Kraj, Kultura, Weekend

Mówimy: „Uczysz się po to, by zostać kimś”. Ale w takim razie kim są dzieci teraz?

Wszyscy po uszy tkwimy w systemie wychowania i edukacji, który jest dla dzieci szkodliwy, sami w nim wyrośliśmy, więc to dla nas naturalny stan rzeczy. Z Jaśminą Wójcik, artystką pracującą z dziećmi, rozmawia Magda Roszkowska.

Magda Roszkowska: Od kilku lat współpracujesz z dziećmi, prowadząc zajęcia w przedszkolach i szkołach, współtworząc redakcję „Gazety Dzieci” czy realizując dokument kreacyjny na podstawie dziecięcych interpretacji powieści Janusza Korczaka Król Maciuś I. Jednocześnie twoje działania to takie ciągłe rozpruwanie gorsetu oczekiwań i powinności, jakie dzieciom narzuca świat dorosłych. Jakie miejsce w społecznej układance zajmują dziś dzieci i czy dostrzegasz jakieś istotne zmiany w postrzeganiu, kim są dzieci i jaka jest ich rola?

Jaśmina Wójcik: Pierwsza zmiana, jaka przychodzi mi do głowy, dotyczy miejsca dzieci w sferze publicznej. Mam wrażenie, że one są z niej coraz bardziej wypychane. Na miejskich podwórkach normą stało się wieszanie tabliczek z zakazem gry w piłkę. Jakiś czas temu uczestniczyłam w pilotażowym programie warszawskiego Zarządu Zieleni. Wraz z fundacją „Na miejscu” tworzyliśmy naturalne ogrody zabaw.

Co to takiego?

Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że na placu zabaw jest huśtawka, zjeżdżalnia, piaskownica i karuzela, a wszystkie urządzenia mają ściśle określone przeznaczenie i skrypt używania. Poza tym są metalowe lub plastikowe. Na naturalnych placach zabaw dzieci bawią się szyszkami, błotem, patykami, budują z wikliny czy drewna. Same mogą wymyślać, w jaki sposób się bawić, w co i czym. Założeniem jest zwrócenie im „naturalnego dzieciństwa”, czyli nieskrepowanej zabawy, w której nie muszą koniecznie stosować definicji narzuconych przez dorosłych.

Miejsca, które miały stać się częścią tego pilotażowego programu, były zgłaszane przez samych mieszkańców. Projektanci przeprowadzali wizję lokalną, rozmawiali z dziećmi i rodzicami, jakie są ich potrzeby, co lubią robić, potem przygotowywali projekt i dyskutowali o nim z lokalną wspólnotą.

Warsztaty dla dzieci Fot. Jakub Wróblewski

Miałam zaprojektować trzy takie place. Jeden z nich był planowany na podwórku otoczonym niewielkimi bloczkami z lat 50. Byliśmy już po wstępnych konsultacjach, gdy kilka starszych osób podniosło alarm, że nie chcą, by dzieci wrzeszczały pod ich oknami. Zwołano zebranie. Nie zapomnę małego chłopca, który po zażartej dyskusji, roztrzęsiony zapytał: „Mamo, dlaczego ci ludzie tak nienawidzą dzieci?”.

Tymczasem okazało się, że najwięksi przeciwnicy placu zabaw byli rodzicami, tyle że dorosłych już dzieci. Zapytałam, gdzie w takim razie wychowali potomków. Usłyszałam: tutaj, ale to były inne czasy! Ostatecznie podwórko pozostało trawnikiem pełniącym funkcję psiej toalety.

„Mała mama”: O dzieciach (nie) dla dzieci

Jak myślisz, skąd bierze się ta niechęć?

Może ludzie chcą mieć święty spokój?

A podwórka traktują jak swoją własność?

Z jednej strony lamentujemy nad tym, że dzieci tracą kontakt z rówieśnikami, nie bawią się na powietrzu, nie znają dzieci z sąsiedztwa, bo są wożone do szkół i życie spędzają przed telewizorem, w telefonach i tabletach. Z drugiej – chcemy przestrzeni publicznej, w której nie można hałasować, biegać, jeździć na hulajnodze. To jest sprzeczność.

A wracając jeszcze do poprzedniego pytania: wydaje mi się, że my, dorośli, rzadko zastanawiamy się, co naprawdę rozumiemy przez wychowanie dziecka i skąd mamy właśnie taką definicję.

Praca Jaśminy Wójcik pokazywana na festiwalu Warszawa w Budowie Fot. Jaśmina Wójcik

To znaczy jaką?

Kiedy stajemy się rodzicami, uważamy, że dziecko to tabula rasa, więc musimy je ulepić, ukształtować, żeby stało się kimś w przyszłości, czyli dorosłym. W modelu edukacji systemowej efektem tego procesu ma być posłuszny wykonawca poleceń i procedur. A jeśli dodamy nakładkę kapitalizmu – przyszłej konkurencyjności na rynku pracy – wtedy materiał staje się rodzajem inwestycji. Wykonawca ma być nie tylko posłuszny, ale i możliwie najlepszy. Rodzice – ci, którzy mogą sobie na to pozwolić – wybierają więc najlepsze szkoły, zapisują dziecko na zajęcia dodatkowe, a ono szybko przyswaja, że w tym systemie efekt i wyniki są najważniejsze.

Ten model edukacji jest zabójczy i dla naszej psychiki, i dla naszego świata

Trudno ich za to winić.

Jasne, tu nie chodzi o złe intencje, bo rodzice chcą dla swoich dzieci wszystkiego, co najlepsze. Pytanie: co znaczy „wszystko” i „najlepsze”? Dzieci są często zmęczone, przebodźcowane, ale czy taki tryb funkcjonowania faktycznie sprawia im radość? A co, jeśli radością jest dłubanie patykiem w ziemi, czemu mamy je przerywać, mówiąc: „Przestań się bawić, zacznij się uczyć. Uczysz się po to, by zostać kimś”. Ale w takim razie kim są dzieci teraz?

Moja praca z dzieciakami to także komunikat do dorosłych: dostrzeżmy w dzieciach ludzi! Sto lat temu Janusz Korczak zwracał uwagę, że dziecko nie tyle dopiero będzie kimś, ile już jest kimś. Mam wrażenie, że tego potencjału bycia kimś często nie widzimy. Nie dopuszczamy myśli, że dziecko ma własne zdanie i warto go posłuchać. To jest oczywiście uciążliwe, bo traktowanie dziecka po partnersku wymaga pertraktacji, negocjacji, przekonywania, uznania racji, ustępstw, umiejętności przyznania się do błędów – jednym słowem: wymaga czasu. Dlatego łatwiej zakomunikować: „Nie wolno, bo ja tak mówię”.

Próbuję powiększyć sobie łeb

Tak, tylko gdy nauczyciel ma w klasie trzydzieści osób, a rodzic goni na etacie i zleceniach, to zdanie „nie wolno, bo ja tak mówię” może pozwala uniknąć jeszcze większej frustracji.

Jasne. Z własnego doświadczenia wiem, że tak jest czasem łatwiej. Dlatego to, co mówię, nie jest krytyką pojedynczych rodzicielskich wyborów ani krytyką podejścia poszczególnych nauczycieli. Mam problem z tym, że wszyscy po uszy tkwimy w systemie wychowania i edukacji, który jest dla dzieci szkodliwy, sami w nim wyrośliśmy, więc to dla nas naturalny stan rzeczy.

Na rysunkach towarzyszących twojemu Manifestowi edukacji empatycznej piszesz: „Nie ma ucieczki od systemu, trzeba poszukiwać szczelin wolności”. Zdefiniuj, proszę, jak rozumiesz system, o którym tu mowa?

To po prostu obowiązujący dziś system edukacji, zakorzeniony tak naprawdę w XIX-wiecznym modelu pruskim. Ten system – tu jestem radykalna – jest w całości do wymiany, bo nie tylko nie odpowiada potrzebom dzieci, ale też jest zwyczajnie nieskuteczny, co potwierdzają badania naukowe choćby z zakresu neurobiologii, ale i zdrowy rozsądek. Zastanów się, jak byś się czuła, gdyby ktoś kazał ci się skupić na jakimś temacie, przyjmijmy, że nawet interesującym, po czym ze stanu koncentracji wyrywałby cię dźwięk dzwonka, chwila przerwy, po których przychodzi kolejne polecenie: skup się na czymś zupełnie innym. I tak w kółko pięć–sześć razy w ciągu dnia. Jak myślisz, co byś czuła?

Szkoły w tym kształcie nie ma sensu ratować

Mętlik w głowie?

Taki system „przyswajania” wiedzy to najlepszy sposób na wygaszenie ciekawości, zabicie woli samodzielnego poszukiwania i uczenie bezradności.

Idźmy dalej: siedzenie w rzędach ławek przodem do tablicy, czyli przestrzenna organizacja systemu, w ogóle nie przystaje do naturalnej dziecięcej aktywności, wręcz ma za zadanie ją dyscyplinować. Wreszcie permanentne poddawanie dziecka ocenie w postaci kartkówek, sprawdzianów, egzaminów. Zastanów się, o czym tak naprawdę świadczy egzamin: czy to jest faktyczna ocena tego, kim jest twoje dziecko, czy raczej ocena fragmentu przyswojonej wiedzy i stanu, w jakim znajduje się twoje dziecko w danym momencie? Kartkówki i klasówki to nie ewaluacja umiejętności, ale sposób dzielenia dzieci na zdolniejsze i mniej zdolne i uczenie ich, że istotą szkoły jest rywalizacja.

Dziś rano do grupy mojej córki dołączył 12-letni chłopiec. Powiedział, że nie był w stanie chodzić do swojej szkoły, bo codziennie z nerwów bolał go brzuch. Oceny dają nam, rodzicom, złudne poczucie, że proces rozwoju naszego dziecka podlega obiektywnej zewnętrznej kontroli. Ale nawet gdyby tak było, z czym się nie zgadzam, to czy poniesione koszty są naprawdę tego warte?

W czasie lekcji dzieci się nudzą [rozmowa]

Mówisz, że system jest do wymiany, a jednocześnie piszesz, że nie ma od niego ucieczki.

W tym sensie nie ma, że dopóki go nie wymienimy, wszyscy będziemy w nim jakoś uczestniczyć. Moje dzieci są w edukacji domowej, czyli niby są poza systemem, ale już dwa razy otrzymałam od dyrekcji szkoły rejonowej wezwanie do natychmiastowego wyjaśnienia sytuacji uczennic. Moje córki spełniają obowiązek szkolny poza szkołą, w placówce innej niż ich szkoła rejonowa. Ta placówka może mieć pod swoimi skrzydłami uczniów i uczennice realizujących edukację domową. Jednocześnie szkoła rejonowa musi dostać odpowiednią informację o uczniach ze swojego rejonu. Rozumiem konieczność takiej weryfikacji. Tyle że oni nie prosili mnie o wyjaśnienie, ale wezwali do pilnej odpowiedzi, co się dzieje z uczennicami (mimo że dostali stosowne informacje, ale albo je zagubili, albo nie zapisali), jakbym była podejrzana o przechowywanie dzieci w piwnicy.

Pytanie, czy całkowita zmiana jest możliwa?

W Finlandii publiczny system edukacji opiera się na zupełnie innych zasadach. Nie ma prac domowych, są dłuższe przerwy i dużo czasu spędzanego na zabawie na świeżym powietrzu, nawet gdy pada. Nauka – o zgrozo – jest formą nieskrępowanej zabawy! I jeśli już musimy mówić o rezultatach: to fińskie dzieci osiągają lepsze wyniki w przyswajaniu wiedzy niż dzieci z innych krajów. Zresztą badania neurodydaktyczne pokazują, że wiedza wtłaczana siłą – czytaj: w ławce lub pod tablicą w ciągu 45-minutowej lekcji – nie zostaje w głowie. Dzieci najlepiej zapamiętują to, co sprawia im przyjemność, co je interesuje, i właśnie za tym my, dorośli, powinniśmy podążać, godząc się z tym, że dziecko nie będzie we wszystkim dobre.

