Kraj

Niedasizm językowy nie istnieje

Wystarczy w miejsce poprawności politycznej wstawić człowieka – krewną, przyjaciela i kogoś, z kim dzielimy świat. Naprawdę nie trzeba szukać daleko, by zrozumieć, że ta inkluzywna „straszna nowomowa” ma nas do siebie zbliżać, a nie budować mury. Społecznie zbyt mocno wzięliśmy sobie do serca poprawność językową – mówi nam polonista i youtuber, Mateusz Adamczyk.

Paulina Januszewska: Twój kanał na YouTubie obserwuje ponad 40 tys. osób, z którymi dzielisz się wiedzą i przemyśleniami o języku, sformułowanymi samodzielnie lub w ramach rozmów z zaproszonymi gośćmi. Jedną z twoich ostatnich rozmówczyń była Krystyna Czubówna, która – przyznaję – zaskoczyła mnie wyznaniem, że „feminatywy jej nie brzmią”. Ten sam argument zwykle powtarzają przeciwnicy żeńskich form, twierdząc, że wprawdzie do kobiet nic nie mają, ale nie podoba im się „chirurżka”? A tobie?

Mateusz Adamczyk: Zacznijmy od tego, że jeśli rozmawiamy o tradycyjnym, binarnym podziale w obrębie płci, to bezdyskusyjny jest fakt, że kobiety mają się w języku i społeczeństwie zdecydowanie gorzej niż mężczyźni. Jednym ze sposobów wyrównania tej asymetrii jest używanie feminatywów – niezależnie od kryteriów estetycznych. Nie oznacza to jednak, że nasz językowy gust pozostaje bez znaczenia. Dlatego mimo wszystko cieszę się, że ten − z wielu względów kontrowersyjny argument − z ust Krystyny Czubówny padł.

Dlaczego?

Bo pokazuje różnorodność głosów w dyskusji o rozwoju języka. Być może popełniłem błąd w trakcie montażu filmu i zbytnio wyeksponowałem akurat tę wypowiedź. Jednak wbrew wszystkiemu, co sugeruje dość prowokacyjny czy też klikalny tytuł wywiadu, moja rozmówczyni nie potępia wszystkich feminatywów w czambuł, lecz jako słuchowiec uważa, że niektóre formy źle brzmią lub są trudne do wymówienia. Nie ma w tym nic antyfeministycznego.

Leksykolożka, couchsurferka i korposuka, czyli „Słownik nazw żeńskich polszczyzny”

Popularność feminatywów rośnie, ale język wciąż traktuje mężczyznę jako podmiot domyślny większości naszych wypowiedzi. Jest po prostu androcentryczny, a może należałoby powiedzieć – seksistowski?

Takie pytanie stawiam w jednym ze swoich filmów, ale odpowiadam – tu spoiler – że nie, język sam w sobie nie jest seksistowski. Język przechowuje to, co dla nas istotne, nawet jeśli po czasie okazuje się, że to „istotne” nie oznacza także „pożądane”. Tak właśnie jest z androcentryzmem językowym. Kultura, która postawiła mężczyznę w centrum świata, znajduje odzwierciedlenie między innymi w polszczyźnie.

Mówię tu o języku, jakby był skrzynią, do której wkładamy rozmaite słowa; skrzynią, która wszystko pomieści. I robię to celowo, ponieważ metafora języka jako żywego, odrębnego bytu (metafora, która przez wiele lat była mi bardzo bliska) niesie ze sobą pewne niebezpieczeństwo. Wydaje mi się, że nazywając język seksistowskim, czyli przypisując mu pewną sprawczość, pozbywamy się odpowiedzialności za to, jak wygląda komunikacja. A przecież to my możemy być seksistowscy, nie język. Taki sposób myślenia prowadzi również do argumentów typu „język na to czy tamto nie pozwala”, a przecież to bzdura.

Dlaczego?

