Kraj, Nauka

Pomaganie migrantom na granicy stało się tabu [rozmowa]

– Jedna pani mówi: „wzięłam trzy ostatnie”. A druga na to: „czyli pojadę dalej”. Chodziło o bochenki chleba. Żadna z nich nie nazwała tego wprost. Zamiast powiedzieć: „w tym sklepie już nie ma chleba, żeby nakarmić ludzi, trzeba jechać po chleb do miasta”, zakodowały ten przekaz. – Z Niną Boichenko, pomysłodawczynią inicjatywy Badacze i badaczki na granicy, rozmawia Kaja Puto.

Kaja Puto: Wiemy, po co na granicy polsko-białoruskiej potrzebni są prawnicy czy medycy. A co mają tam do roboty naukowcy: socjologowie czy językoznawcy?

Nina Boichenko: Aktywizacja szlaku migracyjnego przez Białoruś oraz wprowadzenie stanu wyjątkowego wpłynęły na lokalną społeczność w wielu aspektach. Przykładem jest aspekt ekonomiczny: stan wyjątkowy uniemożliwił czerpanie dochodów z turystyki, co dotyczy nie tylko hoteli i pensjonatów, ale również innych powiązanych z nimi firm. Jeśli hotel w strefie nie działa, klientów nie ma też pralnia w sąsiednim miasteczku.

Kolejna sprawa to obecność wojska, która u części mieszkańców budzi poczucie bezpieczeństwa, u innych – permanentny strach. Również obecność migrantów uruchamia wśród mieszkańców Podlasia zróżnicowane postawy, które w dużej mierze warunkowane są polaryzacją polityczną – czemu trudno się dziwić, bo w końcu sam kryzys humanitarny, z którym mamy do czynienia na granicy, jest niczym innym, tylko polityczną gierką Aleksandra Łukaszenki.

12 rigczowych tez o „kryzysie uchodźczym”

Wszystkie grupy społeczne mające do czynienia z kryzysem humanitarnym – od funkcjonariuszy służb, przez medyków i aktywistów, po zwykłych mieszkańców – mają swój punkt widzenia na całą tę sytuację, która jest dynamiczna i szybko się zmienia. Długo jeszcze będziemy dyskutować o tym, co właściwie wydarzyło się na Podlasiu, a pomóc nam w tym mogą nauki humanistyczne i społeczne. Stąd pomysł, żeby połączyć ze sobą naukowców i naukowczynie, którzy już działają w terenie lub planują to robić w przyszłości.

Interwencja lekarki-aktywistki pomagającej uchodźcom w okolicach Siemianówki na Podlasiu. Fot. Monika Bryk

Platformą tego kontaktu ma być inicjatywa, którą nazwałaś Badacze i badaczki na granicy.

Tak, chociaż teraz myślę, że powinnam ją nazwać Badaczki i badacz na granicy, bo wśród kilkudziesięciu zgłoszeń, które otrzymałyśmy do tej pory, jest tylko jeden chłopak. (śmiech) Wpadłyśmy na ten pomysł wspólnie z Natalią Judzińską, która podobnie jak ja jest doktorantką Instytutu Slawistyki PAN. Obydwie działałyśmy wcześniej na granicy jako wolontariuszki z Grupą Granica i widziałyśmy, jak dynamicznie zmienia się wpływ tej sytuacji na postawy społeczne. W terenie działają już grupy badawcze, które nie mają o sobie nawzajem pojęcia. Próbujemy to zmienić, by służyć sobie nawzajem poradą, nie dublować tematów badań i – co bardzo ważne – wypracować wspólne reguły etyki pracy na pograniczu.

Co poza stworzeniem kanału komunikacji planujecie w ramach inicjatywy?

Po pierwsze, uruchomiłyśmy tracking badań, które prowadzone są na granicy, tak aby każda badaczka miała wgląd w to, czym mniej więcej zajmuje się ktoś inny. Po drugie, łączymy ze sobą naukowców: dostajemy zgłoszenia od doświadczonych badaczek, które chcą działać, ale nie mają własnego zespołu – w takich przypadkach pytamy istniejące już zespoły, czy potrzebują pomocy, a jeśli tak – łączymy ich ze sobą. Po trzecie, chcemy wynająć dom, który posłuży naukowcom jako baza, w której będą mogli się nieodpłatnie zatrzymać na okres prowadzenia badań. Po czwarte wreszcie – stworzyć wspólne repozytorium zgromadzonych danych, do których będzie można wrócić w przyszłości.

