Kraj

Niedemokratyczna władza woli czystość i porządek od życia człowieka

Prawicę oburza każdy gest naruszający jej wyobrażenie o tym, jak powinien wyglądać świat wokół. Właśnie dlatego politycy tak znęcającą się nad tymi, którzy naruszają przestrzeń faktem, że stają na przykład po stronie ofiar homofobii. Taka obsesja czystości i porządku jest dowodem na to, jak głęboko niedemokratyczna jest obecna władza.


Dwa tygodnie temu minister edukacji narodowej Dariusz Piontkowski nazwał „idiotami” i „barbarzyńcami” osoby, które na elewacji budynku MEN napisały imiona młodych gejów i lesbijek, którzy popełnili samobójstwo. Obraz ministra, który bardziej od życia dzieci ceni czystą ścianę, jest jednym z najbardziej haniebnych epizodów trwających rządów. Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej Piontkowski przez kilka minut pastwił się nad autorami bądź autorkami napisów. „Mam nadzieję, że policja jak najszybciej złapie tych wandali, a sąd ich przykładnie ukarze, tak aby kolejni barbarzyńcy nie niszczyli polskich budynków” – powiedział wzburzony, dodając, że usunięcie napisów będzie kosztowało co najmniej kilka tysięcy złotych.

W ciągu dwóch tygodni, które minęły od tej konferencji, policja zatrzymała pierwszą podejrzaną osobę, a na stanowisku ministra edukacji narodowej jednego homofoba zastąpił jeszcze większy homofob. Jednak słowa ministra Piontkowskiego warto wpisać w szerszy kontekst tego, jak władza traktuje ingerencję w przestrzeń. Przestańmy się oszukiwać i wypatrywać końca demokracji dopiero wtedy, gdy odebrana zostanie nam wolność głosowania. Na całym świecie urny wyborcze często służą wyłącznie do podtrzymywania złudzeń o demokratyczności rządów. O jakości demokracji znacznie lepiej świadczy właśnie stosunek władzy do przestrzeni.

Ile jeszcze dzieci i nastolatków musi zginąć, by rząd przejrzał na oczy?

Przestrzeń w Polsce jest wyjątkowo opresyjna, wytworzona przez narrację potężnych instytucji i dominujących idei. Żeby się o tym przekonać, wystarczy spacer po Krakowskim Przedmieściu. Najważniejsza ulica w Warszawie, wypełniona po brzegi majestatycznymi symbolami, co krok przypomina, że wielkimi ludźmi są mężczyźni, heteroseksualiści, katolicy – i oczywiście Polacy: Poniatowski, Prus, Kopernik. Że Jezus umarł na krzyżu za wszystkich ludzi, ale jednak nie wszyscy ludzie mają takie same prawa. Że prezydent Polski z okien pałacu decyduje, kto jest lepszą obywatelką, a kto gorszym obywatelem. Dla wielu osób spacer po stolicy może być przygnębiającym doświadczeniem.

Demokraci i demokratki powinni być wyczuleni na to, że przestrzeń wyklucza i jest źródłem przemocy. Dlatego tak niezrozumiałe były głosy osób, które z jednej strony zapatrzone są we współczesny, zachodnioeuropejski model demokracji, a z drugiej – oburzają się nawet na wywieszanie tęczowych flag w przestrzeni publicznej. Jeżeli naprawdę zależy nam na demokracji, powinniśmy bezwzględnie wspierać wszelkie gesty, które sprawiają, że przestrzeń staje się choć trochę mniej homogeniczna, a tym samym – bardziej demokratyczna.

Homofobom nie potrzeba broni. Wystarczą im słowa

Przestrzeń zawsze organizują ci, którzy mają władzę. Dawniej niedopuszczalne było, żeby druga strona miała cokolwiek do powiedzenia. Z czasem w tej przestrzeni coraz częściej pojawiały się komunikaty pochodzące nie tylko od rządzących, ale także od tych, którymi rządzono. W czasach feudalizmu do pomników komentarze polityczne przyczepiali ci, którzy nie mieli prawa głosu; z nowszej historii znamy znak Polski Walczącej, który stał się jednym z najważniejszych symboli oporu wobec niemieckiej okupacji.

Im bardziej demokratyczne były nastroje społeczeństwa, tym częściej w przestrzeni pojawiały się komunikaty niezależne od władzy. W latach 60. napisy na murach wyrażały bunt młodzieży przeciw wartościom wyznawanym przez ich rodziców i dziadków. Moc tego, co wówczas działo się w Paryżu, najlepiej wyrażają słynne hasła, takie jak „pod brukiem leży plaża” czy „zakazuje się zakazywać”. Mniej więcej w tym samym czasie i w taki sam sposób ingerowali w przestrzeń publiczną czarni Amerykanie i Amerykanki, walcząc o swoje prawa.