Bo język daje nam nieskończone możliwości. Wprawdzie może nam wydawać się „uboższy” w jakiejś sferze, ale wynika to wyłącznie z naszego braku potrzeb komunikacyjnych. Dobrym przykładem są seks i erotyka. Często spotykam się z opinią, że polszczyzna jest uboga i mamy do wyboru albo określenia medyczne, albo wulgarne. To prawda, ale tylko połowiczna. W języku ogólnym (czyli tym, którego używamy w kontaktach oficjalnych czy półoficjalnych, i tym, który zebrany jest w słownikach) rzeczywiście nie mamy dużego wyboru, ale już w rozmowach prywatnych to słownictwo jest naprawdę bogate. To przejaw naszej kultury – seks jest sprawą intymną i to dlatego nie wypracowaliśmy słownictwa neutralnego, by o nim rozmawiać publicznie. Sytuacja może się oczywiście w każdej chwili zmienić i na pewno jednym z ograniczeń nie będzie język.

Ustaliliśmy więc, że seksistowskiego języka używa seksista. Ale gdy mówimy o parze mieszanej, to jednak zawsze stosujemy męskoosobową formę czasownika.

Androcentrym językowy jest faktem i warto ten fakt zauważyć, przemyśleć, a w konsekwencji działać tak, by tę asymetrię rodzajowo-płciową wyrównać. Nie można jednak powiedzieć, że wszyscy użytkownicy polszczyzny są seksistami, bo jest ona przesiąknięta męskością. Seksizm to postawa, a więc liczą się intencje i celowe działania – także językowe. Część naszych wypowiedzi może wynikać z nieświadomości, a wtedy mamy do czynienia z, mówiąc najogólniej, błędami. Myślę, że zbyt często o tym zapominamy.

Z drugiej strony jestem zdania, że nie można przymykać oczu na nierówności. Czyli nie oskarżajmy się od razu o seksizm, ale też przyznajmy, że kobiecość ma się w rzeczywistości językowej i pozajęzykowej gorzej. Używam tu słowa „kobiecość”, bo choć zjawisko dotyczy przede wszystkim kobiet, to przecież nie tylko ich. O mężczyznach wychodzących poza stereotyp męskości mówi się pogardliwie np. „wygląda jak baba”, „zniewieściały” itd. Wprawdzie kobiety również nazywane są „babochłopami”, ale wydaje mi się, że tu nie dochodzi do deprecjonowania męskości, chodzi raczej o niespełnianie wymagań dotyczących kobiecości. Męskość jest punktem odniesienia w społeczeństwie i język przechowuje to na wielu poziomach.

Wspomniałaś o formach męskoosobowych. Weźmy za przykład takie zdania: „Marek i Piotr przygotowali się do wyjścia” oraz „Kamila i Julia przygotowały się do wyjścia”. W pierwszym występuje czasownik w formie męskoosobowej („przygotowali się”), w drugim – niemęskoosobowej („przygotowały się”). I tu już mamy pierwszą kwestię – podział oparty na tym, czy ktoś lub coś jest osobą płci męskiej. Jeśli nie, trafia do kategorii niemęskoosobowości. Powiedziałem „coś lub ktoś”, bo niemęskoosobowość dotyczy kobiet, zwierząt i rzeczy. Skupmy się jednak na nazwach osobowych, bo tu korelacja rodzaju gramatycznego i płci jest wysoka. Niektórzy powiedzą, że to tylko nomenklatura, która nie odgrywa większej roli. Można było jednak wymyślić inne nazwy. I jeszcze jedna sprawa. Jeśli w drugim zdaniu pojawi się rzeczownik rodzaju męskiego, to czasownik dopasuje się właśnie do niego, np. „Kamila, Julia i Marek przygotowali się do wyjścia”. Można tu dopisać nawet sto żeńskich imion, ale to niczego nie zmieni.

Żeńskie końcówki to kwestia życia i śmierci

A co z formami uniwersalnymi?

Teoretycznie mamy w języku formy generyczne, czyli takie, które gramatycznie mają rodzaj męski, ale dotyczą zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Na przykład zwrot „Drodzy czytelnicy” może być adresowany do obu płci. Ale to tylko teoria, bo – jak pokazują badaniaK. Bojarska: Wpływ androcentrycznych i inkluzywnych płciowo konstrukcji językowych na skojarzenia z płcią. „Studia Psychologiczne” 2011, t. 49, z. 2, s. 53–68 – te z pozoru uniwersalne formy i tak wywołują u nas silniejsze skojarzenia z postaciami męskimi niż żeńskimi.

