Film, Weekend

„Nie!”: Jordan Peele wolałby nie

„Nie!” udowadnia nie tylko, że wszystkie ważne role w mainstreamowym filmie przygodowym mogą grać wyłącznie niebiali aktorzy, ale też – że decyzja taka nie wymaga specjalnego usprawiedliwienia czy uzasadnienia poprzez nadanie całej fabule rasowego podtekstu.

Rasowy horror, horror o rasie

Ścieżka kariery Jordana Peele’a – od cenionego telewizyjnego komika i autora skeczów do celebrowanego twórcy oryginalnych horrorów ze społecznym podtekstem – może się wydawać oczywista tylko po fakcie.

Gatunkowy zwrot w jego twórczości nastąpił w roku 2017, wraz z sukcesem pełnometrażowego reżyserskiego debiutu Uciekaj!, który w przewrotny i samoświadomy sposób splatał rozpoznawalne konwencje i klisze kina grozy z oryginalnym spojrzeniem na relacje rasowe w USA. Historia czarnego chłopaka (Daniel Kaluuya), który jedzie na weekend do bogatej rodziny swojej białej dziewczyny, łączyła zjadliwą satyrę na ukryty rasizm liberalnej białej Ameryki z niezwykle skutecznym budowaniem napięcia i błyskotliwym humorem.

Entuzjastyczna recepcja społecznego tematu w gatunkowym sztafażu zasadzała się na szczególnej równowadze między elementami: rasistowskie mikroagresje budowały klaustrofobiczną i paranoiczną atmosferę horroru, a gatunkowe skrypty kina grozy służyły przekonującemu nakreśleniu ukrytych struktur przemocy.

Wykorzystany przez Peele’a splot rasy i horroru nie był w historii kina czymś kompletnie nowym, jednak reżyserowi udało się nie tylko interesująco odświeżyć gatunkowe tradycje, ale zarazem – co nie bez znaczenia dla sukcesu filmu (zwieńczonego serią prestiżowych nominacji i Oscarem za najlepszy scenariusz oryginalny) – sprofilować opowieść także pod białego widza.

Podczas gdy uporządkowana konstrukcja i jednoznaczność metafor w Uciekaj! sprawiły, że miał on dla białej amerykańskiej widowni charakter niemal dydaktyczny, w następującym po nim To my rasowe i społeczne konteksty na zmianę składały się w spójne obrazy i rozpadały z tokiem narracji niczym w kalejdoskopie. Film śledzi losy czarnej rodziny z klasy średniej, która próbuje przetrwać w rozdartej Ameryce z nocnego koszmaru, podzielonej na chodzących po powierzchni uprzywilejowanych i zepchniętych do podziemia odrzutków. Czyli – powiedzą złośliwi – Ameryce po prostu.

Kadr z filmu „Uciekaj!”. Fot. Universal Pictures

Część widowni ponownie próbowała odczytywać filmowy obraz rozciętego na pół społeczeństwa przez pryzmat rasy, jednak lektura taka była niepełna i niesatysfakcjonująca: interpretacje okazywały się płynne i migotliwe, znaczenia raz wydawały się niespójne, kiedy indziej – przyległe i wzajemnie wymienne.

Intersekcjonalistyczne rozpoznanie, że osoby – a więc potencjalnie także filmowe postaci – nie sprowadzają się do jednego tylko aspektu tożsamości, może wydawać się truizmem, ale zdaje się, że przynajmniej niektórym widzom rasa bohaterów przysłoniła ich pozycję klasową. W efekcie do To my przylgnęła łatka filmu w najlepszym wypadku wymagającego, w najgorszym – niezrozumiałego i niekonsekwentnego.

Ulica Beale w Hollywood

Stare dobre czasy

Gorąca dyskusja o ukrytych znaczeniach To my trwała w najlepsze, tymczasem Peele nie spoczywał na laurach: niemal równolegle do drugiej fabuły realizował – jako (współ)twórca i producent wykonawczy – dwa projekty telewizyjne. Krainę Lovecrafta i Strefę mroku łączy czerpanie z przeszłości amerykańskiej (pop)kultury, żywe zainteresowanie tradycjami grozy oraz gest sięgnięcia po narracje zdominowane dotąd przez białych twórców i rewizjonistycznego przepisania ich z perspektywy doświadczeń czarnej widowni.

W Strefie mroku, autorskim remake’u kultowego telewizyjnego cyklu opowieści z dreszczykiem, Peele – wraz z koproducentami Simonem Kinbergiem i Marco Ramirezem – próbował powtórzyć zabieg z docenionego debiutu: połączyć zabawę rozpoznawalną gatunkową konwencją z elementami krytyki społecznej.

Niestety tym razem nie do końca się to sprawdziło. Choć polityczna intencja serii była czytelna, realizowana konsekwentnie i przekonująca, wpisane w gatunkową formułę rasowe i społeczne metafory wypadały topornie i dydaktycznie. Cierpiały przez to pomysłowe zwroty akcji i wizualna wyobraźnia antologii, a próby budowania suspensu co chwila zapadały się pod ciężarem trafnego, ale nachalnego przekazu.

Serial został skasowany po dwóch sezonach: zachwiane proporcje zniechęciły część widzów – szukających w odnowionej serii przede wszystkim powrotu do lęków i zachwytów z dzieciństwa i nostalgii za horrorem ze „starych dobrych czasów”.

Lęk przed czarną planetą

czytaj także

Lęk przed czarną planetą

Reni Eddo-Lodge

To, że dla amerykańskich czarnych „stare dobre czasy” same z siebie były horrorem, stało się z kolei tematem osadzonego w latach 50. – dekadzie American Dream i praw Jima Crowa – serialu Kraina Lovecrafta (będącego adaptacją powieści Matta Ruffa pod tym samym tytułem), u którego steru stanęła Mischa Green. Wychodząca od postaci zafascynowanego pulpowym horrorem i fantastyką czarnego chłopaka (Jonathan Majors) opowieść mutowała i przepoczwarzała się, mieszając osadzone na rzetelnych akademickich badaniach historyczne realia z odrażającymi i plugawymi potwornościami – „nie z tej ziemi”, chciałoby się dodać, ale wylewająca się z ekranu rasistowska ohyda przedstawiona została jednoznacznie jako zjawisko mocno zakorzenione, wręcz endemiczne dla amerykańskiej kultury.

Choć serial spotkał się z dość przychylną recepcją, która znalazła odzwierciedlenie w nominacjach do licznych nagród, on także – łatwo dostrzec tu powtarzający się wzorzec – nie podzielił skali sukcesu Uciekaj!, którego, jak się wydaje, oczekiwało studio: po miesiącach zakulisowych przepychanek HBO wstrzymało produkcję drugiego sezonu.

Dotyk małpiej łapki

Peele realizował wszystkie te projekty za pośrednictwem założonej przez siebie wytwórni Monkeypaw Productions – i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nazwą tą ściągnął na siebie iście małpią przewrotność losu, w duchu odcinka Strefy mroku lub słynnego opowiadania grozy o małpiej łapce – tajemniczym artefakcie spełniającym „na opak” ludzkie życzenia – do którego tytułu postanowił nawiązać. Wciąż przywoływany przez widzów oraz krytyków – i wciąż niemożliwy do zreplikowania – sukces reżyserskiego debiutu faktycznie może się wydawać klątwą nałożoną przez złośliwego dżina, który spełnił dziecięce marzenie Peele’a o karierze w kinie gatunkowym za cenę uwięzienia go już na zawsze w niemożliwych do spełnienia oczekiwaniach publiczności.

Ale może w roli tokenowego twórcy nowego rasowego horroru obsadziła Peele’a nie nadprzyrodzona ingerencja, tylko bezduszna, eksploatacyjna hollywoodzka maszyna, obracające się bezustannie trybiki show-biznesu, głodna spektaklu widownia? Czy reżyserowi przytrafił się „zły cud”, nad którego istnieniem zastanawiają się bohaterowie jego najnowszego filmu?

Plakat filmu „To my”. Fot. Universal Pictures

W Nie! funkcję „złego cudu” pełni seria niewyjaśnionych i niepokojących zdarzeń na farmie klanu Haywoodów, pochodzących – zgodnie z ustaleniami genealogii, a może międzypokoleniową legendą lub tylko marketingową narracją – od czarnego dżokeja uchwyconego na pierwszym w historii ruchomym obrazie. Kontynuacją rodzinnej kinowej tradycji jest firma Haywood Hollywood Horses, od wielu lat tresująca i dostarczająca konie na plany filmowe.

Po nagłej i tajemniczej śmierci ojca rodzinny biznes przejmuje najmłodsze pokolenie, Otis Junior zwany OJ-em (Daniel Kaluuya) i Emerald, w skrócie Em (Keke Palmer). Dość szybko orientują się, że żadne z nich nie nadaje się do roli, którą przyszło im odgrywać: OJ świetnie obchodzi się z końmi, ale kompletnie nie radzi sobie w interakcjach z klientami; Em ma niezbędną w show-biznesie natrętną energię ulicznego sprzedawcy, ale jest zbyt roztrzepana i nieodpowiedzialna, by poprowadzić interes. Kiedy po utracie ważnego klienta rodzinna firma staje na skraju bankructwa, przedsiębiorcze rodzeństwo postanawia spróbować zbić kapitał na tajemniczym zjawisku nawiedzającym ich posiadłość.

Obstawiam, że niektórzy recenzenci zaczęli pisać o protofilmowych eksperymentach Eadwearda Muybridge’a (i jego dziwnych pomysłach na zapis własnego imienia) natychmiast po obejrzeniu pierwszego trailera – inni właśnie pracują nad wyprowadzonymi z filmu sylabusami do zajęć z audiowizualności; nie chcę wchodzić im w drogę ani powtarzać – często trafnych i błyskotliwych – metafilmowych rozpoznań, pogłębionych interpretacji i odkodowanych nawiązań (a można tu znaleźć wszystko: od kultowego anime Akria po Zdarzenie M. Night Shyamalana). Łapię się na tym, że sama tym razem w ogóle nie jestem zainteresowana precyzyjnym przyszpilaniem znaczeń, obracaniem w rękach metafor jak kostki Rubika – aż wszystkie kolory będą na właściwych ściankach, a miejsce rozsypanego kalejdoskopu zajmie spójny obrazek.

Zwykłe fantastycznonaukowe popieprzone gówno

Zamiast tego wolę oglądać Nie! tak, jak patrzę na metamorfozy zmieniającej kształt chmury: to, co przed chwilą było paszczą, może zaraz stać się okiem, a to, co wyglądało jak kamera, pokazuje zęby. Maszyna okazuje się zwierzęciem, zwierzę zostaje zastąpione przez maszynę, maszyna jest nieprzewidywalna jak zwierzę, zwierzę jest podatne na usterki jak maszyna. Świnka Gordy jest tak naprawdę małpą Gordy, która jest – i jednocześnie nie jest – przybijającym „żółwika” kosmitą E.T. A może małpa ma na imię Travis, może wcale nie jest małpą, tylko spadającym helikopterem z planu Strefy mroku. W końskim zadzie, jak w samochodowej stacyjce, tkwi kluczyk. Film podejmujący temat moralnej ambiwalencji i eksploatacyjnego aspektu widowisk – sam jest widowiskiem.

I nawet jeśli jest trochę za długi i trochę bałaganiarski, nawet jeśli jego migotliwe metafory nie spinają się na ostatni guzik – to nie szkodzi. Nie! jest spektakularnym wakacyjnym blockbusterem, zrealizowanym starannie i z rozmachem, w którym precyzyjnie porozwieszane strzelby konsekwentnie wypalają, ale który zarazem nie poświęca swojej oryginalności i otwartości znaczeń na ołtarzu politycznego podtekstu. Nie jest powtórką z historii rasizmu, programem edukacyjnym dla białasów ani ćwiczeniem z reprezentacji. Wydaje się, że Peele zrobił po prostu film, który chciał zrobić – z postaciami, których historie chciał opowiedzieć, i aktorami, z którymi chciał pracować – i w pewnym sensie jest to może najbardziej polityczny gest, na jaki czarny twórca może się obecnie ważyć.

W rasizmie chodzi o zarządzanie różnicą, niekoniecznie o kolor skóry [rozmowa]

Nie! udowadnia nie tylko, że wszystkie ważne role w mainstreamowym filmie przygodowym mogą grać wyłącznie niebiali aktorzy, ale też – że decyzja taka nie wymaga specjalnego usprawiedliwienia czy uzasadnienia poprzez nadanie całej fabule rasowego podtekstu. Czarna lesbijka Emerald może być po prostu bohaterką w blockbusterze i jej (czarne, queerowe) doświadczenia będą w nim reprezentowane o tyle, o ile są elementem funkcjonowania w świecie tej konkretnej (czarnej, queerowej) postaci – a nie jako token progresywizmu i różnorodności, społeczno-polityczna metafora czy synekdocha systemowej dyskryminacji. Jej rasa i orientacja nie są przeciwstawiane jej człowieczeństwu, ale do niego przynależą; bogactwo jej życia nie zostaje zredukowane do jej społecznej pozycji wobec białej, heteroseksualnej większości.

Co więcej, jak zauważył A. Tony Jerome, różnica ta ma szczególne znaczenie z punktu widzenia czarnej publiczności, która oglądając film, wreszcie może przestać się „martwić, że czarni umrą [w nim] z powodu rasizmu, kapitalizmu, białej supremacji i całej reszty gówna, z którym [muszą] się mierzyć w prawdziwym życiu. Nie! Mamy okazję zmierzyć się [po prostu] z lękiem przed zwykłym fantastycznonaukowym popieprzonym gównem, i jest to wspaniałe!”. 

Eddo-Lodge: Czy świat bez rasizmu to naprawdę rzecz nie do pomyślenia?

W wywiadach towarzyszących promocji filmu Peele deklaruje, że gdyby naszą planetę odwiedzili kosmici, zdradziłby ludzkość w mgnieniu oka – i trudno mu się dziwić. Mimo wciąż silnego oddziaływania przewrotnej małpiej łapki mam jednak nadzieję, że jeszcze przez jakiś czas tu zostanie – i wciąż będzie się z nami dzielił swoją kosmiczną wyobraźnią.

__
Dobry, bo przeczytany do końca, tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Wesprzyj nas.

Klaudia Rachubińska
Klaudia Rachubińska
Kulturoznawczyni i krytyczka filmowa
Absolwentka Wydziału Psychologii oraz Instytutu Kultury Polskiej UW. Publikowała w „Kwartalniku Filmowym”, „Kulturze Popularnej”, „Dialogu”, „Glissandzie”, „Małej Kulturze Współczesnej”, „Dwutygodniku”. Sekretarz redakcji kwartalnika „Pleograf”. Laureatka XXIII Konkursu o Nagrodę im. Krzysztofa Mętraka.
Zamknij

20kp-logo-white-500px