Każdy taki gest jest komunikatem, z którym trzeba się zmierzyć, niezależnie od tego, jak oceniamy jego zasadność czy wartość artystyczną. To ma naprawdę drugorzędne znacznie – pierwszym krokiem jest świadomość, że nie mamy do czynienia z bazgrołem ani z aktem bezmyślnego niszczenia, ale z czyimś poglądem. Wpisywanie tego wyłącznie w uprzedmiotawiającą i lekceważącą kategorię przestępstwa jest doskonałym przykładem tego, jak zachowuje się niedemokratyczna władza, która chce mieć wyłączność na decydowanie o tym, jak przestrzeń ma wyglądać. Sięganie po słowa takie jak „idioci”, „barbarzyńcy” czy „wandale” jest odwoływaniem się do języka autorytaryzmów. Takimi słowami określano autorów i autorki sztuki ulicznej w PRL. Po zachodniej stronie Muru Berlińskiego w latach 80. powstawały kilkusetmetrowe murale, a w tym samym czasie mieszkańcy i mieszkanki Niemieckiej Republiki Demokratycznej bali się zbliżyć do niego nawet na kilka metrów.

Sztuka uliczna ma boleć tych, do których (w przenośni lub dosłownie) te ulice należą. Jej zadaniem jest prowokowanie, wsadzanie kija w mrowisko, wyrażanie tego, co nie zostało wcześniej wyrażone. W dialogu z przestrzenią jej twórcy i tak znajdują się na gorszej pozycji, ponieważ muszą przebić się przez dominującą strukturę własności – trafić do tych, którzy posiadają ulice i budynki. Komunikaty mają być radykalne i wywrotowe, taka jest ich istota. Nie mają czasu, żeby dojrzewać w muzeach czy albumach, muszą wybrzmiewać tu i teraz, jak najgłośniej i najdobitniej. Rządzący i tak mogą w mgnieniu oka przykryć niewygodny napis kolejną warstwą białej farby.

Tekst, którym „Wyborcza” uszczęśliwiła prawicowe media

Ulica to miejsce, gdzie możemy usłyszeć głos tych, którzy na co dzień mają milczeć. Wykorzystanie ważnych symboli sprawia, że buntujący się zostają dostrzeżeni, a wtedy przynajmniej na moment opresja zmienia się w konfrontację. Właśnie dlatego rewolucje często zaczynają się od obalenia pomnika znienawidzonego prześladowcy.

Współcześnie, w ramach systemów demokratycznych, znacznie szerzej definiuje się margines tego, co jest w przestrzeni dozwolone. To, co dawniej było niedopuszczalne, zyskało miano sztuki ulicznej, która przez liberalne demokracje została z czasem obłaskawiona. W konsekwencji coraz częściej mamy do czynienia z komunikatami powstającymi z inspiracji władzy czy pod dyktando rynku – ale to temat na zupełnie inny tekst.

Belgowie i Belgijki od lat protestują przeciwko pomnikom Leopolda II, który symbolizuje zbrodniczą, kolonialną przeszłość ich kraju. Niemal wszystkie jego pomniki regularnie są dewastowane czy oblewane farbą. Do historii przeszła akcja grupy aktywistów i aktywistek z Ostendy, którzy w 2004 roku odcięli rękę jednego z klęczących przed królem Kongijczyków (co nawiązywało do obcinania rąk niewolnikom, którzy nie pozyskiwali wystarczającej ilości kauczuku), a następnie zadeklarowali, że oddadzą ją, jeżeli rada miasta przywiesi obok pomnika tablicę opisującą kontekst historyczny. W czasie protestów amerykańskiego ruchu Black Lives Matter protesty w Belgii nasiliły się i zniszczonych zostało kilka pomników. Pod wpływem tych wydarzeń pomniki zaczęły być wreszcie likwidowane. Taka decyzja została podjęta między innymi w Ekeren czy Gandawie, a władze Brukseli zwróciły się do rządu o utworzenie belgijsko-kongijskiej grupy, której zadaniem będzie wymazanie z przestrzeni wszelkich śladów kolonializmu.

