Kraj

„Mam wam do opowiedzenia historię”

Tego dnia, gdy Milo zdecydowała się zakończyć swoje życie, była w Warszawie, by spotkać się z kolejnym psychologiem. Nie wiem, czy dotarła na to spotkanie, a jeśli tak, to jak się potoczyło. Ostatnim komunikatem, który po sobie zostawiła, było samotne słowo „przepraszam”. Jej oprawcy nie przeprosili. Nikt nie pociągnął ich też do odpowiedzialności.

Silna potrzeba dopilnowania, by pamięć o Milo nie została przekłamana, towarzyszyła mi od momentu, gdy tylko zajmujący się sprawą jej zaginięcia policjant telefonicznie potwierdził moje najgorsze przypuszczenia – rzeczy znalezione na moście należały do niej. Nie wiem, czego bardziej się obawiałam: że media ukażą ją jako kolejną młodą, chorą psychicznie osobę, która z niewiadomych przyczyn odebrała sobie życie, czy że zwrócą się po komentarz do osób, które się od niej odwróciły, i lekarzy, którzy ją skrzywdzili. Sama myśl o tym wywoływała we mnie poczucie bezsilności.

Z pomocą przyszła mi poznańska Grupa Stonewall, gdzie Milo była aktywistką. To oni jako pierwsi upublicznili wiadomość o jej śmierci, razem z jej własnymi słowami opisującymi to, co przeszła.

Dzisiaj potwierdziła się wstrząsająca informacja o śmierci naszej wolontariuszki, Milo Mazurkiewicz. 6 maja Milo…

Opublikowany przez Grupa Stonewall Piątek, 17 maja 2019

Milo poświęciła bardzo wiele wysiłku na edukowanie siebie i innych. Nie bała się przy tym o swoich zmaganiach opowiadać, zostawiła po sobie wiele przemyśleń w różnych mediach społecznościowych. Dlatego uważam, że obok historii opowiedzianych przez jej bliskich, otoczenie czy komentarzy psychologów to właśnie jej osobiste doświadczenia powinny być dla nas podstawowym źródłem refleksji, jak do tej tragedii doszło i jak uniknąć jej powtórzenia. Głęboko wierzę, że jesteśmy jej winni ostatnią szansę, aby sama mogła opowiedzieć swoją historię. A oto i ona:

„Przez większość mojego życia nie rozumiałam, jak to jest być osobą transpłciową [taką, której płeć odczuwana nie pokrywa się z nadaną]. Ten »standardowy«, »cis« [z perspektywy osób, które nie kwestionują nadanej sobie płci] sposób przedstawiania tego nie przemawiał do mnie, jako że nie czułam zbytniego przywiązania do męskości i nie widziałam problemu w konieczności życia nie jako mężczyzna. Zakładając, że to, co czułam, jest tym, co większość osób czuje, wzrastało we mnie poczucie, że podczas gdy niektóre osoby mogą odczuwać silne przywiązanie do płci nadanej przy urodzeniu lub też do innej płci, normą jest nieodczuwanie niczego takiego.

Stałam się sceptyczna wobec pojęć »cispłciowy« i »transpłciowy«. Gdyby zapytać mnie kilka lat temu, mogłam określić się jako osoba »agender« [nieposiadająca poczucia tożsamości płciowej]. Tyle że wtedy mianem »agender« określiłabym pewnie większość społeczeństwa. Nie przyszło mi do głowy, że to właśnie ja mogę być tym wyjątkiem, a nie przykładem reguły.

A potem, lata później zaczęłam rozgrzebywać ten temat i po raz pierwszy w życiu poczułam, że znalazłam coś, co naprawdę ze mną rezonuje. Zaczęłam czytać o osobach trans opisujących swoje doświadczenia i to było jak znalezienie brakującego elementu.

Nie, społeczeństwo jest cis. To ja nie jestem.

Jeśli nie czujesz, że »kobieta« czy »mężczyzna«, którekolwiek Ci nadano, w pełni Cię opisuje, i jeśli czujesz, że Twoja biologia jest jedynym, co Cię łączy z Twoją płcią, Twoim imieniem, Twoimi zaimkami…

Możesz chcieć zagłębić się w temacie. Może staniesz się szczęśliwszą osobą”.

Tęcza nad Nowym Jorkiem

„Nie możesz próbować być tym, kim nie jesteś, będziesz nieszczęśliwa”

Milo, słysząc taki zarzut, odpowiadała, że przecież właśnie dlatego się tranzycjonuje, tzn. przechodzi proces społecznych lub medycznych zmian mających skutkować po prostu byciem sobą. Łatwiej jednak powiedzieć, niż zrobić, ponieważ podobnie jak ja uważała się za osobę niebinarną. Jest to szerokie określenie, do którego zazwyczaj kwalifikuje się wszystkich, którzy nie czują się jednoznacznie mężczyzną lub kobietą.

W 2013 roku w USA przyjęto nowe wytyczne diagnostyczne (DSM-5), które odrzuciły definiowanie osób transpłciowych poprzez ich tożsamość i skupiły się na dyskomforcie wynikającym z niezgodności pomiędzy ciałem a odczuwaną płcią. Od tamtej pory stopniowo w wielu krajach lekarze również zmienili swoje myślenie o transpłciowości. W Polsce niestety środowisko medyczne uporczywie odmawia zaktualizowania swojej wiedzy w tej kwestii, nadal co do joty trzymając się opracowanych niemalże 30 lat temu wytycznych z ICD-10, które dzielą osoby trans na „prawdziwych transseksualistów” i „transwestytów”.

Drukarz wyklęty i katolik prześladowany w Ikei, czyli jak się bawi polska prawica

Jest to zadziwiająco okrutne, biorąc pod uwagę, że konkluzje z badań WHO już od 2014 roku coraz silniej wskazywały na medyczną konieczność odstąpienia od takiego sposobu myślenia i zapowiadały wprowadzenie jeszcze bardziej inkluzywnych wytycznych niż te ze Stanów także i u nas, nazywając te obecnie obowiązujące „psychopatologicznym modelem transpłciowych osób, opartym na koncepcji seksualnej dewiacji z lat 40.”.

„Jestem trans, po prostu nie jestem idealnym typem osoby trans, którą lekarze chcieliby leczyć”

Dla wielu osób tranzycja to przede wszystkim odkrywanie siebie i odrzucenie schematów, które nam narzucono. Chcemy żyć autentycznie, wbrew ludziom, którzy próbują nam tego zabronić i kontrolować nasze życie, nasze ciała. Bo ostatecznie do tego większość problemów osób transpłciowych się sprowadza – do beznadziejnej walki z kolejnymi osobami, które po prostu wiedzą lepiej, kim jesteśmy i co jest dla nas dobre.

Czy Gruzja jest gotowa na ruchy LGBT+?

Dużo się obecnie mówi o autonomii własnego ciała, już nie tylko w tych bardziej lewicowych, feministycznych mediach, ale coraz częściej także w tych głównego nurtu. Najczęściej w kontekście ciskobiet, choć ostatnio coraz częściej, przynajmniej w mojej bańce, także osób transmęskich. Wciąż jednak temat pojawia się niemalże wyłącznie w kontekście aborcji. Tymczasem w moim odczuciu problem jest dużo szerszy i wiem, że Milo uważała tak samo.

„Czuję się tak, jakby moje genitalia nie należały do mnie, należały do państwa i ja nie mogę decydować, co z nimi zrobić – potrzebuję zezwolenia sądu, zezwolenia tych u góry, żebym mogła po prostu zmienić swoje ciało tak, żebym czuła się z nim komfortowo”.

Przemówienie Milo z 31 marca 2019 podczas warszawskiej manifestacji z okazji Międzynarodowego Dnia Widzialności Osób Transpłciowych, fot. Katarzyna Urbanek

Często słyszę pytanie: „Ale czego w takim razie chciała Milo, jakich konkretnie zmian oczekiwała?”. Myślę, że przede wszystkim chciała mieć poczucie, że jej ciało jest jej sprawą i że ma nad nim kontrolę. Nie jest łatwo, gdy czujesz, jak w miarę dorastania twoje ciało działa przeciwko tobie i z każdym dniem zachodzą w nim coraz głębsze, w dużym stopniu nieodwracalne zmiany. Zmienia się twoja sylwetka, owłosienie, twarz, w jakimś stopniu też funkcjonowanie organizmu. Narasta w tobie coraz silniejsze cierpienie i nic nie możesz z tym zrobić, nie masz żadnych możliwości, żeby temu zaradzić.

Ale wiedzieć, że żyjesz w czasach, w których można ci łatwo pomóc, i spotykać się z ciągłymi odmowami, bo napisany trzydzieści lat temu podręcznik nie przewiduje twojego przypadku? To praktycznie tortura. Osoby transpłciowe w różnym stopniu odczuwają dysforię i potrzebują różnego rodzaju indywidualnie dobranej terapii. Dzieląc ludzi na tych, którym można pomóc, ale tylko w pełnym zakresie, czyli wymagając wszystkich możliwych zabiegów medycznych związanych z korektą płci, oraz tych, którym nie można ani trochę, robi się im ogromną krzywdę. Jednym i drugim.

„Wszystko będzie Pride, drodzy”

„Co, jeśli nie cierpiałam dostatecznie mocno? Może powinnam była poczekać, aż lekarze będą wiedzieć wszystko, co chcą wiedzieć? Ludzie mówią mi, że mogłam poczekać z terapią hormonalną. No nie wiem.

Po prostu chcę żyć w świecie, w którym ludzie nie oczekują, że będę kimś, kim nie mogę być. Nie oczekują rzeczy, których nie mogę zrobić”.

„Nie pasuję do kryteriów”

„Albo znajdę lekarza, który akceptuje niebinarne osoby jako prawdziwe, albo muszę udawać stereotypową binarną transkobietę”.

Milo nie chciała ukrywać swojej tożsamości przed osobami, które miały jej pomóc, bawić się w oczekiwane przez nich przebieranki i odhaczanie poprawnej ekspresji (tzn. sposobu wyrażania siebie), zaspokajać ich potrzeby słuchania o preferencjach czy doświadczeniach seksualnych. Zawsze ją za to podziwiałam. W Polsce wiele osób niebinarnych w zetknięciu z lekarzami nieuznającymi niebinarności po prostu kłamie, mówi to, co lekarze chcą usłyszeć, bo od tego zależy ich życie. Gdybym było od początku tak odważne jak Milo, moja historia mogłaby się skończyć podobnie. Chciałobym wierzyć, że może chociaż teraz coś się zmieni, właśnie ze względu na tę tragedię. Myślę, że Milo też by tego chciała.

Jak organizowaliśmy Marsz Równości w Gnieźnie

„Za każdym razem, kiedy widzę ludzi zmuszanych do prezentowania się 100% stereotypowo żeńsko, żeby tylko potwierdzić swoją »prawdziwość«, zbiera mi się na wymioty. Albo ludzi myślących, że o to właśnie chodzi w tranzycjonowaniu.

Bycie zmuszonym do dopasowania się do norm płciowych to nie jest tranzycjonowanie, to jest jego dokładne przeciwieństwo. Nie wyszłam z jednego pudełka po to, żeby dobrowolnie dać się zamknąć w następnym”.

Od czasu, gdy poznałyśmy się na grupie Kokon, której celem jest wspieranie osób trans, wielokrotnie rozmawiałyśmy na temat tranzycji w Polsce. Jakim absurdem jest to, że psycholog, najczęściej ciskobieta, ubrana w spodnie i koszulę, a więc choć schludnie i profesjonalnie, to jednak niekoniecznie stereotypowo „kobieco”, ocenia płeć rozmawiającej z nią osoby po wyglądzie. Skwapliwie notuje, w jaki sposób na kolejne spotkania się ubiera. W jakiej pozycji siedzi, czy ma pomalowane paznokcie, czy ma makijaż. Jeśli diagnozuje osobę transmęską, to oczywiście kryteria będą odwrotne. Na koniec szeregu spotkań te wszystkie informacje trafią do obszernej, dochodzącej nawet do kilkunastu stron diagnozy.

Tęczowa koalicja jednej sprawy

„Zinternalizowałam w sobie tak wiele transfobicznej nienawiści, że zaczęłam się łapać na tym, że patrzę na cis kobiety i oceniam, czy »mają passing« czy nie”.

„Mieć passing” w społeczności osób transpłciowych oznacza „móc uchodzić za osobę cis”.  Jest to określenie uznawane z wielu powodów za toksyczne, przede wszystkim dlatego, że zamiast pomóc zaakceptować siebie, daje kolejne narzędzie pielęgnowania samonienawiści i niemożliwych standardów wobec swojego ciała, nakładając na osoby transpłciowe presję wyglądania dużo bardziej „męsko” lub „żeńsko”, niż może sobie na to pozwolić przeciętna osoba cis. Nader często w ramach idei passingu osoby trans uczą się widzieć w sobie jako pewną „oznakę transpłciowości” cechy, które zdarzają się naturalnie także u osób cis. Bo przecież spotykając nowe osoby, na ogół nie zwracamy uwagi na elementy takie jak szerokość szczęki czy ramion. Ale osoby transpłciowe szybko uczą się, żeby te wszystkie detale wyłapywać i kwestionować. I czuć się z nimi źle.

[List] Byłem narodowcem, jestem gejem

Czy osoby diagnozujące zastanawiają się czasem nad tym, jak to jest, że ich nikt pod takim kątem nie ocenia, nie stawia tak wysokich wymagań? Że nikt nie odbierze im „licencji na kobiecość”, jeśli założą do pracy płaskie obuwie czy nie pomalują paznokci? To właśnie takie zachowanie lekarzy, zamiast pomóc, niesamowicie karmi te wszystkie lęki i kompleksy.

Więc co w takim razie odpowiada za to, jakiej jesteśmy płci?

Wiele osób wciąż uważa, że bycie trans to jest „zachcianka”. Że pewnego dnia budzimy się z myślą: „Haha! Jak to fajnie byłoby zostać dziewczyną/chłopakiem/enby!”. Tymczasem na Twitterze natrafiam na siedem tweetów autorstwa Milo, w których starała się znaleźć odpowiedź na pytanie, co właściwie określa jej płeć. Opisała szczegółowo rolę chromosomów, genów, poszczególnych protein, gonad, hormonów oraz skomplikowane procesy, które między nimi zachodzą, by na końcu dojść do bardzo interesującego wniosku.

Anglia nauczyła mnie czerpania radości z różnorodności [rozmowa z autorką książki „Rado Boy”]

(…) Biologiczna płeć nie jest najważniejsza. Nie jest czymś, z czym jest się poczętym. Rozwija się przez Twoje życie płodowe i później. Niekoniecznie jest binarna. Niekoniecznie jest niezmienna.

Jest częścią ludzkiego życia i jest dużo bardziej złożona, niż myślisz”.

Ciężko nie być pod wrażeniem, jak wiele pracy, poszukiwań i przemyśleń Milo włożyła w próbę zrozumienia siebie, kim jest i dlaczego czuje to, co czuje. Po to tylko, żeby kolejni specjaliści po godzinnej rozmowie z nią ot tak stwierdzali, że wiedzą lepiej. Jestem w stanie wyobrazić sobie emocje, które musiały się w niej budzić. Frustracja? Gniew? Bezsilność? Beznadzieja?

„Myśl o konieczności spotkań z tymi wszystkimi osobami sprawia, że czuję się chora.

Lekarze, diagności, terapeuci. Chcę kogoś, kto nie będzie na mnie patrzył jak na chorą psychicznie tylko dlatego, że jestem transpłciowa”.

W Polsce wiele osób niebinarnych w zetknięciu z lekarzami nieuznającymi niebinarności po prostu kłamie, mówi to, co lekarze chcą usłyszeć, bo od tego zależy ich życie.

W tym roku Światowa Organizacja Zdrowia ostatecznie podjęła od lat już zapowiadaną decyzję o wykreśleniu transpłciowości z listy chorób psychicznych. Dla Milo i innych osób, które przegrały z systemem, to niestety za późno. Z medycznego punktu widzenia nie była to decyzja kontrowersyjna. Choć nadal niewiele wiemy o przyczynach transpłciowości i potrzeba jeszcze wielu badań w tym zakresie, lekarze byli zgodni co do tego, że określenie „choroba psychiczna” nie tylko nie odzwierciedla rzeczywistości, ale też jest szkodliwe.

W czerwcu dr Lale Say, koordynatorka zespołu WHO ds. młodzieży i populacji o podwyższonym ryzyku zdrowotnym, uzasadniała tę decyzję, argumentując, że nie jest to właściwie problem z zakresu zdrowia psychicznego i pozostawienie go w tej sekcji powodowało stygmatyzację.

Wbrew zarzutom, które w związku z tą decyzją można było usłyszeć ze strony prawicowych mediów, nie była ona skutkiem lobbowania czy nacisków na decydujących o tym 300 specjalistów z 55 krajów, a wieloletnich badań, które wykazały, że jest to niezbędny krok w celu zwalczania stresu, depresji i wysokiego ryzyka odebrania sobie życia w społeczności osób transpłciowych.

Polska wśród homofobicznych liderów UE – ranking ILGA Europe

Dr Say wyjaśniła także, że nie zdecydowano się na całkowite wykreślenie transpłciowości z najnowszej międzynarodowej klasyfikacji chorób (ICD-11), a jedynie z sekcji dotyczącej zdrowia psychicznego, aby osoby, które będą tego potrzebować, miały możliwość skorzystania ze wsparcia zdrowotnego. W przeciwnym wypadku mogłoby to utrudnić przykładowo dostęp do terapii hormonalnej lub interwencji chirurgicznych w celu zmniejszenia dysforii lub też wymusić na pacjentach wysokie koszty, pozbawiając ich refundacji w krajach, w których obecnie mogą na tego typu wsparcie liczyć.

W Polsce w tym momencie formalnie nie przewiduje się żadnej pomocy dla osób transpłciowych. Jedyna refundacja, na jaką mogą liczyć, dotyczy leczenia, które może być potrzebne także osobom cispłciowym, np. hormonów. Niestety część zabiegów – nawet jeśli ktoś czuje tak silną potrzebę ich wykonania, że chce zapłacić z własnej kieszeni – dostępna jest tylko po sądowej korekcie płci metrykalnej, a wcześniej jest nielegalna.

Nie każdy to zrozumie. Ty powinieneś

czytaj także

Dla wielu osób jest to przeszkoda nie do pokonania, przez co zmuszone są szukać pomocy za granicą. Nowa klasyfikacja WHO ma wejść w życie w 2022 roku – będzie się to wiązać ze zmianami proceduralnymi, w związku z czym pytanie, ile realnie zajmie jej wdrożenie w Polsce, pozostaje otwarte.

„Chciałam się dzisiaj zabić”

„Poszłam na most, chciałam skoczyć. Moje życie nie ma sensu. Wszyscy mówią mi, że mam przestać brać hormony. Nie zrobię tego. Wolałabym umrzeć”.

Takie słowa Milo skierowała w marcu do bliskiej osoby, po spotkaniu z kolejnym specjalistą, który miał jej pomóc. Jakiś czas później, zamiast recepty na hormony, dostała skierowanie na oddział psychiatryczny. Zdecydowała się nie iść. Przydzieliliby ją na zły oddział, używaliby niepoprawnych zaimków, ale przede wszystkim zabroniliby jej przyjmowania hormonów, dzięki którym w końcu zaczynała czuć się lepiej w swoim ciele.

Autorzy książki „Kim jest Ślimak Sam?” piszą do kuratorium… i przekazują honoraria na Trans-fuzję i KPH

W jaki sposób taka „kuracja” miała jej pomóc? Ludzie, którzy szerzą transfobiczną nienawiść, często twierdzą, że osoby trans są chore psychicznie, o czym ma świadczyć właśnie podwyższony odsetek samobójstw. Gdyby tylko dało im się w jakiś prosty sposób zapobiec, gdyby tylko Milo komuś powiedziała, jak jej pomóc. Bardziej niż twarzą w twarz w gabinecie czy przez megafon. Tak, żeby dotarło do lekarzy. Tylko jak?

„Podobno jest terapeuta w Polsce, który przyjmuje osoby niebinarne. Rozważam odwiedzenie go. Haczyk polega na tym, że przyjmuje na drugim końcu kraju. Musiałabym spędzić cały dzień w podróży, żeby tam dotrzeć, odbyć wizytę i wrócić”.

Wyobrażasz sobie, żeby w internecie wymieniać się poradami, do którego lekarza iść i jak się ubrać, żeby zgodził się zapisać leki albo zezwolił na ratujący życie zabieg? Dla osób trans to niestety codzienność. Dzień w dzień spotykam się z tego typu pytaniami na grupach wsparcia. Lekarze zamiast tym, jak ich pacjenci się czują ze swoim ciałem i jak mogą im z tym pomóc, dużo bardziej interesują się tym, jak się ubierają czy jakie lubili zabawy jako dzieci. Proszą o przyniesienie swoich zdjęć z dzieciństwa, padają pytania o fantazje seksualne albo z kim i w jaki sposób uprawiają seks.

Dotknięcie queerowej różdżki

czytaj także

Skąd biorą się takie pytania? Prawdopodobnie są pokłosiem tych nieszczęsnych „transwestytów” wyszczególnionych w wytycznych z lat 90., którymi Światowe Stowarzyszenie Ekspertów ds. Zdrowia Osób Transpłciowych dawno nie zaprząta sobie głowy, skupiając się na tym, jak pomóc tym, którzy tego potrzebują, a nie ich przesłuchiwać i oceniać.

Takie tematy mogą być niewinne i nawet zabawne, gdy rozmawia się o nich dobrowolnie w gronie znajomych, ludzi, z którymi ma się bliską relację i przy których czuje się komfortowo. Niektórzy nawet z przyjaciółmi nie zdecydowaliby się na takie rozmowy, i to też jest przecież w porządku. Tymczasem zadawanie takich pytań przez kogoś, kto ma nad drugą osobą przewagę w postaci władzy decydowania o jej zdrowiu, a czasem – jak pokazuje przykład Milo – o jej życiu, jest zwyczajnie upokarzające i traumatyczne.

Samozaoranie królów polskich

A ponadto nieetyczne. Jeśli przełożony w pracy pytałby cię, o czym myślisz, gdy się masturbujesz, i w jaki sposób to robisz, a od twojej odpowiedzi zależałaby twoja dalsza kariera, nikt by nie miał wątpliwości, że przekroczył wszelkie możliwe granice czy nawet złamał prawo. A to „tylko” twoja kariera. Dlaczego więc jest grupa ludzi, która może bezkarnie postępować w taki sposób z inną grupą ludzi?

„Mam dość”

„Mam dość bycia traktowaną jak gówno.

Mam dość ludzi (psychologów, lekarzy, terapeutów) mówiących mi, że nie mogę być tym, kim jestem, ponieważ nie wyglądam w ten sposób.

Traktowania mnie, jakby to wszystko było w mojej głowie, i mówienia mi, że potrzebuję papierów, żeby to udowodnić.

Dbających bardziej o to, jak się ubieram, niż jak się czuję.

Mówiących mi, że to dobrze, że moje wybrane imię brzmi neutralnie, to dobrze, że moje ciało nie jest ekstremalnie żeńskie, to dobrze, że nie wyoutowałam się w pracy (jeszcze).

Mówiących mi, że może powinnam przestać być (próbować być) sobą i poczekać, aż inni lekarze i terapeuci zdecydują, że mogę.

Mam dość tego wszystkiego.

Czasami to sprawia, że mam ochotę walczyć jeszcze bardziej. Czasami to sprawia, że chcę zakończyć to wszystko, skończyć moje życie właśnie tutaj.

Czasami po prostu sprawia, że chcę płakać.

Chciałabym zobaczyć jakąkolwiek nadzieję na horyzoncie. Chciałabym usłyszeć inną odpowiedź niż »pewnego dnia, w końcu, wszystko będzie lepiej«. Chciałabym poczuć się żywa dzisiaj, w tym momencie”.

Pamiętam, jak Milo opowiadała mi o tym, że jedna z terapeutek tak usilnie podważała jej tożsamość, że wprawiła ją w atak paniki, po czym oświadczyła, że czas wizyty upłynął i kazała jej wyjść. To było dla niej traumatyczne przeżycie.

„Chciałam jakoś ogarnąć swoje życie. Zaufałam bliskiemu znajomemu i za jego rekomendacją poszłam do terapeutki. Terapeutka stanęła po stronie mojej rodziny i też zaczęła traktować mnie z fałszywą troską. Moje leczenie hormonalne potraktowała jak używkę, którą miałam »ograniczyć«”.

Tego dnia, gdy Milo zdecydowała się zakończyć swoje życie, była w Warszawie, by spotkać się z kolejnym psychologiem. Nie wiem, czy dotarła na to spotkanie, a jeśli tak, to jak się potoczyło. Ostatnim komunikatem, który po sobie zostawiła, było samotne słowo „przepraszam”. Jej oprawcy nie przeprosili. Nikt nie pociągnął ich też do odpowiedzialności.

Kto miałby to zrobić? Polskie Towarzystwo Seksuologiczne? Przeglądam skład komisji przyznającej certyfikat seksuologa sądowego, a więc egzaminującej osoby, które decydują o życiu osób transpłciowych w sądzie, gdy te z braku lepszej procedury pozywają swoich rodziców w celu zmiany oznaczenia płci w dokumentach.

Widzę te same nazwiska, które wspominała Milo i nadal wspominają inne osoby trans na grupach wsparcia, niektóre w wieku zaledwie 15–16 lat, opowiadając o swoich traumach i poczuciu bezsilności wobec stawianych przed nimi wymagań. Nie, nie mam złudzeń. Na żadne odgórne zmiany czy rozliczenie winnych nie możemy liczyć.

Egzorcyzmy i piłka nożna nie zmienią orientacji seksualnej

***

Tash Lisiecki – osoba niebinarna zaangażowana w różne formy aktywizmu społecznego. Szczególnie działa w zakresie dążeń do zwiększenia społecznej świadomości i polepszenia sytuacji osób transpłciowych oraz zapobiegania zmianom klimatycznym.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.