Ktoś wymyślił, że ceną za przekroczenie granicy może być śmierć z zimna i wycieńczenia

Myślałam też o popularnonaukowej stronie internetowej z cyklem krótkich filmów edukacyjnych – chciałam poprosić badaczy i badaczki, by opowiedzieli o kryzysie na granicy z perspektywy własnych dyscyplin naukowych – gdzie publikowane byłyby też sprawozdania z prac terenowych. Na razie jednak nie mamy żadnego finansowania, więc musimy powściągnąć ambicje. Uruchomiłyśmy zbiórkę, która – mam nadzieję – pozwoli sfinansować podstawowe koszty projektu, czyli wynajęcie domu badawczego i opłacenie kosztów koordynacji. Poszukujemy też grantów na sfinansowanie inicjatywy, a także własnych badań – niestety na razie bez sukcesów. Nasza doba ma tylko 24 godziny…

Oddolne inicjatywy to raczej rzadkość w skostniałym świecie naukowym…

Sytuacja na granicy jest dynamiczna i wymaga szybkiej oraz skoordynowanej akcji, której nie mogą zapewnić powolne, biurokratyczne machiny, jakimi są uniwersytety. Dlatego postanowiłyśmy wezwać naukowców i naukowczynie do samoorganizacji, która usprawni pracę nas wszystkich. To faktycznie nowość w polskim środowisku akademickim – połączenie się w reakcji na kryzys humanitarny, na rzecz wspólnego celu gromadzenia danych, bez konkurencji i hierarchii.

Jakie tematy badań – przykładowo – podejmują badaczki na granicy?

W terenie pracują już różne grupy badawcze, na przykład badające wpływ stanu wyjątkowego na funkcjonariuszy – na łamach Krytyki Politycznej ukazał się zresztą na ten temat reportaż badawczy Sylwii Urbańskiej i Przemysława Sadury – czy wpływ kryzysu humanitarnego na aktywistów i aktywistki. Powstała też grupa badawcza, która chce się zajmować wyłącznie tworzeniem archiwum kryzysu. Środowisko akademickie ma wiele świetnych pomysłów – cieszę się, że się aktywowaliśmy.

Tam, gdzie ich zbierają i „gonią” z powrotem

Teraz najważniejsze jest zbieranie danych, bo sytuacja jest bardzo dynamiczna. Jeśli nie zbadamy tego teraz – nie zbadamy już nigdy. Podam przykład: Tatarzy z Bohoników chowają zmarłe w lesie osoby na muzułmańskim cmentarzu, a na bramie ich meczetu zawisł baner z napisem: „stoimy murem za polskim mundurem”. Bardzo ważne jest, by obserwować takie strategie adaptacyjne właśnie teraz – później baneru może już nie być.

W trakcie pobytu na Podlasiu zauważyłam też pewne warte zbadania zjawisko, które określam rosyjskim terminem namiok (намёк), co na język polski można przetłumaczyć jako „subtelna sugestia”. Namiok to kod, który tworzą użytkownicy języka, kiedy powstaje konflikt pomiędzy normami społecznymi a rzeczywistością.

Na przykład?

Jeszcze jako wolontariuszka Grupy Granica miałam okazję zauważyć to w komunikacji z funkcjonariuszami straży granicznej. Zatrzymali się koło mnie, gdy stałam obok zaparkowanego przy leśnej drodze samochodu. Strażnicy wysiedli z auta z termowizorami i sprawdzali, czy w okolicy nie ma jakichś migrantów, którym mam zamiar pomóc. Jednocześnie prowadzili ze mną rozmowę, small talk typu: „państwo są turystami, my to rozumiemy, ale jest już ciemno, a w lesie nie jest bezpiecznie”. Działania funkcjonariuszy i ich wypowiedzi były sprzeczne: zasugerowali mi subtelnie, że „wiemy, po co tu stoicie”, ale nie zostało to wypowiedziane wprost.

Drugi przykład: rozmowa miejscowych pań, które pomagają ludziom w lesie i spotkały się przypadkiem w drodze do sklepu. Jedna pani mówi: „wzięłam trzy ostatnie”. A druga na to: „czyli pojadę dalej”. Chodziło o bochenki chleba. Ale żadna z nich nie nazwała tego wprost, zamiast powiedzieć: „w tym sklepie już nie ma chleba, żeby nakarmić ludzi, trzeba jechać po chleb do miasta”, zakodowały ten przekaz. Chciałabym, żeby tego rodzaju świadectwa znalazły się we wspólnym archiwum.

Czy dane zgromadzone podczas badań znajdą zastosowanie poza nauką?