Czy polska szkoła może być tak fajna jak fińska? [rozmowa z Martą Zahorską]

Na rewolucję w systemie edukacji raczej się nie zanosi. Pozostają nam szczeliny. Gdzie ich szukać?

Czasem taką szczeliną jest po prostu mądry, towarzyszący, uważny dorosły, którego dziecko spotyka w szkole czy na zajęciach. Dla takiego kogoś dziecko jest partnerem, a nie wykonującym polecenia podwładnym. Taki ktoś radzi, wskazuje, pomaga, ale nie podejmuje za dziecko decyzji tylko dlatego, że jest starszy, a więc mądrzejszy.

Masz jakiś przykład?

Dla mnie takim kimś jest pani Ewa Radanowicz, wieloletnia dyrektorka publicznej podstawówki w Radowie Małym. Jej szkoła edukuje według systemu projektowego. Nauczyciele odgrywają rolę przewodników i towarzyszy. We wspólnotę szkolną zaangażowani są też rodzice. Sam budynek, korytarze i klasy nie mają w sobie nic ze szkolnej opresyjności.

Radowo Małe to wieś w województwie zachodniopomorskim. Po transformacji ustrojowej i zamknięciu PRG-u miejscowość miała jedną z najwyższych stóp bezrobocia w regionie. W przemianie szkoły z pewnością pomogła mała skala i kameralny charakter społeczności. Zdaję sobie sprawę, że w wielkomiejskiej podstawówce, gdzie w każdym roczniku jest kilka klas, a w każdej klasie po trzydzieści parę osób takie zmiany byłyby ekstremalnie trudne. W Radowie Małym też nie były łatwe, o czym można przeczytać w książce Ewy Radanowicz W szkole wcale nie chodzi o szkołę. To z jednej strony podręcznik innego myślenia o edukacji, z drugiej – świadectwo, ile wysiłku kosztuje wprowadzanie zmian: na każdym kroku przebijanie muru.

W systemie zdarzają się więc portale do alternatywnej rzeczywistości, problem w tym, że nie każde dziecko na nie natrafi. Szczeliny można też tworzyć poza szkołą, na przykład warszawska fundacja Opiekuńcze Skrzydła Joanny Radziwiłł czy stowarzyszenie Serduszko dla dzieci, z którymi miałam okazję współpracować, wykonują codziennie i długodystansowo kawał wspaniałej roboty, a ich działania są kierowane do dzieciaków, które i w domu, i w szkole mają niełatwo.

Gray: Szkoła nie musi być obowiązkowa!

Współtworzona przez ciebie „Gazeta Dzieci” też jest taką szczeliną. Na jakich zasadach działa?

Jej redakcję tworzą dzieci, a ja im towarzyszę i pomagam. Dzieci z całej Polski piszą do redakcji listy, my je drukujemy w gazecie w takiej formie, jak do nas dotarły. Mamy własną siedzibę w Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

„Gazeta Dzieci” inspiruje się „Małym Przeglądem” – pismem założonym przez Janusza Korczaka i wydawanym w latach 1926–1939 jako dodatek do „Przeglądu”. Nam też, tak jak redaktorom „Małego Przeglądu”, chodzi o to, by łączyć pomimo różnic, tworzyć platformę wymiany myśli, poglądów, dzielić się swoimi problemami, radościami, spostrzeżeniami, polecać książki, filmy, spektakle i pisać o rzeczach zupełnie zwykłych.

Jak i czy w ogóle udało ci się uniknąć zamknięcia w bańce: czy redaktorzy i autorzy to dzieci znajomych, uczniowie szkół społecznych bądź demokratycznych?

Już na samym początku działalności otrzymałam stypendium Miasta Stołecznego Warszawy, więc miałam środki, by nasz projekt promować najróżniejszymi kanałami. Pandemia oczywiście pokrzyżowała mi plany, bo nie udało mi się dotrzeć do wszystkich miejsc, ale zorganizowałam wiele warsztatów w różnych częściach Polski.

Często dzieci nie są zainteresowane dalszą współpracą, bo to jest czasochłonne. Teksty piszemy odręcznie, rysujemy, potem trzeba pójść na pocztę i nadać list. Zależało mi na tej tradycyjnej formie, bo pozwala na bardziej bezpośredni, zindywidualizowany i autentyczny kontakt redakcji, autorów i czytelników. Redakcja składa się więc z najróżniejszych dzieci, a nabór do jej szeregów jest cały czas otwarty.

Jaśmina Wójcik na warsztatach z dziećmi Fot. Jakub Wróblewski

Odwiedzasz też mniejsze miejscowości. Jakie masz doświadczenia w pracy z dziećmi funkcjonującymi w systemie, a jakie z tymi z wolnych, demokratycznych czy nieformalnych szkół?

Dzieci „systemowe” są przyzwyczajone do tego, że robią to, co muszą, więc kiedy mówię, że mogą zrobić, co tylko chcą, napisać lub narysować to, co lubią, i nawet mogą robić błędy, są przeszczęśliwe. Tymczasem niektórym „wolnym” zwyczajnie się nie chce, mogą wszystko i mogą też po prostu nic nie robić, ale to też jest okej. W każdym razie nie ma jednej reguły.

Dla mnie ciekawe jest, że dzieci często mówią: „Nie mam nic interesującego do powiedzenia, moje życie jest zupełnie zwykłe i nieciekawe, o czym tu pisać”. I trzeba im pokazać, że wszystko może być ciekawe. Na warsztatach w podlaskich miejscowościach udało mi się pokazać film 199 małych bohaterów realizowany z dzieciakami z najróżniejszych zakątków świata. Każde opowiada o swojej codzienności, a dla widzów to jest niesamowite. I w ten sposób udało mi się przekonać, że obcowanie z żubrami jest absolutnie wyjątkowe. W gazecie był więc tekst relacjonujący spotkanie „żóbruw”. Inna dziewczynka opisała, jak nie znosi swoich indyków, bo cały czas ją ganiają i dziobią.

Czy redakcji zdarzyło się z jakichś powodów wycofać tekst?

Czasem dzieci piszą zbyt mocno, że jakaś nauczycielka jest czarownicą i naprawdę jej nie znoszą. Wtedy zaczynamy dyskutować: czy naprawdę warto tak pisać i czy taki komunikat coś zmieni, czy tylko sprawi, że ta pani poczuje się urażona. Kiedyś dzieci napisały: „Ta pani na nas krzyczy, nie lubimy jej, wystarczy, żeby nam wytłumaczyła” i to faktycznie podziałało na dorosłych.

Edukacja systemowa uczy nas, że o trudnych sprawach się nie rozmawia. Nie można podczas lekcji, gdy nauczyciel wyzywa uczniów od bałwanów, wstać i powiedzieć: „Dlaczego mówi pan do nas w ten sposób?” – taki sprzeciw to wyjątek, a nie norma. Dzieciom pozostaje więc pisanie flamastrem w toalecie, że iksińska to stara czarownica. I nie ma co się oburzać. Dzieci nie uczą się zachowania, bo ty im mówisz, jak mają się zachowywać. Możesz sobie gadać, a one, zamiast słuchać, będą patrzeć. Jeśli je obrażasz, to one też będą obrażać ciebie i innych. Tymczasem w edukacji pozasystemowej, opartej na empatii, dużo czasu poświęca się rozmowom o emocjach moich i innych, budowaniu relacji i umiejętnościom komunikowania emocji.

Szkoła, w której głos dzieci się liczy

Ale edukacja nieformalna, czyli tak zwane wolne lub demokratyczne szkoły, to dziś sektor prywatny.

