Kraj

Ktoś wymyślił, że ceną za przekroczenie granicy może być śmierć z zimna i wycieńczenia

Obozu w Kuźnicy już nie ma, część migrantów została samolotem odesłana z Białorusi do Iraku, część pędzona jest w stronę granicy z Litwą. Wielu wciąż kryje się w lasach. Boją się, że zostaną wypchnięci do Białorusi. A Białorusini dają im do wyboru: Polska albo śmierć. Tylko czy to rzeczywisty wybór?

Mizar, muzułmański cmentarz polskich Tatarów w Bohonikach, leży na pagórku porośniętym sosnami. Dookoła pola, lasy. Na zboczu od strony lasu chowane są ofiary zbrodniczej polityki migracyjnej.

Miejsce spoczynku znalazł tam Ahmad al-Hasan, 19-letni Syryjczyk z Homs, z którego uciekał z rodzicami przed wojną. Miał wtedy 12 lat. Przez siedem lat egzystował w obozie uchodźczym w Jordanii, zmarł tam jego ojciec. Kiedy nadarzyła się okazja, wyruszył. Chciał studiować, miał przyjaciela w Dortmundzie. Białoruscy funkcjonariusze kazali mu przeprawić się przez Bug. Nie umiał pływać. Rodzina szukała go przez media społecznościowe. Został pochowany 15 listopada, jego bracia i matka uczestniczyli w pogrzebie zdalnie, poprzez telefon syryjskiego lekarza z Białegostoku.

Fot. Monika Bryk

Tuż obok mogiła innego mężczyzny, o którym nie wiemy nic oprócz tego, że wyruszył na Zachód i umarł z wycieńczenia i chłodu w polskim lesie, w okolicach Kuźnicy.

W niedzielę, 21 listopada pochowano Mustafę Mohammeda Mursheda Al-Raimiego. Miał 37 lat. Na pogrzeb przyjechał z Jemenu jego brat, był też jemeński ambasador. I bardzo wielu dziennikarzy. Jego ciało znaleziono jeszcze we wrześniu.

We wtorek, 23 września na tym samym cmentarzu przed południem kolejny pogrzeb − dziecka poronionego w 24. tygodniu ciąży. Jego matka, Syryjka, leży w szpitalu w stanie krytycznym. Jej dzieci i mąż są w Białymstoku.

Przewodniczący miejscowej muzułmańskiej gminy wyznaniowej, Maciej Szczęsnowicz, dopytywany przez dziennikarzy o okoliczności, odpowiedział, że nie może o tym mówić, bo będzie płakał. Podkreślał, że zależy mu na obecności dziennikarzy, bo chce, by świat dowiedział się o tragedii, która się tu dzieje. Przypomniał, że gmina tatarska od początku stara się pomagać ofiarom tego kryzysu, organizuje zbiórki, dostarcza zupy, współpracuje też ze strażą graniczną, im również przekazuje ciepłe posiłki.

Kolejna ofiara, o której wiemy, to Issa Jerjos, 24 lata, Syryjczyk z miasta Hama. Miał narzeczoną, rodziców. Szukali go. Umarł niedaleko wsi Klimówka koło Kuźnicy. Jego ciało musiało dość długo leżeć, zanim zostało znalezione. Wiadomo, że wcześniej był w szpitalu, z którego straż graniczna go zabrała, by ponownie przepchnąć przez granicę. Prawdopodobnie zostanie pochowany na cmentarzu białostockiej cerkwi.

Są jeszcze inne ofiary, choć o miejscach ich pochówku na razie nie wiadomo.

Fot. Monika Bryk

Nie wiemy nic o trzech mężczyznach znalezionych przez polskie służby 19 września. Tyle że zmarli z zimna i wycieńczenia.

20 września znaleziono zwłoki kobiety, Irakijki, która umarła tuż przy polskiej granicy, ale po białoruskiej stronie. Jej ciało miało zostać przez polskich funkcjonariuszy przeciągnięte przez granicę. Była przy niej trójka dzieci, mąż i teściowa.

24 września 500 metrów od linii granicznej zatrzymano grupę Irakijczyków, jeden z nich zmarł podczas zatrzymania, prawdopodobnie na zawał serca. Próbowano go reanimować. Ciało zostało odesłane do Iraku.

Po ludziach zostały rzeczy [reportaż z granicy]

czytaj także

A w nocy z 24 na 25 września zmarł 16-latek z Iraku. Był z rodziną, przedostali się do Polski, po czym wypchnięto ich do Białorusi. Czuł się źle, wymiotował krwią, umarł w nocy.

Znów trzech mężczyzn. Prokuratura Okręgowa w Suwałkach powiadomiła o nich 20 października, zmarli z wychłodzenia. Mieli między 20 a 40 lat.

22 października znaleziono ciało mężczyzny niedaleko Kuściniec, miejscowości objętej strefą stanu wyjątkowego.

