Kraj

Homofobom nie potrzeba broni. Wystarczą im słowa

Od trzech lat polski rząd walczy z osobami LGBT+. Nie tylko agresją, ale przede wszystkim tworząc taki model społeczeństwa, w którym nie czują się one dobrze.

W ubiegłym tygodniu Rafał Woś postawił na Twitterze tezę, że homofobia obecnej władzy może być wyłącznie wymysłem opozycji, która chce zbić na tym kapitał polityczny. Publicysta „Tygodnika Powszechnego” przekonuje, że nie widzi „dymiącej broni”, a więc – jak rozumiem – aktów przemocy wymierzonych w gejów i lesbijki. To zaskakujące, że autor, który czasami widzi więcej niż inni, tym razem nie potrafi dojrzeć tego, co oczywiste. W XXI wieku homofobom naprawdę nie potrzeba broni.

Od trzech lat polski rząd walczy z osobami LGBT+. Nie tylko agresją, ale przede wszystkim tworząc taki model społeczeństwa, w którym nie czują się one dobrze. W 2015 roku prezydent Andrzej Duda wetuje ustawę, która ułatwia zmianę płci. W 2016 roku Ministerstwo Edukacji Narodowej znosi obowiązek prowadzenia polityki antydyskryminacyjnej. W 2017 roku prokurator generalny nakazuje zbieranie informacji o małżeństwach jednopłciowych zawartych poza Polską. W 2018 roku minister Joachim Brudziński składa do prokuratury zawiadomienie w sprawie transparentu z tęczowym godłem. W 2019 roku rządząca partia rozpoczyna przedwyborczą nagonkę na osoby homoseksualne, a jej politycy tworzą lokalne „strefy wolne od LGBT”. Przez cały ten czas żadnej organizacji pozarządowej walczącej z homofobią czy transfobią nie udaje się wyemitować w publicznych mediach kampanii informacyjnej.

Geje na bruk, Biblia w dłoń. Polska według Zofii Klepackiej

Francuski socjolog Pierre Bourdieu stworzył pojęcie „przemocy symbolicznej” – jedno z najczęściej przywoływanych w debacie politycznej określeń wywodzących się z nauk społecznych. Przemoc symboliczna niewiele ma wspólnego z prawdziwą przemocą, więc najprawdopodobniej Rafał Woś nie uznałby jej za powód do zmartwień. Bourdieu uważał, że dominujące grupy mają naturalną skłonność do narzucania tym, którzy znajdują się niżej w hierarchii, korzystnego dla nich samych systemu wartości oraz norm. Co więcej – robią to tak, że poszkodowani nie do końca zdają sobie sprawę z własnego położenia. Wydaje im się bowiem, że rzeczywistość społeczna, w której funkcjonują, po prostu taka jest, a przejawy dyskryminacji traktują jako coś naturalnego, a nie opresję drugiej, silniejszej strony.

Najczęściej przytaczanym przykładem takiego zjawiska jest powszechna edukacja. Teoretycznie powstała ona po to, by zrównywać potencjał, ale w praktyce wciąż reprodukuje tę samą strukturę. W niemal każdym społeczeństwie szansa na to, że córka lekarzy zostanie robotnicą, a syn robotników – lekarzem jest stosunkowo niewielka, ponieważ oboje od dzieciństwa kształtowani są przez procesy, których celem jest utrzymanie dominacji jednej grupy na drugą. Kluczem do zrozumienia mechanizmów przemocy symbolicznej jest uświadomienie sobie, że każdy i każda z nas doświadcza jej na co dzień.


Prawdziwy problem zaczyna się wtedy, gdy przemoc symboliczna dotyczy całej grupy. Skrajnym przykładem takiego zjawiska był feudalizm, w którym otoczone symbolicznymi barierami  (takimi jak tytuły szlacheckie) chłopstwo nie mogło nawet marzyć o tym, by wyrwać się z pułapki własnego położenia. Współcześnie społeczeństwo tylko na pierwszy rzut oka jest bardziej elastyczne. Tak naprawdę należymy do tylu grup społecznych, że bez przerwy znajdujemy się w sytuacji dominacji bądź uległości – w zależności od sytuacji jesteśmy albo ofiarami, albo sprawcami przemocy symbolicznej. Dość powiedzieć, że połowę społeczeństwa tworzą kobiety, które wprawdzie mają coraz mniej ograniczeń systemowych, dzięki czemu zanika przemoc jawna, ale wywołują powszechny rechot mężczyzn, gdy tylko chcą użyć feminatywów do nazwania własnego zawodu.

Pod tym względem sytuacja gejów i lesbijek w Polsce jest dramatyczna. Ze wszystkich stron otoczeni są przez aurę heteroseksualizmu, która próbuje wymuszać normy: małżeństwo jest związkiem kobiety i mężczyzny, a prawdziwa rodzina musi mieć matkę i ojca. Właśnie tak należy odczytywać tweet marszałka Senatu w obronie polskiej rodziny:

Przemoc symboliczna bywa trudniejsza do przezwyciężenia niż jawna – użycie siły zawsze bowiem pociąga za sobą potrzebę buntu, przemoc symboliczna zaś potrafi daną grupę uwięzić w wielopokoleniowej apatii. Nie trzeba wcale sięgać po przykład Afroamerykanów, którzy wygrali walkę z jawną opresją, ale od kilku dekad nie mogą się wyzwolić właśnie od przemocy symbolicznej. Bliższym przykładem może być historia osób homoseksualnych w PRL, które najczęściej porzucały własną tożsamość, ponieważ czuły, że tak będzie lepiej, a nie dlatego, że ktoś bił je na ulicach (choć oczywiście zdarzały się także przypadki przemocy fizycznej).

Każdy taki komunikat władzy powoduje, że przemoc symboliczna się nasila i uderza w nowe ofiary. Mądre społeczeństwa coraz częściej mają świadomość, że kluczem do prawdziwego równouprawnienia jest zmierzenie się z symbolami opresji. Taka była przyczyna powstania badań nad genderem (gender studies), które miały znieść hegemonię uznającą tylko dwie, ostro odgraniczone płcie. Właśnie stąd biorą się rozwiązania, które ograniczają używanie dotychczas stosowanego języka na rzecz bardziej neutralnego. Zastąpienie „mamy” i „taty” słowem „rodzic” nie zaszkodzi heteroseksualnym rodzinom, a będzie zbawienne dla tych, którzy dziś czują, że są mniej ważni od innych. Niestety, dla części polityków to wciąż „absurdy poprawności politycznej”.

W Polsce osoby homoseksualne tkwią w świecie ciągłej przemocy symbolicznej, który bez przerwy przypomina im, jakie powinny być, aby spełniać oczekiwania reszty społeczeństwa. Oczywiście jednym z plusów globalizacji jest zacieranie się granic, przez co niektórym Polkom i Polakom mentalnie – a nawet fizycznie – bliżej już do Amsterdamu niż Warszawy. To jednak przywilej zaledwie części społeczeństwa. Być może najbardziej pokrzywdzoną częścią środowiska LGBT+ są właśnie te osoby, które nigdy nie doświadczyły przemocy werbalnej lub fizycznej, ponieważ o swojej tożsamości boją się komukolwiek powiedzieć. A ci, którzy jednak to zrobią, każdego dnia mierzą się z kolejnymi przejawami przemocy symbolicznej. Nikt im niby niczego nie zabrania, ale lepiej, żeby nie wykonywali niektórych zawodów, nie nazywali się mężem i żoną i nie posługiwali się niektórymi symbolami. Godło zawsze ma być biało-czerwone, nigdy – tęczowe.

Rafał Woś znany jest ze swojej bezkompromisowej krytyki opresyjności kapitalizmu. Wbrew pozorom te dwie kwestie mają ze sobą wiele wspólnego. Przemoc symboliczna bezpośrednio związana jest bowiem z naszymi kapitałami, w tym także ekonomicznym: wynika z nich i je reprodukuje. Według Bourdieu wszystkie kapitały są wymienne, a to oznacza, że ci, którzy są uprzywilejowani symbolicznie, znacznie łatwiej mogą uzyskać przewagę ekonomiczną. I odwrotnie: chłopak z biednej, niewykształconej rodziny ma ograniczone możliwości kształtowania swojego życia. Jeśli jednak urodzi się jako homoseksualista, tych możliwości prawdopodobnie będzie miał jeszcze mniej.

„Mam wam do opowiedzenia historię”

czytaj także

Władza na każdym kroku stara się normalizować społeczeństwo, zwiększając i intensyfikując pole przemocy symbolicznej. Wszystkie oddolne inicjatywy społeczne, które mogłyby nieco rozluźnić gorset konserwatywnej wizji świata, natychmiast są ucinane. Przykładem może być edukacja seksualna, która w wielu społeczeństwach pełni funkcję uwrażliwiającą i indywidualizującą. Warto przypomnieć reakcję Andrzeja Dudy na ubiegłoroczną akcję Tęczowy Piątek:

Osoby homoseksualne tkwią w świecie ciągłej przemocy symbolicznej, który bez przerwy przypomina im, jakie powinny być, aby spełniać oczekiwania reszty społeczeństwa.

„Uważam, że absolutnie taka propaganda nie powinna mieć miejsca w szkołach. Trzeba się temu cały czas spokojnie i konsekwentnie przeciwstawiać. Jeśli taka ustawa [zakazująca „propagandy homoseksualizmu i gender w szkołach” – przyp. aut.] by powstała i byłaby dobrze napisana, nie wykluczam, że podszedłbym do niej poważnie”.

Nie dotyczy to wyłącznie gejów, lesbijek i osób transseksualnych. Polscy konserwatyści specjalizują się w tworzeniu rozmaitych wzorów: kobiety, mężczyzny, rodzica, katolika czy patrioty. Są jednak sfery życia, w których takie działania władzy są igraniem z ogniem. Z pewnością kwestia tożsamości seksualnej i płciowej jest jedną z nich.

Przemoc symboliczna to nie wszystko. Osoby LGBT+ w Polsce spotykają się z przejawami fizycznej lub psychicznej przemocy dwa razy częściej niż osoby heteroseksualne. Według raportu opublikowanego w 2016 roku przez Kampanię Przeciw Homofobii i Centrum Badań nad Uprzedzeniami Uniwersytetu Warszawskiego takiego rodzaju przemocy doświadcza około 30 procent gejów, lesbijek oraz osób transpłciowych. Jawna przemoc jest zjawiskiem na tyle złożonym, że w większości przypadków trudno jednoznaczną odpowiedzialnością obarczyć kogokolwiek poza bezpośrednim sprawcą. Chociażby ze względu na sposób badania: w przypadku przemocy zazwyczaj pyta się o jej objawy w ostatnich pięciu latach, wskutek czego każde powiązanie wyników ze zmianą władzy byłoby uproszczeniem.

Ofensywa Megan Rapinoe

Nie oznacza to jednak, że nie możemy wyciągać żadnych wniosków. Według danych Prokuratury Krajowej od kilku lat wzrasta liczba przestępstw na tle rasistowskim, antysemickim lub ksenofobicznym. Co prawda brakuje rzetelnych danych dotyczących osób LGBT+, ponieważ (o czym zawiadamiają organizacje pozarządowe) funkcjonariuszki i funkcjonariusze policji nie korzystają z możliwości zaznaczenia, że w konkretnym przypadku sprawca motywował się uprzedzeniami wobec orientacji seksualnej i tożsamości płciowej. Specjaliści zwracają jednak uwagę, że pod rządami obecnej władzy lesbijki i geje są szczególnie narażeni na niebezpieczeństwo. W swoich raportach pisała o tym zarówno Kampania Przeciwko Homofobii, jak i Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich. Co więcej, obecny rząd nie bierze pod uwagę ani orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, ani rekomendacji Organizacji Narodów Zjednoczonych, które przestępstwa wobec osób LGBT+ nakazują traktować ze szczególną wrażliwością.

Drukarz wyklęty i katolik prześladowany w Ikei, czyli jak się bawi polska prawica

W stosunkowo niewielu miejscach na świecie można się jeszcze spotkać ze sformalizowaną, fizyczną i aprobowaną przez władzę homofobią. Jednak twierdzenie, że homofobia nie istnieje, jest absurdalne. Wręcz przeciwnie. Homoseksualiści i homoseksualistki każdego dnia stykają się z przejawami przemocy. Począwszy od symbolicznej, poprzez systemową, która sprawia, że żyją w niesformalizowanych związkach na obrzeżach społeczeństwa, skończywszy na ulicznej agresji. Trzeba powiedzieć otwarcie, że we współczesnych realiach (koniec drugiej dekady XXI wieku, przynależność do Unii Europejskiej i obowiązujące w niej normy prawne) nasza władza po prostu nie ma wielu możliwości, żeby być jeszcze bardziej homofobiczna.

Polska wśród homofobicznych liderów UE – ranking ILGA Europe

Rafał Woś twierdzi, że nie widział „dymiącej broni”. Dziwię się. Ponieważ ja dostrzegam ją każdego dnia.

 

**
Jan Radomski
– publicysta i działacz pozarządowy, od 2010 roku związany z magazynem „Liberté!”, członek zarządu Stowarzyszenia Projekt: Polska. Twitter: @jwmrad

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.