Czytaj dalej, Weekend

Rasizm w Polsce nie jest domeną środowisk skrajnych

Myślenie w kategoriach swój–obcy, w kategoriach biały–niebiały, cywilizacja–barbarzyństwo pojawia się też w innych przestrzeniach kultury, które często nieświadomie reprodukują środowiska czy ludzie na ogół niebędący rasistami – mówią Agnieszka Kościańska i Michał Petryk, których książka „Odejdź. Rzecz o polskim rasizmie” ukazała się w Wydawnictwie Krytyki Politycznej.

Katarzyna Przyborska: Kiedy w czasie protestów ruchu Black Lives Matter polscy piłkarze nie zdecydowali się uklęknąć na znak sprzeciwu wobec rasizmu, jak robiły to inne reprezentacje, poseł Konfederacji Robert Winnicki przekonywał, że rasizm to nie nasza sprawa, bo nie mieliśmy kolonii. Nie jest w tym myśleniu odosobniony. Czy rzeczywiście nie jest to nasza sprawa?

Agnieszka Kościańska: Na pewno wiele jest w Polsce organizacji i osób, które chciałyby mieć kolonie i bardzo żałują, że się nie udało. Wprawdzie nasz rząd w latach 20. i na początku 30. XX wieku nie robił w kierunku ich zdobycia zbyt wiele, jednak to marzenie było wyrażane wprost.

Nie wystarczało nam kolonizowanie Ukrainy, powstała nawet Liga Morska i Kolonialna, której celem było „pozyskanie kolonii dla Polski, względem terenów dla nieskrępowanej ekspansji narodu polskiego”.

A.K.: W naszej książce nie piszemy akurat o polskich aspiracjach na Wschodzie, ale one oczywiście były i do pewnego stopnia składają się na model Polski mocarstwowej, która będzie z jednej strony dominować nad Ukraińcami, a z drugiej dominować nad mieszkańcami jakiegoś bliżej niesprecyzowanego kraju, gdzieś za morzem – w Afryce najpewniej – i czerpać z tego korzyści. Bo dominacja nad ludnością, która niekoniecznie jest zdefiniowana jako biała, świadczyła – co bardzo mocno widać w międzywojennej publicystyce kolonialnej – o mocarstwowości. Mocarstwo to jest mocarstwo kolonialne.

Posiadanie kolonii było taką przepustką do klubu?

A.K.: Tak, zdecydowanie. Cała XX-wieczna historia Polski oraz dwie pierwsze dekady XXI wieku są naznaczone polską ciągotą do Zachodu, pragnieniem bycia częścią kultury zachodniej. W książce pokazujemy ciemną stronę tego dążenia. Zachód to nie tylko wspaniałe demokratyczne rozwiązania, emancypacja, ale też dominacja nad resztą świata. Nie możemy przecież mówić, że zachodnia demokracja jest niewinna, że nie ma sobie nic do zarzucenia i nikt z jej powodu nie ucierpiał.

W rasizmie chodzi o zarządzanie różnicą, niekoniecznie o kolor skóry [rozmowa]

Dominacja była też emanacją nacjonalizmu. „Naród jest sam w sobie ostatecznym celem politycznym i […] problem ekspansji narodu nie wyczerpuje się przez zamknięcie go w ramach ekspansji na terytorium macierzystym”, musi on „umieć wyjść poza swe dawne granice i w imię wielkości swej kultury narodowej […] nowe tereny dla rozkwitu swego zapewniać”. To słowa Gustawa Załęckiego, członka Polskiego Towarzystwa Emigracyjnego, które przywołujecie w książce.

Michał Petryk: Wydaje się, że jest w tym jakiś rodzaj euforii – skoro odzyskaliśmy niepodległość, to możemy już podbijać świat.

Czy w tej mocarstwowej optyce jest tak, że albo my kolonizujemy, albo nas kolonizują? W książce przywołujecie doświadczenia Polaków pod zaborami.

A.K.: Nie mówi się o tym powszechnie, ale przecież i Polacy, na przykład w zaborze pruskim, doświadczali ucisku właśnie kolonialnego. Różne metody „cywilizowania” Polaków przypominały sposób traktowania Afrykanów przez Niemców w ich koloniach. A ponieważ doświadczyliśmy ucisku kolonialnego tu, w środku Europy, mogliśmy jako naród stać się właśnie pionierami równości i antyrasizmu. Tak się niestety nie stało.

Na kolana i do pana

czytaj także

Na kolana i do pana

Maciej Malicki

Doświadczyliśmy nie tylko zaboru pruskiego, ale i realizowanej idei Lebensraum. Tymczasem hasło przestrzeni życiowej koniecznej dla „prężnego narodu” obecne było i w polskiej międzywojennej publicystyce.

A.K.: To jest uderzające, jak mocno ta kategoria, która jest w Polsce po prostu znienawidzona, pojawiała się w polskiej publicystyce kolonialnej. Nie pojawia się tam wprawdzie sam termin niemiecki, ale idea, że potrzebujemy przestrzeni, że musimy zająć jakiś kawałek Afryki, żeby tam budować nową Polskę albo przynajmniej wypchnąć tam Żydów i zrepolonizować miasta, to jest po prostu wypisz wymaluj ta sama kategoria.

M.P.: W ówczesnej interpretacji to przejaw zdrowia narodu i jego witalności.

A.K.: Kolonializm i idący z nim rasizm jest zdecydowanie związany z koncepcją państwa narodowego jako podstawowej komórki. W dyskursach kolonialno-rasistowskich, które pojawiały się w Polsce na początku XX wieku i potem przede wszystkim w dwudziestoleciu międzywojennym, widać myślenie w kategoriach biologicznych, mamy antropologów fizycznych…

Jana Czekanowskiego, który kategoryzował Hutu i Tutsi jako rasy niższą i wyższą…

A.K.: …oraz całą grupę jego uczniów, związaną z ruchem eugenicznym, którzy forsują ideę narodu, państwa narodowego jako bytu biologicznego, co każe zadbać o dobry materiał rasowy. To jest też ciekawe w kontekście stosunków z Niemcami: że tym pożądanym przez polskich rasistów materiałem genetycznym jest materiał nordycki, można powiedzieć, północnoeuropejski, czyli po prostu Niemcy, Anglicy. Natomiast materiał genetyczny z szeroko rozumianego Wschodu, do którego zaliczano też Żydów, widziano jako niepożądany, antypaństwowy, antypolski. Obawiano się, że jego nadmiar doprowadzi do zniszczenia narodu, a co za tym idzie – państwa polskiego.

 W Sienkiewiczowskiej W pustyni i w puszczy Nel jest dla Stasia wymarzoną partią.

Nel reprezentuje właśnie pożądany typ rasowy angielski. Dzięki małżeństwu z Nel, małą angielską miss, Polak znajdzie się na szczycie hierarchii kolonialno-rasowej. Ta książka jest fantastyczna do analizy kolonialnej. Jeśli o niej rozmawiać w ten sposób, oddaje nastrój epoki, pokazuje, jak mocno polscy intelektualiści tego czasu byli zaangażowani w kolonialne marzenia.

Oraz je uzasadnia. Kolonizacja przedstawiana jest wręcz jako konieczność, jako obowiązek Zachodu. „Dzicy” są „jak dzieci”, „mniej rozwinięte”, „niedojrzałe”, „leniwi”, potrzebujący akcji białych ludzi, ich działania, ich władzy.

A.K.: W polskiej narracji kolonialnej, nie tylko w powieści Sienkiewicza, „Murzyn” jest tak leniwy, że nie można go po prostu zatrudnić, trzeba go zniewolić. Jest oczywiście tutaj bardzo ciekawa kwestia kapitalizmu. „Dzicy” czy „Murzyni” nie mają tak rozbudowanych potrzeb konsumpcyjnych i potrzeb wynikających z europejskiego stylu życia, jak pisał jeden z polskich podróżników, dlatego najchętniej pracowaliby dwa dni w tygodniu.

Zaliczenie siebie do cywilizujących ustawia nas, Polaków, na mocarstwowej pozycji. We W pustyni i w puszczy jest taka scena: Staś rozmawia z ojcem Nel, zarzucając Anglikom wspieranie niewolnictwa, a ojciec Nel go przekonuje, że Anglicy niosą cywilizację, prawo i dzięki ich rządom ludność miejscowa się cywilizuje. Później Staś sobie marzy, że chciałby ucywilizować Murzynów, zbudować z nich armię, założyć nową Polskę gdzieś tam w Afryce, a potem wrócić z tymi oddziałami, żeby odbić starą Polskę z rąk najeźdźców.

Wydaje się, że Polska jest gdzieś na marginesie tej całej opowieści, że to nas nie dotyczy, że my nigdy w życiu nie słyszeliśmy o żadnych koloniach, ale to nieprawda. Fakt, że na liście lektur jest ta książka bez krytycznej analizy, najlepiej o tym świadczy.

Rasistowskie „W pustyni i w puszczy”? To dopiero początek problemu [rozmowa]

„Prężność” narodu, który potrzebuje przestrzeni, wydaje się też mocno patriarchalną kategorią. „Naród”, jego biologiczna siła, muszą być związane z kontrolą kobiet?

A.K.: Właśnie wątki związane z rozrodczością, z rolą kobiet, sprawiły, że zaczęłam się tym zajmować. Nie chodzi tylko o wychowanie prawdziwego Polaka, ale też o urodzenie Polaka odpowiedniego rasowo, białego, a nie puszczanie się na prawo i lewo z przedstawicielami innych ras czy grup etnicznych. Dobra matka Polka powinna być rasowo rozważna i dzieci mieć z Polakiem.

W książce przywołujecie historię krakowianki porzuconej przez czarnego tancerza, samotnej matki, z dwoma chłopcami.

M.P.: Tak, to historia z „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” z 1932 roku.

A.K.: Pisano o tym mężczyźnie, że odpowiedział na „głos puszczy” i porzucił rodzinę. Tak jakby Polacy nigdy nie zostawili żony i dzieci bez środków do życia.

I wtedy, i teraz kobiety przestrzegane są przed związkami z nie-Polakami. Migrantom przybywającym z Syrii przypinano łatkę gwałcicieli.

A.K.: Tę opowieść o niebezpiecznych mężczyznach, którzy wykorzystują polskie kobiety albo oszukują, by dzięki małżeństwu zalegalizować swój pobyt w Polsce czy Unii Europejskiej, powtarzano wtedy i teraz. Była obecna również w PRL, mimo że oficjalna narracja Polski Ludowej była zdecydowanie antyrasistowska, inna, niż jest dziś. Przekaz PRL to: „tak, oczywiście my wspieramy ruchy antykolonialne, ale dziewczęta, uważajcie na tych studentów czarnych, zagranicznych, bo są różnice kulturowe, oni przyjdą i was wykorzystają, zrobią wam dzieci i zostawią albo wywiozą was i dopiero zobaczycie, jak bardzo może być źle”.

Ta opowieść wraca też po 1989 roku. Po śmierci Maxwella Itoi, sprzedawcy stadionowego zastrzelonego przez policjanta, nagle zaczęły pojawiać się artykuły o tym, że czarni biorą śluby z Polkami tylko po to, żeby się zalegalizować w Unii Europejskiej. Jaki to ma związek ze śmiercią Itoi?!

Przekaz ogólny rozrzedza to zdarzenie, kieruje uwagę na innych „obcych”?

A.K.: Na wszystkich Nigeryjczyków, którzy są w Polsce i wykorzystują polskie kobiety. Ten motyw wraca później w kontekście tak zwanego kryzysu migracyjnego 2015 roku, a teraz w kontekście granicy białoruskiej. To 100-letnia opowieść o czarnym mężczyźnie, stanowiącym zagrożenie dla białych kobiet. Przyjdzie, wykorzysta, zostawi albo zgwałci, albo zrobi dzieci, który nie jest żadnym uchodźcą, tylko gwałcicielem, któremu się zamarzyła biała kochanka.

M.P.: Widać w tym jakąś grę z poprawnością polityczną. W artykułach pojawia się informacja, że kobiety są z nimi niby z miłości, ale zaraz pada sugestia, że może niekoniecznie. Deklaracje są podawane w wątpliwość.

A.K.: Kluczowy wydaje się ten sposób mówienia nie wprost, ale właśnie podawanie w wątpliwość, zasiewanie niepewności, podważanie deklaracji. Bo przed stwierdzeniem wprost: „on jest czarny, powinien wrócić do domu”, najczęściej ludzie się zatrzymują. Zostaje to zawieszone w domyśle, w niedopowiedzeniu.

Bo już krok dalej to byłby faszyzm, dlatego to zostaje niewypowiedziane? Ruchy faszystowskie są marginalne, a rasizm, i to właśnie taki, jak mówicie: podtekstowy, czasem niedopowiedziany, czasem tylko widoczny właśnie w takim zawieszeniu, jest znacznie szerszy?

A.K.: W książce staramy się pokazać, że rasizm to nie jest kwestia środowisk skrajnych. W ich przypadku wszystko jest jasne, mają przecież na sztandarach „white power”. Ale to myślenie właśnie w kategoriach swój–obcy, w kategoriach biały–niebiały, cywilizacja–barbarzyństwo, pojawia się też w innych przestrzeniach kultury, które często nieświadomie reprodukują środowiska czy ludzie na ogół niebędący rasistami.

Z jednej strony to jest niedopowiedziane, a z drugiej – systemowe, wszechobecne, bo kiedy państwo buduje mur, płot na granicy, po to, żeby nie wpuścić czarnych, to jest systemowe. Jeżeli dzieci romskie w polskich szkołach są po prostu masowo prześladowane na różnych poziomach przez rówieśników, przez nauczycieli i jeszcze się im mówi, że dyskryminują się same, bo ich rodzice są niewykształceni, głupi, leniwi i nie potrafią im pomóc, to jest to systemowe. A jednocześnie na poziomie deklaracji słychać zapewnienia, że my żadnymi rasistami nie jesteśmy, że to w ogóle nas nie dotyczy.

Jak ukąszenie komara. Polski rasizm codzienny

Jak patrzycie na wyzwanie, jakim współcześnie jest język? Na przykład o piosenkarce Viki Gabor pisano w internecie, że jest szwabską Cyganką. Sąd jednak stwierdził, że „Cygan” nie jest stwierdzeniem pejoratywnym i sprawa została oddalona. Sąd chyba zdecydował się nie patrzeć na intencje.

A.K.: Jeżeli słowo może być użyte jako obelga, to znaczy, że może nie jest najlepsze. Viki Gabor została obrażona i wiele innych Romek polskich czy „szwabskich” też poczuło się obrażonych.

Często w takim kontekście pojawia się argument, że niektórzy Romowie sami się nazywają Cyganami, i tak rzeczywiście jest, ale to, że nasi koledzy geje nazywają się pedałami między sobą, to jedno, a gdybym ja użyła tego słowa w czasie wykładu ze studentami, to byłoby już coś zupełnie innego.

M.P.: Jest też angielskie słowo na „n”. W Nowym Jorku często osoby czarne nazywają przyjaciół w ten sposób, ale to jest ich slang, który ma bardzo konkretny kontekst, jest oznaką tego, że ktoś jest swój. W ustach postronnych to słowo będzie obraźliwe.

Nie wszyscy Polacy są biali, czyli o czym nie śniło się Norwidowi

czytaj także

Przywołujecie w książce przykład Jana Hartmanna, który walczył o swoje prawo do tego, by mogły mu się „nie podobać Murzynki”.

A.K.: Hartmann deklaruje się jako antyrasista, ale w tekście sprzed dobrych paru lat, który przytaczamy w książce, dowodzi, że stwierdzenie „nie podobają mi się Murzynki” jest po prostu opisem upodobań i nie należy się w nim doszukiwać żadnego rasistowskiego podtekstu. Tak samo jak w przypadku słowa „Murzyn”. W nowszych felietonach, choć z oporami i utyskując na polityczną poprawność (na przykład na próby porzucenia słowa „Cygan”, w języku polskim przecież też obarczonego pejoratywnym wydźwiękiem – „ocyganić” to przecież oszukać, „wycyganić” znaczy wyłudzić) − stwierdza, że koniec końców dobrze się stało, że uznano słowo „Murzyn” za pejoratywne. Ale ogólnie wiele osób, które deklarują się jako antyrasistowskie, broni lub broniło do niedawna terminu „Murzyn”.

A jakoś Afropolacy się nie kwapią, by odzyskiwać to słowo dla siebie, tylko jasno stawiają sprawę, że nie chcą być tak nazywani, więc nie rozumiem, dlaczego brnąć w to i przekonywać, że to neutralne słowo. Uważam, że język kształtuje świadomość. Posługiwanie się terminami, określeniami czy całymi dyskursami, które obrażają innych, a na wyższym poziomie kształtują pewien system władzy, jest działaniem wzmacniającym istniejący, choć nie wprost nazwany rasistowski porządek.

W książce pokazujemy zresztą, że w języku polskim słowo „Murzyn” nie jest neutralnym terminem. To jest ewidentne na przykład w publicystyce dwudziestolecia międzywojennego, że stanowi ono synonim niewolnika, czy wręcz nieczłowieka. Myślę, że skojarzenie „Murzyna” z lenistwem, z niewolnictwem, odczłowieczenie go, jest najlepszym argumentem, by porzucić ten termin i nie próbować już go bronić.

Przestańcie mówić „Murzyn”. Serio

Hartmann, uznając ostatecznie słuszność rugowania słów pejoratywnych, pokazuje, że się da. Nie potrafi i nie chce przekroczyć tej bariery profesor Roszkowski, który w podręczniku do HiT przekonuje, że poprawność polityczną, wymaganie szacunku w języku, odczuwa jako atak na siebie, odbieranie mu czegoś. I obawia się tego, o Black Lives Matter pisze, że idzie za nim niewrażliwość na białego człowieka.

M.P.: Tak, w tej optyce biednego i uciśnionego.

Chodzi o władzę, choćby symboliczną?

A.K.: Myślę, że tak. Jeśli spojrzymy na debatę publiczną w latach 90. XX wieku w Polsce, zobaczymy na prawicy wiele głosów sprzeciwiających się poprawności politycznej. Można zakładać, że jest to związane z pewnym lękiem przed integracją z Zachodem, z NATO, Unią Europejską. Bo otwarcie na idee zachodnie – to, o co przecież walczyliśmy z komunistami, żeby być częścią Zachodu – okazało się nagle niebezpieczne właśnie przez polityczną poprawność. Wielu twierdziło, że jest ona przyczyną upadku Zachodu i nie możemy dopuścić do tego, żeby zalęgła się i u nas.

Debata o antysemityzmie w Polsce się odbyła. Czas na debatę o rasizmie?

A.K.: Debata o rasizmie właśnie się toczy. A antyrasizm też jest uwikłany w skomplikowaną polską historię. Antyrasizm był przecież bardzo długo odbierany jako ideologia narzucona przez komunistyczne siły PRL. Choć należy pamiętać, że ta sama władza, która propagowała w „Trybunie Ludu” antyrasizm, wynaradawiała Białorusinów, wypędzała Żydów czy przymusowo osiedlała Romów.

Wydaje się, że to właśnie ten lęk przed antyrasistowską optyką narzucaną kiedyś przez komunistów, a potem przez lewicową Europę był w dużej mierze formacyjny dla późniejszych działań po prawej stronie politycznego spektrum. Kumulację tego widzimy teraz na granicy polsko-białoruskiej, ale słyszeliśmy już to w 2015 i 2016 roku, kiedy Polska nie przyjęła 8 tysięcy uchodźców w ramach unijnego systemu relokacji. Powiedzenie wprost, że my ich nie chcemy, bo zniszczą naszą kulturę, stało się możliwe po wcześniejszym zakwestionowaniu politycznej poprawności.

Czy nasza kultura jest rzeczywiście tak słaba, że grozi jej rozpuszczenie się w lewackich trendach Europy albo głodni ludzie na granicy z Białorusią?

A.K.: A może kluczem do zrozumienia jest kategoria białości, czyli tego, co decyduje o tym, czy ktoś jest zakwalifikowany jako biały? Polacy, jak piszemy we wstępie, niekoniecznie w oczywisty sposób są odbierani jako biali, ani historycznie, ani współcześnie. Kto był trochę dłużej za granicą, na przykład pracował w Wielkiej Brytanii, ma rozmaite doświadczenia dyskryminacji, rozumie, że jest migrantem z Europy Wschodniej, w jednym worku z migrantami niebiałymi.

Wydaje się, że stąd wynika potrzeba podkreślenia, że jesteśmy biali i stoimy po stronie „porządnej” rasistowskiej, kolonialnej Europy. Że to, czego w istocie chcemy, to nie jest lewacka Europa z jej poprawnością polityczną, ale konserwatywna, dominująca Europa, której ciemną stroną jest kolonializm i rasizm.

Rozmowa o prawach człowieka z politykami centrowymi kończy się najczęściej wraz z rozmową o murze na polsko-białoruskiej granicy, ci proeuropejscy, proprawnoczłowieczy tutaj milkną. Jak to interpretować?

A.K.: Możemy na różne sposoby myśleć o Europie. Możemy myśleć o Europie jako o miejscu, gdzie przestrzega się praw człowieka, ale możemy też myśleć o Europie jako przestrzeni wyzysku.

M.P.: I akumulacji kapitału.

A.K.: Polska nie jest jedynym krajem, który ma taką politykę antyuchodźczą. Bruksela często umywa ręce, zrzucając odpowiedzialność na kraje graniczne, nie jest tak, że protestowała przeciwko murowi. To samo dotyczy polityki antyuchodźczej na Morzu Śródziemnym – część Europejczyków protestuje, ale konsensus jest taki, że migracje trzeba ograniczać.

Unia tu nie pomoże. Na granicy z Białorusią PiS realizuje jej politykę

Polscy uchodźcy w czasie II wojny znaleźli schronienie w Iranie, Indiach, Nowej Zelandii, wiele stałych uchodźczych osiedli stanęło w krajach afrykańskich: Tanzanii czy Ugandzie. I nie umiemy odwrócić tej sytuacji, nie czujemy się zobligowani, kiedy mamy okazję, by się zrewanżować. Czemu? Czy to brak edukacji? Nic nie wiemy o krajach, z których przychodzą do nas ludzie?

A.K.: Oczywiście, to jest brak edukacji, ale też klisze, na których oparta jest opowieść o nas samych. Nie weryfikujemy ich. Wydaje nam się potem, że wystarczy zrobić pogadankę o kolonializmie na historii, na geografii trochę o kulturach Azji, ale okazuje się, że to za mało. Wciąż nam się wydaje, że tylko myśmy uciekali przed wojną, my byliśmy prawdziwymi uchodźcami, a oni to są migrantami żądnymi łatwego zarobku. W rezultacie dochodzi do dehumanizacji uchodźców z Syrii, Afganistanu czy uchodźców klimatycznych z różnych części świata.

Uchodźczynie z Ukrainy zostały przyjęte w Polsce tak, jak należałoby się tego spodziewać w kraju, w którym każdy ma w swojej rodzinnej historii kogoś, kto migrował za chlebem, uciekał przed wojną, uciekał przed komunizmem, uciekał przed wszystkimi demonami naszej historii. Kiedy na polskiej granicy pojawiają się uchodźcy, to trzeba ich po prostu nakarmić, przyjąć. Ale niestety to nie wydarzyło się w stosunku do osób o innym kolorze skóry… Szczególnie symptomatyczne są działania na poziomie państwowym, bo przecież oddolnie wiele osób pomagało i pomaga.

Dwie granice, dwie Polski

Wiele osób, nawet te, które życie poświęcają budowaniu polityk publicznych, tak by ludzie mogli koło siebie dobrze żyć, uważa, że niestety postawy ksenofobiczne, rasistowskie, są dla człowieka naturalne. Doświadczają tego Ukraińcy w Polsce, Polacy w Holandii. Syryjczycy w Puszczy Białowieskiej i na Morzu Śródziemnym. Czy rzeczywiście są naturalne, czy jednak kulturowe? Czy nie mamy na to wpływu? Nie mamy wyboru?

A.K.: W książce pokazujemy, że rasizm jest zjawiskiem politycznym, elementem władzy i kultury, która ją legitymizuje.

M.P.: Tak rozumianej kulturze zawsze sprzeciwiała się kontrkultura – antyrasistowska i równościowa. Wielu i wiele z nas się na niej wychowało. Dla mnie naturalny jest antyrasizm. Kiedy jako nastolatki uciekaliśmy przed skinheadami, doskonale wiedzieliśmy, kto stoi po której stronie. Dorośli wtedy chętnie opisywali konflikt między subkulturami jako błahy, a przecież dotyczył spraw zasadniczych.

Chyba już wtedy zrozumiałem, że nawet jeśli nie jesteśmy w stanie zmienić wielkiej polityki czy struktur władzy, możemy mieć wpływ na poziomie osobistym: zmienić siebie, nie dyskryminować, nie obrażać, zacząć innych traktować z szacunkiem. A jeśli powiemy lub zrobimy coś, co krzywdzi, po prostu przeprosić i przynajmniej spróbować naprawić szkodę.

„Z autobusem Arabów” – lęk i fascynacja

czytaj także

„Z autobusem Arabów” – lęk i fascynacja

Agnieszka Kościańska, Michał Petryk

**
Agnieszka Kościańska – profesorka w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego, a w latach 2021–2022 Leverhulme Visiting Professor w Oxford School of Global and Area Studies; autorka m.in. książek Płeć, przyjemność i przemoc. Kształtowanie wiedzy eksperckiej o seksualności w Polsce (2014), Zobaczyć łosia. Historia polskiej edukacji seksualnej od pierwszej lekcji do internetu (2017).

Michał Petryk – tłumacz literatury pięknej z języka ukraińskiego, głównie prozy Serhija Żadana, oraz anglojęzycznego piśmiennictwa antropologicznego – między innymi prac Judith Okely, Lili Abu-Lughod i Jamesa C. Scotta.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Katarzyna Przyborska
Katarzyna Przyborska
Dziennikarka KrytykaPolityczna.pl
Dziennikarka KrytykaPolityczna.pl, antropolożka kultury, absolwentka The Graduate School for Social Research IFiS PAN; mama. Była redaktorką w Ośrodku KARTA i w „Newsweeku Historia”. Współredaktorka książki „Salon. Niezależni w »świetlicy« Anny Erdman i Tadeusza Walendowskiego 1976-79”. Autorka książki „Żaba”, wydanej przez Krytykę Polityczną.
Zamknij