29 października − wiadomość o obozowisku w lesie, zmarły tam  co najmniej dwie osoby. Był tam też 25-letni Kurd chory na cukrzycę. Zmarł parę dni później.

13 listopada koło Wólki Terechowskiej znaleziono ciało 20-latka, Syryjczyka. Miał przy sobie paszport.

15 listopada przyszła wiadomość o śmierci Kardina Adnana, 14-letniego Kurda. Umarł tuż przy granicy z Polską. Z zimna.

Mój syn ma 15 lat, leży w łóżku z gorączką, daję mu lekarstwa, czosnek, żurawinę, poję sokiem malinowym, rosołem. Rodzice tamtego chłopca nie byli w stanie mu pomóc. Nie mogę przestać płakać. Kilkanaście lat to taki głupi wiek. Mogą już czasem być uznani za tych „niebezpiecznych młodych mężczyzn”, a są w dużej mierze dziećmi, nawet gorzej, nastolatkami, wobec których świat dorosłych potrafi być całkiem bezwzględny, a oni są dopiero w procesie dojrzewania, często całkiem bezbronni, często nieracjonalni, ale zdesperowani, by zdobyć jakąś sprawczość.

Nikt nie dba o życie. Ważne, by śmierć nastąpiła po drugiej stronie granicy

Wiemy jeszcze o człowieku chorym na cukrzycę, wypychanym z Polski, który umarł w zlikwidowanym już obozie na wysokości Kuźnicy, a jego grób ludzie wykopali własnymi rękami.

18 listopada Medyczny Zespół Ratunkowy PCPM odnalazł trzy osoby. Wśród nich chory dwudziestoparolatek i małżeństwo syryjskich lekarzy, oboje ranni, przekazali, że miesiąc temu w lesie umarło ich roczne dziecko. Spędzili na tułaczce półtora miesiąca.

Bo ktoś wymyślił, że ceną za przekroczenie granicy może być śmierć z wycieńczenia, z choroby, z zimna. Bo granice są święte.

Lista ofiar będzie coraz dłuższa. Ale mało prawdopodobne, byśmy mogli dowiedzieć się o wszystkich i uczcić ich choćby minutą ciszy. Na teren objęty stanem wyjątkowym nie są wpuszczani medycy ani aktywiści niosący pomoc humanitarną. Pojawiają się pogłoski o mobilnych chłodniach wojskowych i o tym, że ciała przerzucane są na stronę białoruską. Nie zweryfikujemy tych pogłosek, bo media też nie mają tam wstępu.

Fot. Monika Bryk

Kto wpadł na ten potworny pomysł, żeby udawać, że ich tu nigdy nie było? Że nie ma ich w Polsce, że są w Białorusi? Że można złapać, wywieźć, przepchnąć przez druty. Że można wyciągnąć ze szpitala człowieka, którego w tym szpitalu lekarze wyrywali przed chwilą śmierci, i w świetle prawa wywieźć do lasu, wepchnąć w bagna, wydać ludziom, o których się wie, że biją, głodzą, niszczą. Że nie przez przejście graniczne nawet, ale gdzieś w lesie, że można tak nie raz, nie dwa, nie trzy, ale dopóki może chodzić, i dopiero kiedy jest zniszczony, całkiem chory, pozbawiony wszystkiego, to można czasem odwieźć do szpitala. Albo tylko odwrócić oczy i pozwolić, by umarł. Umarł z wyczerpania, z zimna, z czyjejś nienawiści, okrucieństwa, czyjejś bezmyślności.

Od 2 grudnia stan wyjątkowy będzie wedle uznania. Medycy won, dziennikarze won, aktywiści won.

Rząd normalizuje stan wyjątkowy. Chce zamknąć opozycji usta

Obozu w Kuźnicy już nie ma, część migrantów została samolotem odesłana z Białorusi do Iraku, część pędzona jest w stronę granicy z Litwą. Wielu wciąż kryje się w lasach. Boją się wyjawić miejsce swojego pobytu, boją się, że zostaną wypchnięci do Białorusi. A Białorusini dają im do wyboru: Polska albo śmierć.

Tylko czy to rzeczywisty wybór? Robi się coraz zimniej. W niedzielę, dwie godziny po pogrzebie Mustafy Mohammeda Mursheda Al-Raimiego zaczął padać deszcz, a w nocy z 22 na 23 listopada spadł śnieg. Tego wszyscy ratownicy na granicy obawiali się najbardziej.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Katarzyna Przyborska
Katarzyna Przyborska
Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl, antropolożka kultury, studentka The Graduate School for Social Research IFiS PAN; mama. Była redaktorką w Ośrodku KARTA i w „Newsweeku Historia”. Współredaktorka książki „Salon. Niezależni w »świetlicy« Anny Erdman i Tadeusza Walendowskigo 1976-79”.
Zamknij