Ten podział na obowiązujący system edukacji (powiedzmy: pruski) a alternatywną edukację nie pokrywa się z podziałem na szkolnictwo prywatne i publiczne. Jest wiele szkół prywatnych, które znacznie bardziej niż szkoły publiczne kładą nacisk na rywalizację, egoizm, dzielą dzieci na zdolniejsze i mniej zdolne czy w sposób autorytatywny budują autorytet dorosłego.

Fot. Jakub Wróblewski

Ale faktem jest, że tworzenie alternatywnego modelu edukacji w szkołach publicznych jest dziś ekstremalnie trudne, biorąc pod uwagę wielkość klas, ilość biurokracji, w jaką zaangażowani są nauczyciele, a także ich zarobki. Dlatego decyzja o tym, by wyjść z systemu i rozpocząć edukację domową, jest dziś przywilejem. To nie ja realizuję obowiązek szkolny z moimi dziećmi, ale nauczyciele w nieformalnych grupach, co jest oczywiście płatne. Jest to też przywilej w tym sensie, że decyzja o wyjściu z systemu wymaga od rodzica dużo większego skupienia na dziecku, obserwacji, rozpoznawania jego potrzeb i podążania za nimi.

Jak to rozumiesz?

W tym modelu na rodzicach i opiekunach spoczywa większa odpowiedzialność za dziecko, to my stawiamy granice, uczymy samodzielności i cały czas uczestniczymy w tym procesie, bo jesteśmy częścią przygody, jaką może być szkoła. Dzieci pozasystemowe kompletnie nie rozumieją żartów o szkole, tego, że szkoły się nienawidzi i trzeba się z niej naśmiewać. Dlaczego, skoro szkołę można lubić, przeżywać w niej przygody, realizując dokładnie ten sam program, tylko w zupełnie inny sposób?

Chcę jeszcze powiedzieć, że w zeszłym tygodniu odwiedziłam niesamowitą publiczną szkołę podstawową nr 61 w dzielnicy Przeróbka w Gdańsku. Dzieciaki tworzą w niej warzywniak, budują kuchnię błotną, żywą architekturę z wikliny. Otoczone są wspierającymi, otwartymi, promieniującymi pasją i radością dorosłymi, których miałam okazję poznać, m.in. wspaniałą dyrektorkę Annę Kuchtę. Placówka współpracuje też z pobliską biblioteką, z towarzystwem wioślarskim czy flisakami. Mogłabym wyliczać jeszcze wiele ich inicjatyw, ale może wystarczy powiedzieć, że takiej publicznej szkoły życzyłabym wszystkim dzieciom na Dzień Dziecka i na co dzień.

**
Jaśmina Wójcik – artystka wizualna, reżyserka, autorka nastawionych na nasłuch, partycypacyjnych akcji społeczno-artystycznych. Współredaktorka książki Sztuka ze społecznością (2018) osnutej wokół jej najszerzej znanego przedsięwzięcia – wieloletniego działania ze społecznością byłych pracowników i pracownic fabryki w Ursusie, zwieńczonego nagradzanym pełnometrażowym dokumentem kreacyjnym w jej reżyserii pt. Symfonia fabryki Ursus (2018). Od kilku lat zaangażowana w edukację alternatywną poprzez opracowywanie autorskich praktyk kreacji artystycznej wypowiedzi dzieci. Obecnie koncentruje się głównie na oddolnych praktykach edukacji, czego efektem będzie jej nowy dokument kreacyjny na podstawie powieści Janusza Korczaka Król Maciuś Pierwszy. Dokument kreacyjny.

Magda Roszkowska – dziennikarka i reporterka. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Jej teksty ukazują się w weekendowej edycji portalu Gazeta.pl i Dużym Formacie „Gazety Wyborczej”. Zdobywczyni nagrody Grand Prix Festiwalu Wrażliwego w 2019 roku za reportaż o Nepalczykach wyzyskiwanych przez polskich pracodawców. W latach 2010–2016 redaktorka „Notesu na 6 tygodni” wydawanego przez Fundację Bęc Zmiana.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij