Czytaj dalej, Historia, Weekend

Ukraińcy nigdy nie zaakceptowali rządów autorytarnych w rosyjskim stylu [rozmowa z Serhijem Płochim]

Dopiero dziś jednak wychodzi na jaw wiele procesów i zjawisk, które zaczęły się wraz z mobilizacją roku 2014. Przede wszystkim myślę o skupieniu się Ukraińców wokół państwa, a nie przeciw niemu. Z Serhijem Płochim, ukraińskim historykiem, autorem książki „Wrota Europy. Zrozumieć Ukrainę”, rozmawia Michał Sutowski.

Michał Sutowski: Czy najważniejsze traumy dotykające Ukraińców w XX wieku, jak głód w okresie stalinowskiej kolektywizacji, potem kolejna, już powojenna klęska głodu w latach 1946–1947, związana z suszą i eksportem zboża przez ZSRR, wreszcie Czarnobyl – były przeżywane jako doświadczenie narodowe? Jako doświadczenia narodu ukraińskiego?

Serhij Płochij: Zacznijmy od tego, że spośród trzech wymienionych Hołodomor z lat 1932–1933 oraz awaria elektrowni w Czarnobylu zaznaczyły się szczególnie mocno, natomiast głód powojenny – choć zmarło wówczas około miliona ludzi – zyskał dużo mniej uwagi w historiografii ukraińskiej i naszej pamięci zbiorowej. Głód z czasów kolektywizacji od samego początku był traktowany jako atak wymierzony w Ukrainę, co wiemy między innymi z relacji intelektualistów, którzy przeżyli ten czas.

Kolektywizacja – przymuszanie właścicieli ziemi, by wstępowali do kołchozów – to sprawa, wydawałoby się, raczej klasowa niż narodowa. No i prowadzono tę akcję także w innych republikach ZSRR.

Równocześnie w tym samym momencie zaatakowano jednak ukraińskie elity polityczne, czyli tzw. narodowych komunistów, jak również bardziej tradycyjną kulturę ukraińską, której przedstawicielem był zamknięty wówczas Kościół grekokatolicki. Synchronizacja tych działań sprzyjała myśleniu o Wielkim Głodzie jako doświadczeniu Ukraińców, zresztą nie tylko wśród nich samych. Przecież Rafał Lemkin, autor koncepcji ludobójstwa, pisał i myślał o Hołodomorze jako ważnym komponencie szerzej pomyślanego procesu, od czystki politycznych kadr aż po rugowanie języka ukraińskiego.

Aczkolwiek prawne ujęcie ludobójstwa przez ONZ Hołodomoru nie obejmuje.

To zależy od tego, który paragraf konwencji przeczytasz – jedne pasują, inne nie. Dobrze ilustruje to angielski żart o tym, że wielbłąd to jest koń zaprojektowany przez komitet. Tak samo jest z definicją ludobójstwa, która była efektem przetargów i kompromisu politycznego między zwycięskimi mocarstwami po drugiej wojnie światowej. To trochę jak z kwestią tego, kto definiuje istotę chrześcijaństwa – Jezus Chrystus, święty Paweł, a może późniejsi ojcowie Kościoła…

Ludobójstwo to nie jest po prostu bardzo duży mord [rozmowa z Konstantym Gebertem]

Z kolei Czarnobyl to katastrofa technologiczna, ekologiczna – ale dlaczego narodowa?

Czarnobyl niemal zaraz po tym, jak się wydarzył, od razu stał się symbolem imperialnego ataku na Ukrainę – materiały KGB pokazują, że dysydenci ukraińscy już w kwietniu–maju 1986 roku myśleli o katastrofie w ten sposób. Przede wszystkim dlatego, że elektrownia była pod całkowitą kontrolą Moskwy, choć w linii prostej położona jest około 100 kilometrów od Kijowa. A kiedy po uchyleniu wrót pierestrojki zaczęła się społeczna mobilizacja Ukraińców, to przede wszystkim pod sztandarem ujawnienia prawdy o Czarnobylu. Nasz Ruch, początkowo „na rzecz pierestrojki”, potem „na rzecz niepodległości” na tym się właśnie opierał, stąd też w ukraińskiej historii politycznej to wydarzenie gra wielką rolę.

W zapamiętanej historii czy oficjalnej polityce historycznej?