Trzeba czasem zburzyć ten czy inny pomnik. Dla dobra demokracji

Po śmieci Margaret Thatcher w całej Wielkiej Brytanii pojawiły się setki graffiti z napisami „Burn in Hell, Maggie!” czy „Ding, Dong, the Witch Is Gone”. Co – w polskim kontekście – ciekawe, swoją niechęć do konserwatywnej premierki najmocniej manifestowali katolicy i katoliczki z Irlandii Północnej, a także kibice piłkarscy, którzy skutecznie sprzeciwili się minucie ciszy przed meczami. W wielu brytyjskich miastach odbyły się spontaniczne imprezy. Oczywiście, nie wszystkim taka reakcja się podobała, ale konserwatywny rząd nie aresztował masowo protestujących. Co więcej, wiele samorządów w reakcji na to, co działo się na ulicach, zdecydowało się nie opuszczać flag do połowy masztów, mimo że nakazywał to oficjalny protokół.

Paniczna reakcja ministra Piontkowskiego pokazuje, że prawica myśli w kategoriach autorytarnych: świat ma wyglądać dokładnie tak, jak oczekuje tego Jarosław Kaczyński do spółki ze Zbigniewem Ziobrą i Jarosławem Gowinem. Jeżeli oni ścianę widzą białą, rzesza stojących za nimi sługusów zrobi wszystko, żeby ściana biała pozostała, a nikt nawet nie ważył się tknąć jej palcem. Każde przyznanie, że to, co się na niej pojawia, może być czymś więcej niż „idiotyzmem” czy „barbarzyństwem”, byłoby jednoznaczne z tym, że przestrzeń nie jest wyłącznie ich własnością.

Amerykańska antropolożka Mary Douglas w książce Czystość i zmaza postawiła tezę, że kultury wytwarzają się, odrzucając to, co niechciane, nieczyste. Obsesyjna potrzeba czystości jest niedemokratyczna, ponieważ oznacza, że akceptujemy tylko ten model kultury, który wydaje nam się słuszny. W Polsce prawica robi to zarówno w przenośni, gdy stygmatyzuje osoby LGBT+, co sprawia, że stają się „nieczyste” w oczach pozostałej części społeczeństwa, jak też całkiem dosłownie, gdy najważniejsi politycy bardziej od życia osób LGBT+ cenią czystość i porządek.

Kilka dni temu „Gazeta Wyborcza” opublikowała informację o muralu na ścianie squatu Syrena, na którym ksiądz i policjant przecinają piłą osobę LGBT+. Jacek Ozdoba – poseł Prawa i Sprawiedliwości – przekazał ten artykuł z komentarzem: „Szczucie i propaganda w stylu Goebbelsa… obrzydliwe!”. Prawica całkowicie pominęła treść komunikatu, którą jest systemowa homofobia dwóch wielkich instytucji – państwa i Kościoła katolickiego – i zaczęła domagać się jego usunięcia. Mural powstał jednak na terenie prywatnym, przez co ingerencja jest niemożliwa. Z jednej strony – całe szczęście; z drugiej jednak liczba odbiorców tak umieszczonego przekazu jest ograniczona. Rację ma Yga Kostrzewa, która podsumowała sprawę: „To bardzo sugestywny mural. Pokazuje on, jaka naprawdę jest obecna rzeczywistość w Polsce. […] Moim zdaniem w przestrzeni miejskiej jak najwięcej takich komunikatów powinno powstawać, żeby po prostu dać ludziom do myślenia”.

Margot: Niech granice wytyczają osoby krzywdzone, nie rząd czy opinia publiczna

Podobne było oburzenie na gest Linusa Lewandowskiego, który w sierpniu tego roku zamazał homofobiczne napisy na ciężarówce Fundacji Pro – Prawo do Życia. Wiceminister sprawiedliwości (!) Sebastian Kaleta, zanim jeszcze doszło do procesu, skomentował to w skandaliczny sposób: „Chuligan, który w piątek skakał po radiowozie, dzisiaj zaatakował samochód Fundacji Pro. […] Właśnie za takimi chuliganami w weekend opozycja biegała po komisariatach, rodząc poczucie bezkarności. Nie ma zgody na przemoc!”. Na szczęście warszawski Sąd Rejonowy nie podzielił zdania wiceministra – uznał winę aktywisty, ale odstąpił od wymierzania kary, pokazując w ten sposób, że nie wszystkie instytucje w Polsce poddały się dyktatowi autorytarnego myślenia.

Żadna władza nie ma prawa znęcać się nad tymi, którzy próbują wyrażać własne poglądy. W Polsce aktywiści i aktywiści LGBT+ walczą z wieloletnią, sięgającą kilku pokoleń przemocą. Rządzący odpowiadają na ich gesty, posługując się utrwalonymi kategoriami takimi jak estetyka i prawo. Taka władza jest nie tylko odrażająca moralnie – ponieważ nie interesuje jej krzyk rozpaczy, który stoi za działaniami ludzi bojących się o własne życie – ale także wyjątkowo sprytna, bo wykorzystuje kategorie ustalone właśnie przez ten sam opresyjny świat, dzięki któremu jedni posiadają władzę, a inni są jej ofiarami.

„Mam wam do opowiedzenia historię”

czytaj także

Aktywiści i aktywistki mierzą się więc ze strukturą władzy, która wyrosła i współtworzyła estetykę czy prawo. Joseph Heller w Paragrafie 22 opisał, jak bezradna może być jednostka, gdy mierzy się z niewzruszonymi regułami systemu. W Polsce mamy do czynienia z diaboliczną i całkowicie nieśmieszną wersją paragrafu 22 – ci, którzy nie pasują do wzorca, muszą udowodnić, że do niego pasują, ale samą koniecznością udowadniania pokazują, że są jednak inni. Ich „nieczystość” widoczna jest na każdym kroku.

Demokratyczna władza powinna mieć świadomość swojej przewagi i przynajmniej starać się jej nie wykorzystywać. W zaułkach paryskiego metra czy na ulicach Hamburga podobizny Emmanuela Macrona i Angeli Merkel spoglądają na przechodniów zza więziennych krat i zwisają z szubienic. Im więcej jednak autorytarnego myślenia, tym większa chęć panowania nad przestrzenią wokół. Jeden z najbardziej okrutnych współczesnych dyktatorów, Islom Karimow, całkowicie wyeliminował sztukę uliczną w Uzbekistanie. Tamtejsi artyści i artystki opowiadają, że zmiana elewacji jakiegokolwiek budynku także już po śmierci Karimowa jest biurokratyczną drogą przez mękę, przez co nawet tworzenie neutralnych politycznie murali graniczy z cudem, a zgody na nie muszą wydawać kolejne komisje o absurdalnie brzmiących nazwach. Rok temu w Kolumbii wojsko przerwało pracę nad muralem z wizerunkiem generałów i pytaniem „Kto wydał rozkaz?” upamiętniającym ofiary zakończonej niedawno wojny domowej.

Właśnie tak wygląda alternatywna wobec demokracji droga, którą proponuje nam prawica. Przestrzeń dookoła nas będzie się stawała coraz bardziej ciasna i duszna. Władza nie chce uczestniczyć w dialogu, woli organizować nagonkę na tych, którzy mają odwagę się odezwać. Dariusz Piontkowski sięgnął po chyba najsilniejszy epitet, jaki ma w repertuarze polska prawica, i porównał autorów bądź autorki napisów do terrorystów, którzy obalali pomniki Buddy. Były minister najwyraźniej zapomniał, że właśnie graffiti było jedną z najpotężniejszych broni w rękach protestujących podczas Arabskiej Wiosny wymierzonej wobec autorytarnych reżimów.

Prawica wykorzystuje funkcjonujący w świadomości obraz demokracji jako systemu dążącego do czystości i porządku. To tylko kulturowy mit, w który zapatrzyliśmy się podczas transformacji. Tak naprawdę demokracja powinna uciekać od definiowania wzorców, pozostawać możliwie chaotyczna i wielobarwna, taka jak całe społeczeństwo. Dla Michela Foucaulta ekspansja higienizacji była ważnym sposobem panowania nad ludźmi. To samo dotyczy przestrzeni wokół nas. W obsesji na punkcie czystości i porządku nie ma nic demokratycznego, wręcz przeciwnie – nie przez przypadek najczystsze ulice w Europie znajdują się w Mińsku.

Tak zwany zdrowy rozsądek pcha nas w objęcia radykałów z prawicy

Napisy na gmachu Ministerstwa Edukacji Narodowej były pięknym, pokojowym gestem, który nikogo bezpośrednio nie atakował, ale przypominał o cholernie ważnym problemie, a także konfrontował intymną wartość, jaką jest ludzkie życie, z autorytarną przestrzenią władzy. W takiej sytuacji obowiązkiem polityków i polityczek jest zastanowienie się nad tym, co zmienić, żeby chronić kolejne dzieci przed homofobią, a nie obrażanie, szczucie i karanie tych, którzy zastępują ich sumienia. I lamentowanie nad tym, że kawałek ściany przestał być nieskazitelnie czysty.

 

**
Jan Radomski – działacz pozarządowy, publicysta, z wykształcenia filolog polski i socjolog. Doktorant na Wydziale Socjologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, zajmuje się analizą dyskursu. Publikował m.in. w „Kulturze i Społeczeństwie” oraz „Gazecie Wyborczej”.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać