Kraj

Tak zwany zdrowy rozsądek pcha nas w objęcia radykałów z prawicy

Jeśli prawica stoi twardo na swojej pozycji i nieustannie się radykalizuje, a głośna część opozycji beszta lewicę za „radykalizm” i namawia do ustępstw, to w którą stronę będzie się przesuwać scena polityczna?


Każda dyskusja o prawach człowieka, na przykład o prawach osób LGBT+, powoduje wzmożoną aktywność frakcji „zdrowego rozsądku” i „kompromisu”. Zdroworozsądkowcy mają niepokojącą tendencję do symetryzmu, który zrównuje najdrobniejsze gesty sprzeciwu (środkowy palec, flagi na pomnikach, tekturowa wagina) z systemową dyskryminacją, bo i tu, i tam widzą „skrajność”. Posługują się przy tym przekonującym – przynajmniej na pierwszy rzut oka – argumentem, który brzmi mniej więcej tak: nie da się osiągnąć wszystkiego, zatem potrzebujemy strategii małych kroczków, jakiegoś rozsądnego kompromisu – a chciejstwo radykałów, którzy chcieliby od razu rewolucji, do niczego nie prowadzi.

Małymi kroczkami w prawo

W przypadku praw LGBT+ tym małym kroczkiem miałyby być na przykład związki partnerskie. Zdroworozsądkowcy w jednym mają rację: najprawdopodobniej zmiany w Polsce będą stopniowe i prędzej możemy się spodziewać związków partnerskich niż od razu całego równościowego pakietu. Problem w tym, że nie zauważają pewnej drobnostki: o tego typu kompromisach i małych kroczkach najchętniej mówi się wtedy, gdy do głosu dochodzą na chwilę ci straszni „lewicowi radykałowie”. Weźmy ostatnie miesiące – gdyby nie flagi na pomnikach, gdyby nie Margot, gdyby nie protesty aktywistek, to mało kto zająknąłby się w tym czasie o prawach mniejszości.

Strażnicy dobrych obyczajów trzymają mniejszości w więziennej celi

Smutna prawda jest taka, że zbyt wielu polityków i komentatorów przypomina sobie o prawach mniejszości, choćby nawet ujmowanych w kategoriach „małych kroków”, dopiero wtedy, gdy mają okazję ponarzekać na nieskuteczność „lewicowych radykałów”.

Na ogólniejszym poziomie zdroworozsądkowcy, którzy zalecają, abyśmy spotkali się gdzieś pośrodku, mają problem ze zrozumieniem względności takich pojęć jak „polityczne centrum”. Jeżeli w debacie publicznej wybrzmiewa silnie głos nie tylko prawicy, ale także opowiadającej się konsekwentnie za prawami człowieka lewicy – to pośrodku rzeczywiście mogą znaleźć się związki partnerskie. Gdy jednak owa „radykalna lewica” nie zostaje dopuszczona do udziału w dyskusji, wtedy popieranie związków partnerskich jawi się jako postawa skrajna, centrum zaczyna wypadać zaś mniej więcej tam, gdzie dzisiaj jest Polska – według rankingu ILGA Europe najbardziej homofobiczny kraj Unii Europejskiej.

Margot: Niech granice wytyczają osoby krzywdzone, nie rząd czy opinia publiczna

Prawica doskonale o tym wie i dlatego odmawia zrobienia choćby jednego kroku w stronę centrum. Przeciwnie, chętnie eksponuje fanatyków w rodzaju Przemysława Czarnka. Jakiego rodzaju kompromisu możemy się spodziewać w sytuacji, gdy jedna strona stoi twardo na swojej pozycji, a druga ciągle beszta „radykałów” i głosi pochwałę ustępstw?

Amerykańskie lekcje

Doskonałą przestrogą powinny być dla nas Stany Zjednoczone, gdzie duża część Partii Demokratycznej latami chodziła na „kompromisy” z Partią Republikańską. Doprowadziło to do stopniowego przesuwania się całej sceny politycznej na prawo.

Gdy kilka tygodni temu zmarła sędzia Ruth Bader Ginsburg i w Sądzie Najwyższym USA pojawił się wakat, amerykańska prawica nie pozostawiła złudzeń: z ich punktu widzenia Ginsburg była radykalną lewaczką, a na jej miejsce potrzeba kogoś o bardziej konserwatywnym podejściu do świata. Wybór padł na Amy Coney Barrett, której poglądy na aborcję, prawo do posiadania broni czy dyskryminację wpisują się w program Partii Republikańskiej. W całym tym zamieszaniu mało kto pamiętał, że gdy lata temu Bill Clinton nominował Ginsburg do Sądu Najwyższego, uchodziła ona nie za radykalną lewaczkę, ale za wybór kompromisowy.

Sąd pod prąd. Skrajna konserwatystka na miejsce Ruth Bader Ginsburg

„Clinton wykazał się pewną bojaźliwością w przypadku nominacji dwóch nowych członków Sądu Najwyższego” – pisał Howard Zinn w Ludowej historii Stanów Zjednoczonych. – „Nim podjął decyzję, upewnił się, że Ruth Bader Ginsburg i Stephen Breyer będą wystarczająco umiarkowani, aby mogli ich zaakceptować zarówno republikanie, jak i demokraci. […] Zarówno Breyer, jak i Ginsburg bronili tezy, że kara śmierci nie jest sprzeczna z konstytucją, i sprzyjali poważnym ograniczeniom w korzystaniu z prawa Habeas Corpus. Oboje głosowali też ramię w ramię z najbardziej konserwatywnymi sędziami Sądu Najwyższego za uznaniem »konstytucyjnego prawa« organizatorów parady w Dniu Świętego Patryka w Bostonie do wykluczenia gejów z udziału w tym wydarzeniu”.

Zinn podkreślał, że nawet media niesłynące z lewicowego radykalizmu dziwiły się trochę tej ugodowości Clintona: „Dziennik »New York Times« zauważył, że podczas gdy Reagan i Bush byli gotowi walczyć o sędziów, którzy będą odzwierciedlać ich filozofie, »pan Clinton gotów jest raczej szybko usuwać kandydatów na sędziów, jeśli tylko pojawi się wokół nich choćby cień kontrowersji«”.

Czy to ustępstwo pomogło Partii Demokratycznej przesunąć całą scenę polityczną w lewo? Odpowiedź nasuwa się sama, gdy spojrzymy na to, kto jest obecnie prezydentem i co wyprawia Partia Republikańska. To nie znaczy, że sędzia Ginsburg nie przyłożyła się do istotnych postępów w promowaniu praw człowieka i równości. Rzecz w tym, że gdyby Clinton obstawał przy radykalniejszej kandydaturze, amerykańscy konserwatyści reagowaliby dokładnie tak samo jak w przypadku Ginsburg. Pójście na kompromis nie pomogło ich udobruchać, przeciwnie – jeśli już, to ośmieliło ich do dalszego przesuwania w prawo tego, co miałoby uchodzić za „umiarkowany pogląd”.

Dziś wiele osób jest zszokowanych tym, że Donald Trump odmawia publicznego potępienia białych suprematystów, a wręcz zwraca się do nich, by spokojnie czekali, aż zostaną wezwani do czynu („stand back and stand by”) – oraz że Partia Republikańska broni jego najgorszych wyskoków. To rzeczywiście jest szokujące, że w starciu kandydatów na prezydenta USA łatwiej usłyszeć pochwałę skrajnie rasistowskich grup niż poparcie dla publicznej ochrony zdrowia. Równocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że latami przygotowywano grunt pod prezydenturę Trumpa, właśnie przez ciągłe godzenie się na ustępstwa wobec republikanów i „umiarkowanego” (czytaj: konserwatywnego) skrzydła demokratów.

USA: Krótka historia walki z dyskryminacją osób LGBTQ+

Być może Trump przegra to rozdanie – oby tak się stało. Jest jednak mało prawdopodobne, by Partia Republikańska zboczyła z dotychczasowego kursu. Zbyt wiele korzyści przyniósł im w ostatnich kilkudziesięciu latach.

Patrząc zaś od drugiej strony: jeśli Joe Biden ma dziś opinię bardziej progresywnego kandydata niż Hilary Clinton, która miała z kolei opinię bardziej progresywnej kandydatki niż Barack Obama, to dzieje się tak dlatego, że od kilku lat w Partii Demokratycznej do głosu zaczęli dochodzić lewicowi „radykałowie”: Bernie Sanders, Elizabeth Warren czy Alexandria Ocasio-Cortez, którzy nie są tak skłonni ustępować republikanom jak „umiarkowane” skrzydło. Gdyby nie oni, to sam Biden uchodziłby dziś za radykała lub – co dużo bardziej prawdopodobne – startowałby ze zdecydowanie bardziej zachowawczym programem. Dzięki temu, że na lewo od niego są silne postacie, mające milionowe poparcie, może on odgrywać rolę polityka umiarkowanego, a jednocześnie cieszyć się opinią najbardziej progresywnego kandydata Partii Demokratycznej od czasów Lyndona B. Johnsona.

Wina konserwatywnego społeczeństwa?

A może postawa polityków i komentatorów jest tylko odzwierciedleniem poglądów całego społeczeństwa? To wygodne wyjaśnienie, po które często sięgają zwolennicy ustępstw wobec prawicy. Raz jeszcze Stany Zjednoczone są dobrym przykładem, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Kolejne sondaże pokazują, że Amerykanie chcieliby nałożenia większych restrykcji na posiadanie broni, wyższych podatków dla najbogatszych czy wprowadzenia publicznej opieki zdrowotnej. Trudno więc tłumaczyć wieloletnie ustępstwa na rzecz Partii Republikańskiej w tych kwestiach stwierdzeniami, że „właśnie tego chce społeczeństwo”.

O wypaleniu elit

czytaj także

O wypaleniu elit

Antoni Porayski-Pomsta

Podobnie jest w Polsce z prawami mniejszości. W sondażu OKO.press z września 2019 roku aż 60 proc. Polaków opowiedziało się za związkami partnerskimi. To nie tyle kompromisowe rozwiązanie, ile wybór popierany przez większość społeczeństwa. Kompromisem na dziś byłoby raczej pozwolenie osobom LGBT+ na zawieranie małżeństw (40 proc. poparcia).

Tłumaczenie się „konserwatywnym społeczeństwem” jest nieprzekonujące z jeszcze jednego powodu. Opiera się na fałszywej przesłance, że media i politycy jedynie reagują na poglądy społeczeństwa, bez żadnej możliwości wpływania na nie. To bardzo naiwne podejście. Już ostatnie doświadczenia z kampanią antyuchodźczą, którą rozpętał swego czasu PiS wraz z prawicowymi mediami, pokazują, że przynajmniej część obywateli reaguje na przekaz polityczny, dostosowując do niego swoje poglądy.

Centryzm to nie zdrowy rozsądek, lecz obrona konserwatywnego status quo

Politycy i media mogą wpływać na postawy i lęki wyborców. To od nich w dużej mierze zależy, co uchodzi za niebezpieczną skrajność, a co za oczywiste, zdroworozsądkowe rozwiązanie. To naprawdę ma znaczenie, czy ludzie są bombardowani przez kilka tygodni przekazem o „radykalnych aktywistach LGBT+”, czy raczej słyszą o kolejnych aktach przemocy wobec mniejszości. Wszyscy uczestnicy życia politycznego, którzy przez ostatnie miesiące dramatyzowali z powodu „radykalizmu Margot”, nie tyle opisywali konserwatywne społeczeństwo, co dokładali swoją cegiełkę do tego, aby ono takie było.

Cieszmy się zatem, że mamy w Polsce „radykalne” aktywistki LGBT+ i „radykalną” lewicę. Bez nich pozostaniemy skazani na to, że wszystkie „kompromisowe” i „zdroworozsądkowe” rozwiązania będą ciągle wypadały gdzieś między PiS a konserwatywnym skrzydłem PO.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Tomasz S. Markiewka

| Filozof, tłumacz, publicysta
Filozof, absolwent Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, tłumacz, publicysta. Autor książki „Język neoliberalizmu. Filozofia, polityka i media” (2017). Przełożył na polski między innymi „Społeczeństwo, w którym zwycięzca bierze wszystko” (2017) Roberta H. Franka i Philipa J. Cooka.