W ostatnich 10 latach upamiętnienia oddolne – choćby wystawianie świec w oknach z obydwu tych okazji – są coraz bardziej powszechne, a to jest rzeczywiście nowe zjawisko, że rząd i społeczeństwo myślą i mówią w zasadzie to samo. Tradycyjnie ukraińskość definiowała się raczej w opozycji do państwa, jakiekolwiek ono było, zazwyczaj postrzegano je jako obce. Świętowanie osobno oficjalnie i prywatnie było normą – nawet na 1 maja w czasach ZSRR, kiedy obok państwowych pochodów spotykano się towarzysko.

Czy trauma katastrofy, a potem propagandy państwowej po Czarnobylu mobilizowała głównie przeciwko Moskwie, czy także przeciw przemysłowej, ale radzieckiej przecież modernizacji kraju? A samej energetyce jądrowej? Bo przecież kiedy energia jądrowa była instalowana w Ukrainie w latach 60., to lokalne elity – nie tylko partyjne, ale też wielu intelektualistów, późniejszych dysydentów, było bardzo za. Czy wybuch reaktora przekreślił to wszystko?

Mobilizacja społeczna wokół Czarnobyla dokonywała się pod parasolem ruchów ekologicznych, przy okazji dotykała więc kwestii zanieczyszczeń spowodowanych przez ciężki przemysł, zwłaszcza metalurgiczny i chemiczny. Atom przez kilka lat miał bardzo złą prasę, do tego stopnia, że Rada Najwyższa Ukraińskiej Republiki Radzieckiej zdecydowała o moratorium na budowę nowych elektrowni, choć bloki w budowie – na przykład w Równem czy niedaleko Mikołajowa – kontynuowano. Załamanie gospodarcze początku lat 90. sprawiło jednak, że parlament niepodległej już Ukrainy uchylił moratorium, a z kolei przemysł metalurgiczny, niestety mocno zależny od dostaw gazu z Rosji, stał się główną lokomotywą ukraińskiego wzrostu gospodarczego.

Kronika zapowiedzianej katastrofy

Mówi pan o bezpośrednim wpływie katastrofy czarnobylskiej na decyzje w energetyce czy przemyśle, ale rozumiem, że ona miała wpływ także na pamięć historyczną Ukraińców, na ich stosunek do dziedzictwa ZSRR jako całości?

Czy katastrofa jądrowa unieważniła cały dorobek sowieckiej industrializacji? – to się stało przedmiotem debaty. Komuniści, którzy do 2014 roku byli w Ukrainie całkiem wpływową siłą polityczną, stali na stanowisku, że przemysł to właśnie coś, co odziedziczyliśmy po ZSRR, i że to jest dobre dziedzictwo. Siły prozachodnie, proeuropejskie widziały to inaczej, jako pewien balast.

A dzisiaj? Czy może Ukraińcy mają teraz ważniejsze problemy niż spory o dziedzictwo przemysłowe Związku Radzieckiego?

Po wybuchu wojny ono staje się coraz mniej ważne, i to z kilku powodów. Po pierwsze, wraz z utratą – miejmy nadzieję, że tylko przejściową – dużej części Zagłębia Donieckiego oraz zniszczeniem Mariupola z jego portem i zakładami stalowymi, zburzony zostaje materialny fundament tego dziedzictwa. Po drugie, wśród najbogatszych ludzi w Ukrainie ostatnio na drugim miejscu znalazł się twórca firmy software’owej Grammarly, co wskazuje na malejące znaczenie majątków oligarchicznych zbudowanych w poradzieckim przemyśle ciężkim. Po trzecie wreszcie, wojna unieważnia także symbole tamtej przeszłości, co widać na wielu przykładach, od zakazu działania partii komunistycznej aż po tzw. leninopad, czyli burzenie pomników od 2014 roku.

Ukraina: Słabe państwo inaczej niż dotąd zdefiniowało źródło siły [rozmowa z Edwinem Bendykiem]

Wspomniał pan pojęcie „narodowego komunizmu”, które opisuje pan obszernie także we Wrotach Europy. Czy to był jakkolwiek realistyczny pomysł na realizowanie aspiracji narodowych Ukraińców w ramach narzuconych przez Związek Radziecki?

Narodowy komunizm to trend w ramach ukraińskiej partii komunistycznej, widoczny najpierw w latach 20., a potem jeszcze w latach 60. Początkowo tworzyli go ludzie wierzący, że droga do wyzwolenia społeczno-klasowego i zarazem narodowego Ukraińców wiedzie właśnie przez komunizm, ale taka polityka, możliwa w czasach bolszewickiej „korienizacji”, czyli wspierania narodowych elit republik ZSRR, została całkowicie zdławiona w czasie Hołodomoru. Jej odrodzenie nastąpiło dopiero za rządów sekretarza Petro Szełesta.

Do czego to miało zmierzać?

Chodziło o więcej praw autonomicznych dla republik, o promowanie idei ukraińskiej tożsamości sowieckiej; próbowano korzystać z faktu, że Ukraina jako członek ONZ powinna mieć coś do powiedzenia w kształtowaniu polityki zagranicznej. Długofalowo mógłby to być ruch na rzecz konfederacji ZSRR – ale znów został zdławiony, tym razem na początku lat 70. przez Leonida Breżniewa. A potem już nie było do tego powrotu – sama idea komunizmu jako drogi naprzód została skompromitowana.

A jak to wszystko miało się do procesu uprzemysłowienia Ukrainy?

Jeśli chodzi o industrializację i urbanizację, to one wiązały się raczej ze stalinizmem, mało zaś miały wspólnego z narodowym komunizmem. Bo jego zasadniczą ideą było tworzenie takich warunków życia dla chłopów przybywających ze wsi do miejskich fabryk, by mogli oni utrzymać swój język, by dokonała się ukrainizacja miasta.

To się udało?

Decyzje Stalina podjęte w czasie kolektywizacji i Hołodomoru skutecznie to powstrzymały. Tamta polityka przyniosła jednak pewien długofalowy efekt: znaczny odsetek, być może nawet większość ludności w głównych miastach Ukrainy, to byli etniczni Ukraińcy, którzy w reżimie radzieckim mogli deklarować swoją narodowość, ale mówili po rosyjsku. To ważne dlatego, że właśnie ta grupa pomogła jednoczyć ukraińskojęzycznych Ukraińców i rosyjskojęzycznych Rosjan, przez co Ukraina się nie rozpadła, a Rosja nie mogła wobec Ukrainy użyć tej samej taktyki co w Mołdowie czy Gruzji.

To znaczy?

Nie było silnych ruchów separatystycznych – organizowały się dopiero, gdy granicę przekroczyły rosyjskie wojska, jak na Krymie czy w Donbasie. To jest też sedno wielkiej pomyłki Putina co do Ukrainy, bo dla niego rosyjskojęzyczny oznacza automatycznie Rosjanina popierającego rosyjski reżim, tymczasem w Ukrainie mamy oczywiście do czynienia z rosyjskojęzycznymi Ukraińcami. Paradoksalnym produktem porażki narodowego komunizmu z jednej i sukcesu stalinizmu z drugiej strony.

Kulturze rosyjskiej należy się dużo większa kara niż bojkot [rozmowa]

W rozdziale o historii sowieckiej Ukrainy pisze pan o silnych wpływach Komunistycznej Partii Ukrainy na kształt rządów i ustroju w całym ZSRR. Dlaczego Ukraińcy byli w tym tak skuteczni?

Jednym z powodów sukcesu, obok silnej bazy przemysłowej, była sama liczba Ukraińców w ZSRR – byli drugą narodowością po Rosjanach. ZSRR został powołany rzekomo jako federacja republik, ale to była oczywiście fasada, bo prawdziwa władza rozgrywała się w ramach partii, a ona nie była przecież federacją organizacji partyjnych, tylko wedle woli Stalina – ogólnoradziecką partią komunistyczną z autonomicznymi jednostkami narodowymi. To jednak spowodowało, że rosyjscy komuniści nie organizowali się według kryterium narodowości.

Nie było „Komunistycznej Partii Rosji”?

Nie, podobnie jak w przypadku Ogólnoradzieckiej Akademii Nauk Rosjanie nie mieli osobnych struktur, bo ta ogólna była teoretycznie „ich”. Kiedy dochodziło do wyborów w Komitecie Centralnym Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, to Ukraińcy jako druga najliczniejsza organizacja partyjna reprezentowali największy i najlepiej zorganizowany blok głosów, bo Rosjanie po prostu nie działali jako blok. Poprzez cały, niemal średniowieczny system klientelistyczny można było generować głosy na plenum KC czy na zjeździe. I właśnie w ten sposób to Ukraińcy byli głównym partnerem Rosjan w tworzeniu i kształtowaniu ZSRR.