Czy uważasz w takim razie, że wskazywanie za każdym razem w tekstach czy wypowiedziach obu rodzajów grup, np. czytelnicy i czytelniczki, to słuszny zabieg czy raczej nadgorliwość, która skutkuje jedynie wydłużeniem i niepotrzebną komplikacją przekazu?

Pewnie będzie tak, że splitting – bo tak się fachowo nazywa zabieg, o który pytasz – znacznie wydłuży tekst. Nie tylko o dodatkowe rzeczowniki, lecz także czasowniki, przymiotniki czy zaimki. To oraz zapis tych form wpłyną na poziom przejrzystości tekstu, a więc będzie on trudniejszy w odbiorze. Z drugiej strony zastosowanie form męskich i żeńskich będzie korzystne, ponieważ wyrówna asymetrię, o której już mówiliśmy. Stajemy przed wyborem. Z pozoru wydaje się on zero-jedynkowy, ale wcale taki nie jest. Możemy tu zastosować zwrot do czytelników i czytelniczek na początku tekstu, a potem używać form tylko jednego rodzaju, niekoniecznie zawsze męskiego. Czytałem teksty, w których dominowały formy żeńskie i pomimo początkowych trudności, bo przecież przyzwyczajenie do generycznych form męskich jest duże, nie zwracałem na to zbytniej uwagi. To jedna z propozycji – być może wcale nie najlepsza, bo można jeszcze użyć form neutralnych. Problem z odbiorem takich tekstów leży jednak gdzie indziej.

To znaczy?

Niestety współcześnie używanie konkretnych form językowych jest odczytywane jako opowiadanie się po którejś ze stron politycznego czy też ideologicznego sporu. To sprawia, że brakuje przestrzeni na dyskusję i ścieranie się rozmaitych poglądów. O feminatywy kłócimy się od ponad 120 lat i wciąż nie możemy dojść do porozumienia. Kłopot w tym, że przed nami stoi wiele kolejnych i znacznie bardziej skomplikowanych wyzwań.

Jakich?

Na przykład wypracowanie języka neutralnego, czyli takiego, który nie będzie wskazywał na płeć. To bardzo ważne choćby ze względu na osoby niebinarne. Tymczasem tworzenie form symetrycznych – w tym przypadku feminatywów – umacnia binarny podział w obrębie płci.

Czy nie podchodzimy właśnie niebezpiecznie blisko do dyskusji radykalnych feministek o tym, że inkluzywny, neutralny płciowo język wyruguje latami dyskryminowane kobiety z przestrzeni językowej, a więc i publicznej? O „osoby z macicami” na Strajku Kobiet toczą się dość burzliwe spory.

Jeśli tak jest, to wcale mnie te obawy nie dziwią. Nie wiem też, czy towarzyszą one wyłącznie radykalnym feministkom. W wielu krajach, zanim doszło do namysłu nad językiem neutralnym, odrobiono lekcję z feminatywami. Coraz częściej myślę, że tego etapu nie da się i nie powinno się przeskoczyć. Nie mam jednak wyrobionej opinii na ten temat, bo ciągle nachodzą mnie wątpliwości dotyczące np. „czekania w kolejce” na uznanie praw. Czyli teraz kobiety, więc osoby niebinarne muszą uzbroić się w cierpliwość? Właściwie teraz, zamiast odpowiadać, głośno myślę i pewnie niezbyt mądrze, więc może tu postawię kropkę.

GUS dopuszcza małżeństwa jednopłciowe, ale nie uznaje osób transpłciowych i niebinarnych

Powiedziałeś, że język daje wiele możliwości. Jaki wachlarz form oferuje osobom, które kształtują dyskurs publiczny i chcą być sojuszniczkami osób niebinarnych?

