Kraj

Dwie granice, dwie Polski

Czy ogromna fala solidarności i dobra, która wybuchła jak Polska długa i szeroka, skapnęła choć trochę na uchodźców z polsko-białoruskiej granicy? Czwarta część reportażu badawczego „Obcy w naszym kraju”.

Mijamy długie konwoje ciężarówek wojskowych oraz kolumny samochodów ze znakami czerwonego krzyża. W stronę przeciwną jadą wypełnione do ostatniego miejsca auta na ukraińskich blachach. Za szybami kartony z widocznymi z daleka napisami: „дети”, „no war”, „путин, иди на хуй”. Im bliżej ukraińskiej granicy, tym bardziej czuć wojnę.

Jedziemy, żeby zrozumieć, jak na wojnę i exodus mieszkańców Ukrainy reaguje pogranicze podkarpackie. Do tej pory badaliśmy Podlasie, którego część została zamknięta w strefie stanu wyjątkowego. Tam patrole mundurowych cały czas przepychają do Białorusi uciekinierów, którzy zdołali przedostać się przez druty na polską stronę. Pomoc medyczna i aktywiści wciąż nie mają wstępu do strefy, nadal kryminalizowane są inicjatywy humanitarne.

Na Podkarpaciu będziemy szukać różnic oraz podobieństw w odbiorze uchodźców i wojny. Chcemy zrozumieć motywacje osób i społeczności zaangażowanych w pomoc. Przede wszystkim jednak chcemy sprawdzić, czy ogromna fala solidarności i dobra, która wybuchła jak Polska długa i szeroka, skapnęła choć trochę na uchodźców z polsko-białoruskiej granicy.

Uchodźcy z Ukrainy na przejściu granicznym w Medyce. Fot. Monika Bryk

Wszyscy mówią o tym, jak pomagamy

Przemyśl. Dawny budynek Tesco przy ulicy Lwowskiej stał się punktem tranzytowym dla uchodźców. Kilkadziesiąt plastikowych toalet na zewnątrz, w środku ustawiono skompletowaną przez mieszkańców kuchnię. Są tu mikrofalówki, przenośne kuchenki gazowe. To pierwsze miejsce, gdzie można dojść do siebie, zwłaszcza gdy kilka dni uciekało się z dziećmi i zwierzętami pod obstrzałem Rosjan.

Autokary straży pożarnej, busy oraz auta wolontariuszy przywożą pod budynek uciekinierów z przejścia granicznego w Medyce. Większość potrzebuje się wyspać, zmienić ubrania, zjeść ciepły posiłek, potem mogą się zastanowić, dokąd jechać dalej. Spędzają tu dobę, dwie. Szukający transportu tłoczą się w holu głównym, w którym kierowcy przez mikrofon wyczytują cele podróży. Inni siadają pod ścianami, w miejscach, gdzie na kartonach wypisano nazwy miast lub państw z najbliższymi transportami.

Puto: Nowa przyjaźń polsko-ukraińska. Jak by tego nie spieprzyć?

Ogromne pomieszczenia Tesco zastawione są łóżkami polowymi i materacami. Setki ciasno ustawionych obok siebie leżanek, przyniesione przez mieszkańców akrylowe koce i poduszki. Mnóstwo małych dzieci. Te najmniejsze wraz z matkami lokuje się w bardziej kameralnych pomieszczeniach. W dawnym butiku jubilera przez szklane witryny widać pięćdziesiąt łóżek i kobiety tulące noworodki. Całość wygląda jak wielki skład towarów. Są naprędce zorganizowane punkty z jedzeniem, chemia, zabawki, ubrania, artykuły higieniczne, karma. Najpotrzebniejsze rzeczy dla dzieci, dorosłych, a nawet zwierząt domowych.

Rejestrujemy się jako wolontariusze. Dostajemy jaskrawożółte kamizelki i markery. Na plecach mamy wypisać języki, którymi się posługujemy. Zakładamy też opaski umożliwiające wejście na teren hali. Gdyby nie koszmar wojenny w tle, można by odnieść wrażenie, że to jakiś europejski jarmark uliczny. Spotykamy Estończyków, Czechów, Niemców, Francuzów, Hiszpanów, Brytyjczyków. Włosi serwują tradycyjną pizzę, Sikhowie curry. Można też zjeść ramen, tosty, naleśniki. Przed nami rejestruje się ekipa Hiszpanów ubranych w jednoczęściowe pidżamy kigurumi: jednorożec, leniwiec, hipopotam. Wyposażeni w ukulele i bębny idą animować zabawy dla dzieci.

Autobus ewakuacyjny w Przemyślu. Fot. Monika Bryk

Mijamy punkt pomocy medycznej, biuro rejestrujące osoby oferujące transport i noclegi, punkty zbierające zapotrzebowanie wśród uchodźców. Wszystko to kojarzy się z atmosferą biwaku połączonego z peronem i szpitalem. Samoorganizujący się wolontariusze i nieustanny przepływ potrzebujących. Wszędzie ukraińskie kobiety, które nie tylko przyjmują pomoc, ale też włączyły się w jej udzielanie. Podgrzewają i wydają jedzenie, kierują nowo przybyłych do właściwych punktów.

Wielu pomagających w dzień i w nocy to mieszkańcy Przemyśla. W weekendy również mieszkańcy innych polskich miast. Wolontariusze z całej Europy śpią w kamperach i namiotach rozbitych na polu wokół Tesco.

Kto to wszystko ogarnia? W tłumie dostrzegamy kobiety w kamizelkach z napisem „Urząd Miasta Zarządzanie Kryzysowe”. Może się czegoś dowiemy. Czekamy, aż przestaną rozmawiać z wolontariuszami, i podchodzimy, żeby zadać kilka pytań.

– Dzień dobry. Jesteśmy socjologami. Próbujemy zrozumieć reakcje na kryzys uchodźczy. Możemy zająć chwilę?
– Jasne – odpowiada jedna z nich. – Robicie tu badania? To z nieba nam spadliście. My właśnie przyszłyśmy i chętnie się dowiemy, co tu się właściwie dzieje.

Pospolite ruszenie Polaków, czyli chaos na granicy

Szukamy sobie zajęcia, podpytując wolontariuszy. Trzeba ogarniać tłum wchodzących, więc udzielamy informacji, kierujemy ludzi do punktów, tłumaczymy. O ile dzień wcześniej cały budynek Tesco był wypełniony ludźmi i brakowało rąk do pracy, o tyle dziś jest odwrotnie. Zajętych jest około połowy miejsc do spania, a wolontariusze mogą złapać trochę oddechu.

Podobnie jak dużo większa Hala Kijowska w Korczowej, do której trafiamy następnego dnia, i inne przygraniczne centra, budynek Tesco to dla przybyłych tylko przystanek w podróży. Ciągle trafiają tu nowi, z których większość nie zostanie w Przemyślu ani na Podkarpaciu. Chcą jechać do Krakowa, Katowic, Warszawy, Poznania. Czasem gdzieś dalej, poza Polskę. Nie wszystkim od razu, ale większości udaje się ruszyć dalej.

Nikt tu nie słyszy apeli Warszawy czy Krakowa, żeby wybierać inne lokalizacje, bo miasta są już przepełnione. Tylko w stolicy liczba mieszkańców zwiększyła się o 300 tysięcy w dwa tygodnie. Brakuje koordynacji regionalnej, krajowej, ponadnarodowej. Są samoorganizujący się wolontariusze. Dla nich liczy się tylko to, aby udzielić pierwszej pomocy, nakarmić, znaleźć transport oraz dach nad głową i jak najszybciej wyprawić ludzi w dalszą drogę, bo na ich miejsce trzeba przyjąć następnych.