A jak się do tego miał „narodowy komunizm”? Czy dzięki tym wpływom nie forsowano różnych interesów Ukraińców w ramach całego kraju?

Nie, bo do skutecznego udziału w tej grze nie trzeba było być narodowym komunistą, tylko raczej kulturowo zrusyfikowanym członkiem radzieckiej elity. Jeśli popatrzymy, kogo Ukraina wyniosła na sam szczyt władzy, to było to dwóch etnicznych Rosjan z Ukrainy: Chruszczow, a po nim Breżniew. Przehandlowujesz własną kulturę i tożsamość, przyjmujesz rosyjski język, ale instytucjonalnie sowiecka Ukraina i wraz z nią KC KPU ma możliwość rozgrywania różnych gier w systemie, w którym polityczny pluralizm, żadne frakcje ideologiczne nie są dozwolone.

Ale ścierają się koterie i grupy interesu poszczególnych republik?

Działacze partyjni nie łączą się, nie organizują ani nie mobilizują na platformie politycznej, lecz według proweniencji, tego, skąd pochodzą. Stąd na przykład niebywała nadreprezentacja kadr rodem z Kaukazu w administracji za czasów Stalina, potem Ukraińców za Chruszczowa i Breżniewa, a w czasach schyłku ZSRR za Gorbaczowa i Jelcyna – ludzi z Uralu, ze Swierdłowska czy Kraju Stawropolskiego. Tak jest zresztą do dziś w Rosji, bo przez ostatnie 20 lat mamy „Piterców” skupionych wokół Putina – udało im się dopiero w XX wieku, bo kiedy próbowali za czasów Stalina, to ten szybko ukrócił te aspiracje.

Mafie, służby i petrodolary – jak ludzie Putina przejęli Rosję i skorumpowali Zachód

Czy te następujące po sobie zmiany polityki narodowościowej – „korienizacji”, czyli wspierania etnicznych elit komunistycznych republik, a potem ich rusyfikacji – to były efekty zmian układu sił między republikami ZSRR?

W Związku Radzieckim zmiana polityczna następowała zazwyczaj wskutek rozstrzygnięcia walki jakichś koterii, ale one zazwyczaj były odbiciem szerszych procesów. I tak, w latach 20. za czasów Lenina bolszewicy rozumieli, że muszą poczynić jakieś koncesje na rzecz narodowych elit poszczególnych republik, żeby móc utrzymać to, co wojskową siłą zdobyli w czasie wojny domowej. To była stawka polityki korienizacji: kontrolujemy imperium, składając pewną ofertę lokalnym organizacjom partyjnym.

Ale Stalin już widział to inaczej.

Pod koniec lat 20. stało się jasne, że władza komunistyczna jest utrwalona, więc i powody dla takiego appeasmentu Ukraińców czy elit Kaukazu stały się mniej istotne. Z drugiej strony zaczęto poważnie myśleć o kolejnej wojnie światowej – już w latach 1926–1927 zdarzały się fale paniki w związku z rzekomą wojną z Wielką Brytanią. A komuniści rozumieli jednocześnie, że do mobilizacji wojennej nie wystarczy ideologia komunistyczna, że potrzebny jest patriotyzm.

To po co atakować elity ukraińskie?

Bo chodzi oczywiście o patriotyzm największej grupy narodowej, czyli Rosjan. To dobrze widać po zmianach sloganów partyjnych: do mniej więcej 1929 roku partia musiała walczyć na dwa fronty: jednym był rosyjski szowinizm, drugim zaś nacjonalizm mniejszości, niemniej to ten wielkoruski szowinizm wymieniano jako główny problem. Potem pisano, że to dwaj równorzędni wrogowie, a na początku lat 30., że zwalczać trzeba przede wszystkim nacjonalizm narodów nierosyjskich.

Czyli tu chodziło o wielką politykę i ideologię, a nie tylko zakulisowe gry o głosy w KC?

Nie do końca, bo „narodowi komuniści” w Ukrainie mieli pole manewru tak długo, jak długo Stalin potrzebował głosów ukraińskich bolszewików – dlatego godził się w zamian na ukrainizację, aż zdołał skonsolidować władzę w pełni. Podobnie było za Breżniewa, który potrzebował głosów ludzi Petro Szełesta, gdy sam walczył w KC z grupą kagiebisty Szelepina – gdy ją już pokonał, nastąpił powrót do neostalinizmu, a narodowy komunizm przestał być tolerowany.

