyło z głupotą. Nie dostrzeżono tego, że nie tylko dowództwo czy czołowi politycy ukraińscy mieli ambicje niepodległościowe, ale że proces zmierzający do utworzenia ukraińskiego państwa na tych terenach był oddolny.

P.T.: Dlatego chcę mówić o fałszywym obrazie II Rzeczypospolitej, który pozwala sytuować Ukraińców w wygodnym dla części Polaków schemacie.

W kontekście „Rzeczpospolitej przyjaciół” rzeź wołyńska wydaje się pozbawioną przyczyn erupcją zła i nienawiści.

P.T.: Jeśli nie weźmie się pod uwagę, że część terenów została do Rzeczpospolitej włączona przemocą, zapomni się o pacyfikacjach ukraińskich wsi czy akcji polonizacyjnej i rewindykacyjnej, to trudno będzie zrozumieć przyczyny konfliktu polsko-ukraińskiego podczas II wojny światowej. Nadal, mimo twierdzenia części polskich historyków, również tych nastawionych liberalnie, nie wiemy wszystkiego. Białe plamy i niedomówienia istnieją. Dla przykładu nie ma takich badań, które by ukazywały nastawienie członków podziemia polskiego do Ukraińców na tym terenie pogranicza. Chociaż do 1939 roku mieliśmy do czynienia z wieloma antyukraińskimi i antyprawosławnymi działaniami struktur polskiej administracji, to nie wiemy, jakie odzwierciedlenie znalazły one w postawach wobec Ukraińców w okresie hitlerowskiej okupacji i po 1944 roku.

W okresie II wojny światowej Chełmszczyzna stała się terenem największych zbrodni na ukraińskiej ludności cywilnej dokonanych przez polskie podziemie AK i BCH – mam na myśli zbrodnie z marca 1944 roku m.in. we wsi Sahryń oraz kilkudziesięciu innych, zamieszkanych przez Ukraińców. Żaden z polskich historyków w swoich badaniach nie brał pod uwagę tego czynnika, nie połączył tych dwóch faktów – antyukraińskiej propagandy i działań mających doprowadzić do wynarodowienia Ukraińców z przeciwukraińskimi akcjami w okresie okupacji. Podobnie rzeź wołyńską i antypolską akcję UPA w Galicji wyjmuje się z szerszego historycznego kontekstu, winą za ofiary obarcza się wyłącznie ukraińskie podziemie nacjonalistyczne.

I.Ch.: Obecnie zapomina się również o tym, że akcja „Wisła” nastąpiła po deportacji pół miliona Ukraińców na tereny ZSRR, co spowodowało pierwszą ogromną wyrwę w kulturze, instytucjach, tkance społecznej, która przez całe wieki wrośnięta była w te tereny.

Dokąd ci ludzie zostali wywiezieni?

I.Ch.: Zostali rozproszeni. Część z nich, jak rodzina Piotra Tymy, trafiła do zachodniej Ukrainy, ale część wysiedlonych wywieziono na wschód Ukrainy, np. rodzinę późniejszego dysydenta, Łemka Mykoły Horbala, na Donbas. Im na szczęście udało się stamtąd uciec dzięki wyprzedaniu wszystkiego, co mieli na łapówki, i wrócić pod zachodnią granicę ZSRR, jak najbliżej dawnego domu. Ludziom z gór, z Beskidu i Bieszczad, bardzo trudno było zaadaptować się w nowych miejscach osiedlenia, np. na ukraińskim stepie. Do tego w 1947 roku na wielu obszarach wschodniej i centralnej Ukrainy miał miejsce głód. W dodatku działo się to w okresie powrotu do totalitarnego sposobu sprawowania władzy, w którym każdy wyróżniający się czymś obywatel był z miejsca podejrzany.

P.T.: Przesiedleńcy z Polski często trafiali na najbardziej zniszczone i zsowietyzowane tereny Ukrainy, na południe i wschód: do obwodu ługańskiego, donieckiego, okolic Mariupola, do obwodu chersońskiego.

Leociak: Nie jesteśmy w stanie jako ludzkość niczego się nauczyć

czytaj także

Leociak: Nie jesteśmy w stanie jako ludzkość niczego się nauczyć

Zofia Waślicka-Żmijewska, Artur Żmijewski

Czyli tam, gdzie teraz trwa wojna.

P.T.: Od 2014 roku wsie i miasta, w których znaleźli się potomkowie przesiedleńców z lat 1944–1946, stały się terenem walk. Teraz ci z najstarszych żyjących jeszcze przesiedleńców stali się po raz kolejny ofiarami Rosji.

I.Ch.: Walczą i giną od 2014 roku jako ochotnicy, teraz po prostu jako żołnierze ZSU – Ukraińskich Sił Zbrojnych. Kobiety i dzieci też giną, wielu straciło swoje domy. Kiedy w 2019 roku byłam w Mariupolu, pojechaliśmy w strefę rozgraniczenia z Republiką Doniecką. Była tam wieś, przechodząca w okresie walk z rąk do rąk, gdzie spotkałam siedemdziesięcioletnią kobietę, która jako malutkie dziecko została tam przesiedlona wraz z rodzicami ze wsi Lutowiska z Bieszczad. Niezwykle energiczna, prowadziła sklep, który czasem był jedyną pomocą humanitarną dla tej całkowicie zniszczonej wsi, w której nie było okresami wody, elektryczności, gazu.

Wieś Soniaszne, w której znalazła się przesiedlona prawie w całości w 1951 roku (w ramach ostatniej fali deportacji w związku ze zmianą granic między PRL a ZSRR) bieszczadzka wieś Rabe, jest okupowana od czasu zajęcia przez Rosjan Mariupola. W 2018 roku, dzięki staraniom miejscowych władz, udało się tam postawić pomnik ku czci przesiedleńców z Bieszczad, w formie odlatujących żurawi. Tego pomnika okupanci nie zniszczyli, prawdopodobnie nie rozumieją jego znaczenia. Większość z mieszkańców wsi to bardzo starzy ludzie, którzy przeżyli po raz kolejny traumę wojny i rosyjskiej okupacji.

P.T.: Na wsiach pod Ługańskiem, w okresie pomajdanowym, kiedy ludzie nabierali odwagi, by przypominać o swojej tożsamości, zaczęły pojawiać się miejsca pamięci, publikacje, czasem skromne kamienie z tablicami i napisami odwołującymi się do historii ludzi, którzy tu zamieszkali po II wojnie światowej, a pochodzili z terenów polsko-ukraińskiego pogranicza. Część tych upamiętnień została po 2014 roku zniszczona. Rosyjska okupacja tych terenów oznacza też powrót do sowieckiego modelu opisu przeszłości, sowieckich bohaterów i propagandy.

Żadnej społecznej fascynacji kulturą rosyjską w Ukrainie nie będzie

Relacje polsko-żydowskie doczekały się w ostatnich 20 latach pogłębionej dyskusji. Czy chcielibyście, żeby książka Sploty zapoczątkowała dyskusję o relacjach polsko-ukraińskich? Podważacie zastygłe wyobrażenia, popularne klisze o naszej historii. III Rzeczpospolita budowała się, sięgając do II Rzeczpospolitej, idealizując ją. Wy ten obraz niszczycie.

P.T.: Wiele spraw poruszyliśmy w tej książce właśnie z powodu niezgody na obecne w przestrzeni publicznej manipulacje przeszłością. Relacje polsko-ukraińskie w okresie II RP i II wojny światowej zostały sprowadzone do wyrwanych z kontekstu zjawisk, wydarzeń. Neguje się albo nie bierze pod uwagę nawet dorobku polskich historyków, na przykład Ryszarda Torzeckiego. Od potomków kresowian albo tych, którzy uznali się za ich reprezentantów, słyszymy apologetykę II RP oraz twierdzenia, że temat polskich ofiar na Wołyniu był nieobecny w Polsce po 1989 roku. Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski lubi publicznie powtarzać, że rodziny kresowe potraktowano w III RP jak rodziny katyńskie w PRL. To są dla mnie Himalaje manipulacji i cynizmu.

Takich nadużyć i manipulacji w odniesieniu do relacji polsko-ukraińskich mamy bardzo wiele. Szczególnie od 2015 roku. Weźmy dla przykładu mit marszałka Piłsudskiego. Opis jego postaci ogranicza się do jego wkładu w odzyskanie i tworzenie polskiej państwowości. O okresie autorytaryzmu, tego, co on oznaczał w realiach społecznych II RP, nie tylko w odniesieniu do Ukraińców, ale całego społeczeństwa, jak rzutował na kondycję państwa, panuje prawie pełna cisza. Są pracę historyków, ale główny nurt – państwowe, narodowe media, szkolna edukacja – raczej unika tych zagadnień.

Bilewicz: Ukraińcy dokonali wyboru i są gotowi oddać za to życie

I.Ch.: Konsekwencje braku zrozumienia złożoności historycznych relacji polsko-ukraińskich ponosili jeszcze przed 24 lutego – a sądzę, że w roku wyborczym jeszcze będą ponosić – Ukraińcy z Polski i młodzi Ukraińcy z Ukrainy. Spotykali się z obelgami, pomówieniami, niezrozumieniem. Byli wyzywani od „banderowców”, po filmie Wojciecha Smarzowskiego Wołyń spotykali się z hejtem. W polskich szkołach są ukraińskie dzieci, które po lutym 2022 roku uciekły z ogarniętej brutalną wojną Ukrainy, a minister Czarnek w tym czasie rozpisał konkurs na temat rzezi wołyńskiej. Twierdził przy tym, że „Dzisiaj jest wojna w Ukrainie, daninę krwi dają Ukraińcy, ale to wcale nie oznacza, że mamy zapomnieć o daninie krwi, którą dali Polacy po zbrodniczych atakach, zbrodniczych działaniach nacjonalistów ukraińskich OUN-UPA”.

Czyli ta zatruta endecka strzała stale nam zagraża? To groźny mit „złego Ukraińca”, który można łatwo wykorzystać politycznie, na przykład przy okazji dyskusji o ukraińskim zbożu?

I.Ch.: Zagraża, bo jest obecna i eksploatowana, wspierana mocą wszystkich instytucji państwa pisowskiego, które mają takie możliwości i je wykorzystują. Uciekają się do metod wykorzystywanych nie tylko w II RP, ale i przez bolszewików, wybierając wroga, negując zbrodnie popełniane na mniejszościach narodowych, a nagłaśniając te popełniane przez Ukraińców. Nie uznaje się ukraińskiego wkładu w kulturę, zwłaszcza w lokalną na pograniczu, w kulturę duchową na terenach w dzisiejszych polskich granicach. Wciąż nie ma zgody na postawienie w Chełmie pomnika Mychajły Hruszewskiego, ukraińskiego polityka i historyka, przewodniczącego Ukraińskiej Centralnej Rady, czyli rządu Ukraińskiej Republiki Ludowej. Nie chcę jako obywatelka RP, żeby realizowana była właśnie taka – nacjonalistyczna, wykluczająca – wizja mojego kraju.

**
Iza Chruślińska – absolwentka wydziału pedagogiki Uniwersytetu Warszawskiego i studiów III cyklu w Institut National des Langues et Civilisations Orientales w Paryżu. Od drugiej połowy lat 90. ubiegłego wieku aktywnie uczestniczy w działaniach na rzecz współpracy i dialogu polsko-ukraińskiego. Autorka opublikowanej w Wydawnictwie Krytyki Politycznej książki Zrozumieć Ukrainę. Historia mówiona oraz innych publikacji, będących zapisami rozmów m.in. z Zofią Hertz, Oksaną Zabużko i Piotrem Tymą.

Piotr Tyma – historyk, lider mniejszości ukraińskiej w Polsce, w latach 2006–2021 prezes Związku Ukraińców w Polsce, a wcześniej sekretarz jego zarządu, członek Komisji Praw Człowieka Światowego Kongresu Ukraińców. Publikował m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Przeglądzie Politycznym”, kijowskim tygodniku „Polityka i Kultura”, miesięczniku „Nowaja Polszcza”. W 2015 roku odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Katarzyna Przyborska
Katarzyna Przyborska
Dziennikarka KrytykaPolityczna.pl
Dziennikarka KrytykaPolityczna.pl, antropolożka kultury, absolwentka The Graduate School for Social Research IFiS PAN; mama. Była redaktorką w Ośrodku KARTA i w „Newsweeku Historia”. Współredaktorka książki „Salon. Niezależni w »świetlicy« Anny Erdman i Tadeusza Walendowskiego 1976-79”. Autorka książki „Żaba”, wydanej przez Krytykę Polityczną.
Zamknij