Uciekający spod bomb nie trafiają do dużych polskich miast przez wybredność

Rozmawiamy z Anną, pielęgniarką z Przemyśla. – Prawdziwa z pani poliglotka – żartujemy, widząc na kamizelce długą listę języków. – Co? Nie, to nie tak. Ja tylko po niemiecku i ukraińsku mówię. Angielski i rosyjski to mi tak z rozpędu dopisali.

Anna od ponad tygodnia przychodzi codziennie po pracy. Robi, co akurat trzeba zrobić. Nie ma poczucia, że ktoś nad tym wszystkim panuje, ale jest podbudowana postawą mieszkańców Przemyśla i Polaków w ogóle.

– Jasne, że jest różnie. Nie wszyscy pomagają. Niektórzy to chyba postanowili szafy przewietrzyć. Przynoszą tylko stare, zniszczone łachy. Są i tacy, którzy przychodzą, aby wśród stert ubrań dla uchodźców wygrzebać coś dla siebie. No i młodzież „szwendająca się”: nie robią nic złego, ale przychodzą, bo tu się coś dzieje, a nie, żeby pomóc. Jednak egzamin z człowieczeństwa zdaliśmy – podkreśla. – Europa, świat to widzą. Wszyscy mówią o tym, jak pomagamy.

Ciężarówki wojskowe przed dworcem kolejowym w Przemyślu. Fot. Monika Bryk

Tego samego dnia straż graniczna z Podlasia odnotowuje kilkadziesiąt przejść z Białorusi na polską stronę. Tu ciągle obowiązują push-backi i zakaz wstępu przedłużony do czerwca. Nadal wyłapuje się ludzi w lasach i bez względu na okoliczności przepycha z powrotem. Wojna w Ukrainie nic nie zmieniła. Wolontariusze niosący ciepłą zupę i leki w obawie przed aresztowaniami przekradają się nocami do potrzebujących w lesie. Mieszkańcy zony udzielający w domach chwilowego schronienia uchodźcom nie pozwalają im wyglądać przez okna, wychodzić na podwórze.

Obnoszący się ze wspaniałomyślnością obywateli rządzący wprowadzają ułatwienia – Ukraińcy, którzy przejdą przez zieloną granicę, mają od razu wszystkie prawa. Będą traktowani inaczej niż uciekający przed innymi wojnami, bardziej odległymi od Polski. Ci drudzy nie mają szans na azyl. Gdy w Przemyślu Anna wzrusza się postawą Polaków, kilkaset kilometrów dalej na północ zatrzymana w lesie syryjska uchodźczyni i jej pięcioletnie dziecko zostają rozdzieleni z bliskimi. Tych drugich pogranicznicy wywożą na Białoruś. O losie matki i dziecka informować nie chcą.

Tymczasowa noclegownia dla uchodźców w Przemyślu. Fot. Monika Bryk

„Na wojnie trzeba cebuli i ziemniaków”

Jedziemy boczną drogą w kierunku Medyki, skąd chcemy zabrać ludzi do Przemyśla. Jesteśmy kilka kilometrów od przejścia granicznego w Korczowej i niecałe trzydzieści od Międzynarodowego Centrum Pokoju i Bezpieczeństwa w Jaworowie, które tej nocy zostanie zbombardowane rakietami. Przejeżdżamy koło autobusu zaparkowanego pod wiejską świetlicą, do którego wsiadają kobiety z dziećmi i bagażami. Zatrzymujemy się. Niemiecki kierowca natychmiast poprosi nas o pomoc w tłumaczeniu rozmów z pasażerami. Autobus to prywatna inicjatywa kilku osób z Niemiec. Zrobili zbiórkę, wynajęli pojazd i przyjechali, żeby zabrać uchodźców do prywatnych domów chętnych do pomocy mieszkańców miasta.

Okazuje się, że świetlica to także lokalne centrum pomocowe. Na parterze ustawionych jest około trzydziestu łóżek. Na górze jeszcze pięćdziesiąt. W kuchni ogromne ilości jedzenia i towarów dowożonych non stop przez prywatnych ludzi i organizacje. Piwnica zawalona konserwami, sokami, makaronem, ryżem. Stosy pieluch, chusteczek, środków higienicznych dla kobiet oraz skrzynie chleba. Nadmiar jedzenia strażacy nieustannie przepakowują do aut jadących do Lwowa. Tej nocy dostali informacje, że zaczyna brakować jedzenia dla dwustu tysięcy dodatkowych mieszkańców miasta.

Potrzebna jest pomoc, więc zostajemy na cały dzień. Tłumaczymy rozmowy, pakujemy transporty, pomagamy w kuchni. W świetlicy jest pełno ludzi z zewnątrz i nie wszyscy wiedzą, kto jest kim. Gotują kobiety z licznych w okolicy kół gospodyń wiejskich oraz mieszkanki okolicznych wsi. Wspierają je chętne do pomocy uchodźczynie. Każdego dnia umawiają się, co gotują. Na śniadania Ukrainki przygotują kaszę z masłem. Na obiady zawsze jest żurek ze słoniną i jajkami plus coś jeszcze. Tego dnia pomidorowa i bigos. Kobiety starają się gotować tak, żeby nic się nie marnowało. Trzeba się nagłówkować, bo ludzie ciągle przynoszą jedzenie. Najwięcej ziemniaków i cebuli.

Polska wolontaryjna. Na jak długo wystarczy nam sił?

– Tego to już nawet nie sposób przerobić – śmieje się Anna. Ledwie to mówi, do kuchni wchodzi kierowca, który ma zawieźć jedną z rodzin do Czech. Taszczy wielki wór ziemniaków i dwa mniejsze cebuli. Dostaje ochrzan od gospodyń. Odetnie się dopiero na odchodne: – Mówcie, co chcecie, na wojnie trzeba słoniny, cebuli i ziemniaków.

Ale one już siedzą nad koordynowaniem kąpieli. Patrzą w zeszyt i zastanawiają się, do kogo z mieszkańców wsi wysłać poszczególne ukraińskie rodziny.

– Irinkę to może damy dziś do Ciesielskich?
– Do Ciesielskich nie, bo dzisiaj u nich… napięcia rodzinne. Dajmy do Gołębiowskich.
– Dobra, zapisuję!

Baner na ulicy w Przemyślu. Fot. Monika Bryk

W świetlicy typowy dla wsi genderowy podział pracy. Mózgiem przedsięwzięcia są kobiety. One ogarniają logistykę, sieciowanie, gotują, dwoją się i troją, aby każdym dobrze się zaopiekować, zadbać, nakarmić, rozweselić. Mężczyźni zaopatrują, wożą, noszą, dźwigają. W międzyczasie siadają na krzesełkach i czekają na kolejne polecania.

Przy okazji wspólnej pracy kobiety opowiadają o tym, co robią. Jedne – jak Anna i Małgorzata – to gospodynie, inne – jak Kasia i Joanna – pracują w urzędach i szkołach w Przemyślu. Te ostatnie pobrały urlopy i przychodzą codziennie. Zostawiły swoje domy, rodziny i cały czas poświęcają pracy wolontariackiej. Dodatkowo wiele kobiet gości uchodźczynie w swoich domach. Mężczyźni w świetlicy to ich mężowie oraz strażacy, policjanci i żołnierze, którzy przychodzą tu i na służbie, i poza nią.

Na opiekę może liczyć każdy. Nawet zwierzęta. Koty przyjeżdżają w bardzo złym stanie. Po całych dniach spędzonych w transporterach są brudne, głodne i wystraszone. W trakcie naszej wizyty jeden ze strażaków adoptował pozostawionego przez uchodźców półpersa z chorym okiem, od razu umawiając mu wizytę u weterynarza.

Zwierzęta też są ofiarami wojny

Kobiety wykonują też pracę emocjonalną. Słuchają uchodźczych opowieści o wojennych traumach, zburzonych domach, ostrzelanych autobusach. Zajmują się młodymi romskimi mamami. Kiedy usłyszą, że te decydują się jechać do Niemiec, tłumaczą im, jak być tam „dobrymi mamami”. Wyjaśniają, że trzeba tam rozsądnie wydawać pieniądze, które się dostanie, i nigdy nie wolno karcić dzieci klapsami, bo za to Jugendamt może nawet dzieci odebrać. Młode uchodźczynie słuchają uważnie.

Pytamy o to, jak wiejska świetlica stała się centrum pomocowym. Inicjatorem był miejscowy ksiądz, a pierwsze działania zaczęły się już kilka dni po wybuchu wojny. Początkowo koncentrowały się na tym, aby z pobliskich punktów tranzytowych zabierać matki z małymi dziećmi, żeby mogły odpocząć w bardziej kameralnych warunkach. Z czasem znajomi i mieszkańcy zaczęli im dowozić bardziej potrzebujących bezpośrednio z granicy. Kiedy rozwinęły skrzydła, weszły w konflikt z lokalnymi władzami (z PiS-u, ale to bez znaczenia – tu wszyscy są z PiS-u). Wójt powiedział, że trzeba będzie zapłacić gigantyczne rachunki za wodę i gaz. Według kobiet tak naprawdę zbulwersował się, bo inicjatywa zrodziła się oddolnie, a nie wyszła od niego. Zrobiła się afera. Wójtowi oberwało się w mediach i od księdza. Pozostało mu tylko wesprzeć dalsze działanie świetlicy.

Pod wieczór robi się zamieszanie. Przyjeżdżają dwie ciężarówki z Niemiec, ale przyjezdni nie mówią po polsku ani rosyjsku, a gospodynie po niemiecku ani angielsku. Znowu tłumaczymy. Okazuje się, że jeden z Niemców trafił do świetlicy dwa tygodnie wcześniej i z pomocą translatora ustalił, co trzeba przywieźć. Dostał pełną listę najbardziej potrzebnych towarów, w tym sprzętu „dla partyzantów”, jak mówią miejscowi. Nikt chyba jednak nie liczył, że wróci. Tym bardziej że nie dał znaku życia. Tymczasem on z przyjaciółmi w Austrii i Bawarii zorganizował zbiórkę i transport. Przyjechało wszystko: kamizelki kuloodporne, środki medyczne dla rannych, generatory prądu, kuchenki gazowe z dużym zapasem butli. Joanna, która zorientowała się, że przywieźli wszystko, o co poprosiła, płacze ze wzruszenia.

Transport kamizelek kuloodpornych przygotowany do przekazania walczącym Ukraińcom. Fot. Monika Bryk

Pomagamy rozpakować ładunek, ale też wyjaśnić różnice kulturowe. Z punktu widzenia Niemców w świetlicy panuje chaos. Obawiają się, że przywiezione przez nich artykuły mogą nie trafić na miejsce. Dopytują, czy nie moglibyśmy zawieźć towaru do Lwowa osobiście. Ostatecznie dają się uspokoić, że wszystko trafi do potrzebujących. Joanna wymyśla, że będzie robić zdjęcia z kolejnych etapów pracy i wysyłać darczyńcom.

Dobroć i skaza

Spędzamy w świetlicy cały dzień. Rozmawiamy. Ludzie spekulują, czy wojna dojdzie do nas. Tworzą różne scenariusze. Dużo mówią o piwnicach: porządkują je, planują remonty. Żarty stają się sposobem na oswajanie lęku. Ustalają, gdzie się będą ukrywać z sąsiadami i jakie zapasy alkoholu zgromadzą. Czasem dodają: „ci, którzy mieszkają do stu kilometrów od granicy wojny, czują powagę sytuacji”.

Okazuje się, że wśród naszych rozmówców są osoby, które znają też sytuację z granicy białoruskiej. Mąż Kasi, mieszkanki wsi, na co dzień pracującej w Przemyślu, jest strażnikiem granicznym i służył tam przez kilka miesięcy. Jak to wspominał? Zimno, ciężkie dyżury, praca w napięciu. Nie chciał dużo opowiadać, ale wrócił zmieniony. Od tamtej pory jest w gotowości: zawsze ubrany, spakowany, gotowy w każdej chwili dotrzeć do jednostek. Cały czas się grzeje i pali w kominku. Wielu pouciekało na zwolnienia albo na wcześniejsze emerytury.

– A tamci uchodźcy? – pytamy.
– W rzeczywistości są inni, niż pokazywali w telewizji. Tylko na zewnątrz tak wygląda, że mają markowe ciuchy. Pod spodem są brudni i zawszawieni.

Uchodźczynie z Ukrainy na przejściu granicznym w Medyce. Fot. Monika Bryk

Kasia twierdzi, że są bardzo agresywni. Temat podchwytują terytorialsi, którzy pomagają w świetlicy. Kilku ich kolegów bardzo chciało tam jechać, żeby robić porządek. Chociaż większość to nie chciała, a jak już tam trafili, „to się chcieli jak najszybciej zmyć”. O uchodźcach z granicy białoruskiej mówią z pogardą: to byczki, które „tylko kurczaki by chciały jeść, a jak im dasz kanapki z wieprzowiną, to nimi rzucają”. „To prawie sami faceci”, „nie chcą się bić o swój kraj tak jak Ukraińcy”. „Jeśli już wezmą ze sobą kobiety, to jako niewolnice”, „traktują je jak rzeczy”, „zabierają tylko po to, żeby używać ich do przejścia”. Słyszeli, że ci uchodźcy próbują wjechać do Unii przez Ukrainę. Kasia słyszała, że we Lwowie wypychają kobiety i dzieci z kolejek do pociągów.

– To zresztą tacy właśnie dotarli tu jako pierwsi – opowiada. Jeszcze zanim ksiądz zaproponował przekształcenie świetlicy w centrum dla uchodźców, przyszło do niego piętnastu „czarnych”, prosząc o pomoc. – I co? – dopytujemy. – Pognał ich precz. Powiedział, żeby nie zajmowali miejsca potrzebnego dla kobiet i dzieci – słyszymy.

Niebiali też uciekają przed wojną. I też z Ukrainy

Mamy już dość rozmowy uchodźcach, ale Kasia chce nam opowiedzieć o tym, co się działo w Przemyślu. Wiemy, co się działo. Po tym, jak mieszkańców zalały fałszywe informacje o napadach dokonywanych przez uchodźców o śniadej cerze, w Przemyślu doszło do zamieszek z udziałem kiboli. Przy biernej postawie policji zaatakowali uchodźców i wolontariuszy. Później policja zdementowała wszystkie informacje o napadach i próbach gwałtu rzekomo dokonanych przez uchodźców, a organizacje monitorujące internet potwierdziły celową manipulację.

Kasia jednak wie swoje. Ma informacje od osób, z którymi pracuje, „dobrych chłopaków”, którzy dogadali się z kibicami innych klubów i zrobili w mieście porządek. – Naszych było pięciuset – mówi. – Policja specjalnie czekała, aż zrobią swoje, a wielu policjantów to się nawet cieszyło. Chłopcy nie są głupi, więc jak już oczyścili miasto, to pousuwali ze swoich profili nagrania tego, co robili – kończy swoją opowieść.

Hańba i zagrożenie. Kto doprowadził do wybuchu agresji w Przemyślu?

Ludzie ludziom…

Jesteśmy przytłoczeni. Ludzie, z którymi spędziliśmy cały dzień, żyją w jakimś upiornym rozszczepieniu. Z taką samą pasją pomagają uchodźczyniom z Ukrainy i nienawidzą uchodźców z Bliskiego Wschodu. Kto wierzył, że zmieni nas karnawał pomocy, niech porzuci nadzieje. Im szerzej rozlewa się morze dobra, tym lepiej widać mielizny rasizmu. Mamy w sobie dobro, ale i zło. Uniwersalistyczny humanizm to postawa wymagająca treningu etycznego będącego zwykle doświadczeniem uprzywilejowanej mniejszości. Stereotypy to także efekt nierównego dostępu do wiedzy. Nie każdy rozumie złożoność współczesnych konfliktów zbrojnych. Z Ukrainą sprawa jest prosta. Jest zła Rosja i dzielni obrońcy ojczyzny. Pomagamy ukraińskim kobietom i dzieciom, gdy mężczyźni walczą o swój kraj. Jakiej ojczyzny mają bronić iraccy Kurdowie i Jazydzi? Kto kogo napadł w Syrii i Afganistanie? Przeciętny Polak może tego nie wiedzieć i nie rozumieć.

Jednak podwójne standardy, z którymi spotkaliśmy się w wiejskiej świetlicy, to nie tylko efekt ciasnoty horyzontów. To przede wszystkim produkt świadomej polityki prawicy. Instytucje, które powinny stać na straży uniwersalistycznych wartości, od lat służą budowaniu państwowego i politycznego rasizmu. Dziś ofiarą tego procesu są uchodźcy z granicy białoruskiej. Jutro, kiedy okaże się to wygodne, staną się nimi uchodźcy z Ukrainy.

Tam, gdzie ich zbierają i „gonią” z powrotem

Późnym wieczorem docieramy do Medyki. Bombardują nas obrazy ludzi przechodzących pieszo granicę. Wyczerpanych kobiet, dzieci. Piętrzące się stosy ciuchów leżących pod gołym niebem. Ludzi witających się i wspólnie płaczących. Kolejki, ścisk i dym z koksowników. Wolontariusze witają uchodźców pluszakami, herbatą oraz gorącą zupą. Strażnicy graniczni pomagają kobietom przekroczyć granicę. Niosą bagaże, transportery ze zwierzętami, dzieci.

Patrzymy na namioty organizacji pomocowych: PAH, Medair, „Marsz Niepodległości”. Sami już nie wiemy, czy widzimy ludzi pomagających ludziom, czy Polaków pomagających Ukraińcom. Staramy się nie myśleć. Przełączamy się w tryb pomagania. W kolejce czekających na transport informujemy, że mamy miejsca w samochodzie z fotelikiem dla dziecka. Zgłasza się Nadia z dwójką małych dzieci. Mieszkała w Dnieprze. Uciekli, kiedy zaczęły się naloty. W kolejce na granicy spędzili dwie doby, teraz chce się dostać do najbliższej hali. Ruszamy.

*
Imiona i nazwiska osób pojawiających się w tekście zostały zmienione.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Przemysław Sadura
Przemysław Sadura
Doktor habilitowany, profesor Uniwersytetu Warszawskiego
Doktor habilitowany, profesor Uniwersytetu Warszawskiego. Wykłada na Wydziale Socjologii UW. Kurator Instytutu Krytyki Politycznej. Założyciel Fundacji Pole Dialogu. Bada relacje między państwem i społeczeństwem w obszarach funkcjonowania różnych polityk publicznych. Autor m.in. książki „Państwo, szkoła, klasy” i współautor (ze Sławomirem Sierakowskim) badań „Polityczny cynizm Polaków” i „Koniec hegemonii 500plus”.
Sylwia Urbańska
Sylwia Urbańska
Doktora, badaczka społeczna na Wydziale Socjologii UW
Doktora, badaczka społeczna na Wydziale Socjologii UW, autorką tekstów o przemianach życia rodzinnego w migracjach i w społecznościach wiejskich, w tym książki „Matka Polka na odległość”.
Zamknij