Czytaj dalej, Weekend

Nasz świat opiera się na patoposłuszeństwie. Ale możemy to zmienić [rozmowa z Mikołajem Marcelą]

Stworzyliśmy kulturę, w której powszechna jest przemoc symboliczna i przeświadczenie, że żeby świat w ogóle mógł funkcjonować, potrzebna jest hierarchia i powiązana z nią władza. Większości z nas przez przynajmniej dwanaście lat wpajane jest posłuszeństwo. Z Mikołajem Marcelą, autorem książki „Patoposłuszeństwo. Jak szkoła, rodzina i państwo uczą nas bezradności i co z tym zrobić?”, rozmawia Katarzyna Przyborska.

Katarzyna Przyborska: Do skali katastrofy Odry, która wydarzyła się kilka miesięcy temu, przyczyniły się bezwolne instytucje czekające z podjęciem decyzji na huknięcie premiera. Ogromna ilość kadry zarządzającej w korporacjach nie przekłada się na decyzje odpowiedzialne środowiskowo czy klimatycznie, ale na mnożenie się stanowisk opisanych przez Dawida Graebera jako „praca bez sensu”. Wydaje się, że tyle już wiemy, a wciąż hodujemy kapryśnych jedynowładców, czasem mniej, czasem bardziej morderczych. Dlaczego?

Mikołaj Marcela: Problemem jest to, jak myślimy o świecie i jak w związku z tym jest on zorganizowany. Stworzyliśmy kulturę, w której powszechna jest przemoc symboliczna i przeświadczenie, że żeby świat w ogóle mógł funkcjonować, potrzebna jest hierarchia i powiązana z nią władza. Większości z nas przez przynajmniej dwanaście lat wpajane jest posłuszeństwo.

Jak?

Poprzez doświadczenie. Na ogół w szkole i w rodzinie nie decydujemy o sobie, nie mamy prawa głosu, mamy zaakceptować narzucony układ i nasze w nim miejsce. To się przenosi na życie dorosłe: pozostaje w nas przekonanie, że na niewiele spraw mamy wpływ, że nie możemy protestować, podważać zasadności zastanego porządku. W końcu godzimy się na to, że decydują osoby, które są wyżej w hierarchii, a te z kolei czekają na decyzję osób będących jeszcze wyżej od nich.

A co z odpowiedzialnością za decyzje?

Posłuszeństwo jest przeciwieństwem odpowiedzialności. Widać to już na poziomie języka. Posłuszeństwo domaga się posłuchu, a więc nie czeka na odpowiedź, krytyczną analizę tego, co zostało powiedziane. Zakłada za to wykonanie polecenia. Natomiast odpowiedzialność to nic innego jak „pociągnięcie do odpowiedzi”. Odpowiedzialność ma charakter dialogowy i wynika ze spotkania w ramach jakiejś wspólnoty. Możemy wziąć odpowiedzialność, kiedy przestajemy posłusznie wykonywać polecenia innych.

Możemy wtedy szukać odpowiedzi na potrzeby…

Nie robimy tego jednak, bo zajęci jesteśmy reprodukowaniem systemu, w czym ogromną rolę odgrywa obecny model szkoły. To on w dużej mierze sprawia, że przestajemy umieć myśleć o świecie w sposób otwarty. Pisałem o tym w Selekcjach, mojej poprzedniej książce. Pisząc Patoposłuszeństwo, jeszcze mocniej uświadomiłem sobie, że myślenie, które utwierdza status quo, nie bez przyczyny w ostatnich dekadach związane jest z coraz większym umasowieniem edukacji i coraz większym stopniem wyedukowania społeczeństw, co może się wydawać pewnym paradoksem.

Powszechna edukacja to jednak olbrzymie osiągnięcie cywilizacyjne. Co to za paradoks?

Masowa edukacja jest historycznym osiągnięciem, ale – jak słusznie zauważył Slavoj Žižek w książce Hegel i mózg podłączony – jesteśmy zasadniczo takim gatunkiem w świecie zwierząt, który wciąż szuka nowych rozwiązań, odpowiadających na pewne problemy, za to generujących inne. W edukacji zaczęliśmy mierzyć, sprawdzać, testować, i to nie wiedzę, ale głównie samą umiejętność wykonywania testów. Zaczęliśmy uczyć pod testy, pod matury, pod egzaminy.

Edukacja stała się kolejnym narzędziem selekcji. Im ktoś się lepiej przygotuje do egzaminów, nauczy się je zaliczać, tym zajdzie wyżej w hierarchii władzy. Niestety jego pozycja niewiele ma wspólnego z rozumieniem świata i odpowiedzialnym mierzeniem się z jego współczesnymi problemami. Masowa edukacja dzisiaj to masowe zamykanie się na poszukiwanie wiedzy, rozwiązań, to ograniczanie aspiracji do wykonania testu, w którym z odpowiedzią musimy wpasować się w oczekiwania tego, kto ten test ułożył.

To ogromnie istotne, byśmy zaczęli myśleć o edukacji – ale także o wszystkich innych wymiarach naszego życia – w kategoriach: co by było gdyby, szukali alternatyw, zobaczyli, że można inaczej. W przeciwnym razie jak poradzimy sobie choćby z wyzwaniami katastrofy klimatycznej?

Szkoły w tym kształcie nie ma sensu ratować

Masowa edukacja umasawia też kulturę. W książce pisze pan o superbohaterach, którzy również stoją na straży zastanego porządku, reprodukcji systemu. Superbohaterowie też pilnują, by wyobraźnia ludzi nie wyszła poza ramy, nie sięgała po utopie?

To się bardzo dobrze łączy z pytaniem o władzę i odpowiedzialność. Schemat jest ten sam: czarny charakter zaburza porządek, superbohater usuwa złoczyńcę i wracamy do status quo. Ale na przyczynę katastrofy już nie patrzymy.

W Avengers: Endgame mamy motyw przeludnienia…

Z kolei w trzeciej części trylogii Batmanowskiej Christophera Nolana Mroczny rycerz powstaje, jest motyw buntu ludowego – ale nie podążamy za tymi tropami, są one zaledwie wprowadzeniem do akcji, która kończy się powrotem do status quo, a żadne problemy nie zostają rozwiązane.

Warto się też przyjrzeć czarnym charakterom w tego typu produkcjach. To najczęściej jedyne postaci, które próbują wprowadzić jakieś rozwiązania, zmiany ekonomiczne, społeczne, polityczne, jednak od razu zostają zdemonizowane. Właśnie dlatego, że próbują podważyć zastaną sytuację.

Dyktatura proletariatu w Gotham City

Sam system przedstawiany jest jako niewinny, a walka o jego zachowanie rozgrywa się ponad głowami zwykłych ludzi, bo superbohaterowie działają ponad prawem, poza prawem.

Superbohaterowie najczęściej czerpią z systemu, dlatego też go bronią. I zdradzają wiele na temat tego, jak ten system działa. Jak działa państwo, pokazuje James Bond. Państwo jest prawodawcą, ale przedstawiciele państwa mogą prawo podważyć, gdy uznają to za konieczne.

I superbohaterowie, i państwo dysponują przemocą. To, co pozostaje dla reszty, to bierność. I w rzeczywistości coraz większą rolę odgrywają wojsko albo oddziały paramilitarne. Pisała o tym Rosa Brooks w How Everything Became War and the Military Became Everything. A my w Polsce widzieliśmy to na pograniczu polsko-białoruskim: militaryzację, przy ograniczeniu praw obywatelskich i praw człowieka, w imię bezpieczeństwa.

Kapitał i wojsko są bardzo blisko ze sobą powiązane. Kiedy ktoś mówi o wolnym rynku, to zapewne za nim stoi ktoś z karabinem i pilnuje obowiązywania zasad wolnego rynku – a we wspomnianych filmach i serialach o superbohaterach zamiast karabinu mamy supermoce. O tym, że równolegle do rozwoju wolnego rynku bardzo intensywnie rozwija się cały sektor siłowy, pisał David Graeber w Utopii regulaminów. Będziemy więc oddawać przestrzeń państwu – i wojsku, najbardziej efektywnej instytucji państwa. A ta z jednej strony od samego początku inspirowała obecny model szkoły (co znów nie jest bez znaczenia), a z drugiej w dużej mierze ukształtowała funkcjonowanie współczesnych korporacji z ich łańcuchami dowodzenia i rozmaitymi hierarchiami.

Efekt tego jest też taki, że funkcjonując w gospodarce neoliberalnej i późnym kapitalizmie, żyjemy w przeświadczeniu, że musimy pracować więcej, żeby podnosić poziom życia, zwłaszcza że większość z nas czerpie relatywnie niewielkie zyski w stosunku do czasu, który poświęca pracy.

Wiesławiec Deluxe: Polski menadżer gnoi, bo może

A kiedy jesteśmy tak bardzo zajęci pracą, to nie mamy już czasu, by aktywnie działać, chronić nasze prawa i umacniać udział w demokracji? Jesteśmy zmęczeni i w sumie fajnie, jak ktoś za nas pomyśli o bezpieczeństwie, podejmie decyzje?

Dopóki nie zmienimy sposobu funkcjonowania gospodarki, dopóty będzie nam trudno przejść do trybu większego zaangażowania społecznego, bo będzie nam na to brakować czasu i energii.

Nasze posłuszeństwo, bierność uzasadniają władzę. Władza dostaje zadanie: zmobilizować, zmotywować do pracy, zaciągnąć do wojska. Wejście do kręgów zarządzających, na wysokie szczeble administracji, korporacji, wojska, to właściwie w tym układzie jedyna droga emancypacji. W sumie nic nowego.

Najgorsze, że od pewnego momentu naszej historii przemoc utożsamiamy z opieką, wymuszamy posłuszeństwo, uzasadniając je dobrem. Tymczasem posłuszeństwo alienuje i zabiera możliwość rozwoju, odkrywania siebie. Człowiek bierny nie zdaje sobie sprawy ze swojego potencjału, łatwiej nim zrządzać.

Nie mamy też mocnego żądania zmiany ze strony młodego pokolenia, bo obecny system tak mocno zastygł, że wielu młodych ludzi nie ma przestrzeni do działania. Choć myślę, że obecne młode pokolenie i tak zaczyna się buntować i protestować – czego jednym z dowodów może być Młodzieżowy Strajk Klimatyczny.

Natomiast stosunkowo niewielkie żądanie zmian ze strony młodych ludzi w ostatnich kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu latach też wiązałbym ze szkołą. Szkoła i wojsko są ze sobą powiązane od czasów pruskich. Bazują na posłuszeństwie, hierarchii. Umasowienie edukacji, wzorca szkolnego, sprawiło, że żyjemy dziś w świecie bardzo mocno zmilitaryzowanym także mentalnie. Prostym przykładem może być dziwaczny pomysł klasy, miejsca, w którym grupujemy ludzi z tego samego rocznika, gdzie nie mamy żadnej różnorodności wiekowej. Trudno byłoby znaleźć drugie takie miejsce, gdzie dokonujemy czegoś tak nienaturalnego.

Jak to? A wspólnota doświadczenia równolatków? Przełamująca inne różnice?

Pomysł na grupowanie ludzi rocznikami to też sposób kontroli, a nawet wpajania samokontroli: by nie odstawali od średniej. Tymczasem jako ludzie nie rozwijamy się przecież równo w tym samym czasie. Mamy osoby bardzo dojrzałe emocjonalnie w wieku kilkunastu lat i takie, które dojrzałe nie są jako kilkudziesięciolatkowie. W dalszym życiu to nie wiek jest kryterium doboru osób, które funkcjonują w jednej grupie – mamy wokół siebie starszych i młodszych, uczymy się i od jednych, i od drugich. Ta różnorodność jest bardzo ważna.

Ten model edukacji jest zabójczy i dla naszej psychiki, i dla naszego świata

Jak wyjść z samoreprodukującego się systemu? Jak sięgnąć poza horyzont obstawiony superbohaterami?

Dla mnie przełomowym momentem w myśleniu o posłuszeństwie, wolności, odpowiedzialności i organizacji społecznej była lektura książki Davida Graebera i Davida Wengrowa Narodziny wszystkiego (The Dawn of Everything). Jest tam przykład amerykańskiego plemienia Wyandotów, który bardzo działa na wyobraźnię. Można w nim wydawać polecenia, ale jeśli nie ma woli, by je wykonać, to nie są wykonywane, bo wartością nadrzędną jest wolność i każdy sam decyduje, czy uzna polecenie za sensowne, warte spełnienia, czy też nie. Mężczyźni nie mają władzy nad dziećmi ani nad kobietami. Nie ma więzień.

Wyjaśnijmy, że przykład Wyandotów pokazuje, że radykalna wolność, brak hierarchii nie oznaczają wcale chaosu i apokalipsy.

Pokazuje też, że można odejść od utartych wzorców i w sposób świadomy stworzyć kulturę, w której nie ma posłuszeństwa, kulturę dzielenia się, nastawioną na wspólnotę, dbanie o siebie nawzajem. Bo Wyandoci byli – wszystko na to wskazuje – spadkobiercami hierarchicznej, pełnej nierówności kultury, która upadła, a oni, wyciągając z tego wnioski, świadomie dokonali zmiany modelu.

Od dawna wiemy, że istnieją inne wzory kultury, ale traktujemy je raczej jako ciekawostkę. Dlaczego?

To też efekt szkoły, nauczania historii w sposób linearny. Wpaja nam się prostą historię kumulacji, przechodzenia od gorszych, mniej rozwiniętych rozwiązań do lepszych, bardziej skomplikowanych. Każe przerabiać całą historię od starożytności do współczesności, wpaja, że nasi przodkowie Polacy (!) założyli w 966 roku państwo. W wydaniu demokratycznym króla zastąpił prezydent, ot i wszystko. Ten kurs historii powtarzany jest później na poziomie szkoły ponadpodstawowej. Trudno potem myśleć o świecie jako miejscu, w którym współistnieje mnóstwo różnych projektów.

HiT i podręcznik prof. Roszkowskiego to nie problem, tylko symptom

Kurs historii z założenia miał kształtować wyobrażenia o państwie i wzmacniać ideę państwa. Ale pomiędzy historiami kolejnych bitew widzimy też, że to zapis niezliczonej ilości buntów przeciw systemowi nierówności, próby podważania systemu, od Spartakusa, przez Wiosnę Ludów, po Arabską Wiosnę, a ostatnio Białoruś, Iran.

Badania neurobiologiczne pokazują, że bunt jest koniecznym etapem rozwoju. Jako ludzie musimy się buntować. Nastolatkom bunt pozwala wytworzyć własną tożsamość i szukać nowych rozwiązań. Musimy się buntować, bo nowe czasy wymagają nowych rozwiązań. Bunt jest zdrową reakcją, kiedy coś przestaje działać. A lęk przed buntem jest również w dużej mierze efektem uszkolnienia – w szkole bowiem do upadłego reprodukujemy wiedzę, uczymy się o tym, co już jest, właściwie na żadnym etapie nie ma przestrzeni do tego, by przez chwilę pomyśleć, jak mogłoby być, lub poszukać nowych rozwiązań.

Może stąd brak wiary w przyszłość. Oraz popularność dystopii, podświadome fantazje o końcu świata, żeby ktoś nas w końcu od tego uwolnił. To paradoks, że dziś przestaliśmy szukać, wierzyć w to, że jesteśmy w stanie znaleźć rozwiązania problemów, z którymi się mierzymy.

Czy rzeczywiście się nie buntujemy? To „my” jest szerokie. Mieszczą się w nim i osoby bierne, i młodzieżowe ruchy klimatyczne, ruchy kobiece i antyszczepionkowcy. Czasami bunt osiąga masę krytyczną, czego przykładem może być brexit. Buntujemy się. Część tych buntów polega co prawda na powrocie do przeszłości i rozgrywaniu starych bitew. Ale część poszukuje.

Absolutnie nie uważam, że się nie buntujemy. Buntujemy się i dzięki temu mamy wiele alternatyw już teraz – politycznych, społecznych, gospodarczych. Mamy społeczności, które próbują żyć według zupełnie innych reguł niż te, które uznajemy na „normalne” czy „właściwe”. Świetny jest reportaż Urszuli Jabłońskiej Światy wzniesiemy nowe, który przytacza próby budowania alternatywnych społeczności w ostatnich kilkudziesięciu latach, jak przywoływane także w mojej książce przykłady Wolnego Miasta Christiania czy osiedlonej we francuskiej Prowansji komuny Longo Maï.

Bunt – w każdym z powyższych przykładów – jest formą odmowy udziału w systemie. Jest więc sygnałem, że coś przestało działać i trzeba się zastanowić, co z tym zrobić. Oczywiście bunt przybiera różne formy i ma różne skutki – czasami prowadzi do pożądanych efektów, czasami wręcz przeciwnie. Jednak być może najgorszą rzeczą, jaką możemy robić, to po buncie wracać do status quo. Utrzymywanie status quo to odmowa rozwiązania nowych problemów, z którymi musimy się zmierzyć, a które narastają wraz z trwaniem status quo. W tej chwili to na przykład rosnące nierówności społeczne, polityczne, ekonomiczne i edukacyjne.

Po tych kilkudziesięciu latach zastoju dochodzimy do tego, że posłuszeństwo należy wypowiadać bardziej zdecydowanie niż do tej pory. Żyjemy w dramatycznych, ale niewątpliwie ciekawych czasach. Ta zmiana już się w nas dokonała, skoro jesteśmy gotowi podważać system w sposób publiczny, i MSK to chyba najciekawszy przykład. Brakowało nam bardzo tego gniewu. Gniew uruchamia do działania.

Młodzież wyraża swój wspólny interes: chce przeżyć [rozmowa z Edwinem Bendykiem]

A czy w parze z gniewem przyjdzie też jakiś nowy język? Pisze pan w książce o tym, jak język ugruntowuje nasze przekonania o świecie…

Tu też wiele się zmienia. W Monachium widziałem ostatnio wystawę Tony’ego Cokesa, amerykańskiego artysty wizualnego i pedagoga, która poświęcona była różnym wymiarom propagandy. Prezentowany był na niej między innymi wideoesej o dwóch zdarzeniach z 1994 roku. Pierwszym z nich była śmierć Kurta Cobaina, co stało się wielkim wydarzeniem medialnym. W tym samym czasie trwało ludobójstwo w Ruandzie, którego media wcale tak mocno nie śledziły, a rzeczniczka Białego Domu w dyskusji z dziennikarzem powiedziała, że Stany Zjednoczone nie chcą definiować tego jako ludobójstwo, bo to wymagałoby konsekwentnych działań.

Coraz lepiej rozumiemy, czym jest język, co on nam robi. W ostatnich latach pojęciem, które zrobiło karierę, jest tolerancja, a dziś zaczynamy je podważać, jako sformułowanie zawierające element wyższości, warunkowego dopuszczenia. To pokazuje, że wchodzimy na coraz wyższy poziom rozumienia sytuacji symbolicznej, w jakiej jesteśmy. Kolejnym przykładem są zaimki, których używamy w odniesieniu do innych, szanując ich wolę, to, że mogą być tym, kim są. Ta zmiana w dużej mierze wynika z tego, że lepiej rozumiemy przemoc językową, to, jak normy językowe próbują nas kontrolować, wpływać na nas i nas zmieniać.

Niedasizm językowy nie istnieje

Zaimki osobowe, które wybieramy sami, rozszczelniają binarne definicje. Ja mam też problem z rzeczownikami. Mam poczucie, że nie pozwalają dojrzeć procesu, zmiany, która zachodzi w poszczególnych jednostkach i całych systemach. Pisał o tym Walter Ong w Oralości i piśmienności. W efekcie widzimy świat jako zbiór pewnych stałych. Pan pisał o rodzinie, to właśnie rzeczownik opisujący zjawisko, które zmienia się w historii, o czym zapominamy.

To, co jest ciekawe, kiedy mówimy o rzeczowniku, to że ten rzeczownik jest aczasowy, pozaczasowy, a czasownik wprowadza funkcję czasu, przemijania, zmiany. Rodziny warszawskie z XVIII wieku bardzo często były bezdzietne, było też bardzo dużo związków nieformalnych. To jest odległe od naszych wyobrażeń, w których tradycyjne rodziny musiały być bardzo liczne. Inne były też rodziny i funkcje poszczególnych ich członków w starożytnej Grecji, w średniowieczu, a stosunkowo niedawno odkryto i wyodrębniono jako szczególny etap życia człowieka dzieciństwo.

Dziś idziemy jeszcze dalej. Coraz częściej podważamy hierarchie rodzinne, w wielu domach czymś absolutnie normalnym jest podmiotowe traktowanie młodych ludzi – no właśnie, myślenie o nich jako o ludziach, a nie dzieciach, które mają stać się ludźmi dopiero w przyszłości. Ta świadomość, która pojawia się w wielu rodzinach, potem przekłada się chociażby na inicjatywy edukacyjne, na przykład cały ruch szkół demokratycznych w Polsce. I w końcu coraz powszechniejsze stają się rodziny patchworkowe, które także zmieniają nasze rozumienie, czym może być rodzina i jak może ona funkcjonować.

Mówimy: „Uczysz się po to, by zostać kimś”. Ale w takim razie kim są dzieci teraz?

Ciekawe jest sobie uświadomić, że operujemy właśnie rzeczownikami, jak państwo, instytucja, szkoła, i generalnie, i kiedy ich używamy, przywołujemy od razu obraz stały i niezmienny, bardzo konkretny…

Który w dodatku niejako wymusza na nas, by tej stałości bronić, bo zmiana wywołuje lęk.

A to znowu wynika z przemocy symbolicznej. Państwo wydaje nam się czymś niezmiennym, podczas gdy w tej obecnej formie – jako państwo narodowe, z granicami, zarządzające całą populacją – jest dość nowym wynalazkiem.

Demokrację czy kapitalizm, albo właśnie szkołę, widzimy jako pojęcia z niezmiennym zestawem cech, których naruszenie mogłoby sprowadzić jakąś katastrofę. Na przykład gdybyśmy zrezygnowali z podstawy programowej w szkole, to świat by się przewrócił, wybuchłaby anarchia. Bo jeśli szkoła, to musi być program, ławki, nauczyciel…

Porządek musi być…

(Śmiech) I posłuszeństwo. Natomiast jeślibyśmy popatrzyli na to z perspektywy praktyki, to my stwarzamy świat naszymi działaniami. Wystarczy popatrzeć na szkołę: ta fiksacja na ocenach, których wystawia się kilkadziesiąt w ciągu semestru, testoza z 4–5 sprawdzianami w tygodniu i zadania domowe zajmujące kilka godzin to dość nowa praktyka, nasilająca się od kilku lat. Wystarczy zarzucić te praktyki i będziemy mieli zupełnie inną szkołę.

Trudno budować nowy, bardziej sprawiedliwy świat bez nowej, bardziej sprawiedliwej edukacji

Innym dobrym przykładem mogą być współczesne huczne wesela. Zapominamy, że są różne sposoby zaślubin i nie ma konieczności zadłużania się na 100 tysięcy, żeby urządzić wesele, bo „taka jest tradycja”. Ale żeby odejść od reprodukowania jednego wzoru, musimy mieć świadomość, że jest on wynikiem społecznej konwencji.

Tymczasem możemy czerpać z rozwiązań innych kultur.

To myślenie, które zawsze było mi bliskie, że kultura daje nam przewagę, jak długo będziemy tworzyć nowe sposoby funkcjonowania. Na dłuższy czas zastygliśmy, uznając, że znaleźliśmy ostateczny i doskonały pomysł na funkcjonowanie, doszliśmy do końca historii według Fukuyamy…

Poświęciłem cały rozdział takim alternatywnym pomysłom, które albo były, albo są testowane, ale na pewno ważny jest dla mnie powrót do myślenia o praktyce politycznej, demokratycznej, w której zarządzamy daną społecznością oddolnie, a nie odgórnie.

Teraz demokracja, i to w dodatku dość powierzchowna, jest raczej dodatkiem do kwestii ekonomii. A znane są inne sposoby organizacji, gdzie decyzje były podejmowane przez zgromadzenia ludowe, miasta-państwa zarządzane były oddolnie przez instytucje, które unikały hierarchiczności, akumulacji władzy i kapitału.

Czyli raczej mniejsze społeczności, bardziej lokalne, mniejsze jednostki niż państwa?

Tak, ale ciekawym przykładem tego, że można myśleć o oddolnym zarządzaniu nawet dużymi bytami czy organizacjami społecznymi, jest Rożawa. To projekt społeczny, u podstaw którego leży założenie, że to państwo jest głównym problemem we współczesnym świecie. Stąd istotną rolę w Rożawie odgrywa oddolna demokracja, w dodatku z dużym udziałem kobiet i ciekawie zaprojektowanymi instytucjami, z perspektywy kobiet i chroniącymi kobiety. Nie jest to projekt pozbawiony wad, ale z pewnością warto się nim zainteresować. Namawiam do przeczytania rozmowy Jana Sowy z Dilar Dirik w książce Solidarność 2.0, czyli demokracja jako forma życia.

Powielanie narracji jednej strony jest szkodliwe, bo zaciemnia rzeczywistość i przeczy faktom

Myślę też o ideowych start-upach – na kształt tych technologicznych, które już mamy, które mogłyby testować różne pomysły społeczne. Bo powinniśmy zdać sobie sprawę, że nie znajdziemy jednego idealnego rozwiązania dla każdego. Nasze potrzeby, doświadczenia, charaktery są zróżnicowane. To, co byłoby dobre z punktu widzenia gatunku, to większa mobilność i możliwość tworzenia nowych, dobrych struktur, w których moglibyśmy funkcjonować.

Paradoksalnie może po tym wszystkim, co powiedzieliśmy tu o szkole, edukacja jest taką przestrzenią, w której można eksperymentować?

Zastanawiałem się, jak dzisiejszy sposób myślenia o edukacji demokratycznej jest podobny do myślenia Wyandotów. W edukacji demokratycznej odchodzimy od relacji opartej na przemocy, myślimy o relacjach, gdzie dorośli nie mają pełnej władzy nad dziećmi, gdzie dzieci mogą z dorosłymi dyskutować. Oczywiście to wszystko zależy od tego, jak to wygląda w konkretnej szkole demokratycznej, ale coś ewidentnie jest na rzeczy…

Edukacja pozwala na testowanie różnych sposobów funkcjonowania i wprowadzanie ich w życie w małej skali. Bo choć zaczynamy myśleć o dochodzie podstawowym, krótszym dniu pracy, gospodarkach rezylientnych, to nie jesteśmy jeszcze gotowi na wielkie zmiany na powszechnym poziomie.

Szkoła, w której głos dzieci się liczy

A uniwersytet?

Wymaga dziś bardzo mocnej zmiany, interwencji. Brakuje zarządzania oddolnego, demokracji oddolnej w ramach uniwersytetu. Decyzje powinny być podejmowane kolegialnie, zastępując zarządzanie korporacyjne – bo w sumie z tym mamy do czynienia. Rozrost administracji, oprogramowania do mierzenia i parametryzowania wszystkiego, co robią pracownicy naukowi i studenci, doktoranci, odgórne zarządzanie przy rosnącym stopniu skomplikowania rzeczywistości – nic z tego nie przynosi korzyści. Obserwujemy efekt tego samego wzorca, który widzimy w ekonomii: kontrola, parametryzacja, kalkulacja, to się wiąże z koncepcją człowieka ekonomicznego. A potrzebujemy nie mierzenia, ale rozwiązywania problemów.

Ponosimy konsekwencje drogi obranej jakiś czas temu. Masowo uwierzyliśmy w koncepcję człowieka ekonomicznego, która – nawet przez twórców tej koncepcji – była rozważana jedynie jako abstrakcyjna idea, pozwalająca zmierzyć się z pewnymi problemami. Stoi więc przed nami zadanie oduczenia się bardzo wielu rzeczy, których wyuczyliśmy się przez ostatnie dekady. Możemy rozpocząć od reformy uniwersytetów i studiów, zakładając alternatywne szkoły czerpiące z najnowszych badań.

Szukać innych rozwiązań możemy też we wszelkiego rodzaju alternatywach społecznych, politycznych i gospodarczych, o których piszę w książce. Alternatywy udowadniają, że na nic nie jesteśmy skazani. Zawsze mogliśmy i nadal możemy wybrać inną drogę.

**
Patoposłuszeństwo okładkaMikołaj Marcela − pisarz, wykładowca, nauczyciel, specjalista zajmujący się zagadnieniami związanymi z edukacją dzieci, a także autor tekstów piosenek. Na Uniwersytecie Śląskim wykłada na kierunkach sztuka pisania, filologia polska oraz projektowanie gier i przestrzeni wirtualnej. Autor książek Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku. Wszystko, co możesz zrobić, żeby edukacja miała sens, Jak nie zwariować ze swoim dzieckiem. Edukacja, w której dzieci same chcą się uczyć i rozwijać, Selekcje. Jak szkoła niszczy ludzi, społeczeństwa i świat, współautor (z Anitą Janeczek-Romanowską) książki Jak zapewnić swojemu dziecku najlepszy start. Edukacja i rozwój zgodne z naturalnymi potrzebami przedszkolaka. Jego najnowsza książka Patoposłuszeństwo. Jak szkoła, rodzina i państwo uczą nas bezradności i co z tym zrobić? ukazała się w sierpniu 2022 roku nakładem wydawnictwa Znak.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Katarzyna Przyborska
Katarzyna Przyborska
Dziennikarka KrytykaPolityczna.pl
Dziennikarka KrytykaPolityczna.pl, antropolożka kultury, absolwentka The Graduate School for Social Research IFiS PAN; mama. Była redaktorką w Ośrodku KARTA i w „Newsweeku Historia”. Współredaktorka książki „Salon. Niezależni w »świetlicy« Anny Erdman i Tadeusza Walendowskiego 1976-79”. Autorka książki „Żaba”, wydanej przez Krytykę Polityczną.
Zamknij