Wiedzę na ten temat najlepiej czerpać od samych osób niebinarnych, bo przecież one najlepiej wiedzą, jak chcą, by o nich mówiono. „Nic o nas bez nas” – to hasło powinno być nadrzędną zasadą wypracowywania wszelkich strategii komunikacyjnych. Dziś to naprawdę łatwe, bo mamy internet. Doskonałym źródłem wiedzy jest np. strona zaimki.pl. Znajdziemy tam mnóstwo przykładów z komentarzami osób niebinarnych. Jeśli jednak pytasz mnie o konkretne przykłady, to możemy się wspomóc rodzajem nijakim, który zalecałbym jednak nazywać neutralnym.

Dlaczego?

Przymiotnik „nijaki” w języku ogólnym obarczony jest negatywnymi konotacjami. Nijaki równa się byle jaki, bezbarwny, bezpłciowy. Skojarzenia są na tyle silne, że lepiej zastąpić to słowo określeniem „neutralny”. Formy tego rodzaju przyjmują w czasie przeszłym (w czasie teraźniejszym nie ma zróżnicowania rodzaju) końcówki -m, -ś, -ø, czyli np. „pisałom”, „widziałom”, „byłoś”, „zrobiłoś”, „poszło”, „zjadło”. W czasie przyszłym złożonym można użyć konstrukcji typu „będę robiło” lub z bezokolicznikiem „będę robić”. Rodzaj neutralny ma tę przewagę nad innymi propozycjami, że występuje w języku od dawien dawna. Wprawdzie formy 1. i 2. osoby liczby pojedynczej pojawiały się dotychczas bardzo rzadko, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by je tworzyć i ich używać. To tylko jeden przykład.

Nie wydaje się to trudne. Dlaczego w takim razie niektórym wciąż sprawia problem?

Myślę, że tu nie chodzi o trudności językowe, ale o przyzwyczajenie do dwoistego podziału w obrębie płci. Tymczasem wiemy, że tak nie jest. Płeć jest pojęciem niebinarnym i wielowarstwowym, co wykazała m.in. prof. Renata Ziemińska z Uniwersytetu Szczecińskiego. Nie powinno dziwić jednak to, że niektórzy nie potrafią się jeszcze w tym odnaleźć. To podejście dalece wykracza poza porządek myślowy, który funkcjonował przez wieki. Jest to tym bardziej trudne, że nasz język przechowuje binarny obraz płci w szczególny sposób.

Dlaczego?

Według tezy, którą postawiłem w swojej książce, semantyka samego wyrazu „płeć” jest mocno zrośnięta z tym, co widoczne. Pierwotnie to słowo oznaczało skórę, powierzchowność, która jest przecież inna u kobiet i inna u mężczyzn. Na dalszym etapie rozwoju tego wyrazu jego znaczenie uległo rozszerzeniu także na cechy niefizyczne – zachowanie, cechy charakteru itd. Powstały więc połączenia „płeć męska” i „płeć żeńska”, a samo słowo „płeć” definiowane jest jako „zespół cech, zespół właściwości charakteryzujących organizmy osobników męskich i żeńskich i przeciwstawiających je sobie wzajemnie”. Nie ma nic pomiędzy. Jeśli już nawet zwrócimy uwagę na zjawisko wykraczające poza ten binarny podział, to i tak używamy do tego określeń typu „obojga płci” czy „obupłciowy”, czyli określeń odnoszących się wyłącznie do dwoistego podziału. Czasami jeszcze sięgamy po słowo „bezpłciowy”, odmawiając komuś płci, bo nie mieści się w kategoriach zero-jedynkowych.

Jak media mówią o Margot, czyli sprawa płci a wolność słowa

Spróbujmy rozwiązać spór à la kura i jajko. Jak to jest z językiem – kształtuje rzeczywistość czy ją jedynie odzwierciedla?

I jedno, i drugie. To truizm, ale sposób, w jaki coś nazwiemy czy o czymś opowiemy, ma znaczenie zarówno na poziomie prywatnym, jak i społecznym. Ten pierwszy może mieć nawet wymiar terapeutyczny. Opowieść, którą snujemy na temat świata i samych siebie, odgrywa w życiu ogromną rolę. To ważne, jakich słów i konstrukcji używamy. Bywa też i tak, że wypowiadamy zdania, które nie są nasze – ktoś je nam wdrukował, a my nigdy nie sprawdziliśmy, czy to prawda.

A wymiar społeczny?

Najlepiej widać na przykładzie mediów i polityki. Jedno wydarzenie może zostać przekazane na 10 różnych sposobów i przez 10 różnych stacji telewizyjnych, przez co wydaje nam się, że każda z nich mówi o czymś innym, choć w rzeczywistości tak nie jest. Za pomocą języka tworzy się nowe światy.

Powinniśmy dążyć do takiego modelu, który niektórzy mogliby nazwać symetryzmem, czy jednak pogodzić się z tym, że w ten czy inny sposób realizujemy jakąś agendę, przede wszystkim polityczną?

Wyraz „symetryzm” kojarzy mi się z kolejną etykietką, więc świadomie z niego rezygnuję. Wydaje mi się, że powinniśmy dążyć do stanu równowagi. Czy to możliwe? Nie wiem, bo trudno odgrodzić się od rzeczywistości, która codziennie bombarduje nas tysiącem różnych informacji. Media traktują je, oraz naszą uwagę, jak niezwykle cenną walutę i dlatego piszą czy mówią coraz mocniej, dosadniej, bardziej kontrowersyjnie.

Wciąż tkwimy w pułapce pogoni za sensacją?

Niestety tak, choć z drugiej strony warto zwrócić uwagę, że coraz częściej szukamy spokoju i swoich „nisz”, w których znajdujemy dobrostan językowy, intelektualny, a także towarzyski. Nie możemy własnych potrzeb zrealizować we wspólnej przestrzeni, bo jest tak poszatkowana, że trudno się w niej odnaleźć. Ale tu znów czyha na nas niebezpieczeństwo zamknięcia w tzw. bańkach informacyjnych. Na szczęście są instytucje, które próbują tę wspólną przestrzeń utrzymać. I to daje mi możliwość ucieczki od fatalistycznego myślenia.

Co ono zakłada?

To, że już na pewno będziemy żyć w rozproszonej rzeczywistości, nigdy nie zaistnieje społeczeństwo obywatelskie, więc można podzielić nasz kraj na Polskę A i B, z których każda żyje własnym życiem i mówi swoim językiem. Wciąż jednak mam nadzieję, że socjologowie i medioznawcy mają dla nas jakieś dobre wieści, bo język da sobie radę ze wszystkim.

Jak koronawirus wpływa na polskie dziennikarstwo?

Wydaje mi się, że takim zastrzykiem optymizmu może być to, że mainstreamowe media – przynajmniej te bardziej liberalne – zaczynają powoli odchodzić od opresyjnego języka, który jeszcze do niedawna był uważany za neutralny. Dziś rzadko kto pisze o „nielegalnych imigrantach”. Zamiast „niepełnosprawnych” i „bezdomnych” mamy „osoby z niepełnosprawnością” i „w kryzysie bezdomności”. Czy dostrzegasz jeszcze jakieś pozytywne przykłady zwiększania otwartości w języku?

Tak, chociażby w komunikacji dotyczącej zaburzeń psychicznych. To bardzo ważne, bo jak mówią badacze, są one źródłem silniejszego wykluczenia społecznego niż jakiekolwiek inne choroby. Dlatego warto uwrażliwiać społeczeństwo i mówić np. o „osobie z diagnozą schizofrenii”, a nie o „schizofreniku”. Warto również zwracać uwagę na ciężar słów takich jak „depresja”. Cieszę się, że nazwa tej poważnej choroby przestała być słowem niefrasobliwie rzucanym na prawo i lewo w kontekście: „mam gorszy dzień”. To niewątpliwie efekt poszerzania społecznej świadomości i wiedzy na temat depresji. Coraz częściej o swoim życiu z zaburzeniami psychicznymi decydują się mówić osoby publiczne. Za arcyważny uważam wywiad, którego ostatnio „Wysokim Obcasom” udzieliła Janina Bąk. Chodzi nie tylko o odwagę mówienia o swojej chorobie, choć ta jest nie do przecenienia, ale też o sposób, w jaki się to robi. Język tej rozmowy jest pełny wrażliwości.

Lubię traktować myślenie o języku jako przyglądanie się sobie i innym ludziom. To, jak mówię i piszę, jest ściśle związane z tym, w jakiej relacji pozostaję ze światem. Na szczęście dziś robi tak coraz więcej osób. Widać na przykład, że język inkluzywny staje się coraz ważniejszą częścią współczesnej komunikacji, choć pogardliwie bywa też nazywany „nowomową” czy „poprawnością polityczną” w złym tego słowa znaczeniu.

Jak na to reagujesz?

Staram się nie brać udziału w takich dyskusjach, bo tak naprawdę chodzi tutaj o wrażliwość. Wystarczy w miejsce „poprawności politycznej” wstawić człowieka – krewnego, przyjaciela lub po prostu kogoś, z kim dzielimy świat. Naprawdę nie trzeba szukać daleko, by zrozumieć, że ta inkluzywna „straszna nowomowa” ma nas do siebie zbliżać, a nie budować mury. Niektórzy mówią jeszcze, że równość, także ta językowa, to utopia i nie ma sensu się tym zajmować. Być może mają po części rację. Wydaje mi się jednak, że sięganie po niemożliwe daje nam szansę na stworzenie najlepszego z możliwych.

Jednak w dyskusjach na temat języka często zajmuje nas coś zupełnie innego. Uważam, że społecznie zbyt mocno wzięliśmy sobie do serca poprawność językową.

Co w tym złego?

Kultura języka [w językoznawstwie: umiejętność mówienia i pisania zgodnie z przyjętymi w danej społeczności normami językowymi – przyp. red.] jest jednym ze składników komunikacji – istotnym, ale nie najważniejszym. Jeśli jednak stawiamy ją na pierwszym miejscu, to dochodzi do takich sytuacji, jakie często obserwujemy w sieci. Ktoś komuś wytyka błąd i dyskusja się urywa, bo w obliczu naruszenia reguły językowej jakiekolwiek argumenty stają się całkowicie nieważne. To służy wyłącznie wykluczeniu, poniżeniu i uznaniu swojego rozmówcy lub rozmówczyni za kogoś głupszego i gorszego, czyli jest przejawem przemocy. Używanie normy językowej jako broni przeczy komunikacji. Bardzo tego nie lubię – tak samo jak biadolenia na to, że popełniamy tak dużo błędów. Oczywiście nie rezygnujmy całkowicie z poprawności. Norma pomaga nam się porozumieć i odnaleźć w rzeczywistości językowej, jest też częścią przeżyć estetycznych – otaczania się tzw. piękną polszczyzną. Nie ma w tym nic złego, ale skupianie się wyłącznie na tym aspekcie języka odciąga naszą uwagę od innych wyzwań komunikacyjnych.

To jak się odnaleźć między strażnikami poprawności a jej zagorzałymi przeciwnikami?

Znowu posłużę się banałem, ale myślę, że popadanie w skrajności nie przynosi niczego dobrego – ani hiperpoprawność, ani całkowity brak poszanowania reguł językowych nie służy komunikacji.

Po drugie – nawiązując do formy twojego pytania – złagodziłbym sposób mówienia o tym zjawisku. Metaforyka wojenna, czyli sformułowania typu „strażnicy”, „przeciwnicy”, „walka”, „strzelanie do siebie argumentami”, umacnia spór. Na pewno też nie jestem zwolennikiem zakazów, nakazów czy też pouczania i zawstydzania w upowszechnianiu wiedzy o języku i komunikacji. Wolę zalecenia ze świadomością, że ludzie mogą się mylić, czegoś nie wiedzieć, za czymś nie nadążać lub czegoś po prostu nie chcieć. Można komuś zwrócić uwagę, ale nie da się nikogo do niczego zmusić. Mam wrażenie, że obie strony tego konfliktu, który zarysowałaś, stawiają się w bardzo egoistycznej, wczesnodziecięcej pozycji.

Czyli „moje na wierzchu”?

Tak, to uznanie, że świat jest moim przedłużeniem, więc powinien być tak urządzony, by odpowiadał na moje potrzeby. Oczywiście, warto się o nie upominać, ale może nie od razu w formie ataku. Trzeba też zdać sobie sprawę z tego, że można czegoś od świata zwyczajnie nie dostać. Tu jednak pojawia się duże „ale”. To, co przed chwilą powiedziałem, jest częstym argumentem przeciwników równouprawnienia. Kwestia praw kobiet czy osób LGBT+ ma oczywiście związek z potrzebami, ale zauważmy, że te potrzeby wyrastają z jawnej niesprawiedliwości społecznej. To zupełnie inny poziom, bo chodzi o podstawowe prawa. I tu znowu pojawia się kwestia języka. Prośby o dostrzeżenie potrzeb wspomnianych grup były przez wiele lat ignorowane, więc nic dziwnego, że w pewnym momencie ich język stał się agresywny. On także jest nam potrzebny.

Pozwól, że pozostanę jednak przy wojennej metaforyce. Nie masz wrażenia, że to przypomina trochę chodzenie pomiędzy gotowymi wybuchnąć minami?

Jeśli nadal mówimy o skrajnych postawach językowych, to ta metafora do mnie przemawia. Czasami boję się – i wiem, że nie jestem w tym uczuciu odosobniony – powiedzieć coś publicznie, bo zaraz zostanę oskarżony o lewactwo z jednej, a fobię z drugiej strony. Gorset uszyty z etykiet tak bardzo nas uciska, że nie pozostawia miejsca na zwykłe ludzkie błędy. Tymczasem mamy prawo się mylić, mamy prawo dać sobie czas, bo w języku nic się nie dzieje nagle. Jednocześnie rozumiem złość osób, których bezpośrednio kwestia zmian w języku dotyczy. Jako uprzywilejowany cispłciowy mężczyzna mam szereg różnych środków do wyrażania siebie, których nie mają np. osoby niebinarne. To musi być – powiem delikatnie – bardzo frustrujące.

Mów mi „rektorko”. O feminatywach na uczelniach

Język ma silną emancypacyjną moc, czego dowodem są chociażby jesienne protesty kobiet. Jakie procesy zaszły w trakcie tych wydarzeń i co one nam mówią o języku młodych pokoleń, kondycji komunikacji i debaty publicznej, w której mocno wybrzmiały wulgaryzmy?

Na pewno część osób biorących udział w proteście (bo to jednak nie to samo, co protestujący) skorzystała z okazji do nieskrępowanego przeklinania w przestrzeni publicznej. W tym przypadku nie ma co stawać w obronie wulgaryzmów. Jednak wrzucanie wszystkiego do jednego wora jest nieuczciwe. Słowo „wypierdalać”, które stało się głównym hasłem protestu, było jasnym, moim zdaniem uzasadnionym komunikatem. W debacie publicznej często pojawiały się głosy oburzenia i oceny „to nie wypada”, „to chamstwo”, „tak się nie da rozmawiać”. Ale przecież nie zawsze trzeba się dogadać.

Tylko?

Możemy komuś dosadnie zakomunikować, że już dogadywać się nie chcemy, bo czas na rozmowę był wcześniej. I hasło „wypierdalać” to właśnie oznaczało. Oczywiście bardzo niedobrze się stało, że musimy w przestrzeni publicznej rozmawiać ze sobą w taki sposób, ale to nie był wulgaryzm użyty nieadekwatnie. To był jasny komunikat o tym, że ciało i prywatne wybory to nie przestrzeń, którą może rozporządzać ktoś z zewnątrz. Język pomaga nam stawiać granice.

Z drugiej strony na protestach ujawniły się duże pokłady językowej kreatywności, co stoi w kontrze do nieco dziaderskiego, ale żywego przekonania, że język się kończy, a młodzi, wychowani w internecie, umieją tylko w emotikony i memy. Jest z nami aż tak źle?

Nie wiem, czy to jest dziaderskie, bo chyba już przestałem rozumieć to słowo. Tak czy inaczej, tendencja do tego, by mówić, jak bardzo źle się z językiem dzieje, z jednej strony wynika chyba z naszego zamiłowania do narzekania, a z drugiej – ma swoje korzenie w edukacji. Na niemal wszystkich etapach kształcenia bardzo dużo rozmawiamy o błędach, regułach, zasadach, a nie o tym, co w języku może być zabawą, przyjemnością i przejawem kreatywności. Być może współcześnie są szkoły, w których to wszystko wygląda inaczej – mnie jednak tego nie nauczono, kiedy byłem młodszy. Powtórzę się: nie skupiajmy się wyłącznie na błędach, bawmy się językiem. Na przykład tak, jak to zmyślnie i pięknie robi młodzież, odkopując „dzban” czy tworząc „jesieniary”.

Jak mają go zrozumieć starsze pokolenia?

Nie mają go rozumieć. Ważną cechą języka młodzieży jest tajność. Młodzi specjalnie używają takich słów, by starsi ich nie rozumieli. To daje im poczucie odrębności.

Ale twoje pytanie dotyka jeszcze innego ważnego problemu. Współczesna polszczyzna ogólna w związku z kulturowym nastawieniem na młodość chłonie wyrazy z gwary młodzieżowej. Jeśli dodamy do tego zapożyczenia z innych odmian polszczyzny, choćby z języka nauki, oraz języków obcych, to otrzymujemy mieszankę, w której można się pogubić. Niektórzy, np. ze względu na wiek, nie nadążają za zmieniającym się językiem i czują się w nim obco. Czasami przeprowadzam z moimi studentami eksperyment myślowy i mówię im tak: „Wyobraźcie sobie, że idziecie do swojego osiedlowego sklepu, a w nim widzicie, że prawie wszystkie produkty są opatrzone etykietami w obcym dla was języku. Jak się z tym czujecie?”. Większość odpowiada oczywiście, że źle, niekomfortowo, dziwnie. A przecież to dla niektórych – szczególnie starszych osób – codzienność. Wydaje mi się, że w takiej sytuacji człowiek często zaczyna się bronić – stąd narzekania na współczesną polszczyznę – albo ucieka, wycofuje się ze świata. Prowadzi to do wzajemnego niezrozumienia. Młodsi nie wiedzą, o co chodzi starszym, a starsi nie rozumieją potrzeb młodych, bo przecież mówią oni językiem dla nich niezrozumiałym.

Pokolenie JP2 kontra pokolenie .JPG

czytaj także

Skoro to użytkowniczki kształtują język, to po co nam w takim razie Rada Języka Polskiego?

Myślę, że potrzebujemy instytucji, która od czasu do czasu pokaże nam język z lotu ptaka. Przeciętny użytkownik polszczyzny jest w niej tak zanurzony, że nie dostrzega pewnych zależności. Może się zagubić i wtedy ma szansę na radę nie tylko ze strony RJP, lecz także innych instytucji, które zajmują się kulturą języka.

Chciałbym położyć nacisk na słowo „rada”, bo – jak pokazała choćby dyskusja dotycząca słowa „Murzyn” – niektórym wydaje się, że Rada Języka Polskiego może coś nakazywać lub zakazywać, a to nieprawda. Głos RJP jest wiążący wyłącznie w sprawach dotyczących ortografii i interpunkcji. Pewnie się powtórzę, ale przypisywanie jakiejkolwiek instytucji mocy decydowania o języku wiąże się moim zdaniem ze zrzucaniem z siebie odpowiedzialności za słowo. Tymczasem każdy z nas jest właścicielem swojego języka i współwłaścicielem języka publicznego. Czas chyba wziąć za to odpowiedzialność.

**
Mateusz Adamczyk
– jest wykładowcą na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie zajmuje się kulturą języka, socjolingwistyką i semantyką. Prowadzi językoznawczy kanał na YouTubie. Jest autorem książki Płeć w polszczyźnie.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Januszewska
Paulina Januszewska
Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.
Zamknij