Jako ludzkość stoimy przed wyzwaniem masowych ruchów migracyjnych, które w przyszłości nasilą się z powodu skutków katastrofy klimatycznej. Wiedza naukowa z pewnością może przydać się w wypracowaniu mądrej polityki migracyjnej, a także zarządzaniu kryzysami humanitarnymi, które są dopiero przed nami. Niestety decyzja co do tego, czy z niej skorzystać, nie należy do naukowców.

1 grudnia Sejm uchwalił ustawę, która mimo zniesienia stanu wyjątkowego utrzyma ograniczenie dostępu do terenów przygranicznych. Jak poradzą sobie z tym badacze?

Mamy nadzieję, że nowa ustawa ułatwi naukowcom prowadzenie badań w tak zwanej zonie. Każdy z nas będzie musiał się o to ubiegać u komendantów miejscowych placówek straży granicznej. Myślę, że mamy na to spore szanse, ponieważ funkcjonariusze operujących przy granicy służb mają do badaczy lepszy stosunek niż do aktywistów czy dziennikarzy, co miałam okazję poznać na własnej skórze, ponieważ zanim zaczęłam badania, udzielałam się na granicy jako wolontariuszka. Naukowcom trudniej przypisać polityczne intencje.

Jeden telefon Merkel do Łukaszenki obnażył słabość polityki zagranicznej PiS

Zawodowo zajmujesz się badaniem migracji, a przy tym sama jesteś migrantką. Czy twój status wpływa jakoś na pracę w terenie?

Dopiero zaczęłam badania, więc trudno mi generalizować, ale spora część moich rozmówców zwraca uwagę na fakt, że jestem migrantką, czego nie doświadczam na co dzień w Warszawie, gdzie mieszkam. Paradoksalnie ma to pozytywne skutki, bo podczas wywiadu nie jestem oceniania przez pryzmat polaryzacji, nikt nie zastanawia się, „po której jestem stronie”, czego doświadczają moje polskie koleżanki.

Co ciekawe, ekspedientka jednego z podlaskich sklepów, którą wywiadowałyśmy wspólnie z Natalią Judzińską, mówiąc o relacjach z władzą, zwracała się do Natalii, a o cierpieniu migrantów – do mnie, tak jakby zakładała, że lepiej zrozumiem ich położenie. Przytaczam to jako anegdotę, bo oczywiście nie chciałabym porównywać swojej uprzywilejowanej bądź co bądź sytuacji do tej, w której znaleźli się migranci na granicy…

A jak sama odbierasz antymigracyjną retorykę rządu polskiego?

Jako badaczka działam w granicach prawa, więc nie mam się czego bać, przynajmniej teoretycznie. Niestety te granice w ostatnim czasie są w Polsce płynne, co w podlaskich lasach widać szczególnie wyraźnie. Prawo to jedno, a drugie – rzeczywista postawa wobec migrantów.

Podczas badań przeprowadzonych wśród lokalnej społeczności zaskoczyło mnie, w jakim stopniu pomaganie migrantom stało się tematem tabu. Są tam oczywiście ludzie, którzy pomagają, są miejscowi, którzy wykonują tytaniczną pracę, ale tylko nieliczni mówią o tym głośno i wprost. To bardzo ciekawe dla mnie jako badaczki, ale jako migrantka odczuwam z tego powodu niepokój.

*
Jeśli chcesz wesprzeć inicjatywę Badacze i badaczki na granicy,
dorzuć się do zbiórki i śledź ich działalność na Facebooku.

**

Nina Boichenko (ur. 1990) – doktorantka programu Interdyscyplinarne Doktoranckie Studia Humanistyczne: pogranicza, mniejszości, migracje w perspektywie socjolingwistycznej w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk, absolwentka psychologii oraz kulturoznawstwa Narodowego Uniwersytetu Pedagogicznego im. Dragomanowa w Kijowie oraz Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Jako badaczka migracji współpracuje z Ośrodkiem Badań nad Migracjami przy Uniwersytecie Warszawskim. Współtwórczyni – wraz z Natalią Judzińską – inicjatywy Badacze i badaczki na granicy.

***

Materiał powstał dzięki wsparciu Fundacji im. Róży Luksemburg.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Kaja Puto
Kaja Puto
Reportażystka, felietonistka
Dziennikarka i redaktorka zajmująca się tematyką Europy Wschodniej, migracji i nacjonalizmu. Współpracuje z mediami polskimi i zagranicznymi jako freelancerka. Związana z Krytyką Polityczną, stowarzyszeniem reporterów Rekolektyw i stowarzyszeniem n-ost – The Network for Reporting on Eastern Europe. Absolwentka MISH UJ, studiowała też w Berlinie i Tbilisi. W latach 2015-2018 wiceprezeska wydawnictwa Ha!art.
Zamknij