Hrycak: Ważne jest tworzenie takiej pamięci historycznej, która by włączała wszystkie regiony Ukrainy

A czy to nie miało związku z mitologizacją zwycięstwa, wojny ojczyźnianej za Breżniewa? Skoro wizja komunistycznej przyszłości robiła się na początku lat 70. bardzo mało wiarygodna, władzom została apologia heroicznej przeszłości? I znów, powrót do rosyjskiego patriotyzmu?

Ważniejsze dla polityki rusyfikacji było coś innego. Otóż do 1972 roku Breżniew ogłasza powstanie nowego, radzieckiego… narodu wielonarodowego, który charakteryzować miał „radziecki sposób życia”. To się jakoś wpisywało w marksistowską teorię, że narody mają najpierw rozkwitnąć, ale potem, jak już dokona się ich samorealizacja, to następną fazą będzie stopienie się ich w amalgamat, taki naród postetniczny. Bolszewicy w latach 20., a więc w epoce „korienizacji”, wierzyli, że dokona się to w fazie komunizmu.

Ale ta nie nastąpiła.

I dlatego w latach 70., wraz z deklaracją, że żyjemy już w „rozwiniętym socjalizmie”, za wyzwanie uznano zjednoczenie wszystkich narodów radzieckich. Oczywiście, była to również polityczna odpowiedź na niepokojące trendy w Ukrainie, ale też widoczne u Bałtów czy na Kaukazie. Liberalizacja systemu właściwa czasom Chruszczowa, a więc od odwilży po 1956 roku aż do końca lat 60., nie miała wprawdzie takiego celu, ale stworzyła przestrzeń dla ruchów na rzecz praw językowych republik, dążenia do większej autonomii itd. I także w tym kontekście zdecydowano się na powrót do rusocentrycznego nacjonalizmu państwowego, który by ograniczył prawa nierosyjskich mniejszości ZSRR.

A co z argumentem „technokratycznym”, że przecież ZSRR to jedna wielka strefa gospodarcza, która rozwija się dzięki współpracy wszystkich republik? A w gospodarce trudno robić coś wspólnie bez lingua franca…

Argumentów z efektywności używano, ale w innej sferze. Wojsko, mianowicie, narzekało, że rekruci nie znają rosyjskiego. Przy czym chodziło nie o Ukrainę, a przede wszystkim o muzułmańskie republiki środkowoazjatyckie, gdzie był największy przyrost ludności – stąd do końca lat 70. wprowadzono całą serię ustaw wymagających nauki języka rosyjskiego w szkołach. One dotyczyły całego ZSRR, ale wymierzone były w republiki środkowoazjatyckie.

Przemysłu ten problem nie dotyczył?

Ten problem został rozwiązany już w latach 30. Argument o konieczności nauczania i pracy w języku rosyjskim wiązał się z pierwszym planem 5-letnim, który wyznaczał początek forsownej industrializacji sterowanej przez Moskwę i tam zaplanowanej. Wtedy pozwolenie różnym resortom na korespondencję w swoich językach czy kształcenie inżynierów po ukraińsku czy kazachsku podkopałoby całe przedsięwzięcie. W ten sposób stalinowska industrializacja faktycznie była lokomotywą rusyfikacji.

Skuteczną?

Na tyle, że w latach 70. to już nie był problem. W językach narodowych tworzone były programy nauczania nauczycieli czy niektórych humanistów, ale lingua franca instytutów technologicznych czy politechnik był oczywiście rosyjski. Tylko w armii to wciąż był kłopot, bo służą tam przede wszystkim ludzie, którzy nie przeszli uczelni. Jeśli za Breżniewa ktoś był na uniwersytecie, to musiał być językowo zrusyfikowany.

Pierestrojka i głasnost ostatecznie przyniosły upadek ZSRR, ale w Ukrainie – takie wrażenie wywołuje u mnie opowieść zawarta we Wrotach Europy – zawiodły spektakularnie. Dlaczego?

Na poziomie celów reformy socjalizmu pierestrojka zawiodła, rzecz jasna, wszędzie, ale specyficzne dla Ukrainy było to, że przyszła do niej bardzo późno. I to wcale nie przez Czarnobyl, tylko przez osobę bardzo zachowawczego pierwszego sekretarza KPU. A ponieważ Wołodymyr Szczerbycki, rządzący od 1972 roku, stworzył bardzo lojalny układ klientelistyczny, trudno go było Gorbaczowowi usunąć – Moskwa musiała się liczyć z mocno skonsolidowaną nomenklaturą.

Aż do roku 1989.

Tak, a dopóki on trwał na stanowisku, polityki pierestrojki były torpedowane, ignorowane lub wprost sabotowane. Oczywiście nie jawnie, ale za to skutecznie. Dopiero jesienią 1989 roku Gorbaczow zdołał doprowadzić do jego dymisji, przyjechawszy osobiście na spotkanie ukraińskiego KC. I wtedy już bardzo szybko przyspieszyły zmiany w Ukrainie, która była w tyle za innymi republikami, nawet za Rosją.

Jak Gorbaczow przypieczętował rozpad ZSRR amerykańskim piórem

Pierestrojka utraciła poparcie społeczne głównie ze względu na krach gospodarczy, ale początkowo chyba wzbudzała w obywatelach ZSRR entuzjazm?

W obywatelach tak, w lokalnej nomenklaturze partyjnej, do której krytykowania Gorbaczow otwarcie ludzi wezwał – oczywiście nie. Ale w Ukrainie, ze względu na silny opór kierownictwa tamtejsze partii, ten początkowy entuzjazm nie miał szansy na społeczną organizację. A kiedy Szczerbycki został odwołany i Ukraina zaczęła nadrabiać zaległości – intensywnie zaczął działać m.in. Ruch – to popularność Gorbaczowa, jak w całym ZSRR, dramatycznie spadała. W 1989 roku był niepopularny już nie tylko w aparacie, ale także wśród demokratów Ukrainy czy krajów bałtyckich. No i wyniki gospodarcze były fatalne, więc praktycznie wszyscy już byli na nie.

Mimo to kiedy w marcu 1991 roku Michaił Gorbaczow rozpisał referendum, aż 70 procent Ukraińców opowiedziało się za pozostaniem w zreformowanym Związku Radzieckim. A dziewięć miesięcy później, w grudniu, aż 90 procent opowiedziało się za niepodległością Ukrainy. Jak to możliwe, że Ukraińcy tak szybko, tak radykalnie i tak masowo zmienili poglądy?

Główne wytłumaczenie byłoby takie, że kiedy przychodzi do referendum grudniowego, polityczna elita Ukrainy zdążyła już sobie przyswoić ideę niepodległości. W grudniu obywatelom zadano nie pytanie: czy jesteś za niepodległością, tylko czy potwierdzasz decyzję parlamentu – chodziło o deklarację suwerenności uchwaloną przez Radę Najwyższą Ukraińskiej SSR z sierpnia 1991 roku. Krótko mówiąc, podkreślono odpowiedzialność po stronie elit politycznych, a ludzi spytano, czy się zgadzają z ich decyzją.

A dlaczego elity ukraińskie tak się wtedy zachowały? Bo przecież nie składały się z dysydentów, tylko działaczy Komunistycznej Partii Ukrainy, a swoje kariery zaczynały zazwyczaj za rządów niespecjalnie proniepodległościowego Szczerbyckiego?

Tamten zwrot wśród elit – od chęci pozostania w ZSRR ku niepodległości Ukrainy – wiązał się przede wszystkim z trwającą zapaścią gospodarczą i początkiem wojen handlowych z rosyjską SSR. Ukraina miała rolnictwo i produkcję żywności w nie najgorszym stanie, a w Rosji trwał już kryzys żywnościowy. Z kolei Rosja miała kontrolę nad pieniądzem, które drukowała…

Między marcem a grudniem 1991 ma miejsce tzw. pucz Janajewa, czyli próba obalenia Gorbaczowa przez twardogłowych komunistów, którzy chcieli powstrzymać rozkład ZSRR. On jakoś wpłynął na decyzję ukraińskiego parlamentu? Deklarację niepodległości ogłoszono dosłownie chwilę później.

Klęska puczystów to był ważny czynnik, który pozwolił mniejszości w ukraińskim parlamencie przepchnąć ideę niepodległości, wcześniej uważaną za nierealistyczną przez wspomnianą już komunistyczną większość. Ważniejsze z jej punktu widzenia było jednak to, co się wydarzyło po upadku puczu, kiedy Jelcyn de facto, choć nie de iure zastąpił Gorbaczowa na czele ZSRR, a w dodatku zawiesił działalność partii komunistycznej w Rosji. W tej sytuacji komuniści uznają, że o ile z Gorbaczowem na czele mogliby zostać razem w ZSRR, o tyle z Jelcynem woleliby raczej osobno.

A czy nie chodziło o to, że z Jelcynem na czele to już właściwie nie jest żaden ZSRR, tylko po prostu poszerzona Rosja?

W tamtym momencie, czyli w sierpniu 1991 roku, to jeszcze nie było jasne, ale sposób myślenia ukraińskich komunistów był trochę inny. W czasie pierestrojki udało im się, mimo wszystko, uzyskać sporo autonomii dla siebie i wierzyli, że z Gorbaczowem na Kremlu dostaliby w przyszłości jeszcze więcej. Za to w warunkach niepodległości znaczenia nabiorą różni narodowi demokraci, z którymi nie wiadomo, co zrobić.

I co się zmienia?

Przy Jelcynie u władzy rozumieją, że w Moskwie objawia się autorytarny lider, który zaczyna polowanie na ortodoksyjnych komunistów, więc nie ma już nadziei na poprawę ich sytuacji wewnątrz ZSRR, za to otwiera się możliwość utraty wszystkiego, choćby autonomii wobec Moskwy, którą się dotąd jako nomenklatura partyjna cieszyli. Inaczej mówiąc: ten ZSRR, w którym mogłoby im być lepiej, przestał istnieć, a jego przyszłość nie zapowiadała niczego dobrego.

Traumazone, czyli ekonomia polityczna nihilizmu – krótki kurs

Mówi pan o Jelcynie jako figurze autorytarnej, ale dlaczego ktoś jemu podobny nie skierował niepodległej już Ukrainy w tym samym kierunku? W Rosji transformacja też zaczęła się od masowej, oddolnej, demokratycznej mobilizacji obywateli, ale już dwa lata później prezydent „rozstrzelał” parlament. Czemu nic podobnego nie nastąpiło w Ukrainie?

W Rosji obok zapaści gospodarczej ważna była jeszcze kwestia utraty statusu mocarstwa i rozpadu imperium, w reakcji na co pojawiło się społeczne oczekiwanie silnego przywództwa. Cała historyczna tradycja Rosji zakłada zresztą mobilizację wokół państwa i jego lidera, natomiast szybko się stało jasne, że Ukraina jest inna.

Ale dlaczego?

Przede wszystkim tradycja Ukrainy wiąże się raczej z odrzuceniem państwa, które nawet do 2014 roku postrzegane było często jako obce; etosem jest raczej oszukiwać państwo, udawać lojalność wobec niego i robić swoje. Po drugie, idea silnego autorytarnego przywódcy narodowego nie mieści się w ukraińskim DNA. A trzecia rzecz to regionalizm. Mówiliśmy już o tym, że polityczne lojalności w ZSRR nie kształtowały się na bazie idei, tylko regionów pochodzenia. Tyle że w niepodległej Ukrainie te podziały się często zbiegały: mieliśmy długo zrusyfikowany wschód i ukraińskojęzyczny zachód, z tradycyjną mobilizacją pod sztandarami radykalnego nacjonalizmu w przeszłości.

I to miało bronić przed dyktaturą?

Chodzi o to, że przy takich podziałach trudno było zapewnić większość w parlamencie, trzeba było zawierać kompromisy między różnymi stronami. Można powiedzieć, że to były fundamenty pluralizmu, który stał się z kolei bazą dla ukraińskiej demokracji. Ona się utrzymała wcale nie dlatego, że demokratyczne siły pod koniec lat 80. były większe niż na przykład w Rosji, bo po prostu nie były. Ważniejsza była jednak tradycja sceptycznej postawy wobec państwa oraz formowania się Ukrainy z różnych przestrzeni politycznych i różnych imperiów.

Świat nie jest przyzwyczajony do wojen, które toczą się w demokratycznych państwach

Czy wojna zmieniła wszystko? Unieważniła dotychczasową pamięć historii najnowszej Ukrainy, poradzieckie podziały?

Wojna nie zaczęła się w roku 2022, tylko kilka lat wcześniej. Dopiero dziś jednak wychodzi na jaw wiele procesów i zjawisk, które zaczęły się wraz z mobilizacją roku 2014. Przede wszystkim myślę o skupieniu się Ukraińców wokół państwa, a nie przeciw niemu. Bo okazało się ono użytecznym instrumentem – nie tylko pogoni za rentą i wyzysku dóbr publicznych, jak to było zwłaszcza za czasów Janukowycza. Nagle widać, że można je zreformować, że młodzi ludzie poszli w nim pracować, państwo może cię również chronić. Druga rzecz to większa jedność samego społeczeństwa.

Wokół narodowej flagi?

Ukraińcy są dziś bardziej zjednoczeni i spójni, oczywiście za sprawą mobilizacji wojennej, ale też utraty terytoriów prorosyjskich, nawet jeśli nie w sensie orientacji geopolitycznej, to w znaczeniu kultury politycznej. To zresztą charakterystyczne, że w drugich już wyborach od 2014 roku nie było podziału wschód–zachód na mapie, tak jak to było wcześniej. Wraz ze zwycięstwem Zełenskiego jedna partia dostała większość w parlamencie. No i oczywiście mamy wzrost znaczenia ukraińskiej tożsamości narodowej, w tym symbolicznego znaczenia języka i kultury ukraińskiej.

Bilewicz: Ukraińcy dokonali wyboru i są gotowi oddać za to życie

Podziały regionalne są już bez znaczenia?

Regionalizm był poważnym problemem przed rokiem 2014 i przyczynił się wówczas do wybuchu wojny. Ale od tamtego czasu podział regionalny schodzi na margines ukraińskiej polityki i w obecnej fazie wojny tam pozostaje. Najbardziej prawdopodobnym jej skutkiem będzie postępujące zjednoczenie ukraińskiej przestrzeni politycznej i zanik różnic regionalnych, przynajmniej jako czynnika mobilizacji politycznej.

Jednocześnie wybór Zełenskiego, mówiącego początkowo głównie po rosyjsku, pokazał, że jego popularność nie jest oparta na kategoriach etnicznych, że to jest projekt polityczny włączający różne grupy. Oczywiście liberałowie boją się obserwowanego wzrostu znaczenia państwa i jego centralizacji. Troska o koncentrację władzy w rękach prezydentach, która się dzieje de facto, choć bez zmiany konstytucji, jest oczywiście zrozumiała – nawet jeśli w warunkach wojennych jest to konieczne, to nie powód, żeby nie stawiać trudnych pytań na ten temat.

Rozumiem, że w razie czego, tzn. nadmiernej koncentracji władzy po wojnie, zawsze można zrobić kolejny Majdan? Czy takie wystąpienia Ukraińców możliwe są tylko przeciwko ingerencji Rosji?

Pierwszy Majdan był w dużej mierze częścią ogólnozwiązkowej, względnie wspólnej z Rosją mobilizacji politycznej końcówki lat 80. Jednocześnie będąc przecież wymierzonym przeciwko naruszeniom autonomicznych praw Ukrainy, zawierał już elementy mobilizacji narodowej, która charakteryzowała następne dwa Majdany.

Czyli w 2004, w czasie tzw. pomarańczowej rewolucji oraz rewolucji godności lat 2013–2014.

I te dwa kolejne już wyraźnie wskazywały różnice między Ukrainą a Rosją. W 2004 roku społeczeństwo ukraińskie odrzuciło model „sukcesji” prezydenta wybranego w zmanipulowanych wyborach, takich jakie wyniosły Putina do władzy w Moskwie. A w roku 2013 Ukraińcy odrzucili prawo państwa do używania siły w celu stłumienia protestów. Tymczasem Rosja użyła siły skutecznie w roku 2012, w czasie protestów na placu Błotnym. Ale te rewolucje łączy jedno: Ukraińcy nigdy nie zaakceptowali rządów autorytarnych w rosyjskim stylu – między innymi dzięki tradycjom demokratycznym, często też antypaństwowym.

**
Wrota Europy okładkaSerhij Płochij – ukraiński historyk, dyrektor Ukraińskiego Instytutu Badawczego na Uniwersytecie Harvarda. Autor m.in. książek Ostatnie imperium. Historia upadku Związku Radzieckiego, Czarnobyl. Historia nuklearnej katastrofy, Kwestia rosyjska. Jak budowano naród i imperium oraz Atoms and Ashes: A Global History of Nuclear Disasters. Jego książka Wrota Europy. Zrozumieć Ukrainę ukazała się we wrześniu 2022 roku w wydawnictwie Znak Horyzont w przekładzie Franciszka Skrzepy.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Michał Sutowski
Michał Sutowski
Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.
Zamknij